środa, 28 listopada 2012

Nad wielką wodą

Szósty tom poezji Gabrieli Szubstarskiej zaskoczył mnie tytułem. Byłem przekonany, że poetka z Gdańska niczego nie ukrywała przed czytelnikiem w swoich poprzednich książkach. Może w Srebrnej grze,  nie pozwoliła swojemu podmiotowi zbytnio się odkryć, stąd w tytule gra, a teraz mamy drzwi, które poetka, zapewnia, że uchyliła. Czyżby? Mam wrażenie, że po raz kolejny stoję przed drzwiami i nikt z wewnątrz nie ma zamiaru mi ich otworzyć. Jakby lokatorka pozostawiła kartkę z napisem: nie wiem kiedy wrócę. Niby proste wyznania komunikatywnym językiem ale sam muszę sobie do powiedzieć sytuacje podmiotu, miejsce zdarzeń, sens pobytu w tym a nie innym miejscu: to mnie przytrafiło się morze, specjalnie morze. Albo: ołowiem wykrwawia się morze. Morze zdominowało tomik, wszystko co z nim związane, gorzkie jak sól, lotne i zagubione jak piórka wirujące w locie, spadające do stóp peelki. I nie wiadomo czy jest to radość z faktu pojednania z przyrodą, czy pierwsze oznaki przemijania wszystkiego z czym wiąże się młodość: nad morzem gasimy żal, mnie już prawie nie ma, tęczy wyrwano kolory, na niebie widnieje szczerba. Niespokojna to poezja, autorka przyzwyczaiła mnie do łagodności, pogodnych obrazów, stonowanych uczuć, dystansu do otoczenia, a tutaj za drzwiami napotkałem jesień człowieka zdominowaną przez sztormy, wszystko śpi zatopione w czerni.  Jest jeszcze coś, co mnie poruszyło do głębi- pojawiający się wątek dojrzałej, prze dojrzałej miłości, która bezwiednie, wzorem przyrody dogasa w sposób naturalny, w sposób podobny do opadających liści, odstępującej fali, odlotu ptaków. Nie ma w tym dramatu jest tylko świadomość podmiotu, który bardzo wnikliwie obserwuje otoczenie, nie może się pogodzić z odchodzącymi krajobrazami, z którymi jest związany na zawsze: kruszę się jak bryłka lodu, oszroniało nawet światło.  Po srebrnej grze, złocista gorycz porażki, ale nie do końca podmiot ulega rezygnacji, nadal przebija się fala optymizmu w postaci złudnych uniesień w bajkowej scenerii przywołanej jakby na ratunek, bo o to już tylko: ocalały jedynie drzwi wiszące na wygiętych zawiasach. Przemyślany tom, zaskakujący w przekazie, dopracowany jak zawsze graficznie, starannie wydana książka. A liryka Szubstarskiej? Leciutka jak piórko, sypka jak morski piasek. Szczera w przekazie.

Jerzy Beniamin Zimny

Gabriela Szubstarska, Uchyliłam drzwi, Wydawnictwo " Bernardinum" Pelplin, 2012

czwartek, 22 listopada 2012

Dożylnie dawkowany ogień.

Słona opłata za słowo, bardzo słona, za dotknięcie albo trochę krwi. Sylvia Plath nie jest duchową przywódczynią Gałkowskiej, co stwierdzam z pełną odpowiedzialnością. Raczej poznański poeta Andrzej Babiński, lecz nie we wszystkim, może tylko w pojmowaniu własnego losu, na który to sprzysięgły się wszystkie moce natury ludzkiej, tak dalece destrukcyjne, że nie ma punktu zaczepienia z czymś zbawiennym, normalnym- a już w słowach- bliskim ideałom, za które oboje są w stanie zapłacić najwyższą cenę. Babiński już ma to za sobą, natomiast Gałkowska jest dopiero na początku tej drogi, Tak sadzę. Poetka ma jednak inne zdanie na ten temat, bo o to: przebiera myśli jak niepotrzebne ubrania, układa w stos i pilnuje ognisk zapalnych, zapisanych stron, w butelkach mieszka dżin, o c a l e n i e?  No właśnie, ocalenie w przepadłym, destrukcyjnym - uosobienie baśniowego dżina, tu na padole wszystko, co zatruwa życie poetce jest szczególnym wzmocnieniem, ale istnieje także granica tej odporności, w pobliżu jej egzystuje poezja, biorąca na siebie wszystkie słabości poetki, jest też w pewnym sensie przeciw ciałem uodparniającym, czego nie było u Babińskiego: czy jest jednak coś, co mnie nie oddziela od tej ziemi? Co wywalczę to stracę, u Gałkowskiej jest jak najbardziej pożądane, żeby nie powiedzieć -konieczne jak tlen przy łapaniu oddechu. I woda- koniec tego a nie innego oddechu- bo jeśli przymierzać tutaj tocę - posłużę się nieprzeźroczystą Andrzeja Ogrodowczyka,  którą Gałkowska dopiero musi zrozumieć jeszcze nie gotowa na takie rozwiązanie, a już w nieświadomości swojej- bliższa niż by to się mogło wydawać. Nie imputuję tutaj niczego, raczej intuicyjnie próbuję rozważyć dalszy ciąg ziemskich tortur poetki (zamykania ust) a może czegoś więcej, w tym nieustannym kurczeniu się do rozmiarów drzazgi. W taki lub inny sposób: odpływam doskonale obca, pisze świadomie i ani myśli zrezygnować z roli zatraconej- lirycznej matki. Swoiste studium kobiety okaleczonej, pozbawionej niekiedy godności, co daje wyraz w wierszu wieża. To może być współczesna Wieża Babel, w której kobietę oprawia się jak rybę, nie potrzebuje głosu tylko ciała, dawno temu wyrwano jej język i wszystko co potrafi to przyjmować w siebie kolejne ostrza, symbole wycinane delikatną dłonią artysty. Nagrodzone piękno post factum, po wyrządzonej krzywdzie brzmi jak drwina czynowników w imię społecznego dobra, a może żarłocznego egoizmu, dla którego tylko ciało ma jakąś wartość a i tak po wykorzystaniu trafić musi na śmietnik fałszywie pojmowanej moralności.  Gałkowska myśli o stworzeniu świata bez słów, tak by istniał jedynie nieopisany kodeks poruszeń, tu nasuwa się pytanie czy możliwa jest poezja pozbawiona słów: nie napisałam wiersza byłam nim? Czyżby to była deklaracja akcesu do nurtu w którym życie i poezja to jedno? Możliwe ale trzeba jeszcze poczekać na kolejne sygnały ze strony poetki, potwierdzające to podejrzenie.

Dwadzieścia dziewięć wierszy (tylko tyle  i aż tyle) Od debiutu poetki upłynęło już sporo czasu, spodziewałem się sporej dawki wierszy. Nic z tych rzeczy, jakby na przekór powszechnemu traktowaniu publikacji, Gałkowska raczy czytelnika dopracowanymi tekstami. Nie ma tu przypadkowości, natłoku tekstów tzw wypełniaczy tomu, nie ma gadaniny, mentorstwa, pouczania, nie ma protez metaforycznych, nie ma dziwactw i proroctwa, jest ogląd i przegląd stanów i uniesień, jest mądrość człowieka doświadczonego, dystans do przedmiotu rozważań, i pokora której poetce jeszcze nie tak dawno brakowało. Pamiętam i teraz okazuję zdziwienie: od black crash do bianco piano dawkowane dożylnie, chłodnym słowem, ognistym w skutkach. Może to z mojej strony pean na wyrost, ale każdy kto zna wcześniejsze wiersze Gałkowskiej przeżyje przy lekturze toci coś zupełnie nowego. I nie jest to bynajmniej zabieg poczyniony przez redaktora tomu. To autorka sama jakby otrzęsła się z danse macabre. I które to danse macabre w przeszłości tak bardzo nas poróżniło.  Na koniec kilka kamyczków do ogródka, jeden kolorowy którego w toce zabrakło, drugi pachnący narcyzem, jakoś mi to: ja liryczne poetki w toce dopiekło, rozumiem sensowny ciąg wierszy, rozumiem autorstwo peela, ale dla równowagi przydałby się, co jakiś czas obcy podmiot, taki chwilowy oddech autora konieczny dla czytelnika. Trzeci kamyczek i zarazem ostatni  nacechowany emocjami, z umiarkowanym ładunkiem, jestem wręcz zdumiony wyrachowaniem poetki, chłodna Gałkowska, takiej nie znałem i teraz muszę być przygotowanym na wszystko z jej strony. Nie jest to różnorodność, jest to stałość zmieniająca oblicze, w rezultacie czuję się oszukanym przez peelkę, w dobrym tego słowa znaczeniu, dlatego warto zajrzeć do toci, tortur tam nie będzie, będzie tam dożylne dawkowanie ognia, który poetka straciła na rzecz swoich dzieci wierszy.

Jerzy Beniamin Zimny


Magdalena Gałkowska, Toca, Biblioteka Współczesnej Poezji Polskiej, Zeszyty Poetyckie Gniezno, 2012              




sobota, 3 listopada 2012

Triada egzystencjalna




Memoriał

Opowiem ci o poecie z czystym sumieniem
i brudem w życiorysie. Więc on nie wiedział
że pisze źle, o życiu tam za firaną dalej stąd,
o panach i piedestałach. Słowem zabrano mu

wszystko a przecież nie miał nic.  Podobnie
żyję w trawie, tak nazwany jest mój dom.
Dniami tylko pośród ptaków mam uznanie.
Wiedz, że będę niedługo niemową, niedługo

po mnie krwawy ślad, prowadzący do okna.

Czy są oczy otwarte gdziekolwiek. Dłoń
wyciągnięta, albo litość ukryta niedbale.
 


Noc zadusznych

W moich snach wielkie poruszenie idą, coś zbierają
wynoszą, wskakują na moje plecy, nieszczęśnicy.

Nie otworzę oczu, nawet nad ranem, pięknie jest
przebywać pośród niezbawionych,  ciułaczy obcych
pacierzy, pięknie jest patrzeć jak pokornie czekają,
na coś, co nie zwiędnie, a tylko inaczej znaczy.

Gdyby im dać parę groszy, moje ubranie i buty
a także pisanie, odejdą i nie wrócą, zapomną nawet
że byli. Skromnie mi dzisiaj, wytracam bagaż  aby
przejść lekko. Z pustą dłonią przed bramą, na klucze.



Pewność

Świece już tak nie dymią, kwiaty się nie żalą
skrzypek wybiera temat ostrożnie,
sterty śmieci wielokolorowe, głowy ubrane.

Nekropolia to pamięć, która znika za bramą,
wychodzimy bez śmierci, wychodzimy z modlitwy.

Moje kroki nie moja ulica,
mój dzień nie moje godziny,
mój wieczór, gdyby był prawdziwy.

Chcę dotknąć granicy, sprawdzić ukryte tętno
W glebie serce inaczej żyje.
W mroku jest inne światło.

Byłem, bo piasku w szkle już niewiele.



piątek, 2 listopada 2012

Uwaga talent

MATEUSZ  DWOREK




Rocznik 1990. Absolwent UAM w Poznaniu prowadzi Zespół Fundacji Kultury Akademickiej. Nie posiada wielkiego dorobku ale ma wielki talent. Prowadzi w Poznaniu cykle spotkań poetyckich pod hasłem:  "Literufka".



„wiersz pomiędzy nocą a porankiem”

niebo było niewidzialne jak powietrze w balonikach
czyste koszule jaśniały niczym żagle albo duchy, patrzyło
niebieskie drewno, dookoła roiło się od jeży i śmieci
wszyscy słyszeli dyszącego psa.

pod drzewami stały plastikowe krzesła i stoły
wyglądały jak wierne psy w pustych izbach
cała pustka świata zebrała się właśnie tam.

zbliżał się poranek,
niebo otwierało skubiąc wątłą zieleń.


 „mokry żużel kleił się do nas”


na skraju piaskownicy czuliśmy ostrą krawędź życia
w rogu mrówki turlały w pocie czoła  różowego dropsa,
białe strużki światła nakłuwały spocone ciała, każdego dnia
nabijaliśmy tuzin siniaków od biedy, my chłopcy z placu zbawiciela

tropiliśmy lody śmietankowe jak pocisk termolokacyjny
namierza asteroidę, na dorosłość nie było czasu chyba że
posłuży za podpałkę. sentencja tego wiersza: nieśmiertelność
choć naklejka na samochodzie wskazywała wręcz przeciwnie.


 „chłodniej”

tutaj jest zawsze chłodniej
pozwolisz, że zostawię ciebie za oknem
i odwrócę nocną lampkę, popatrzę na ścianę
o czym myślisz gdy patrzysz na mnie zasypiającego,
który właśnie nerwowo
przewrócił się na bok?

niech małe piekiełko zrobi się tobie na twarzy
podeprzyj podbródek, aż przyjdzie dzień
następny aż rzeczy poprzestawia, miejscami dotkliwie
i dźwięk będzie nieznośny w w tym pustym pokoju
ale go nie usłyszysz
i nie oderwiesz wzroku

moje ciało nie jest tu po to
żeby zakumplować się z twoim
















Kinga Weronika de Walla


Kinga Weronika de Walla – poznanianka, absolwentka kulturoznawstwa i psychologii społecznej. Ukończyła Państwową Szkołę Muzyczną I stopnia w klasie skrzypiec i fortepianu. Realistka z odchyleniem romantycznym i nieustającym zachwytem światem, który przekłada się na twórczość. Należy do Koła Młodych przy poznańskim oddziale Związku Literatów Polskich. Uczestniczka wieczoru debiutów w ramach Festiwalu Poznań Poetów w 2013 roku. Jej wiersze były nagrywane dla audycji internetowego Radia Liryka. Debiut prasowy odnotowała na łamach kwartalnika „Okolica Poetów” (czerwiec 2013). Laureatka II nagrody w OKP „Erotyk na krechę” (luty 2014) oraz I nagrody w OKP wiersza klasycznego „O Buławę Marszałka” (październik 2014). Publikowała na stronach internetowych „Odry” oraz Polskiego Kulturalnego Podziemia. W wolnych chwilach gra na skrzypcach, rysuje pastelami i czyta książki.







zbyt cicho na iluminację

gdyby nagle wszystkie latarnie
za oknami knajpy wybuchły
całą mocą światła, kłębiącego się
pod skorupą szkła grubego jak ta noc,
nikt nie pytałby o wartość energetyczną wyleczonej właśnie depresji.

Gdyby teraz zapadła ciemność, facet z naprzeciwka nie zdążyłby
poderwać kelnerki.  Jeszcze nie wie, że przypadek to nie wszystko,
a psychologiczna głębia kolorów jest co najwyżej wątpliwa.

To tylko martwa  gra. co z tego, że nie patrzysz mi w oczy,
 kiedy mówię  o miłości do dziwaków.

Niech coś pęknie, niech spełznie i rozwrzeszczy się
do białości, póki świat nie należy do nikogo.





















Kacper Pietrenko


Kacper Pietrenko – ur. 02 VII 1991 w Krośnie nad Odrą. Autor utworów poetyckich.  Gitarzysta, perkusista i kompozytor utworów zespołu Krossen Other, który zagrał dotychczas kilkanaście koncertów w Zielonej Górze, Wrocławiu i Gdyni. Publikował utwory muzyczne nagrane samodzielnie w internecie. Nauczyciel języka angielskiego. Studiuje literaturę angielską na Uniwersytecie Zielonogórskim. W 2012 studiował literaturę angielską na Uniwersytecie Wileńskim




dłonie wszechświata

kobieta o włosach czarnych jak dłonie wszechświata
śni mi się po nocach rzuca we mnie łodygą kwiatka

jestem wtedy jak
matka wiecznie w trzecim miesiącu ciąży
chcę kochać to dziecko nie mogę go zabić
nie mogę go też urodzić

jej oczy tlą się jak dwa ogniska
na drugim brzegu wyschniętej rzeki
wspomnienie jak gałąź wrzucam do paleniska
i z bólem przymykam powieki

niekiedy idąc samotnie wśród tłumu
zobaczę twarz tak podobną do tamtej
lecz wiem że czarny opar rozumu
przesłoni wnet blask wyobraźni

***

w krainie do której zmierzam
na każdym krzaku rosną pąki złote i białe

krople porannej rosy
złoty blask rozrzucają

uchylę te wielkie żelazne drzwi
i wstąpię ponownie do wnętrza ogrodu

tam w szatę ze światła mą duszę odzieją
i ona nie zazna już głodu
















Krzysztof Bielaszka

Krzysztof Bielaszka  –  rocznik '83, bloger i poczatkujący poeta, aktywista społeczny i kulturalny, żyje i pracuje we Wrocławiu. W swoich tekstach zajmuje się głównie opisywaniem relacji międzyludzkich w kontekście globalnej kondycji społeczeństwa oraz przemian, które w nim zachodzą. Prywatnie pasjonuje go sztuka miejska oraz jej wpływ na przestrzeń publiczną.







Katabaza

Jak wygląda słowo, o którym zapomniałem?
Na zewnątrz dzieciaki spadają z huśtawek,
ja pamiętam teledysk o bardzo chorej pani,
podeszła, zapytała o papierosa, odeszła,
na zewnątrz dzieciaki spadają z huśtawek.

Kostium Iron Mana powinien być przeźroczysty,
pokazywać wszystkie fragmenty mechanizmu,
jak w zegarku w pudełku obok worka szronu.

Jak wygląda słowo, o którym
zapomniałem? Na zewnątrz
dzieciaki spadają z huśtawek.



Madryt Atocha

Pepa usiadła na kanapie, włączyła telewizor, odczekała
do końca wiadomości, wyłączyła telewizor i zaczęła krzyczeć.

Pepa nie usiadła na bombie, ona w nią wsiadła i teraz czeka
aż pociąg się zatrzyma, drzwi się otworzą, ludzie zginą.



Na trzy sekundy przed

Oto mężczyzna zabija swoje
sumienie i zjada je nad
studnią z tacki pełnej owoców.

W oczku wodnym dziewczynka
drapała od spodu lustro,
wirowała po skałach z pięści

nie wytrzymała prania.




Mikołaj Plank zmywa z siebie Babilon

I

Mikołaj ma trzy złote na karcie i to mu wystarczy
na wschód słońca, natręctwa oraz na bochenek chleba.
Na odpuszczenie sobie tego kraju to stanowczo za mało.

II

Przypomina mi rzewną piosenkę o starych butach i gitarze
ze szczęściem w tle. Mówi mi, że ją razem śpiewaliśmy,
dziś razem robimy niewiele, głównie palimy i pijemy.

Wspomina jeszcze wspólne rozmowy, potem tylko wspólne
milczenie, wreszcie wspólne nic, przez które przedzieramy się
jak przez wielkie morze, które się nam nie rozstępuje.

III

Mikołaj ma na koncie zbrodnię lecz on już się prawie wybaczył,
uwaga, on już się prawie wybaczył, odpuścił, wyczyścił i teraz
czeka na dzień kiedy to wstąpi w las, a las wstąpi w niego.



Na trzy sekundy po

Mówią, że śmierć przybyła:
trakcje złamały traktory,
nie szemrzą już telefony, w
oknac nie było nikogo.

Wpisz w wyszukiwarkę: miasto
jak lej po bombie grzmi niczym
paciorki – kolorowe drony.







Fragmenty z cudzego dysku

Ostatnio Bydlę się rozsiada wszędzie.

Czy niebo nad nami jest czyste?
bo prawie nie widać słońca
Czy niebo nad nami jest czyste?

Ziemia pod niebem jest brudna
pełna wirusów i błędów
ziemia pod niebem jest brudna

Dziś trzeba wywiesić koszule
i stracic ostatnią szansę,
doczekać pory monsunów

Dziś niebo nad nami pochmurne
system się zbiera na burzę


O czym się nie mówi

W nocy miałem sen o Heraklesie,
o dwunastu pracach, które miał wykonać

Gdzie nastąpiły wydarzenia prowadzące do chorób?

na wyspie Honsiu, w regionie Chūgoku, nad zatoką Hiroshima
w mieście w Japonii, regionie Kiusiu, prefekturze Nagasaki
w mieście w Indiach, w stanie Madhya Pradesh, na wyżynie Dekan
na wyspie w USA, w stanie Pensylwania, na rzece Susquehanna
w mieście Seveso, regionie Lombardia, prowincji Monza Brianza
w mieście w USA, stanie Nowy Jork, nad rzeką Niagara
w mieście na Ukrainie, obwodzie kijowskim, przy ujściu rzeki Usz
w mieście Tōkai, powiecie Naka, prefekturze Ibaraki
w USA, na wschód od Półwyspu Kenai, w zatoce Księcia Wiliama
w mieście Ōkuma, powiecie Futaba, prefekturze Fukushima






Wymykam się

Wymykam się na oszronione pole:

tam ktoś mieszka bądź bywa,
trudno określić czy rzeczywiście

nigdy się nie dowiedziałem,

że faktycznie istnieje.







Patryk Nadolny


Nie ma zdjęcia poety i póki co nie będzie. Niech zaistnieje moja poezja- mówi- daję jej pierwszeństwo bo  ma więcej do powiedzenia aniżeli ja. Patryk Nadolny odmówił mi bliższych danych o sobie, wiem tylko, że mieszka w Stargardzie Szczecińskim, ma 20 lat i pisze poezję i prozę.  Tyle informacji o młodym poecie, zdecydowanie więcej mieści w sobie jego liryka, rzadki to przypadek dzisiaj kiedy celebrowanie własnego wizerunku jest środkiem do celu. Wątpliwego jak wszystko mierne wymagające medialnego natręctwa. Patryk Nadolny o sobie pisze tak: 

















Pewnego razu znalazłem w piwnicy zbiór wierszy i piosenek Edwarda Stachury (z taką niebieską okładką, tam też były jego przekłady)i zacząłem czytać. Z czasem postanowiłem popróbować własnych sił w materii słowa. Innym razem przed świętami Bożego Narodzenia 2008 roku coś mnie (ni z gruchy i pietruchy) tchnęło i napisałem swoje chyba pierwsze tekścidło w życiu. Jego treść i forma pozostawiają wiele do życzenia, zresztą rękopis dawno zagubiłem. Wydaje mnie się, że można zaszufladkować moją osobowość artystyczną w kategorii: wiecznie poszukujący szczęścia w literaturze rozbitek albo początkujący (całe szczęście) wagabunda. Poza tym nazywam się Patryk Nadolny i na chwilę obecną mam 20 lat.


Patryk Nadolny















Mistrzowie nie wrócili po arkusz papieru
1.
Noc dłuży się na długość co najmniej rękawka,
ubrana w mięso w rzeźniach i hałdy powietrza.
Światło z lampki i głoski odchodzą w zaświaty,
zbiegają po języku jak piętro po piętrze.
Styks formatu A4 przepływa przez biurko -
ta konkretna, pod dachem, w tym akademiku,
chociaż znacznie ich więcej wybija tej nocy,
w klubach go-go, burdelach i ze szklanek z wódką.
Chłopak ślęczy nad kartką i trzyma długopis
zamiast wiosła, przewozi pety w popielniczce,
to co pisze jest ruchem pękającym w wiośle.
2.
Chłopak wgryza się w światło, obgryza paznokcie,
nieco później znajduję go we własnym ciele,
skulonego jak kundla, gdy na deszczu moknie,
w formie rzeźby, ogrodów, fotografii z duszą.
Nawet Charon powstydziłby się na pokładzie
metafor, słów, na których osadza się nałóg.
3.
Duchy przodków wyrzucam nad ranem do śmieci
i czekam do dwudziestej na nadejście nocy,
kiedy pytam sam siebie jak długo rozwijać
się będzie w białych plamach własna mapa ciała,
czy na niej znajdę przejścia graniczne, czy lekyt
to tylko moja głowa z myślami jak winiacz
i jak daleko dojdę wiedziony tę mapą?
Zwłaszcza kiedy sny biją pod kołdrą na alarm.
4.
W wyobraźni buduję jaskinie przy kawie,
chociaż gwiazdy nie spalą się niebem ze wstydu,
odkąd wziąłem za trwałe, bezpieczne ogniska.
Kiedy stoję na moście przepływam jak wyrzut,
ale z rzeką, samemu nie jestem wart wiele,
a tempus fugit krzepnie na rozciętym palcu.
Gdy piszę – wmawiam sobie, że jestem przy berle,
choć żebrzę, aby kiedyś mistrzowie wrzucili
pod język frazy, które powrócą jak ptaki
z zimnych wierszy, dalekich i pustych pałaców.
5.
Gdy piszę – wers z osobna piętrem Wieży Babel,
pisać nie ma własnego powrotu: wypisać,
jako odejść, wyczerpać, odwrócić bieg zdania?
Zwłaszcza kiedy zatrzaśnie się między piętrami
źródłosłów – winda język wioząca w otchłaniach.











































Maciej
Filipek





Maciej Filipek i pochodzi z Lubelszczyzny. Mieszka w delcie rzeki Wisły i Wieprza- miejscowość Dęblin, słynącej z lotniczej szkoły. Ma 30 lat, na co dzień zajmuje się pracą związaną z lotnictwem, studiuje również na Akademii Wychowania Fizycznego (nauczyciel wychowania fizycznego). Ma żonę i synka. Z poezją jest związany odkąd ukończył szkołę średnią, czyli jakieś 12 lat. Pierwsze teksty jednak się nie zachowały- ich miejsce było w koszu na śmieci, a pisanie po prostu porzucił. Do pisania powrócił ok. roku 2010, ale również nie było to nic poważnego, do momentu kiedy: jak wyznaje:, przypadkiem wysłałem swój tekst na ogólnopolski konkurs “Czerwona Róża dla Niej” im. Ireny Golec, dostałem wówczas wyróżnienie. Nie wiem, czy jest się czym chwalić, bo na drugi z konkursów wysłałem wiersz jako…moja żona (sic!). Był to konkurs na Jej uczelni, ale stawka uczestników i jury było przyzwoite. Małżonka, czyli ja, zajęła III miejsce i otrzymała niemałą nagrodę za to :) Jak widać, widocznie moje własne nazwisko jest jakieś niefartowne i dlatego postanowiłem publikować jako Krzysztof Grzebiliszewski (moje imię z Bierzmowania, a nazwisko panieńskie żony) :) Oprócz poezji interesuję się historią, szczególnie tą od III zaboru do końca II wojny światowej. Z racji tego, że moja żona jest prapraprawnuczką błogosławionego i pochodzi z bogatej, jeśli chodzi o kontekst historyczny, rodziny- ja mogę się dodatkowo napawać wydarzeniami sprzed kilkudziesięciu lat. Mamy pełno pamiątek, listów- np. bogata korespondencja babci mojej żony z jej ówczesnym narzeczonym Zbigniewem Safjanem (napisał scenariusz do “Stawki większej niż życie”), czy chociażby kilkadziesiąt listów z Auschwitz (żony pradziadka) . Mogę więc namacalnie uczestniczyć w tamtym życiu, co również wykorzystuję w swojej wyobraźni, twórczości






Nasi tu byli




Tam ich nie szukaj, tam lecą żurawie,
Powinienem był wywróżyć z dłoni- dokąd
możemy dotrzeć na liściu. Mówiłaś,
te z wierzby są najdłuższe. Wystarczy, że
dmuchniesz, a dotkniemy brzegu. Albo 
wnikniemy w kałużę tak głęboką jak stąd
i z powrotem. Jeden po drugim znikają psy.
Ptaki boją się pić, przykładam ucho- cisza.
Najwidoczniej zawyło tuż przedtem.
Państwo Stelmaszkowie powinni być bezpieczni
w pudełku po zapałkach z czarnym kotem.

Nie ma śladu, kręgi się rozeszły.
Zapachniało siarką.

















Marta Raczyńska





Marta Raczyńska pochodzi Z Gąsawy na Pałukach, ma 22 lata. Drugim domem dla niej jest Kraków, gdzie studiuje archeologię i etnologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pierwsze próby pisarskie (które zresztą uważa za niewarte uwagi) miały miejsce około 5 lat temu; po niedługiej przerwie do poezji wróciła wraz z rozpoczęciem studiów, a więc przed trzema laty. Inspiracje czerpie z malarstwa, filmu, kultury ludowej, starożytności; większość jej tekstów stanowi odzwierciedlenie tego, czym pasjonuje się na co dzień. Miłość do czasów zamierzchłych, fascynacja folklorem, mitologią – między innymi to właśnie one sprawiają, że chwyta za pióro. Ogromny wpływ wywierają na nią również wspomnienia z dzieciństwa, spędzonego w malowniczej wsi – do dziś pamięta odkrywanie otaczającej ją przyrody; lasów, podmokłych łąk wraz z ich mieszkańcami. Doskonale pamięta dom rodzinny, ze wszystkimi jego zakamarkami i pełnym tajemnic strychem. Cieszy się, że udało jej się znaleźć sposób na to, by obrazy zapamiętane z najwcześniejszych lat nie umykały w prozie codziennego życia.

W wolnych chwilach zajmuje się rysunkiem, gra na gitarze, poczytuje poezję i prozę. Z ulubionych autorów: Bursa, Bryll, Grochowiak, Brodski, Iwaszkiewicz, Myśliwski, Schulz, Witkacy, Gogol…

Nie ukrywam, że Marta Raczyńska jest jednym z największych talentów jaki pojawił się w ubiegłym roku. Skromna, pracowita, pisze poezję najwyższych lotów. Nie wątpię że jej debiut  będzie zauważony, czytałem kilkanaście tekstów i jestem pod wielkim wrażeniem. 


Kompozycja z otwartym oknem
Zresztą to nie był finał, to była uwertura. *

Słońce zlizało zimę z dachów. Nic więcej.

Mieliśmy parę gwoździ i drewno kruche niczym
czerstwy chleb. Tak mało nas było, choć każdy wieczór
zbierał czyjeś cienie z poszycia. Nie uwierzysz, tatku,

mijał rok, a modlitwy wciąż niosły zapach krochmalu.
O świcie sen-jaszczurka wpełzał pod kamienie;
ciążył na skroniach, niedośniony jeszcze.

Kiedy nadszedł maj, koła wrzynały się w błoto,
w żywą ranę. Dwie mile, droga u stóp miasta, twierdzy.
To w maju przyjechał stryj. Prosto z Davos. Wiecznie

z papierosem w ustach. Całował piersi Maliny i moje
włosy. Trzeciego dnia zwieźli fortepian, czarny jak śmierć,
mogiła matki po roztopach. Brzezina pęczniała w deszczu.

Nie wiem, co dalej. Baby mówią, że pogoda.
Mamy dwa krzyże i okno otwarte na oścież; powiało
od wschodu i mówią, wyschnie – gościniec, ściana,

grób. Jeszcze sny nie te. Ale kiedyś zelżeją.



* J. Iwaszkiewicz, Brzezina







Gabriel Ojrzanowski



Gabriel Ojrzanowski pisze o sobie tak: właśnie jestem w trakcie wydawania debiutanckiego tomiku, który niebawem ukaże się w Miniaturze, a i szykuje mi się nowy materiał, ale o tym będę myślał później. Cóż, nazywam się Gabriel Ojrzanowski, hehe, mam 21 lat obecnie mieszkam w Krakowie, aczkolwiek urodziłem się na Mazurach a wychowałem w małej, prowincjonalnej mieścinie na południu Polski, ściślej w Muszynie, co zresztą bardzo sobie cenię. W przyszłości chciałbym zostać Cyganem. Tyle młody poeta. Pragnie w przyszłości  zostać innym etnicznie człowiekiem, poeta może wcielić się w każdą osobowość, Gabriel, co nie jest wykluczone, swoim lirycznym wędrowaniem znajdzie się w obszarach do których poezja jeszcze nie dotarła, albo ma ograniczony dostęp. Zwodniczy Cygan Gabriela przybliży nam klimat jakiego dotąd nie poznaliśmy, nie jest to deklaracja na wyrost, takie pierwiastki dostrzegam w jego pisaniu. 




Oscillococcinum


Najbardziej wyszukane słowa kryją się pod językiem,
lecz nie sposób wydobyć ich znaczenia na wierzchnią
stronę mowy. Choćbyś przewracał oczami, gryzł zęby
i lizał, lizał użebrzone sklepienie nieba, najbardziej

wyszukane słowa, zawsze pozostaną w ukryciu
najgłębszych zaciemnień języka.

A nawet, gdy przyjdzie ciekawski pan doktor i powie:
"zrób aaaa, koniuszkiem języka zestrzel czerwień wargi"
(bo po pracy zajmuje się czynnie poezją i to tak na poważnie
-więc nie ma z czego robić sobie podśmiechujek)

A nawet, gdy przyjdzie ciekawski pan doktor i nic nie powie
tylko ten język ci, mówiąc brzydko, upierdoli, ( bo, właśnie
jest w pracy, więc na próżno szukać metafor) i tylko cmoknie,
mlaśnie, kąt ten obróci- to nic nie zobaczy prócz piany,

bo, słowa z głębin języka rozpuszczają się szybciej,
niż przekonanie, wiara, ciekawość w oczach ofiary,

niż wszystko inne.




Arkadiusz Kwaczek





Pisze o sobie krótko: mam 23 lata, szukam wiedzy, poezji, inspiracji i czytelników. Jest przed debiutem książkowym, publikuje głównie w internecie, zdradza nieprzeciętny talent, wgłębia tajniki wiedzy przy boku starszych kolegów. Wzorów do naśladowania unika, pragnie na swój sposób ogarnąć poetycki warsztat, dotychczasowe próby wyartykułowania własnego stylu przynoszą efekt. Czytałem niedawno teksty które znajdą się w debiutanckim tomie, i mogę powiedzieć, że jest to poezja nacechowana polotem, mimo niedużego doświadczenia podmiotu, emanuje dojrzałym spojrzeniem na wszystko będące przedmiotem dociekań. Podmiot zachowuje dystans, niekiedy wciela się w inną postać aby uwiarygodnić swoje położenie, zarówno w czasie jak i miejscach obcych, nigdy dotąd nie poznanych. To zrozumiałe. Poeta z Warszawy, ma szansę zaistnieć także jako prozaik, dał już temu dowód pisząc małe formy nacechowane liryzmem, niebanalne w przekazie     


Dziewczynka z shamisenem

dziewczynko z shamisenem, nie zaciskaj zbyt mocno
plektronu w swojej drobnej dłoni. niech trzy struny
nie redukują jeszcze świata do dźwięków płaczliwych
jak skrzypce, a skrywanej miłości do głodu

kiedyś będziesz jakby czwarta żyła instrumentu
- cała z nylonu, lecz dźwięk, który wsiąknie w skórę
nie wypłucze cię z dokonanego wyboru

dziewczynko z shamisenem, popatrz na morwę w ogrodzie
kiedyś jej owoc ubierze cię w kimono, a ty oddzielisz
ciało od kobiety, naprężysz struny, zaśpiewasz o miłości
o tym jak czarne włosy dojrzewają nocą