środa, 25 kwietnia 2012

Gromnica (4)



Do Stronia dotarliśmy w południe. Blaszek, miejscowy prywaciarz zajmował się produkcją grysu. Był na miejscu i bardzo się zdziwił naszym przyjazdem.

-Jesteście pierwsi. Jeszcze nikt ze stałych u mnie nie był.Wojna ludzi pozamykała w domach, a wy widzę, mimo wojny tutaj.

-Grysu nam potrzeba, panie Blaszek. Po sezonie boksy pustawe a wiosna tylko patrzeć. Jak się rzucą klienty to rękawy trzeba będzie zakasać? Mimo wojny, panie Blaszek.

-Oj, ty dobrze mówisz, poznaniak. Żeby tak wszyscy, to ja by z młynami nie stał. Kamienia u mnie dosyć, mimo że nie strzelają bo dynamit pod kontrolą wojennych. Jak długo to ja nie wiem, ale musi ta kontrola długo będzie?

-Pokaż pan te swoje kamyczki, byle były białe i nie za dużo mąki, bo potem w odlewach siwiuteńkie plamy zostają, a klient kręci nosem.

-O tej porze bez mąki? Wilgoć jak diabli, sita zatyka, poznaniak toż ty świadom tego, kamieniarz ty przecież?

Blaszek zaprosił nas do chaty. Zimno było tak stać na placu i jeszcze ktoś mógł podsłuchiwać i Blaszkowi pieniądze liczyć. A Blaszek targował sporo, chociaż tego nie było widać na zewnątrz. Chatę miał skromną, i jeździł starym autem. Pieniędzy do banku nie nosił, bo to mała miejscowość, za mała jak na tajemnicę. Nie trzeba ucha przykładać, wiatr sam roznosi i jeszcze po drodze dodaje. A ludzie uwielbiają słuchać.
-Chlapniecie mojego? - zaproponował po wejściu do chaty. Szwagier podziękował, ja nie odmówiłem.
-Jeszcze sprzed wojny, z czystego cukru.
-Nie obawia się rewizji?
-A pewnie, że się obawiam, podług dekretu mogę wszystko stracić i jeszcze dwa lata dostać?
-I co, mimo to pędzi?
-Muszę, bo taki tu zwyczaj. Teraz to nawet wojenni przychodzą, bo to prohibicja, czy jak ją zwali, przychodzą bo muszą się rozgrzać. 
-Mocna ta brymucha.
-Ty poznaniak po naszemu gadasz. I zaciągasz po naszemu.
Blaszek nie mógł się nadziwić, że tak bez oporu zawodzę. Co chwilę wtrącał zwroty rodem wzięte zza Buga, obserwował moją reakcję, czy ja aby rozumiem, co on mówi. Nie zamierzałem tylko przytakiwać na ten jego monolog i do dialogu wstąpiłem, nie szczędząc słownictwa, którego nie powstydziłby się najbardziej zatwardziały Kresowiak. Nie mówiąc o tych, co nad Niemnem przodków mają. Kiedy bimber zapanował w naszych głowach, skończyły się przejrzyste tematy, ciemność taka przyszła nie wiadomo skąd. Podparłem głowę, której wiotka szyja nie potrafiła utrzymać, a jak i dłonie wiotkie się stały, poczułem zapach wilgotnego obrusa.



Przytomność przyszła mi pod wieczór, kiedym do Piławy zjechali. Tak mi się zdawało, że jesteśmy w Piławie, bo nic a nic na oczy nie widziałem tylko mgłę taką, co spotkać można nad bagnami. W Piławie bagien nie ma, chociaż gdyby dobrze się przyjrzeć to bagno jest wszędzie. Nie zawsze widoczne, nie zawsze głębokie, ale jest. Jak są ludzie to musi być bagno, bo nie byłoby komu do tego bagna leźć. Ojciec powtarza mi to codziennie, a ja ojcu nie za bardzo wierzę, potem choćbym uwierzył, zwykle jest za późno.


fragment powieści Gromnica


Jerzy Beniamin Zimny

niedziela, 22 kwietnia 2012

Z notatnika (2)

O, stare przekleństwo poetów, zamiast się skarżyć, mówić powinni. 


Siedzę w chałupie bo zimno i zacina cherlawy deszcz, ale skutecznie. Moje gnaty ukształtowały się w ciepłych krajach. Tak sądzę i nijak nie mogę się otrząsnąć ze skamieniałości. Może to lata  nieodwzajemnionej miłości do kamienia. Możliwe. Jak wszystko inne, co się wlecze za mną nie proszone. Wiosna struga wariata, choćby wczoraj na zapleczu restauracji Girasole, najpierw zachodzące słońce towarzyszyło artystom, później wiaterek, a na koniec zimno. Kwiecień jeszcze się nie opowiedział po czyjej jest stronie  A powinien, bo drzewa dawno  trzymają kwiecie w pąkach, ptaki coraz odważniej śpiewają. Najwyższy czas zdjąć kurtkę, i zacząć wreszcie podziwiać zieleń.  W Girasole była gorąca atmosfera, zjechali artyści na ucztę obrazu i słowa. Wszelki komentarz zbyteczny, podobnie refleksje,które mnie nachodzą, zbliżone do retrospekcji przywołanej z poznańskiej BWA, w latach tłustych jeśli chodzi o tego typu wernisaże, i imprezy z udziałem ludzi sztuki. Pamiętam Galerię Mariusza Rosiaka z końca lat dziewięćdziesiątych. Nie kto inny, jak on, tak skutecznie propagował polskich abstrakcjonistów. Moje z nim kontakty w tej materii, były ograniczone, ale wiele się nauczyłem od Mariusza i nigdy go nie zapomnę, chociaż lata uciekają w tempie astronomicznym, i mnie niedługo przyjdzie udać się tam gdzie on, już.

Poezja w scenerii sztuki obrazu. To musi prowokować obie strony, obraz i słowo, w parze, a także osobno w pozycji do zderzenia w czasie, o którym kiedyś powiedzą- zamierzchły. Ocena trudna do uchwycenia, wyważenia w taki sposób aby dzieła w koegzystencji miały punkt zahaczenia, nie mówiąc o zbieżnym. Tutaj przywołuję twórczość Karola Samsela i Krzysztofa Schodowskiego. Jak daleko zajdą w przenikaniu, jest zagadką, tak samo jak zagadkowa jest poezja Karola, i trudne dla mnie rysunki Krzysztofa. Nie mnie jednak stanowić o ich wartości. Przynajmniej teraz, kiedy jestem zupełnie w innym miejscu, obszarze zainteresowań. Poezja jest labiryntem, z którego nie wolno znaleźć wyjścia.  Pisał Roman Brandstaetter, piszemy tylko dla siebie i może dla dwóch przyjaciół, z których jednego na pewno nie poznamy, piszemy może jeszcze dla trytonów parskających na Piazza della Signoria i może dla wieczoru pachnącego skórą zmęczonych mułów, i może dla archanioła z fajką, który łowi ptaki i nakłada na ich nóżki ślubne obrączki. Cóż to za akwarela słowem malowana, jeśli miałbym znaleźć motto do sobotniego wieczoru, to lepszego nie znajdę.

Ars longa vita brevis.
    

wtorek, 17 kwietnia 2012

Dwugłos poetycki E. Tylenda i Jerzy B. Zimny Nasz Klub w Poznaniu 16.04.2012 PTAAAK


Nasz Klub w Poznaniu jest najlepszym  miejscem dla poetów. Duża przestronna sala, dobrze naświetlona i wyposażona w niezbędne akcesoria dla prowadzących imprezy artystyczne i nie tylko. Nie pierwszy raz tutaj odsiedziałem swoje godziny. Tym razem w towarzystwie Elżbiety Tylendy, oraz prowadzącego wieczór Pana Krzysztofa Styszyńskiego. Na sali był także obecny Krzysztof Wodniczak, prezes Towarzystwa PTAAAK. Obecna była także,  Pani Teresa Wawrzyniak z zaprzyjaźnionej z Towarzystwem, Poema Cafe. Wieczór przebiegał dynamicznie za sprawą Krzysztofa, wprawiony do takich imprez ani przez moment nie dał nam odsapnąć. Przyznam, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, tym razem w wielu momentach musiałem się mocno zastanowić nad odpowiedzią. Bo Krzysztof poznańskie środowisko artystyczne zna od podszewki. Nawet w historycznym przekroju, nie wyłączając poezji, zwłaszcza poetów ostatnich pięciu dekad. Wiele słów poświęciliśmy nieżyjącym już tragicznie zmarłym: Andrzejowi Ogrodowczykowi, Andrzejowi Babińskiemu. Wspominaliśmy ciepło Witka Różańskiego, Marka Obarskiego, Andrzeja Mendyka oraz Mariusza Rosiaka, wybitnego krytyka sztuki, eseistę i poetę. Nasz Klub zawsze stoi otworem dla poetów. Przekonałem się po raz kolejny, że tutaj można liczyć na profesjonalizm właścicieli. W każdym calu jest to lokal godny polecenia. 
Składam gorące podziękowanie wszystkim przybyłym na wczorajszy wieczór,  mam nadzieję, że jeszcze nie raz będzie okazja spotkać się w takiej scenerii. Do zobaczenia, zatem.




















piątek, 13 kwietnia 2012

Wyznanie grafomana

Piszę bo mam taką potrzebę- (najczęstszy argument grafomana). Do tego odwiedzam biblioteki różnego szczebla, ludzie są zachwyceni moją poezją, gazety gminne piszą, czasem dyrektor biblioteki wklei coś na mój blogg, zdarzają się panowie z tytułem doktora, polecający moją poezję. Ba, nawet wydają moje tomiki, z wstępem jak należy. W twardej okładce, grube jak biblia, kolorowe rysunki, a teksty- ile się da pomieścić, bo czas ucieka a przecież zacząłem pisać po pięćdziesiątce. To wszystko jednak mało, chcę załapać się na jakąś nagrodę, ale tutaj trudniej, bo anonimowo przebić się nie jest łatwo. Jurorzy oceniają przecież teksty, nie mogę pokręcić się koło nich. Wtedy trzeba zaprosić kogoś znanego, najlepiej ze związku, i czymś zanęcić, stół szwedzki kusi więc może się uda. To nie bajka, to degradacja poezji w Polsce. (Ktoś powie, że jest inaczej, że to marginalne zjawisko. Owszem może i marginalne, jeśli chodzi o samą poezję, ale co do bibliotek, niestety jest to nisza w którą grafomani wchodzą bez przeszkód).

Moja poezja jest potrzebna dla ludzi, piszę to co czuję, w przeciwieństwie do innych, współczesna poezja jest niezrozumiała, ja piszę czytelnie, chcę być kochany i kocham wszystkich. Raz musiałem krawat pociąć na kawałki, wielbiciele domagali się pamiątki po moim wieczorku. Koleżanka wyszła bez spódnicy, wielbiciele darli ją na kawałki. Co za życie. Albo wizyta w klubie emerytów, trwała do nocy, zabrakło kawy i ciastek, musiałem dzwonić do nocnego sklepu, przywieźli, a jakże.  W ciągu pięciu lat napisałem ponad dwa tysiące wierszy. Wydałem pięć książek, nie tam jakieś tomiki, duże książki, każda ponad trzysta stron. I ilustracje zrobione przez artystę, teraz zacząłem pisać prozę, będzie to moja autobiografia, bo moje życie było dotąd ciekawe, dużo podróżowałem po świecie. Należę do kilku związków, kilku stowarzyszeń, mam swoje logo, chętnie publikuję w necie swoje wiersze. Na kilkunastu portalach, wklejam codziennie. Różnie bywa z ocenami, ale tak ogólnie, to ludzie komentujący nie znają się na prawdziwej poezji. lubią poezję nowoczesną, a ta poezja nowoczesna nie ma szans. Najczęściej jest to bełkot niezrozumiałych fraz. Trzeba pisać to co się czuje, od serca. Ja to robię i dlatego wydałem tyle książek. I wydam jeszcze więcej, ponieważ recenzje są pozytywne, i są chętni na pisanie słowa wstępnego, z tytułami, a jakże. Prawie każda gazeta lokalna coś o mnie pisała. A to się liczy. Piszę do pana, bo pan się zna na poezji, czytałem ostatnia pański artykuł w gazecie. Znam tez pana z netu. No i bloga pan prowadzi, można poczytać ciekawe rzeczy. Dlatego chętnie wejdę z panem we współpracę, mam zamiar otworzyć wydawnictwo, to nie jest problem, będę zlecał pisanie wstępów, takie różne wstawki, oczywiście za honorarium, przy okazji i moje książki pan obskoczy. 


Wychodzę na  spacer z psem, chłodno jak na kwiecień, i zimno jak na poezję, której nikt nie zaświeci w tunelu światełka, bo przyszły czasy przenośnych latarni, świeczników wieloramiennych. wielkiej kasy wyrzucanej w błoto dla pseudo-poezji. Nikt nie jest Bogiem. A jednak, co niektórzy zmierzają do własnej świętości. Po trupach etyki, wartości uniwersalnych. Głosząc przy tym idee; nieograniczonej miłości do bliźnich. Szafując sercem jak kawałkiem mięsa, zapraszając na królewską ucztę w oprawie niemalże modlitwy składanej na własnym ołtarzu. Pieniądz nie śmierdzi, więc poezja cuchnie, mimo że pełno w niej róż i szczęśliwych łez wylewanych przed czytelnikiem. Pies obwąchuje krawężnik, jakby było w nim życie, i dalej kępki traw rozgarnia nosem. Jeszcze wyschniętych, ale już przygotowanych na ekspansję zieleni. Może są i tacy wśród nas, którzy wiecznie potrzebują węszyć jak pies za dobrą poezją. Ale jak odsiewać ziarna od plew. I kto ma to robić? Czytelnik? Który nie ma wyboru. A jeszcze znajdują się tacy, którzy powinni dbać o kondycję poezji, a dbają jedynie o własną kieszeń. Pies właśnie zrobił kupę- jakby odgadł moją myśl.

Jerzy Beniamin Zimny  




  




   

czwartek, 12 kwietnia 2012

niedziela, 8 kwietnia 2012

Budka dróżnika







Do Okunina prowadzi asfalt, można skręcić 
i dalej dryfować- tyle tutaj zbóż. Zabrałem ze sobą
wspomnienie beczki, aby odnaleźć choć jedną
obręcz, którą toczyłem po bruku. Mały chłopiec
niósł pieśń jak niemowlę. I zawsze ktoś czeka
chociaż już martwy. Trzeba zatrzymać pojazd
pędzący, zjeść kanapkę na niczyim widoku.


Spóźnia się dzisiaj słońce i brzoza nie ma pnia.
To myślę podczas deszczu i wyszukuję dachu,
czekając na dźwięk jakikolwiek. Aż do zmroku
ziemia będzie piła niebo, potem przyjdzie czarny
płaszcz, ten z bajki, okryje nas na drogę, abyśmy
ciepło ponieśli tam, gdzie komuś wygasł ogień.








Listy starego dróżnika
(fragmenty)




Dzisiaj pierwszy przymrozek
i na mojej twarzy też
widzę padający śnieg a to tylko poświata
niebios jest coraz bliżej
krew próbuje dotrzeć do martwych zakątków
życie dopala skroń
wzrok podpiera się lampą
a śmierci nie widać.




Przyślij opłatek na święta
i trochę ciepła przyślij
staremu więcej nie trzeba
zimą daleko do wsi
jadam co mi dzień przyniesie
i może ciut więcej


jutro zstąpi zbawiciel
nieświadom swej męki




W twoich wierszach
nie znalazłem miejsca dla starego
trwam w półmroku gdzie słowa trzeba
oświetlić
prawda jest chłodna unikamy jej jak
odbicia w lustrze
zapadamy synu na nieuleczalną chorobę
wszech czasów


1986


























sobota, 7 kwietnia 2012

Jeszcze więcej słów o czułości



Było więcej słów o czułości, ale czasu zdecydowanie za mało. Po dwóch spotkaniach w Gdańsku, doszliśmy z Karolem do wniosku, że będziemy kontynuować nasz dialog o poezji. Padało z sali wiele pytań , dotyczących poezji współczesnej, rola poezji kobiecej w ostatnich latach. a także ocena debiutów. Jest więc zainteresowanie czytelników, dlatego warto drążyć niektóre tematy. Chciałbym podziękować wszystkim uczestnikom za przybycie, Dyrekcji Biblioteki Wojewódzkiej w Gdańsku, Paniom z Filii w Oliwie za ciepłe przyjęcie, Pani Gabrieli Szubstarskiej za przygotowanie i prowadzenie spotkania. A także za więcej, już po spotkaniu. Dziękuję także Elżbiecie i Saszy za przybycie i udział w dyskusji. Sławkowi Płatkowi, za aktywność i poczynione uwagi. Było i jest o czym rozmawiać, każda pora będzie właściwa, i każde miejsce. Dziękuje również Karolowi. Świetlana przed nim przyszłość.












http://staraoliwa.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=703%3Aspotkanie-poetyckie-&catid=2%3Arozrywka&Itemid=4

Wielkanoc 2012

                                              WESOŁYCH   ŚWIĄT
                                  WIELKIEJ
                                     NOCY


               życzę wszystkim czytelnikom i miłośnikom poezji.
              

czwartek, 5 kwietnia 2012

Kiedy ranne wstają zorze



Insulina



(....) Macie radochę, a mnie nie do śmiechu.
W telewizji jakiś facet powiedział, że ma wszystko gdzieś, nie określił tego gdzieś, a ja widzę to miejsce wszędzie. Nawet nocą. Poetom chce się pić, widuję ich z piwem, pozują komuś dla czegoś, pewna dziewucha ululała się miksturą z jabcoka i piwa, chłopak odwiózł ja do domu i dostał po pysku. Nawet nie wiedział od kogo. Wiosna zapieprza i nie nadążą, wkradają się mrówki, łazi robactwo po klatce schodowej, dzisiaj nie wyjdę z domu. Dużo powiedziane- dom. Raczej pokój z kiblem na korytarzu. Łazienka pod dziurawą rynną, ale latem. Zimą szukam dziupli, jest ich dużo na mieście, ale trzeba trochę pomieszkać i skrobać po plecach dzierlatki po pięćdziesiątce. Chorał aniołów. Zapach kotletów. Syrena za oknem. Ptaki wiszą na topoli, z dołu szczekanie psa. Ojczyzna odgłosów. Klamki miejskie. Drzwi. Tysiące drzwi zamykanych i otwieranych w tej chwili. Czwartek popierdolony, od środy nie może zdzierżyć czasu w zegarach na popych, po sprężynach lecą minuty, wahadło tam i z powrotem, w sklepach promocje, i te na krechę dawanie, najczęściej piwo w puszkach, za folię trzeba płacić, a papier do kibla po rozmoczeniu nadaje się do zupy. Kto na schodach przeklina. Kogo wzywa nadaremno. Bóg tutaj nie zagląda, jest abstynentem, a jak już to, nos zatyka. Aniołowie notują spadek odwiedzin, za to szczury są już nie czułe na zapach alkoholu. Ale co tam. o kant stołu Kanta, moje niebo żółte od dymu, słońce się kołysze przysłonięte gazetą, a we mnie? Kant się pomylił. We mnie lewe papiery, pan nie jest człowiekiem, słyszę zamykane drzwi i za nimi cholerę. W parze z kurwą.

Język poetycki. wszędzie. Napisy na murze, cierpliwe, po wyborach- a Facet wisi i nadal obiecuję zwrot. Jaki zwrot? Na pięcie? Ala już nie ma kota, i przewodniej siły narodu już nie ma. Są przypiski do zdarzeń na osiedlu. Dzisiaj wieczorem zaczęło padać, nareszcie woda niebieska zmyje wszystkie gówna, głowy namoczy aż do łupieżu, i myśli pod czachą odciąży, skoro mokro to nie sucho, a na sucho można szlifować dechy, tylko nie diamenty. Jeden znalazłem na strychu, sprawdzając wytrzymałość sznura, a tu spod krokwi wypadło zawiniątko. Tak mi się zdawało po ostatniej wizycie krasnoludków. Zgubili królewnę i teraz chodzą i nagabują takich jak ja. Nie łasych na gazety, płyty kontaktowe, i gazetki w których można zobaczyć  amatorów cudzego pierza. Na mnie pierza tyle, co z rozdartej poduszki, kiedy próbuję udusić różowego królika. Tak się na mnie uwziął, że do snu nakładam kask- pamiątkę z budowy oczyszczalni ścieków. Płyty kontaktowe na chodniku. Na takiej płycie można spotkać miłość, odlać się o zmroku, postać z syfem albo inną zarazą, nabytkami ostatnich lat lukrowanych postępem. Aż do utraty ostatnich zębów. I co wtedy? Różnie może być, jak mawia pewien aptekarz, który zatrudnił trzy baby do sprzedawania prochów. Którą brać tak, aby tego nie czuła? Też po prochach? Ja mam swoją teorię dziobania, a nie jestem pelikanem, bo ryb nie ubywa, przeciwnie- zarybiają, ale raków darmo szukać nawet po pijaku. Czemu zatem nie zarakowiają akwenów? Głupi zadaje najmądrzejsze pytania, mądry zawsze odpowiada głupio na proste pytanie (......)

Jerzy Beniamin Zimny




wtorek, 3 kwietnia 2012

Z notatnika (1)

Chandra była zawsze moim: Tu właściwie nie wiem co palnąć. Bo i na dobre dybała i na złe. /.../ I teraz sztuderuję poetykę stosowaną. Ciężko mi ale się pcham. Czuję, że mam w sobie tę odrobinę kosmosu, którą warto szlifować. Że trudno to przychodzi, bo warsztat słaby- deski nieoheblowane, ale bierze się za strug i się gładzi i wio i wio tam i z powrotem. A gdy ręce bolą to się pędzluje na płótnie albo na innym kawałku i też tam i z powrotem. A i do czytania się najbardziej palę, zwłaszcza gdy mury gdzieś blisko. Chyba że Paganini, no wtedy to dudy aż bolą i książka na bok i... Wtedy do poezji się wtykam. Byle jak ale szczerze. I, że chcę różnym chudopachołkom mordy obrzezać nie wieloma ale jednym dobrym wierszem /.../  Tyle Bruno w jednym z listów do Jurka Szatkowskiego.

Nie wieloma, ale jednym dobrym tekstem w oczy zaświecić. Pisze poeta który jest już ukształtowany, w pełni. 
Bez komentarza.

Wczoraj wspominaliśmy Łucję Danielewską, w Domu Literatury przy Wronieckiej. Po wielu latach znów rozmawiałem z Markiem Kośmidrem, poetą z Wągrowca, który jest założycielem Stowarzyszenia Umarłych Poetów. Pytam czy stowarzyszenie jeszcze istnieje, odpowiedź- umrze wraz ze mną. Zatem skąd umarłych? Ano nie przystosowanych, osobnych, piszących na marginesie po za nurtami. Ta definicja mnie nie zadowala, ponieważ w Zielonej Górze funkcjonuje Stowarzyszenie Jeszcze Żyjących Poetów. Kaprys Marka dawno przestał mnie dziwić, znamy się bez mała czterdzieści lat. Słyszałem o jego wyczynach marcowych pod pomnikiem Mickiewicza w 1968 r. byłem świadkiem jego problemów w latach osiemdziesiątych kiedy trafił  na tzw. indeks. Poświęcił temu okresowi cykl swoich wierszy pt. Nasz człowiek. Dzisiaj mówi o sobie- klasyk, i pisze psalmy.  W domu Literatury swoje nagrodzone wiersze czytała Hanna Dikta, poetka z Piekar Śląskich, był młody poeta z Bielska Białej, bardzo utalentowany. Mariusz Kusion. I tyle z obowiązku reportera. Czas zająć się rozwinięciem motta zaczerpniętego od Bruna. A więc chandra, czy jest moim sprzymierzeńcem w pisaniu? Raczej nie,  albo inaczej, zależy co jest jej powodem? Coraz częściej  dopada mnie jako czytelnika, oczywiście, mogę czytać wybiórczo, ale wtedy nie będzie mojej reakcji na to, co należy ocenić negatywnie, bo nie może być tak, że mechanizmy wartościowania przestaną istnieć. Ostatnio dużo czytałem debiutów, niektóre sprzed kilku lat, choćby świetny debiut Natalii Zalesińskiej, będący efektem konkursu im. Iwaniuka. Czytałem też Pęknięcia Katarzyny Zając, również debiut pokonkursowy. Obie panie nie dały mi odpowiedzi na zasadnicze pytanie, czy to już jest osobowość, czy tylko uwieńczenie pewnego okresu twórczości, który przypadł na okres publikacji w necie, a także uczestnictwo w licznych konkursach gdzie jak wiadomo, pisze się jakby osobnym piórem, przeznaczonym do takich właśnie celów. Czekam na kolejne książki obu pań i mam nadzieję, że będę mógł powiedzieć- jest poetka, która coś nowego wnosi do poezji współczesnej, już wzbogaconej ostatnimi czasy, wartościami dotyczącymi głównie języka, z podkreśleniem składni, a także ciekawa w penetrowanych obszarach. Przynajmniej na takim poziomie jaki prezentuje Teresa Rudowicz, odkrycie minionego roku. Przynajmniej dla mnie.


Jerzy Beniamin Zimny  

  

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Gromnica (3)




(....)
W nocy niby spałem, niby nie. Śniło mi się, że nie śpię. Czułem czyjąś obecność, jakby mnie ktoś za gardło dusił. Zrywałem się z łóżka. Zasypiałem, zrywałem się ponownie i tak do samego rana, dopiero, kiedy za oknem zrobiło się jasno, zasnąłem.
Na śniadanie zeszliśmy z Jankiem o siódmej. Miałem jeszcze sen na oczach. Mocna kawa nie postawiła mnie na nogi. Poprosiłem o drugą i jeszcze trzecią wypiłem tuż przed wyjściem do roboty. Zachodziłem w głowę, co to się ze mną działo w nocy. Byłem pewien, że to jakieś siły nadprzyrodzone albo, w co nie za bardzo wierzę, duchy pastwiły się nade mną, bo ja jestem podatny na ich oddziaływanie. Tak mi kiedyś powiedziała wróżbitka, chociaż ja nie za bardzo chciałem jej wierzyć. I jak w kalejdoskopie widzę teraz sceny z przeszłości. Najpierw internat. Oglądam telewizję i w pewnej chwili bez namysłu zrywam się z krzesła i biegnę przez dziedziniec w stronę męskiego internatu. Wpadam do pokoju i widzę wiszącego na pasku kolegę ze starszego rocznika. Powiesił się w moim dresie, który mu pożyczyłem. Dalej koszary. Jestem po służbie. Późne popołudnie. Po kąpieli kładę się na pryczy i natychmiast zasypiam. Po chwili grom z jasnego i bezchmurnego nieba uderza. Nie wiem, w jaki sposób znalazłem się w ubikacji. I nie potrafię wyjaśnić, dlaczego właśnie wyważam drzwi zamkniętej jednej z kabin, podczas gdy pozostałe były otwarte. Wyważam te drzwi i nożem, który jakimś cudem znalazł się w moim ręku, odcinam wisielca od spłuczki, na której się powiesił.
Wieczorem podczas kolacji zagadnąłem gospodarza.
– Ta przełęcz to wysoko położona?
– Dwa tysiące metrów z drobnymi – odpowiedział półżartem.
– Wychodzi na to, że śpimy na Kasprowym- zwróciłem się do Janka.
– Ten to ma inną nazwę – Janek nie bardzo kapował, co ja miałem na myśli.
Podzieliłem się z gospodarzem moimi spostrzeżeniami i byłem pewien, że będzie się ze mnie śmiał, ale on z całą powagą potwierdził moje obawy i że nie ja jeden mam tutaj kłopoty ze spaniem.
– W tym pokoju, gdzie wy teraz nocujecie, jeszcze na początku wieku popasał młody cesarski oficer. Podobno przeżył nieodwzajemnioną miłość. Przyjechał tutaj i powiesił się na żyrandolu. I teraz jego duch niektórych gości nawiedza. Mogę was przenieść do innego pokoju, ale to nic nie da, bo ten duch za wami się przeniesie.
Na dachu najgorsze jest południe. Słońce szpili po karku a pod kolanami rozgrzana papa. Zapach smoły miesza się z zapachem sosnowego drewna. Przybijamy z Jankiem łaty, które niedoszli cieśle podają nam z dołu. Dopiero teraz robota ruszyła z miejsca. Kasztan kiwa głową z niedowierzaniem.
– Kamieniarza jeszcze na dachu nie miałem.
A ja mu na to:
– Na dachu jestem pierwszy raz i chyba nie ostatni, bo stąd widok ładny i robota lżejsza.
– Ty sobie, Polaczku, myśl, co chcesz, i mów, co chcesz, ja widzę żeś ty cieśla, a ci na dole jutro wracają do domu.
Do wieczora przybiliśmy wszystkie łaty. Poobcinaliśmy końce i zrobiliśmy porządek. Kasztan przywiózł z miasta prowiant i rozpalił ogień pod przenośnym paleniskiem. Siedziałem sobie na dachu i obserwowałem zachód słońca. Nie miałem zamiaru schodzić z tego dachu. Tak mi na tym dachu było dobrze jak nigdzie dotąd. Widok zachodzącego słońca był czymś niezwykłym w tej górskiej scenerii. Wysokie jodły a nad nimi krwawe słońce i w dole całe połacie łąk, zielonych i dolatujące gdzieś z bliska porykiwanie krów pędzonych do zagrody. I te świerszcze i to ich cykanie. I szum świerków poruszanych wiatrem. Polska gdzieś za tymi górami, i za następnymi i dalej coraz dalej i to samo słońce nad nią. Inne jednak spojrzenie na nią. Z tego dachu patrzę dopóki zmrok nie przesłoni mi widoku. Nie schodzę mimo nawoływania i kuszącego zapachu pieczonego mięsa.
Wróciłem do Lannach, a Janka Kasztan wywiózł do Wiednia. Powiedział, że i ja tam pojadę jak tylko skończę u niego robotę.
– Musisz się spiąć, bo tam w Wiedniu już na ciebie czekają. Na kilku budowach robicie, wy Polacy. Wasz rezydent dopytuje się o ciebie, brakuje im rąk na budowie. Ale ja ciebie nie puszczę. Może byś został u mnie na stałe?
Pomyślałem sobie, że nie za bardzo mi się ta propozycja uśmiecha, ale mu tego nie powiedziałem. Bo i po co? Niech sobie kasztan myśli, co chce, jak i tak u niego nie zostanę. Na tej samotni? Nawet eremita by się zastanawiał, a co dopiero ja.
– Zobaczy się – powiedziałem do Kasztana – na razie czekają na mnie jeszcze dwa filary i cały cokół wokół budynku.
Sobota na poddaszu. Nijaki dzień, taki dzień z samym sobą po skończonej pracy. Z okna na poddaszu z jednej strony widok na korty, a z drugiej na parking. Na korcie grają młodzieńcy. Studenci, bo jeszcze o egzaminach rozprawiają. Na parkingu pusto ale za chwilę zaczną się zjeżdżać bauerzy, jak to w zwyczaju mają, w sobotni wieczór zdrowo sobie podjeść. Dzisiaj rano byłem w pracy. Kasztan z rodziną wyjechał w góry do tej chaty cośmy ją rychtowali. Pojechali tyrać, bo jakże by inaczej. Nie na odpoczynek. To wiem i tego się nauczyłem tutaj. Nic tylko praca i oczywiście pieniądze. Tych nigdy nie za dużo. Tak mi raz powiedział. Zapytał nawet, czy wiem, skąd się bierze bogactwo. Ja mu, że z pracy. A on tylko się uśmiechnął i wycedził przez zęby, że z wydatków. Nieważne, ile zarabiasz. Ważne, ile wydajesz. I jakby na potwierdzenie tego, co mówił pokazał mi wypchany portfel.
– To tylko na drobne wydatki. Drobne - podkreślił. – Grube zarabiam, drobne wydaję. To moja ekonomia, nie podręcznikowa!
Długo nad tym rozmyślałem. Te drobne, które wydaje, to pewnie na takich jak ja i na innych mi podobnych, którzy przyjeżdżają tutaj i myślą, że jak zarobią niebieskie, to już nieważne, ile zarobią. Kasztan otworzył mi oczy, a policjant, który znienacka podjechał na motorze, napędził strachu.
Heute ist rhue Tag – oznajmił grzecznie.
Zrozumiałem, nawet gdybym nie rozumiał.
Ja wohl, Heute arbeit zu ende.
Po wojskowemu i prawie na baczność zameldowałem policjantowi. Ten się tylko uśmiechnął i na koniec dodał, że niedaleko w sąsiedztwie są małe dzieci. O tej porze zwykle śpią i czy to rozumiem.
Na dole w restauracji kelnerzy rozkręcają się na dobre. Przez uchylone okno dolatuje zapach panierowanych kotletów i smażonej kapusty. Nie jestem głodny, ale ten zapach jest nie do zniesienia. Dawno nic ciepłego nie jadłem. Mieszkać nad knajpą i nie zejść na dół. To dziwne, prawda? Ale ja wiele razy w życiu zawsze z czegoś rezygnowałem. Jak mój obecny pryncypał nie lubię wydawać pieniędzy? A jak już wydaję to nawet o tym nie wiem, dopiero potem dochodzę do wniosku, że pieniędzy mi ubyło. Musiałem chyba zgubić. Tak myślę.
Na dole wszyscy byli już na tęgim rauszu. Rozgadane i rozśpiewane towarzystwo, w duetach i więcej, paru solo i reszta przy złączonych stolikach. Ci darli się najgłośniej i piwa tam najwięcej kelnerzy stawiali. W nadęte brzuchy wlewali złocistą ciecz, jakby im było mało tej cieczy. I tego żarcia, które błyskawicznie znikało i zaraz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawiały się nowe, wypasione talerze. Rozejrzałem się po sali za wolnym stolikiem. Wszystkie zajęte. Może to i dobrze – pomyślałem – za dużo tu wrzasku. Wyjdę lepiej na powietrze, tam na tarasie pusto, jakoś nikt nie kwapi się na ten górski wozduch, a ja z przyjemnością usiądę sobie i coś zamówię na ten mój zbuntowany żołądek. Tak też uczyniłem.
Tam we wnętrzu zabawa na dobre. Grajkowie rzępolą aż miło. Im w to graj, ale moje ucho nie jest z drewna. Bauerom każde granie jest dobre, wtórują każdy po swojemu. Wszystkie te dźwięki razem wzięte, w jeden tumult przechodzą. Uszy od tego puchną, ale nikomu to nie przeszkadza, bo wszyscy jak widać po minach zadowoleni bardzo.
Kelner chyba dobrze mi się przyjrzał, bo postawił przede mną talerz z kotletem jak talerz. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że kelner zapomniał talerza. A on, widząc moje zakłopotanie, puścił do mnie perskie oko i powiedział, że ja jestem tutaj nowy, i do tego obcy, znaczy się z innego kraju, to należy się takiemu ekstra porcja, abym sobie zapamiętał ich lokal, który nie gorszy od tych lokali w Wiedniu. Podziękowałem i odwzajemniłem się uśmiechem i nie zwlekając ani chwili, zabrałem się do tego giganta kotleta. Powolutku kroiłem i jeszcze wolniej jadłem tak, aby tego kotleta nie ubywało. Dopóki kotlet na talerzu, jest dobrze, ale jak zniknie i przy tym szybko- to głód niebawem się odezwie i będę musiał zapaść w sen. Tak jak to onegdaj czynił Zygmunt. On mnie tego nauczył i przyznam, że nieraz korzystałem z tej niezwykłej rady.
Było dobrze po północy, kiedy usłyszałem na dole tłuczenie szkła. Wyjrzałem przez okno na dół. Przy stoliku ni to siedział, ni to leżał młodzian, jak ranny zwierz pojękiwał i co chwila zrzucał na ziemię naczynia. Kiedy opróżnił stolik zabrał się do następnego, chwytał za obrus i jednym ruchem zmiatał wszystko, co na tym stoliku było prosto na posadzkę? Kelner stał obok. Ani myślał interweniować. Spokojnie zgarniał szkło na szufelkę i odnosił do śmietnika. Po czasie, kiedy młodzian potłukł wszystko co było pod ręką, kelner usiadł obok niego, wyjął bloczek i zaczął wypisywać rachunek. Długo pisał, prawie już świtało, kiedy podjechała taksówka. Wręczył młodzianowi kwit i powiedział: „do jutra”. „Jutro się policzymy. Tylko nie zapomnij.”
W niedzielę wybrałem się do kościoła. Z chęci wielkiej i braku pomysłu na spędzenie świątecznego dnia. I jeszcze chyba z ciekawości, bo te msze tutaj odprawiane są w języku łacińskim. To takie dostojne i takie naturalne, i takie przypominające mi młodość, kiedym sam stawał przy ołtarzu i odpowiadał księdzu w tym pięknym języku.
Podczas kazania, które starałem się zrozumieć w miarę moich uszu, proboszcz tutejszej parafii raczył był zauważyć moją obecność w kościele. Tyle zrozumiałem, że pozdrawia obecnego tutaj Polaka, i że błogosławi mu za tą pracę, którą tutaj wykonuje, i żywi nadzieję, że będzie mile wspominał tutejszych parafian. O mało nie zapadłem się pod ziemię, kiedy dziesiątki głów zwróciły się w moją stronę. Każda z uśmiechem do mnie i pełna życzliwości. Czegoś podobnego nigdy dotąd nie doświadczyłem.
Opuszczałem Lannach ani w dobrym ani w złym nastroju. Kasztan bestia orżnął mnie na dwie dniówki. To wasz rezydent tyle mi przekazał. Oznajmił. Jakby go gryzło sumienie, bo do pracy mojej nie miał zastrzeżeń. Nawet był bardzo rad, że tak sprawnie się uwinąłem i tyle pomysłów własnych miałem. On sam nigdy by na to nie wpadł. I byłoby dobrze jakbym u niego pozostał. Na rok, a może i więcej. Ja zostawać nie chciałem, bo ciągnęło mnie do Wiednia. Tam przynajmniej będzie się, do kogo odezwać, bo wiezie mnie na budowę, jedną z większych, jakie obecnie są realizowane w tym przepięknym mieście. Odjechałem, więc nie mając złudzeń, że nigdy do Lannach nie wrócę.
„Wiedeń jest szczęśliwy, że przyjechałeś” – taki napis dostrzegłem na rogatce przy granicy miasta. Ciekawe, dlaczego? Różne tablice widuję. Duże i mniejsze, kolorowe i okazałe, czasem takie jak u nas- przerdzewiałe i obskurne. Ale te w Wiedniu są bardzo tajemnicze. Przyznam, że poczułem się ważny, ale tylko na moment, bo jak pomyślałem, że idzie chyba o pieniądze, które ludziska tutaj wydają, to zaraz wróciłem na ziemię. Ja chyba tutaj niewiele zostawię grosza, kieszeń moja uboga a przy tym trzeba, szporać jak ojciec nakazali.  (....)

(fragment powieści Gromnica)


Jerzy Beniamin Zimny