środa, 9 września 2026

Poezja latynoska


Obed Enaí Tello Francisquez  (Guatemala) (nacio Nentón, Huehuetenango, Guatemala). Maestro de Educación Primaria y en procesode graduación para la Licenciatura en Ciencias Jurídicas y Sociales, Abogacía y Notariado, por la Universidad Mariano Gálvez de Guatemala. Primer lugar en la rama de verso de los Juegos Florales Nacionales «Rodolfo Angelino Rivera Escalante» 2023 de la Casa de la cultura de Huehuetenango; participó en la lectura virtual de poesía Voz de la gente convocado por Progressive Literary & Cultural Society, desde La India en mayo de 2022. Primer lugar en la rama de poesía en el Concurso departamental multidisciplinario JAxJS 2021, convocado por la Red de Jóvenes Artistas por la Justicia Social, del departamento de Huehuetenango. Textos suyos forman parte de la muestra poética 2020 Del ser que nos habita, que recoge la poética juvenil de Huehuetenango, por Cafeína Editores.

Obed Enaí Tello Francisquez  (Gwatemala)(ur. Nentón, Huehuetenango, Gwatemala). Nauczyciel edukacji podstawowej oraz w trakcie uzyskiwania tytułu licencjata w dziedzinie nauk prawnych i społecznych, prawa i notariuszy na Uniwersytecie Mariano Gálvez w Gwatemali. Pierwsze miejsce w oddziale poetyckim Narodowych Igrzysk Kwiatowych „Rodolfo Angelino Rivera Escalante” 2023 Domu Kultury Huehuetenango; wziął udział w wirtualnym czytaniu poezji Voice of the People zwołanym przez Progressive Literary & Cultural Society z Indii w maju 2022 r. Pierwsze miejsce w branży poetyckiej w multidyscyplinarnym konkursie wydziałowym JAxJS 2021, zorganizowanym przez Young Artists Network by Social Justice, z departament Huehuetenango. Jego teksty są częścią wystawy poezji Del ser que nos inhabita na rok 2020, która gromadzi poezję młodzieżową Huehuetenango, zorganizowaną przez Caffeína Editores. Autor książek: Co powiedział wilk i Drogi Powietrzne.

 

 COLIBRÍ

Desde la mañana el ocaso tiene náuseas,
sufre de añoranza y recuerdo
(hay cosas que no están
               /exentas de memoria y olvido).

A veces mi insomnio
                             /es un colibrí asustado.
Gaita sonámbula y anticipada.

Maldito sea el silencio donde se pudre
el deseo y todo lo no dicho.

 

KOLIBER

Od rana zachód słońca przyprawia o mdłości;

cierpię na tęsknotę i pamięć

                       (są rzeczy, których nie ma;

wyzwolone z pamięci i zapomnienia).

Czasami moja bezsenność

to przestraszony koliber.

 

Lunatykowanie i oczekiwanie na duszę.

Przeklnij ciszę tam, gdzie gnije pożądanie

– słyszę te słowa– i wszystko niewypowiedziane.


RÍE

Cientos de páginas bailaron
hasta desvanecerse o morir de olvido,
todas ellas de las palabras
                             /que desperdiciaste
y las que debiste decir;
pero no importa,
      /siempre vuelven para ser dichas,
mientras tanto
         /alégrate, salta, contempla, vive…
pero, sobre todo, ríe sin motivo alguno,
lo más que puedas:

las risas sin motivo son mejores,
huelen a libertad, engendran estrellas,
mezclan todo, incluso memoria y porvenir.

 

ŚMIECH

Przetańczyły już setki stron

aż znikną lub umrą z zapomnienia

– wszystkie moje słowa;

zmarnowane przez ciebie

i te, które powinnaś była powiedzieć.

 

Ale to już nie ma znaczenia.

Zawsze tu wracam żeby coś usłyszeć.

 

Tymczasem raduj się, skacz,

kontempluj, żyj…ale przede wszystkim

śmiej się bez powodu, tyle ile potrafisz:

śmiech bez powodu jest lepszy

pachnie wolnością, rodzi gwiazdy

które potrafią wszystko, nawet

przyszłość z pamięcią kojarzyć.


MEDUSA

En muchas partes te llaman Medusa,
no solo porque tus ojos petrifican:
también lo hace tu silueta,
la forma en que has ido
                                 /y vas por la vida,
tu cabello libre, tus palabras,
tus pasos, tus ojeras, tu cansancio,
tus huellas, tu voz y tu silencio.

No hay estación ni viento que no sepa
que todos los pájaros
                 /emigran hacia tu cabellera;
No hay ruta, vía ni riel que no sepa
que no hay tren que escape
                                      /sin algo de ti.

No hay invierno ni altura que no sepa
que, entre la lluvia y la neblina,
con linterna he buscado tu fantasma
y los códigos de tu cintura.

 

MEDUZA

W wielu miejscach nazywają cię Meduzą,

nie tylko dlatego, że twoje oczy skamieniały:

podobnie jak twoja sylwetka

na drodze, którą obrałaś i idziesz przez życie.

 

Twoje rozwiane włosy, twoje słowa,

twoje kroki, twoje cienie, twoje zmęczenie,

twoje ślady, głos i twoja cisza.

Nie ma pory roku ani wiatru, których byś nie znała

wszystkie ptaki migrują w twoją stronę.

Nie ma trasy ani linii kolejowej ukrytych przed tobą,

nie ma pociągu ewakuacyjnego,

                       bez czegoś z Ciebie –  też nie ma.

Nie ma zimy ani wielkości,

których bym nie poznał

pomiędzy deszczem a mgłą

szukam ze świecą twojego ducha

i kodów twojego ciała.

 

ROXELANA

Reconcilia mi sombra y mis cenizas
fuente de nombres: Diana, Helena, Dulce,
Roxelana, Perséfone, Andrea,
en cada nombre eres distinta, Angélica,
cada uno de tus nombres es un otro
yo de ti;
origen de las estaciones,
arquera y señora del inframundo,
siembras tiempo en los instantes vacíos,
caben árboles en tus pulsaciones;

dices una palabra y se extravían
mis sílabas entre tus laberintos,

lumbre y ocaso; Perséfone, porque
he puesto mi esperanza en el criterio
de tus pestañas y tus parpadeos.

 

CRISTAL

Digo y desdigo; río y desrío.
Unas palabras ríen, otras escupen,
¿son marionetas de sí mismas?
Memoria al borde del colapso;
mentí como quien hace una promesa.

Prometo y desprometo,
y de eso nace un instante
dispuesto a entenderlo todo
y a retener la eternidad
que retoza en una sílaba
y en dos cuerpos entrelazados.

Camino y descamino.
Dejo caer de las manos un cristal
y veo esparcirse mis pedazos.

 

SZKŁO

Mówię i zaprzeczam sobie; rzeka i rzeka.

Jedne słowa się śmieją, inne opluwają,

albo są marionetkami samych siebie?

 

Pamięć na skraju załamania;

skłamałem jak ktoś, kto coś obiecuje.

Obiecuję i zaprzeczam

i z tego rodzi się mroczna chwila;

pragnę wszystko zrozumieć,

i zachować wieczność

która wierci się w sylabie

i w dwóch splecionych ciałach.

 

Chodzę i chodzę.

Wypuszczam szklankę z rąk

i widzę, jak na kawałki się rozsypuję.


PÁJARO FANTASMA

I
Mientras el viento trae un hambre de incendio,
la muerte se masturba en los suburbios,

el deseo se pudre, huele a traición;
el patíbulo no es más que un puente
hacia otro tiempo que también se derrite.

Silencio:
al fondo, a una canción
se le caen pedazos de carne
y el hambre acecha con su buitre.
El instante suspendido y el fuego
que se derrama como un deseo
guardado por mucho tiempo.

II
Pájaro fantasma, un filo bien añejado.
Buscas la respuesta correcta,
la que responda por todas,
pero sólo encuentras una pregunta viscosa
y una respuesta que interroga.

III
Lluvia recién parida por tus ojos:
duermes sobre el verano
y un relámpago atraviesa tus sueños
que luego se revelan
y te aruñan la cara.
Despiertas:
el día lleva una noche en el vientre.

–Me habla un pájaro fantasma esparcido
entre los pedazos de un cristal
                               /que alguien dejó caer–.

Cierras los ojos y ves más claro,
al fin ves todo,
luego los abres y olvidas todo.

 

                                        Traducción al polaco  Jerzy Beniamin Zimny

Tłumaczenie na język polski Jerzy Beniamin Zimny

 

 

 

 

 

 

wtorek, 8 września 2026

Nowy numer ReWirów


POEZJA:

Henryk Wojtysiak, Daniela Zajączkowska-Hynas, Dagmara Julita-Zimna, Anna Andrych, Renata Adamska-Garbowska, Tadeusz Zawadowski, Jerzy Beniamin Zimny, Katarzyna Osuch-Leniec, Elka Niagolova/Bułgaria/. 

PROZA:

Jerzy Beniamin Zimny: Prom, Maria Magdalena Pocgaj: Mój lapoński sen Jerzy Beniamin Zimny: Czterej pancerni i pies Wanda Wasik: Opowiadania z „Ziemi nieobiecanej” Tomasz Witold Pohl: Jajko-niespodzianka

SZKICE:

Dagmara Julita Zimna: Czas motyli, Andrzej Walter: Literacka szlachetność duszy,Krzysztof Gołębiewski: Biblioteka mapą pamięci, Karol Samsel: Praktyki. Wypiski z dziennika, Jerzy Beniamin Zimny: Driver liryczny Andrzej Walter: Kultura bez kultury, Anna Andrych: „Saga rodu Bystrzyckich”, Ryszard Biberstajn: Język i porządek rzeczy /fragment nowej książki/, Stan i Sław Chyczyńscy: Jak pisać ciekawie /Autentysta/

RECENZJE:

Paweł Kuszczyński:  Większa o wybór / o Niepokornej K. Mikołajewskiej/

REPORTAŻE:

Krzysztof Szymoniak: Podróże nieduże /podróż trzecia/

FELIETON:

Maria Magdalena Pocgaj: Podróże małe i duże

 DZIENNIKI:

Marceli Nowakowski: Dziennik Frontowy /1915-1918/

ReWiry LUBUSKIE:

Robert Rudiak: Odra inspiracją twórczą, Sklejanie poezji.

 

  

środa, 26 sierpnia 2026

Nowe wiersze

 

CZERWIEC 56

 

Poznański czerwiec jest czerwony

na białym tle historii. Jesteśmy drugim

pokoleniem odarci z sukna wolności

ale żyjemy i to się liczy,

wbrew prawu wielkich liczb

które nie ogarniają wszystkich.

 

Lata biegną za czymś cięgle niedoścignionym

to może być pozbawione legendy

dorobku pokoleń, ale kurhany wciąż

urągają, ale groby jeszcze zniczami płoną.

 


Liryka dnia

Poezja jest wszędzie

tylko nie tam gdzie być powinna,

za to panuje niepodzielnie

jak nieodwzajemniona miłość. 

 

Szczęście pozbawione oczu

szuka przystani gdzie dokończy

swoją wędrówkę i spocznie na dłużej.

 Nadzieja nie ma matki 

a wiara, sama jest cudem.

 

Murarz szczęścia


Kiedy Czesiek umierał,

byłem w markecie budowlanym,

on odchodził a ja oglądałem

baterie łazienkowe.

 Czy można się umyć?

Umyć ręce i duszę Czesława.

 

Zmuszam wyobraźnię aby wcieliła

mnie w sytuacje umierającego.

Nigdy pamięć nie jest tak wierna,

żeby oddać idealny obraz umierania,

kształtu baterii łazienkowej.

 

To było w sierpniu

 a teraz jest grudzień,

bateria nie cieknie,

grób Czesława umajony.

 

Mrozy zetną kwiaty cięte.

Własny tors  a w nim duszę umyję.

 Wiersza nie wolno zlekceważyć

bo tłumaczy przypadkowość

zdarzeń, czasu i miejsca.

Przywraca pamięć

 

 

Gorzkie powroty

 

Przyjechać do Krosna i stanąć na moście;

wraca wtedy gwar poranny i furmanki,             

wracają Ojciec i Matka. Razem  pójdziemy

na mszę do kościółka na wzgórzu

gdzie wino dojrzewa jak wiara w sercu.

Nigdy więcej rozłąki, nigdy więcej śmierci.

 

Wstęp jest zawsze patetyczny i gorzki.

 

Potem, nic nie jest lżejszego,

suną słowa płyną barki po Odrze

w myślach jest jeszcze jezioro 

i usłana lipami ulica Kościuszki.

 

Mój Boże jakiś ty niezmienny,

- musiałem odmówić pacierz

mając w ustach przekleństwa,

że to tak szybko minęło

i tyle stąd na zawsze odeszło.

 JBZ

 

Wilda robotnicza

 Dzisiaj robotnicy wyszli na ulicę,

i nie wszyscy powrócili do domu

ale bruk pozostał  i wciąż o tym mówi.

Stąpali po nim ofiary i oprawcy,

teraz pokryty asfaltem ciągle wierzy,

że kiedyś ujrzy słońce.

 

Dzisiaj jest gorąco na ulicach

ale od słońca, ludzie ukryci

w cieniu wspominają bliskich

warto było ryzykować życiem

dla dzieci dla wnuków, dzisiaj

młode pokolenie ma inne cele

nie muszą odgruzowywać myśli

wspomnienia są jak uschłe gałęzie

lipy,  która jeszcze ma w korzeniach

prochy tych, co tak szybko odeszli.


 Poetycka Wilda


Młoda Gwardia

a może stara dzieciarnia przed blokiem,

morzy głodem swoje umysły.

Było lato z brodą jest łysa jesień,

ogrody  przypominają o podlewaniu

włosów … brylantyną,  jak za epoki hippisów.

 

Tu mógłbym wyskoczyć na chwilę do Hybryd

ale są tam tylko dusze nie zawsze pogodne

bo musiały kluczyć po wielkich manowcach.

Wkładamy spodnie na okazje wieczorne,

koszule dla niepoznaki, krawaty z baletnicą;

na nogi buty z ostrogami, aby nękały jesień.

 

 

 Poezja i życie

 

Nie wylewaj żalu za kołnierz,

jeśli już, to samogon nocą pędzony,

gdy gwiazdy udają że patrzą,

gdy księżyc w słonecznym zwidzie.

 

Krzepnie wiara w moc poezji,

ale ona nie może przepić nawet dnia,

wieczorami jej błędne ognie

majaczą wśród okien.

 

Miasto udaje że śpi,

poeta z boku na bok

przerzuca swój sen,

jak w życiu ani minuty jawy,

tylko fantazyjne mgły.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 6 sierpnia 2026

Bułgarska Safona


Elka Niagołowa


KIEDY ZAKWITNIE WIŚNIA…

 

Somnambuliczny świat śni o wojnie,

celuje w Krzyż, mówi o śmierci,

a czarny wiatr strzyże nam czoła.

 

Wiśnia na podwórku

kwitnie, a potem opada!

 

Nasz świat nie śpi, chodzi po dachach,

przeskakuje prawa, podwójne cienie,

przeskakuje swoje życie – tak krótkie!

 

Wiśnia na podwórku

kwitnie, a potem opada!

 

Świat staje się mniejszy, a wszystko jest blisko:

Bahrajn i Abu Zabi, Cypr i Doha…

I Bóg jest blisko – On szuka ludzi!

 

Wiśnia na podwórku

kwitnie, a potem opada !

 

I nieważne, jak ktoś nazywa Boga:

Zbawicielem, Losem czy Naturą,

On jest tu i tam, i wszędzie dookoła!

 

Wiśnia na podwórku

kwitnie, a potem opada!

 

I słychać, jak pąki pękają

i oddychają niespokojnie, słuchając dzisiejszych wiadomości.

Ale wiśnia śpiewa w pospiesznym rytmie –

 

kwitnie jak pieśń,

śpiewana przez łzy!

 

Tłumaczenie na język polski Kalina Izabela Zioła

  

wtorek, 4 sierpnia 2026

Andrzej Jopowicz /1975-2010/ w aurze francuskich symbolistów

 


W tym miesiącu, proponuję garść wspomnień o ANDRZEJU JOPOWICZU /Baribalu/ – człowieku skromnym o wielkiej kulturze, niezwykłym poecie. Umarł młodo, zdążył napisać jeden zbiór wierszy, a miał jeszcze tyle do powiedzenia. Nie zdążył, pozostawił   w smutku nas – przyjaciół, którzy pomogliśmy wydać jego „Czerwoną winnicę”, opatrzoną słowem wstępnym przez Karola Samsela i moim posłowiem. Nad całością czuwał Jerzy Zimny. To tyle, co mogliśmy  zrobić.

krótka relacja Karola Samsela:

Do budynku Buskowskiego Ośrodka Kultury dotarłem około godziny piętnastej. Przy dyżurce siedziała starsza kobieta ubrana w lekkim, czarnym stroju, która na mój widok podniosła się z krzesła i spojrzała na mnie niezwykle wymownie. Trudno ten rodzaj wzroku opisać – już nim zapytywała, kim jestem. Dopiero po wieczorze dowiedziałem się od Elżbiety Tylendy, że Pani Maria Jopowicz, matka nieżyjącego Andrzeja, oczekiwała na mnie od dłuższego czasu, obawiała się o moje przybycie. Zaraz po zapoznaniu przeszliśmy do kawiarenki domu kultury i zamówiliśmy jabłecznik oraz herbatę z cytryną. Pani Maria przekazała mi egzemplarz autorski „Czerwonej winnicy”, a także pokazała fotografię syna, którą nosiła przy sobie.  Dopiero po odbytym wieczorze i odwiedzinach grobu Andrzeja, coś sobie uzmysłowiłem.,,,

Padło wiele słów: przywołałem „Ofiarowanie” Tarkowskiego, wyjaśniałem, czym jest „czarny sekret człowieka”, którego zgłębienia podjął się Andrzej, mówiłem o nim jako o poecie silnym i nadwrażliwym wobec ucisku niesprawiedliwości, przejawów metafizycznej krzywdy lub nierówności. Wyraziłem także swój największy żal, mówiąc o tym, że nigdy nie powstanie „Zielona winnica”, że Andrzej nigdy nie zdoła już odpowiedzieć na palące pytania o moralność i religię, które postawił w debiucie. Za sprawą jego śmierci pozostały one czysto retorycznymi, co jest wielkim literackim dramatem Andrzeja Jopowicza-poety.

W pewnym momencie – w kawiarence – matka Andrzeja wydobyła z torebki pierwsze poezje syna, zapewne wiersze dziecięce – m. in. zapadającą w pamięć modlitwę do Maryi, Królowej Aniołów. Poprosiłem, aby na zakończenie spotkania przeczytała je publiczności. Słuchacze wysłuchali także wiersza Jerzego, Beniamina Zimnego zatytułowanego „Po północy”, poświęconego pamięci zmarłego.

Artur Osiński znał Andrzeja doskonale, Andrzej stale – korzystając z jego gościnności – wypożyczał   z książnicy tomiki poezji. Jak wspominał Pan Osiński, niepokoiło go to, że czytał wyłącznie poezję francuską: Rimbauda, Mallarmégo, Baudelaire’a. Próbował, co prawda, namawiać Andrzeja do wypożyczania zbiorów z poezją polską, ale szybko zaprzestał. O tym, że pisał wiersze, bibliotekarz dowiedział się dopiero dzień przed spotkaniem literackim, przybył, aby odczytać parę utworów znajdujących się  w „Czerwonej winnicy”. Pani Maria skrzętnie je wybrała: usłyszano „Piètę”, „Podziękowanie”, „Zmartwychwstanie”, wreszcie wiersz tytułowy.

Przy herbacie Pani Maria szybko wróciła wspomnieniami do lipca i sierpnia 2010 roku. Wybrzmiały trzy daty: 24 lipca, dzień wysłania zbioru wierszy Andrzeja Jerzemu Beniaminowi Zimnemu, 1 sierpnia,  w którym mama Andrzeja została zaalarmowana przez syna o jego złym samopoczuciu, przewiozła Andrzeja w stanie agonalnym do Kielc i dowiedziała się o rozległym zawale przedniej ściany serca.

Wreszcie:  6 sierpnia, dzień, w którym Andrzej odszedł, podobnie upalny, jak wczorajszy. Opowiadając to, Pani Maria zalewała się łzami. Zaraz potem rozpoczęliśmy rozmowę o wieczorze, postanowiliśmy zaplanować wszystko dokładnie, niebawem dołączył także do nas Pan Artur Osiński pracujący na co dzień w Bibliotece Publicznej w Busku-Zdroju.

– Andrzej niechętnie pozwalał się fotografować, prawda? – zapytałem, zsumowawszy to, czego już się dowiedziałem. Notka biograficzna na tylnej okładce potwierdzała moje przypuszczenia: zaświadczała, że pozostało po nim zaledwie kilka zdjęć. Fotografia oglądana przeze mnie w kawiarni miała z kolei wygląd zdjęcia dowodowego.

JBZ


Andrzej Jopowicz napisał do mnie kilka miesięcy przed śmiercią. Przysłał też plik wierszy do oceny, zamerzał debiutować, a ja miałem mu  w tym pomóc. To było w 2010 roku. Wkrótce potem zamilkł, zniknął z portalu Poezja Polska, nie odpowiadał na mejle. Rok później kiedy przebywalem w sanatorium w Dusznikach Zdroju, w parku  koncertowali muzycy z Buska Zdroju, wtedy przypomniałem sobie, że Andrzej stamtąd pochodzi. Po powrocie do domu skntaktowałem się z Wojtkiem Roszkowskim, który mnie poinformował o jego śmierci. Wtedy podjąłem decyzję o pośmiertnym debiucie tego utalentowanego poety. Promocja książki miała miejsce w Busku Zdroju, laudację wygłosił Karol Samsel. Tytuł książki Czerwona winnica.

Jopowicz zafascynowany był symbolistami francuskimi, i taka też była jego poezja, głeboko kodowana, niezwykle intelektualna, do tego oprawiona w świetną dykcję.
Podobną sytuację miałem z Gabrielą Cabaj, prowadziłem z nią korespondencję, dość długo, kontakt się urwał z powodu jej śmierci. Była blisko debiutu w naszej oficynie, jej debiut ukazał się dopieto po jej śmierci. Za sprawą życzliwch ludzi.
Nie miał szczęścia Roman Knap, poeta z Gliwic, pomimo szumnych zapowiedzi, jego debiut dotąd się nie ukazał, gdyby jego teksty nam przekazano, debiut stałby się faktem.
Przypomnę, że Roman Knap jest autorem słynnej Jaskółki, krótkiego poematu, który stał się poetycką deklaracją młodego pokolenia. /JBZ/
 


poniedziałek, 20 lipca 2026

 



    Co z poezją? Ostatnio co zaobserwowałem, poeci zastanawiają się nad sensem wydawania swoich kolejnych książek.  Dotyczy to zwłaszcza zawiedzionych brakiem należytego odzewu otoczenia, środowiska literackiego, względem ich ostatnich  książek.  W tej grupie zauważyłem znane nazwiska laureatów prestiżowych konkursów na debiut, laureatów krajowych, ważnych nagród. Nie wynika to z poziomu artystycznego książek, lecz jest skutkiem bardzo płytkiego rynku poezji. Miłośników poezji po stronie czytelniczej jest coraz mniej, natomiast piszących, coraz więcej. Nadmiar informacji jest coraz częściej źródłem dezinformacji. Do tego, kto ma potencjalnemu czytelnikowi, nabywcy powiedzieć, kogo warto czytać a kogo nie? Komercja? Nic błędnego. Jej środek ciężkości przesunął się z rynku nabywcy w stronę rynku producentów książek, niekoniecznie oficyn wydawniczym, bo udział samodzielnych drukarni jest coraz większy. Co najbardziej istotne, komercyjność producentów nie wynika z potrzeb rynku czytelnika, wynika z dużego zapotrzebowania na wydawnictwa (druk) wszystkich gatunków literackich, poezja amatorska wiedzie tutaj prym. I w większości przypadków rości sobie prawo do największych laurów.

   Nie jestem gołosłowny, wystarczy się dobrze rozejrzeć i zauważyć  jak znakomicie rozwija się rynek równoległy "poezji amatorskiej", delikatnie ujmując to zjawisko, często przy materialnym współudziale, także propagandowym, samorządów  i placówek kultury.  Trudno się dziwić, skoro dobrych, uznanych poetów jest garstka, a ci, którzy piszą amatorsko, są już społecznym zjawiskiem na miarę ruchu obywatelskiego.   Inicjatywy trzeba wspierać, bo tego wymaga demokracja.

Demokracja objęła swoją pieczą poezję. Każdy może, każdy orze, na ugorze orzą poeci, inni idą na łatwiznę bo inaczej nie potrafią,  i mają o dziwo, liczniejszą rzeszę sympatyków. Są obrotni, potrafią poruszać się w terenie, rozmawiać z bibliotekami i czytelniami, potrafią dotrzeć do źródeł finansowania kultury, potrafią zauroczyć prowincjonalnego czytelnika. Czyż nie o to chodzi dzisiaj? Można się sprzeczać o sens takiego działania, ale jak powszechnie wiadomo, "cel uświęca środki". To prawda, niestety albo stety, pojęcie "strzechy" gdzie ma trafiać książka przestało obowiązywać, w szklanych domach pojawiły się nowe preferencje, nie pomogą performance, happeningi, sznury do bielizny, rekwizyty w postaci tarek do prania, tudzież ciacha z kremem i kawa rozpuszczalna. Chylę czoła przed wydawcami pism literackich, jeszcze mają pasję i trochę grosza aby regularnie wydawać swoje pisma.  Wyrażam uznanie wydawnictwom, które potrafią pozyskiwać klientów chcących wydawać swoje dzieła.  To nowa forma rekrutacji, z której należy korzystać, bo rynek ma dwie strony, można być jednocześnie dostawcą i klientem, odbiorcą własnego produktu. I tutaj jest przysłowiowy pies pogrzebany. Na jak długo? Trudno cokolwiek wyrokować.  A może wcale nie jest pogrzebany. Bo jak pokazuje życie, najwięcej się dzieje właśnie tam, gdzie dobra poezja nie zagląda. Na dobrą poezję przychodzą poeci, spotkania odbywają się w zamkniętym gronie chociaż są imprezą otwartą dla wszystkich.  Zatem co jest powodem?  Czy ktoś zadał sobie trud rozkminienia tego zjawiska?  Daremnie, bo wszystko ma swoje imię, zależy kto je nosi, i co potrafi oprócz wierszowania. Czy ma pojęcie kto go czyta? Czy potrafi zdefiniować swojego czytelnika?  Z moich obserwacji wynika zgoła inny profil poety, poety ograniczonego do własnego środowiska, najczęściej w sieci,  liczącego się z opinią kolegów i koleżanek po piórze, tkwiącego w swoim ego, gdzie czytelnik czuje się intruzem, albo przyczyną obciachu?  /.../

czwartek, 16 lipca 2026

NOKTURN


Wydawnictwo Miejskie Posnania 2025

      Poezja dzieje się sama, podobnie tytuł książki idący z duchem czasu, duchem jakże lżejszym od poprzednich,  rezydujących w strofach okiełznanych przez tropy rzeczywistości, ogarniającej otoczenie poety. Są wiersze wyreżyserowane, obarczone książką jako całość tematyczna, są wiersze dzieci jakby narodzone w schizofrenicznym połogu, wiersze pierwsze pisane zaraz po przebudzeniu, są też wiersze niechciane napisane w mistycznym uniesieniu, wiersze sny powstałe w bólach, w końcu wiersze osobne uciekające od wszelkich kanonów sztuki lirycznej, wkraczające w rzeczywistość z dobrą nowiną.
        Idę z wierszem i się nie zatrzymuje, zaglądam do okien, wysiaduję w tramwaju godziny od pętli do pętli, w trakcie porannej kawy i przy wieczornym drinku przychodzą mi do głowy strofy zabójcze i te, sprowadzające mnie na ziemię, czasem dopiero po przebudzeniu odtwarzam sobie coś, co we śnie miało odwagę urodzić się w jednej z komórek od dawna opuszczonej przez życiodajną krew.

Z WOJACZKA

 

 Świat umiera na Cholerę,

wynoszą trupy na łąkę

i śpiewa słowik. Jest realnie

aż do ciemności wschodzącej

z Pieśnią Mandragory.

Przez obrót ciała kurczy się

pierwsza litera, sylaby poutykane

w płocie, w szparach pojedyncze

słowa przekleństw.

 

Tak określa się okolice istnienia

z palcami na wierzbowej fujarce.

 

Droga jest z piasku

a piasek z senności.

Przecinają tę drogę koty

i strasznie jest.

                                 02.05.2009