środa, 4 listopada 2026

Znamy laureatów Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny na dubiut poetycki roku 2025

 

                                           PROTOKÓŁ


z posiedzenia Kapituły 42 Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny na debiut roku 2025 odbytego w dniu 15.10.2026 w Poznaniu

Kapituła  w składzie:

1. Jerzy Beniamin Zimny , przewodniczący – poeta, krytyk, redaktor naczelny ReWirów.

2. dr Karol Samsel, sekretarz – poeta, krytyk i historyk literatury polskiej, profesor na UW.

po rozpatrzeniu zgłoszonych do konkursu 14 książek poetyckich postanowiła przyznać nagrodę główną Bartoszowi Dłubale za tom poezji pt. „żeby dawały schron”, Wydawca Łódzki Dom Kultury, 2025.

Ponadto, kapitula postanowiła wyróżnić: Marlenę Citak za tom pt. „Melityna – poemat rozpuszczony / Wszystkie moje córki – poemat cykliczny w dwunastu częściach”  wydawca: Raf T. Czachorowski, Fundacja Duży Format Warszawa, 2025. Oraz Jakuba Gutkowskiego za tom pt. „ Livestream”, wydawca Fundacja KONTENT w Krakowie 2025.

 podpisy:  

Jerzy Beniamin Zimny

Karol Samsel

 

Poznań, 15.10. 2026 r. 



Karol Samsel

 

Laudacja XLII Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny na debiut poetycki roku. Bartosz Dłubała, żeby dawały schron

 

            Bartosz Dłubała rozpala wyobraźnię i oby spełnił pokładane w nim nadzieje: życzę Dłubale tego z całego serca. To poezja komunikacyjnego undergroundu – nastawiona na rozmaitość, różnorodność i wszechstronność aktów odbiorczych, które wywołuje. Gdybym ośmielił się tu do porównań ciężkich jak kamienie młyńskie, powiedziałbym zapewne, że otrzymaliśmy w żeby dawały schron nowe polskie „szumy, zlepy, ciągi”. Trudno tutaj nie zauważyć pełzającej rewolucji językowej, pojętej jako rewolucja moralna i obyczajowa (wywrócenie odbiorców językami na wierzch i niech te języki sterczą, by nas wszystkich zawstydzić!), a tom budzi dość słuszne skojarzenia z zamachami na językowo-społeczną całość, już od Zbójców Friedricha Schillera poczynając, na Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej kończąc. Język obnaża hipokryzję, jesteśmy jego nieczystościami, nie mamy niczego wspólnego z jego praideami, język nami „wymiotuje”, można powiedzieć zupełnie brutalnie. Dużo u Dłubały Białoszewskiego i Wittgensteina, nawet jeśli sobie tego w pełni świadomie młody poeta (dwudziestopięciolatek) nie zamierzył... Pamiętamy jeszcze słynne językowe gry Wittgensteina? One u Dłubały cuchną, zapach rozkładającego się języka zaś działa na nas jako sole trzeźwiące...

            Co tutaj jeszcze? Oczywiście, Joanna Mueller. To ona, niegdyś najwybitniejsza oraz najwszechstronniejsza neolingwistka, nadaje niepowtarzalnego charakteru „brzydkim” grom Dłubały     z kolokwializmami – elipsy zmieniające się w mrugnięcia okiem, skróty myślowe stające się skrótami taktycznymi lub wprost niebezpieczną zabawą (nie)komunikacyjną, to typowe „muelleryzmy”: robi się swojsko jak w tajnym zgromadzeniu, jednoczy nas brud i głęboka, nieoczywista, szczerość, którą oferuje. Jak gdyby język sprzedawał swoją własną duszę, jak gdyby styl sprzedawał swoją własną duszę, jak gdyby temat sprzedawał swoją własną duszę... Taką lirykę – w jakiejś wielkiej apozycji tematycznej – lirykę atematyczną wręcz, metastylową, jeśli nie astylistyczną i metajęzykową, jeśli nie ajęzykową, Bartosz Dłubała proponuje. Jakby tego było jeszcze mało, dwudziestopięciolatek dekonstruje tradycyjne „bezpieczniki”, których można było się schwycić w „skałkowej” wędrówce przez wiersz. Wspinaczce, właściwie. Ale jeżeli już nie ma „bezpieczników”, w miejsce sportu i treningu pojawia się ostateczna walka z żywiołem. Dlatego walczymy – sytuacje liryczne są jakby zupełnie ich nie było, przypominają puste łuski, podobne puste łuski przypominają też rzadkie figury pojawiające się w tomie, uświadamiając, jak radykalnie zdepersonalizowany pozostaje Dłubałowy opis liryczny. Wszystko się sprawia bez sprawczości, czyni także bez czynienia. Jeżeli już pojawia się jakiś znajomy kształt, na przykład matka, pojawia się tylko, tłumaczy wiersz pierwszy całego tomu – dla swoich sutków. Sutki są tutaj ważniejsze – to bowiem świat, który nie dźwiga osób i ich osobowych ibsenowskich dramatów. Jesteśmy bardzo nisko, niżej poziomu człowieka, i to bardzo ludzkie i przejmujące. Katakumby? Lub podziemie? Nie, to są raczej lochy języka. Czy raczej lochy nazywania... Nic tutaj, w takim razie, nie będzie zasługiwało na miano człowieka. Ani na miano bestii. Nie będzie więc u Dłubały, tak mi się wydaje, ani miana ludzkiego, ani miana nieludzkiego: „z takim rozrzutem aż po dekiel / to wykipi na obwódki będzie dużo / więcej niż można przyjmować do organizmu / więcej niż chłonąć ścierą aż do zbiorów”, czytamy w jednym z wierszy.

            Dość nieoczekiwanie, lektura żeby dawały schron przypomniała mi wybitną książkę poetycką Edy Ostrowskiej sprzed kilku lat, Edessy, to natomiast jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z triumfem poezji językowej. Dłubała umie wytwarzać dykcję podobnego rodzaju. Robi to z surową powagą – oraz w sposób mniej wykoncypowany niżeli, na przykład, Marcin Mokry, który swoje strategie metaliterackie, najczęściej, po prostu performuje. Dłubale chce się wierzyć, budzi sympatię, rozumie także ludzką naturę języka, bądź co bądź – jego niemaszynowy, a wręcz (użyjmy tutaj wielkiego słowa) logocentryczny charakter. Stać go tak samo na okrucieństwo, jak i na pokorę oraz wdzięczność. Może to zatem sprawia, że dostrzegam w nim jakiś świeży rys, czy odruch, Białoszewskiego. Trudno tutaj nie przywołać słynnego ataku na Mirona Artura Sandauera, który tak szalenie, nawiasem mówiąc, utkwił w pamięci Stanisławowi Barańczakowi. Otóż, wpierw Sandauer prawił jeszcze komplementy: „u Mirona słowa pękają jak kasztany”, potem już dobitnie pisał o „sałatce połamanej składni”, „poezji rupieci” oraz narodzeniu „satanizmu języka”. Analogiczną „sałatkę połamanej składni” widzę u Dłubały, gdzieniegdzie widzę – przynajmniej słyszę – jakby „kasztany pękały”. To spora obietnica, byłoby wspaniale po rewolucji Mueller zawrócić do Białoszewskiego i zapisać się na rewolucję od początku – jedynie w XXI-wiecznym wydaniu. Czy Dłubała wyda nam zezwolenie na przeżycie raz jeszcze wszystkiego? Wyda ten sam bilet od nowa? A może pójdzie jeszcze dalej?

            Dlaczego przywołałem Schillera i Masłowską? Bo to język knajacki, język zbójecki, poeta robi bardzo dobry użytek z retoryki kolokwializmu, nie marnuje możliwości języka potocznego jako pola wypowiedzenia. Interesują go papiery na l’enfant terrible, sprawia wrażenie, jakby chciał zatrzymać się przy tym nieco dłużej, a może nawet o terribilité – pofilozofować? Tym też mógłby zająć się dalej. Napisać historię polskiej niesforności, jako strategii obronnej, sposobu obrony literatury przed nią samą – ale wówczas poszedłby w kierunku gombrowiczowskim i nieco szkoda by było tej „rupieciarskiej” nadwrażliwości Białoszewskiego, którą widzimy w debiucie... To, co jest tu poza tym zasadnicze, to również brak aspiracji – ta poezja nie została obciążona aspiracyjnością, językowi podstawiono w zbiorze światło pod twarz po to, by mu się lepiej przyjrzeć, nie po to, żeby go zbawiać, wyzwalać lub przesłuchać. Nie da się go kontrolować nawet z lampą podstawioną mu do twarzy. Cały język, skaranie z nim, nieznośny jak ciernie w koronie, ecce lingua...

            Ale to nie koniec pochodu skojarzeń, z których każdy w kontekście Dłubały pasuje, dobrze osadzony, jawi się też jako relewantny. Doprawdy, trudno nie pomyśleć o Andrzeju Babińskim, gdy czyta się otwierający cały tom wiersz: „matkę rozpoznaje się po sutkach / główka przy ciele pracuje / ma szwy ponitkowana skóra / drapie linie papilarne będzie to samo / zwierzę w środku nocy budzi wyje / co drugi pies przy budzie / co trzeci kot bez łba”. Ja myślę, że niedaleko od sutków do suk, a Dłubała bardzo świadomie gra naszą parasferą – przesłyszeń, niedosłyszeń, dźwiękowych halucynacji – to także niezwykle ważny wymiar całego jego undergroundu. To paronomazja, ale inaczej pomyślana, można powiedzieć tutaj nawet: niedomyślana, taka, którą wywrócono spodem na wierzch, aby drażnić czytelnika każdym możliwym szwem. Czy matką Dłubały więc jest suka? A może wilczyca karmiąca ludzkie dzieci, na podobieństwo tej najsłynniejszej, od Romulusa i Remusa? Babiński pisał bardzo podobnie w Zniczach – „Drogi redaktorze. Pan mnie nie rozumie. Mnie do życia powołała suka. Tak, suka. Podczas wojny, gdy byłem maleńki, jedna chora suka o zmierzchu przeraźliwie wyła. Ciemność była straszna, jaka bywała na Białostocczyźnie, i jakie było zacofanie tych wiosek, ale nic straszliwszego nie mogło być od wywycia tej suki. Od razu zrozumiałem: trudna jest ta ziemia”... To słynny wiersz, który mógł zostać przejęty przez Dłubałę wręcz na prawach osmozy, poeta mieszkający w Rogalinku i studiujący socjologię na poznańskim UAM-ie, musi – jak podejrzewam – świetnie orientować się w literaturze tej ziemi... Być może nawet wie, że grób Andrzeja Babińskiego znajduje się na poznańskim Junikowie (nie dość powtarzać: pole 35, kwatera 4). Kilka lat temu Bogna Wilczyńska, badaczka autora Zniczy, właśnie wokół wątków tej prozy poetyckiej zaplanowała swoje studium o Babińskim o bardzo znamiennym tytule: Wyjąca suka Andrzeja Babińskiego – katastrofizm w wymiarze lokalnym. Pisała w nim między innymi: „W wierszu znajdujemy przesłanki, że wyjąca suka to pewien dość wulgarny i bardzo sugestywny obraz matki, która wydała na świat nieszczęśliwego poetę”[1]. Może idąc tym tropem, należałoby powiedzieć najmocniej, jak się da – by uchwycić się sensu kurczowo – że poetów rodzą suki, niekiedy wilczyce: a rolą poezji jest odpowiedzieć na drapieżność świata i jego zwierzęcość, to ta odpowiedź waży ostatecznie o charakterze poety, nie projekt, konwencja, styl, rozmach i ambicje. Ta refleksja bardzo do poetyki Dłubały pasuje, podmiot Dłubały wie bowiem, że powinien przystać na drapieżne gry ze słowem, z językiem, jeżeli chce cokolwiek uzyskać, bądź może nawet ocalić. To oznacza również rodzaj skazania – na poruszanie się pośród odłamków, lawirowanie wokół szczątków, oskarżenia o bezwzględność, niedelikatność, a niewykluczone, że nawet – grabarstwo, korsarkę. Społeczeństwa nie lubią tropicieli. Dość trudno powiedzieć mi, czy z wzajemnością, to pewnie zależy od tropiciela. Typ Dłubały zaś dopiero się ustala – już widać, że jego wybór peryferiów jest spójny i wszechstronny, bo odbywa się zarówno na poziomie tematów tej liryki, jak i języka: młody poeta staje więc z determinacją po stronie manowców, pytanie tylko, czy czyni to z uporem godnym Mirona Białoszewskiego czy Andrzeja Babińskiego, co zrobi dalej z językowym walorem własnej liryki, a co z jej konstruktywnym brutalizmem, jak wykorzysta swoje nieoszlifowanie, czy ochroni je przed oddziaływaniem literackich apetytów jako najzupełniej prywatną strategię wyrazu, czy ogra, sperformuje – dając coś więcej, wyżej, a może coś nowego? Jaka będzie odpowiedź Dłubały w sprawie awangardy i neoawangardy, skoro już teraz widać bardzo świadome czytanie Joanny Mueller, co w końcu zrobi ze swoją osobnością, surowością i kolokwialnością, nieliterackością i niezaokrągleniem – bo to w końcu dzięki tym cechom ekspresji literackiej Dłubały tak ciężko przenieść jego opisy poetyckie w plan metafory. Na dzień dzisiejszy mamy do czynienia w żeby dawały schron z poezją świeżą, oryginalną – skutecznie broniącą się przed mainstreamem – deliryzacją. A zdeliryzowane mamy tutaj i chwyty, i całą poetykę – wiersz staje przed nami czysty, nagi i cudownie mający coś do powiedzenia. Póki Dłubała będzie miał więc dla nas coś do powiedzenia, póty będzie, jak myślę, wygrywał. Ta poezja, jak mało która, polega na treści, a treść to z kolei surowość wypowiedzenia, na którą trzeba zapracować, detalizm, który wynika z atomowej wręcz – nuklearnej – wrażliwości podmiotu. Rozjątrzenie? Może, ale takie, które uległo jednak pewnemu „schłodzeniu” i wyciszeniu. Rozjątrzenie beznamiętne, tak mógłbym to ująć. Na podobnej zasadzie egzystencjalizm mógłby być uważany za „schłodzoną”, czy wyrównaną gorączkę romantyczną. Ale wciąż gorączkę: „za uchem bąbelek ma mu się na zdechnięcie / drapanie szramy która zarośnie / zajdzie kłakiem tak obce masakruje wokół / nawarstwianie syfa do rozmiaru że widać / jakby rysowano skórę pewien obręb”. O czym to wiersz? O bliznowaceniu? O – mówiąc Dłubałą – „nawarstwianiu syfa”? O granicach języka. A przy okazji, także o tym, że dobra gra nie ma żadnych granic. Jeżeli jest dobra, prowadzi nas wszędzie tam, gdzie nie chcielibyśmy dotrzeć – na przykład do języka obrzydliwości – do języka miałkości – do języka nieprzyjemności. Taki mały „syf” – a taki wielki dramat – estetyczny. Tyle wyciskania. Tak mało wiersza, tak wiele doświadczenia wiersza. Może tego doświadczenia aż nieprzyzwoicie dużo. Aż za dużo. A więc – to pornografia? Taka wielka potęga smaku. Mamy ją po naszej stronie – i to od tylu lat. Może nie obrażajmy bogów smaku pornografią podobnego rodzaju, co ta w tomie żeby dawały schron, bo jeszcze gotowi się obrazić oraz odejść na pięcie. Bardzo szlachetnie oraz bardzo pomysłowo całą tę leciwą i spatynowaną „potęgę smaku” Dłubała dekonstruuje. Chwała mu za to, dobrze, że debiutanta stać na taki odważny gest – w tym samym stopniu kontrkulturowy, co kontrliteracki. Gdzie indziej – pozostawia Dłubała swojemu czytelnikowi wymowny dwuwers, poetycki, a jednocześnie – niemal kaleki/okaleczony: „Skórę mandarynki odrywa się od święta / wtedy skóra topi się w soku jest go ponad”. Tyle, ani mniej, ani więcej. Tyle samo mentalności, co poezji i co języka, jak gdyby to był nie dwuwers, a złoty podział – w autorskim wykonaniu. Niech więc tak będzie, jak podmiot sobie życzy, oderwijmy skórę mandarynki – i niechże Dłubała świętuje. Z całego serca gratuluję debiutu. Zaś Poznaniowi przypominam, przywołując tytuł słynnej antologii „liryki polskiej urodzonej po 1960 roku” zredagowanej przez Pawła Dunina-Wąsowicza, „macie swoich poetów”. Jednego właśnie uhonorowaliście laurem prestiżowej poznańskiej nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny, przyznawanej nieprzerwanie od 1983 roku – to już 43 lata „warty” nad polskim debiutem poetyckim, sprawowanej w różnych warunkach i politycznych, społecznych, a także – obyczajowych okolicznościach... Oby „warta” ta trwała jak najdłużej.

Warszawa, 4 listopada 2026 roku

 

 



[1]


sobota, 31 października 2026

POECI CZASU NIEDOKONANEGO /2/

 




              Tadeusz  Stirmer  /1951-2014/



Pokolenie

skoro mają to szczęście

a szczęściem jest zachowany dar

zdolność do wdrapania się

po tych cholernie stromych schodach

po laur za całokształt

więc kiedy nie są właśnie aż tak chorzy

po prostu jakoś brną przez kolejne dni

i ciągle są dzielni

bo ostatnia umiera w nich duma

to nie unikną jednego –

człowiek na starość drobnieje

drobnieją twardzi jak stary beton

( nie – nie t e n beton)

i wprawiają mnie – widza

w stan wstydliwie obcy

przed którym bronię się jak szczeniak

gdy przez żaluzje dłoni widzę

no tak – celuloidowych herosów

a teraz zbyt obszerny kołnierzyk

z martwo ptasiejącą szyją

w sam raz dla kościanej łowczyni

która słono moją własną dławi

 

Okolice piekła

z tym wyniesieniem na ołtarz

trzeba by zaczekać

są sprawy ważniejsze –

doktryn listów i takich tam

co dotyczą ona kościoła

a tych cudów potwierdzanie

toczy się solennie – chrypią starcy

z woskowiną w sercach słyszą:

santo subito

ale co tam: ordnung muss sein

są dużo ważniejsze sprawy

bo rozdmuchane nad miarę;

ten brak wyciszenia właściwej dyskrecji

podopieczni szczególnie chłopcy

mali śpiewacy z gardłem otwartym

pod niebo – jak słodkie skowronki

jak skowronki z rożna

 

Sedno

 

deszcz od tygodni deszcz i wiatr

na szybie łeb kota jaki tam kot

liść stary jakiś pewnie zeszłoroczny

jestem płaczliwy w nastroju i właśnie

przerwałem twardy tekst o krzywdzie

w tle you can dance w nim Jacques Brel

marzy: zostać cieniem Jej psa (znałem

taką smycz i zapach) dla mnie pozostał

Górą większą od Jezusa z Rio jak oni

się cieszą – wysiłek małych zwycięstw

łzawię bez łez więc chrząkam jak świnia

o kryształkowych oczach łamiąc światło

pryzmat jak piramida oświeca mnie;

walnięty bełkot żywo-pisania pospiesznie

wracam do „Semit.pl” by walczyć

z każdym znakiem: z b l i ż a m s i ę

w ważnym już teraz wierszu o zabijaniu

narodu

 

 Semit.pl

 

jak TO opisać skąd bije czarne źródło?

w złożach ciemności rodzi się pytanie:

kto skorzystał z piekła gdy miotał kamienie

i nadszedł czas niepokoju przeczucie powrotów;

gdy żywi wstając z martwych upomną się o popiół

wydrapią z ziemi pamięć

więc pełznie robak pod skórą niepewny

o los wszystkiego co w mroku ojcowie uznali za swoje –

co j e s t o j c o w i z n ą i na to są papiery

TO się roznosi ponad strugą czasu

jak wyziew gwałcący powietrze

i nie ma w tym cudzej winy

jest tylko mleko wyssane z piersi matek

zrodzonych z Matki Polek

 

 Tracheotomia

 

Kiedy tak stoi w jasnym dobrze oświetlonym miejscu

w jeszcze odległym lustrze widzi całą siebie –

na pierwszy rzut oka wydaje się być kompletna

 

Zbliża się o dwa wciąż niepewne starannie odmierzone kroki

aż do śladu tchnienia na błękitnym odbiciu terrakoty

Skupia się na fragmencie

 

A przecież zna każdą porę skóry

jak wczoraj liczy kiełki starannie wydepilowanego podbrzusza

drobne oznaki płodności – stara się być sarkastyczna

 

Unosi pulsującą ciężką jak powieka pierś

nieomal opiera na niej policzek jakby karmiła siebie;

patrzy w to jedno miejsce na granicy cienia

 

 Bada strukturę, odcień i rozległe brzegi niewielkiego znamienia

lekko naciągając skórę: najpierw w kierunku pachwiny

na ukos w dół stromego brzucha z ładnie zawiązanym pępkiem

Oswaja przy tym bliznę trochę podobną do kożucha

na krawędzi kubka stygnącego mleka

 

--

 

 

 

 

 

 


wtorek, 27 października 2026

POECI CZASU NIEDOKONANEGO /1/

 



MARIUSZ ROSIAK  /1958-2005/


***

A jednak śmierć może nas zaskoczyć

w dniu, w którym odkrywamy sens i urodę

kropli rosy wygrzewającej się na liściu.

  1991


*** 

Nie chciałem być egoistą.

Nie zostałem prawdziwym patriotą.

Chciałem zaprzyjaźnić się

z Żydami Litwinami i Ukraińcami,

ale wszyscy przebierali się za Polaków,

nawet Polacy.

Dzisiaj kiedy zdejmują z twarzy

niewygodne maski

okazuje się, że mają takie same zmarszczki

i kolor włosów.

I ten sam lęk przed śmiercią i Bogiem.

Może tylko inaczej nazywają kwiaty,

może innymi słowy zanoszą

swe modlitwy do ołtarzy,

a których Bóg patrzy ospały.

 1990

 

wiersz przywieziony z Australii

 To bolesne nie móc wrócić do własnego kraju,

przeklinać rzeki drzewa i ulice,

które niczym drzazgi wryły się w pamięć cielistą.

To okrutne być gałęzią oderwaną od drzewa,

żywić się sokami z nie własnych korzeni

i wciąż czekać. Tak jak śmierć na narodziny czeka.

 

To straszne nie móc wrócić do własnego kraju.

Jeszcze straszniejsze nie chcieć tam powrócić.

 1988

 

                                                 Witkowi Różańskiemu

Miasto w futerale                           

Miasto w futerale nocy schowane. Ulice odkorkowane.

Za barykadami okien ludzie wsiąkają w gąbkę snu...

Wychodzę na spacer. Księżyc idzie za mną. I kot.

I po głowie jakiś wiersz Witka jadącego tramwajem

na sam koniec świata a może gdzieś jeszcze dalej....


Ostatni sen

To twój sen ostatni, który śnisz

- tak jak znicz śni ogień.

Nie budź się! Nie dlatego, że nie warto.

Nawet jeśli udałoby się tobie

zgarnąć z powiek cały ciężar win i ran.

Znajdź inne powody o dowody odwagi?

 

A potem zgaśniesz wraz ze snem.

I znicz na grobie uśnie.

I nikt nie będzie pamiętał...

 30.I.1990

 

Elegia na mój pokój z ulicy Garncarskiej

 Pokój poddał się narzuconej mu geometrii.

W czterech ścianach pomieścił cały mój dobytek:

Łóżko stosy książek krzesło i stół na którym

spoczęła stara wysłużona maszyna do pisania

rówieśniczka mojej nieżyjącej od  dwóch lat babki.

Drzwi były zawsze otwarte na oścież jak serce

dla każdego nowego słowa i strudzonego drogą

Przed nosem zamykały się tylko żebrakom i agitatorom

Przed kobietami skrzypiały zażenowane

ich nagość zapierała im dech i z zapartym tchem

zastygały w bezruchu w futrynie jak warowny pies

Okna były zawsze pogodne Lubiły łagodną dłoń matki

i moje oczy przeszywające ich myśli na wylot

To był pokój mojego pierwszego przeżywania świata

 

na serio Ale pewnego dnia umilkł zużyty zegar

strawiony strugami nieprzebłaganego i banalnego ognia

czasu  Zdążyłem wynieść z niego tylko wspomnienia

dziurawy sweter książki maszynę do pisania

i obraz święty - pamiątkę pierwszej komunii w Dalikowie.

 

 Mały traktat o pięknie

Życie to polowanie - na piękno. Nie było tak zawsze, dopiero od czasu, kiedy w organizmie człowieka dał znać o sobie demon gustu. Mężczyzna poluje na piękną kobietę. Kobieta na pięknego mężczyznę. Poeta na piękny wiersz. Filatelista na piękny znaczek. Myśliwy na pięknego zwierza. Oczywiście zakładamy, że piękno pojmujemy każdy na swój sposób i jako coś więcej niż zewnętrzna powłoka, poler, niż blichtr.

Jest piękno domowe i jest piękno dzikie, które nie zawsze da się ująć w sidła naszych polowań. Nawet z nagonką. To piękno popycha nas niekiedy na drogę kłusownictwa.

Mariusz Rosiak /1958-2005/

W swojej twórczości kreował "autoportret innego" - to było Jego alter ego - odskocznia w świat odizolowany od sztampy i banału. Marszand, wybitny znawca sztuki współczesnej, i przyjaciel jakiego darmo szukać po świecie. /JBZ/

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

sobota, 3 października 2026

 

Przy Kominku

 

Przełomowy rok 1971, Poznań jak zawsze tryskający zielenią, w centrum przy ulicy Czerwonej Armii nieopodal banku i poczty, zebrała się grupa młodych ludzi. Stoją w milczeniu jakby na coś czekali. Nie mają przy sobie żadnych przedmiotów, nie mają zapewne ulotek, w kraju panuje niepokój ale w poezji trwa sielanka, wszyscy na coś czekają, jak oni tu przed pocztą przy ulicy Kościuszki która przecina ulicę Czerwonej Armii. Skrzyżowanie dwóch odległych od siebie epok, jakże innych lecz w skutkach wyzwoleńczych. Młodzi stojący dzisiaj na historycznym skrzyżowaniu w głowach mają też wyzwolenie, inne, na miarę współczesności ponieważ zarówno wolność jak i zniewolenie mogą mieć tą samą twarz.

      Grupka młodych się powiększa, co chwilę ktoś dochodzi, czekają widocznie na kogoś najważniejszego i oto nadchodzi, sam sprawca tematu, który za kwadrans stanie się faktem, i będzie kontynuowany przez kilka dekad.  Jerzy Grupiński, były student poznańskiej uczelni UAM, skrzyknął wszystkich możnych lirycznego pióra i w tej chwili podążają w kierunku Pałacu Kultury, gdzie ma się odbyć I edycja turnieju poetyckiego o Zieloną Wazę.

W Sali Kominkowej niektórzy są p oraz pierwszy, w tej liczbie prawie wszyscy znani już młodzi poeci: Jerzy Szatkowski, Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Marek Słomiak, Wincenty Różański, Jacek Juszczyk, Andrzej Babiński, Jolanta Nowak-Węklarowa, Antoni Ryszard Hajczuk. Jerzy Beniamin Zimny ze swoją niedawno poślubioną małżonką Bożeną.  

     Wszyscy wyżej wymienieni znaleźli się w gronie kandydatów do nagrody głównej. Różański jak zawsze dowcipkuje, jak zaznaczył na konkurs wysłał kilka linijek nocnych wypocin, zaczyna cytować samego siebie: /…/ kiedy umrę włóżcie mi longplaya do trumny/…/ Tadeusz przerywa mu gestem niezadowolenia, bo podsłuchiwał Jerzego Szatkowskiego założyciela grupy poetyckiej Wiry, który po studiach zakotwiczył w tej podpoznańskiej wsi i  wykorzystał jej bardzo poetycką nazwę.  Tadeusz mówił o swoim udomowieniu, zawsze wokół czarnkowskich kominów, z wypadami do Kuźnicy i Ciszkowa, gdzie często odwiedzał Jolę, ale z tych odwiedzin nic nie wyszło, dlatego dzisiaj zjawił się w Pałacu ze swoją świtą – młodych pedagogów i kandydatką na żonę, Jego pewność siebie zdradzała kolejny sukces jak w roku ubiegłym, w tej samej sali. Tymczasem niedoceniany Andrzej Babiński zjawił się ze swoją „Nike”, i pokazał że nie tylko z nazwy jest „zwycięską”, Dodał jej odwagi i wbiegł na scenę z papierosem w dłoni, wsadził go do kieszeni i nie zważał na tlący się materiał, dopiero gdy niedopałek wypadł z kieszeni przez dziurę, raczył był go przydeptać i dalej recytował swój zwycięski wiersz. Witek bez longplaya ale grzebieniem w dłoni postanowił nieco przyczesać fryzurę małżonce Zimnego, mając nadzieję, że odbierze ten ruch za dobrą monetę. Tymczasem schodzący ze sceny Babiński, podszedł do niego i przypomniał że widok wieży kościelnej w Mosinie jest bardziej ubogi od widoku jaki można ujrzeć we wsi Babina na Podlasiu? Bożena przypomniała Witkowi, że na sali jest wiele dziewcząt z długimi włosami, więc powinien się przesiąść.

       Wyrwa ten z Wirów i od Wirów przypomniał sobie, że rok wcześniej jako juror przyznał Zimnemu główną nagrodę w konkursie poetyckim dla studentów, i że to zadecydowało, że ten, znalazł się od tamtej pory w środowisku poznańskich poetów.

A co na to wszystko Grupiński? Z nieskrywaną flegmą wręczył Babińskiemu Zieloną Wazę, i udał się w stronę drzwi prowadzących do szatni. Przypomniał sobie, że w kieszeni kurtki pozostawił z trudem zdobytą tabliczkę czekolady, którą miał zamiar wręczyć do podziału nagrodzonym, Nagrodzeni byli już po kilku głębszych, podziękowali za słodkości, i gremialnie opuścili salę i udali się w kierunku Rataj gdzie znajdował się Akademik, tam odbyła się część artystyczna konkursu Zielonej Wazy, już bez udziału Zimnego i Witka, którzy udali się w przeciwnym kierunku, z zamiarem odbycia nasiadówki w Parku Górczyńskim. Chyba już wtedy Witek miał świadomość, że będzie tutaj siedział nawet po śmierci.

      A w parku jakby inny świat, na ławkach siedzą dziewczęta w oczekiwaniu na przygodę i parę groszy. Witek codziennie gdy nie pada deszcz nie musi oglądać telewizora, z okna ma widok na reality show w wydaniu przygodnych aktorów, bez imion i nazwisk, prezentują swoje walory cielesne inni napinają muskuły, dając damom do zrozumienia ,że nie wszystko pokazują aby być bardziej ciekawym z pierwszym stopniem do piekła?

Bywało, że obaj ze Stedem podziwiali poznański folklor, na boku gawędząc  o tych co na morzu i w lesie. Poezja była w nich dlatego wszędzie, była i wszystko nią było, nawet pies w parku dramatycznie poszukujący swojego pana. Sted wertował strofy Witka ale Witek był jeden, niepowtarzalny, bardziej pierwiastkowy lirycznie, w przeciwieństwie do Steda nie wyszukiwał tematów, trudno znaleźć u niego choćby jeden wiersz z tytułem. Pisał wiecznie niekończący się wiersz.    

     
Do Parku Górczyńskiego jak dotąd nie wprowadził się żaden budowlaniec, od składowiska złomu do składowiska materiałów budowlanych, wiodła codzienna trasa Witka gdy udawał się do pobliskiej piekarni po chleb. Pod koniec kontaktu z parkiem, za chleb płacił swoimi tomikami, a Sikorski przynosił mu konserwy, po papierosy chodził sam, z czasem przeniósł się na Rataje do swojej miłości.

W przełomowych latach 70-tych, nikt o nic nie pytał, każdy wiedział gdzie ma iść, z  kim spotykać, gdzie czytać wiersze, a gdzie kupić wódkę, która była na kartki. Takim miejscem kupna spod lady, była portiernia w akademiku, gdzie? Tego nie zdradzimy, a piwo to tylko przy Kościelnej, gdzie najbliżej było Babińskiemu, ile razy Zimny musiał zboczyć z drogi, aby stanąć oko w oko  z twórcą Nike, złota ciecz łagodziła wszystkie stresy wywołane polityką  i przepychankami w środowisku literackim. 

CDN

sobota, 19 września 2026

Wiersz na powitanie jesieni




Drzwi do jutra


Słońce tropi złodziei kolorów

wiatr wygarnia śmieci po wczoraj

co przyniosą wieczorne pacierze

karta jutra do odkrycia na stole.


Pod nią figura damy bez łasiczki

strapionej widokiem zachodzącego 

słońca, smugi cienia Vermeera

kładą się na ścianie, obraz jeszcze

czeka na słońce poranne, bo droga

powinna być oświetlona. 

              

                                 Dzisiaj

w moim pokoju Dziewanna

zdejmuje płatki różane,

jest jesień a ona kwitnie, 

coraz mi bliższa choć odległa.


Poezja milczy oddech spowalnia

- już późno, ale nie na tyle, 

żeby drzwi do jutra 

były zamknięte.


JBZ 09/2026