Jerzy Beniamin Zimny
sobota, 14 marca 2026
niedziela, 4 stycznia 2026
Nowy Rok, pan z długą brodą
oglądający się za siebie;
bo przed nim jedynie koniec
początek uwertury do ostatniego aktu
Było pięknie jest pospolicie, będzie
to co zapisano w księdze życia,
jeszcze żywe miłości w głowie
jeszcze winne pędy gdzieś w głębi
duszy. Jeszcze ostatni akt a potem
antrakt najdłuższy, nigdy wcześniej
tak szybko nie wędrowało słońce.
Poeta na swoim miejscu
już nie reaguje na miejsca obce
chociaż światłe, bo ciemność
jest przeznaczeniem, bo mrok
ma więcej w sobie prawdy.
sobota, 13 grudnia 2025
Z
notatnika recenzenta /5/
Poeci lubią się pokazywać, wręcz
kochają przebywać w fotograficznym negliżu. Nie wszyscy. Ci co prezentują
najwyższy poziom pisania, nie są aż tak widoczni, bardziej medialna jest ich
poezja, a czytelnik poszukuje w sieci ich publikacji, jeżeli nie ma szans na
kupno kolejnych tytułów, wydawanych zwykle w niskich nakładach.
Od pewnego czasu spotkania
autorskie przypominają działalność „kółek zainteresowań”, zbiera się tylko nieliczne
grono znajomych, cichych wielbicieli „gwiazdy wieczoru”, często do wypełnienia
sali sprowadza się młodzież, coraz częściej ze szkoły podstawowej, bo licealiści
nie są już tak zdyscyplinowani, a głównym celem takiej imprezy jest późniejsza
galeria zdjęć prezentowana w mediach społecznościowych. Większość ujęć ma
sprawiać wrażenie dużego wydarzenia. Rekordziści w tym względzie, prezentują ponad setkę zdjęć w sieci.
Manipulacja informacjami, to inna forma
zachęcania do udziału w spotkaniu, tutaj wszystkie chwyty są dozwolone, od serwowanych niespodzianek, muzycznej oprawy, bądź udziału znanej osoby ze świata krytyki,
sceny, a nawet polityki. Zdarzają się posunięcia dezinformacyjne, posługiwania
się cudzym logo, w celu podkreślenia znaczącej rangi spotkania,
lub korzystania z popularności innej organizacji, stowarzyszenia, które cieszą zwykle się liczną frekwencją podczas swoich imprez i wy-stąpień publicznych.
Trudno się dziwić temu zjawisku. Wszak
kultura, w tym przede wszystkim poezja, spotyka się z coraz mniejszym
zainteresowaniem, ponieważ jest więcej piszących i wydających książki poetyckie – od czytelników
zainteresowanych liryką. Wina za taki stan rzeczy leży po stronie
podmiotów, dysponujących funduszami przeznaczonymi na kulturę. Pomijając
wydawnictwa autorskie, bo tu każdy może wydać sobie książkę za własne pieniądze. Pozostali dysponenci środków finansowych,
nie korzystają w należytym stopniu z usług profesjonalnych recenzentów i
krytyków literackich.
Jedyna jaskółka, która nadal zatacza swoje
szerokie kręgi, ma się dobrze, coraz lepiej i służy wiernie popularyzacji poezji w stopniu
niezmiennym od lat – to konkursy poetyckie, które goszczą już nawet w obszarach
gmin. Tu należy się stale przyglądać, począwszy od Silesiusa i Bierezina,
poprzez pomniejszej rangi konkursy, wyławiające młode talenty od Bałtyku aż do
Tatr. Śledzę to zjawisko od wielu lat, starzejąc się przy tym w sposób zauważalny. Nie
tylko w lustrze, także poza nim, o czym przekonuję się każdego roku, wyławiając
laureatów podczas Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny na debiut poetycki roku.
Język i sposób spojrzenia na rzeczywistość, struktura poezji zaangażowanej, odsyłają dokonania minionych generacji może nie w cień, ale na pewno do historii poezji polskiej...
JBZ
wtorek, 18 listopada 2025
Z notatnika recenzenta /4/
Z notatnika
recenzenta /4/
Recenzja recenzji
Poetka wydała tom
wierszy a koleżanka napisała recenzję, polegającą na analizie wierszy w stylu:
co autorka chciała powiedzieć, lub co miała na myśli w: strofie z kropką na początku i na końcu. Recenzentka
słuszne zauważa, że: żyjemy w pewnej społecznej przestrzeni, którą
wyznaczają nasze preferencje, a więc jakie preferencje taka poezja, w tym konkretnym
przypadku. Recenzentka w innym miejscu pyta: Co zatem chce, zainspirowana
pięknem przyrody, wyczarować bohaterka? Konstatuje - dla poetki ważne
jest nie tylko odpowiednie miejsce, normalność zielonego dnia, a nawet
zieloność krwi i
nieparzystość do pary. Poszukuje ona sekretu zaklinania słów. To nie koniec
rozważań o sekrecie
wyrazów literackich. Poetka chce poznać tajemnicę zawartą w zdaniach, poglądach
kogoś, kto poznał sekret zaklinania słów…
Myślę, że
należałoby powołać konsylium, które postawiłoby diagnozę, zarówno autorce jak i
recenzentce. Jedna i druga zadają czytelnikowi dużo pytań, a ten w
odpowiedzi rzuca w kąt lekturę, która niczego nie wnosi do polskiej liryki,
nawet w okresie obecnego ćwierćwiecza.
***
W innym miejscu inna recenzentka wypowiada się na temat książki
poetki, której słowa chcą być nieuchwytne, skłębione w kątach zapomnienia, w
zakamarkach uczuć a poetka wydobywa je z pełną subtelnością, uwagą i czułością.
Wiersze z tomu, zbudowane są z wyrazów, które nie chcą się
ujawnić.
Wiersze z omawianego tomu wchłaniają się poprzez zmysły, krążą w krwioobiegu czytelnika, i docierają do unerwionych tkanek.
I takie pytane: Co zatem podmiot znajduje w swoich poetyckich wędrówkach?
Chyba siebie…
JBZ
sobota, 8 listopada 2025
41. Konkurs im. Kazimiery Iłłakowiczówny
PROTOKÓŁ
z posiedzenia Kapituły 41. Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny na debiut roku 2024 odbytego w dniu 20.10.2025 w Poznaniu
Kapituła w
składzie:
1. Jerzy Beniamin
Zimny , przewodniczący – poeta, krytyk, redaktor naczelny ReWirów
2. Paweł Kuszczyński, członek – poeta, prozaik.
prezes Oddziału ZLP w Poznaniu
3. dr Karol Samsel, sekretarz – poeta, krytyk i
historyk literatury polskiej, adiunkt na UW.
po rozpatrzeniu zgłoszonych do konkursu 19 książek poetyckich postanowiła przyznać nagrodę główną Rafałowi Wawrzyńczykowi za tom poezji pt. „Dziecko na głowie króla” , Wydawnictwo J. Jacek Bierut Wrocław 2024.
Ponadto, kapitula postanowiła wyróżnić: Miłosza
Fleszara za tom pt. „Sekstans” wydawca: Stowarzyszenia
Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi /Dom Literatury w Łodzi 2024. Oraz Macieja
Świtalskiego za tom pt. „Czujnik czadu” wydawca: Tadeusz Serocki Pelplin 2024.
Karol Samsel
poniedziałek, 28 lipca 2025
Z notatnika recenzenta
Wartościowanie instytucji poety
jako, że jest on człowiekiem, a wiersze przez niego pisane
jedynie produktem ubocznym, to proces bardzo złożony, nie rzadko kończący się
niepowodzeniem. Nie często obserwuję w
taki sposób wyważone ego, filozoficzne sformułowania czynione z dystansu na chłodno,
udane próby definicji procesów psychofizycznych przez które przechodzi twórca
operujący językiem. Tak, poeta to jedno, poezja zaś drugie. Czy egzystują
razem? Czy próba oglądu rzeczywistości wynika z emocji, nakazu chwili. Czy jest
tu jakaś kontrola, czy są zahamowania, i czy proces tworzenia wynika z potrzeb
emocjonalnych, czy jest przemyślanym nurtem w którym jawi się dzieło
oczyszczone z tego, co już oswojone ale oparte na tym samym gruncie, tylko w
innej pozie lub całkiem odmienne. Wspomniany balans nad krawędzią to nic innego
jak wędrówka w ciemności, labirynt bez
wyjścia skąd zaledwie kilka kroków do samounicestwienia, w najlepszym wypadku
outsideryzm, świadomy, akceptowany lub nie. Aż się prosi tutaj przywołanie
terminu życiopisanie, który Stefan Chwin określił swego czasu jako utajony nurt
odnosząc się do poetów, dla których poezja była wypadkową dwóch czynników, mięsa
– czyli przeżycia, dotknięcia istotnego, upraszczaniem tego co mamy do
powiedzenia, i języka, czyli tego, jak mówimy.
Dodam do tego samselowską wędrówkę w ciemnościach, w jakimś stopniu
zainspirowaną Brodskim.
Czy poezja jest abstrakcją, jako skutek balansowania na krawędzi, wyalienowania ze świata potocznie postrzeganego. Czy niedopasowanie i nieustanny dyskomfort to niezbędne czynniki egzystencji poety w konsekwencji których powstaje dzieło osobne, ponadczasowe, albo wyróżniające się współcześnie. Tak, historia tego dowiodła, ale inaczej, innym tempem chodzą zegary zjawisk artystycznych, być zrozumiałym, termin to rozciągający się w czasie, podobnie jak ewolucja języka, kres tego procesu z pewnością będzie styczną z krzywą upadku cywilizacji a tym samym rozumu. Przykładem niezgody na świat i ze światem jest twórczość Andrzeja Babińskiego: samym wyzwaniem wiem nie zwyciężę, przeciąży mnie Ziemi jedno ramię. Czy jest jednak sztuka z którą nie rozdzielał by mnie czas, po utracie wszystkiego jednak można pisać własną ręką, absurdem jest iść dalej niż Ziemia sięga, wiem że można ale zabraknie sprawdzalności czytelniczej, zostanie po mnie twórcze serce Ziemi, lecz czyste.
Absurdem jest iść dalej niż Ziemia sięga?
Doświadczenia fizyczne, emocjonalne, kontakt bezpośredni z przedmiotem, kontakt
duchowy z ideą, widzenie materii, interpretowanie czegoś co wymaga wysiłku
rozumu, wszystkich zmysłów. To miał na uwadze Babiński. Jedynie czas ujął
jako pojęcie abstrakcyjne w wartościowaniu sztuki i dzieła materialnego. Czas
nie powinien rozdzielać autora z jego dziełem, albowiem zabraknie sprawdzalności
czytelniczej? Innego zdania był Peiper: piszemy także dla przyszłych pokoleń,
a więc uniwersalizm, albo eksperyment, co do którego nie ma pewności czy będzie
użyteczny. Jakby nie było, jest to
inspiracja wkraczająca w czyjąś materię rozumowania, widzenia, prezentowania
obrazu, tematu. Jeśli wiersz jest produktem ubocznym poety, to czym jest
konieczność interpretacji, lub innego sformułowania obcego dzieła. Sama wyobraźnia,
sam stan uniesienia podczas aktu twórczego, nie wystarczą. Poeta musi „zboczyć” jako, że bierze pod lupę powierzony mu materiał, a to już
jest w jakimś stopniu deprawowanie własnego ducha twórczego. Tak sądzę. Może
jestem w błędzie. Dlatego ewentualny dyskurs uważam za przyczynek do dalszych
rozważań. /…/
Z nawigacją języka
Tytuł
szkicu może zadziwić czytelnika i samą autorkę tomu wierszy, który
nieoczekiwanie zaskoczył mnie wysokim poziomem artystycznym, przede wszystkim językowym.
Bez nawigacji można zabłądzić ale błądzenie jest powinnością poety, jeśli
pragnie coś swojego dorzucić do spuścizny literackiej wielu pokoleń. Język –
pierwszorzędna wartość utworu poetyckiego, musi mieć charakter osobisty, w
jakimś stopniu odkrywczy, jeśli poeta pragnie swojego twórczego rozwoju.
Dialektyka języka, tak bym to określił, musi mieć charakter indywidualny, chyba
że mówimy o zbiorowej świadomości, charakterystycznej dla nurtu bądź grupy
poetyckiej.
W
przypadku Anny Landzwójczak, a ściślej, jej ostatniego tomu, można już mówić o indywidualności, takiej, co to nie da się
zaszufladkować, ująć pod jednym wspólnym mianownikiem, można tylko dokonać
porównań z tym, co w okresie dwóch ostatnich dekad, wydarzyło się na rynku poezji, z uwzględnieniem nowych zjawisk,
deklaracji lub manifestów grupowych. Tych akurat było bardzo mało, jako że czas
zbiorowych postaw twórczych minął bezpowrotnie.
Niewiele wynika z takiego porównania, ponieważ Anna Landzwójczak omawianym tomem udowodniła, że jej poetycki język zaczyna być rozpoznawalny, i nie chodzi tu o dykcję, lecz o umiejętność budowania fraz z delikatnie skrywanymi przerzutniami, więc figury stylistyczne mają charakter nowatorski, i nie chodzi tu o bardzo popularną ostatnio wśród młodego pokolenia, tzw. nowomowę. Wprawdzie nie jest to łatwa lektura i nie jest też trudna w zrozumieniu, bo poetka pozostawia czytelnikowi duży margines dla interpretacji, a że są to zagadnienia natury egzystencjalnej, więc z percepcją czytelnik sobie poradzi.
Jak zawsze wyłowiłem
z tomu kilka lirycznych perełek, są to głównie metafory sytuacyjne składające
się z dość długich fraz: /…/ a gdyby słów nie gromadzić w skrzyni/
zabezpieczonej kłódką warg / wyrzucać rozważnie i uważnie /celnie uderzać w
skorupy serc /aż popękają /a szczeliny treścią wypełni deszcz. /…/ wyciągam
dorosłe hartowane dłonie /chwytam ogień za tren płomienia /przesadzam bliżej
serca żeby ogrzał /tę małą dziewczynkę. Niepotrzebnie zginam palec wskazujący
/by zapukać w niebieskie sklepienie /by zapytać /jaką tutaj gram rolę /w jakiej
występuję dramie/…/
Takich wersów i fraz w tomie jest bardzo dużo, nie sposób wymienić wszystkie, dlatego zachęcam do lektury tej książki, jednej z ciekawszych jakie ukazały się w bieżącym roku, nie tylko w naszym środowisku.
Anna Landzwójczak, Bez nawigacji, Wydawnictwo Miejskie
Posnania str. 77
Sztywny kołnierzyk przeszłości
Próżno dziś znaleźć
sztywne kołnierzyki w środowisku poetyckim. Jest to pewien symbol odnoszący się
także do języka, a i zasady moralne kiedyś nie wymagały tylu komentarzy, co
obecnie. Anna Landzwójczak, spokojna, niezwykle ułożona jak przystało na
matematyczkę, dla której poezja jest jakby nowym działem, tej ścisłej
dyscypliny naukowej – udowodniła nam, że wyobraźnia jest jedną z podstaw
naszego bytu. Natomiast granica pomiędzy matematyką a poezją jest prawie
niewidoczna. Wyobraźnia to, umiejętność dostrzegania związków: np. między stadem
gołębi na rynku a szkieletem wiersza i jego formy. Wyobraźnia wspomaga też
logiczne wyrażanie opinii, definiowanie zależności między podmiotami i
przedmiotami. Dostrzeganie nowych zależności i tego, czego inni nie dostrzegają. Poetka z Pniew wszystkie te walory posiadła w
genach. Ostatnie wydane książki podniosły ją do rangi znaczących obecnie
twórców poezji.
W poezji precyzyjnej, wyrachowanej, nie pozbawionej moralitetów, znakomicie się prezentują odkrywcze metafory sytuacyjne, a nawet genialne obrazowanie, niczym korzystanie z barw adekwatnych do tematu, z którym obcuje czytelnik. Wyobraźnia poetki zmusza czytelnika do wytężenia własnej wyobraźni, razem pospołu biorą udział w odtwórczym akcie. Przykłady genialnych metafor: dama kier zahaczyła o oczko/ w pracowicie wydzier- ganym obrusie /wysnuła srebrną nić /z opuszczonej głowy…./…/ Za oknami świat pogania zmęczone renifery /a tu czas zamknięty w kokonie domu/opleciony zapachem cynamonu /czas w kolorze miodu i goździkowej woni/ najpiękniejszy czas / oczekiwania.
Bez nawigacji w sztywnym kołnierzyku – dwie ostatnio wydane
książki Anny Landzwójczak w dużym stopniu korespondują z sobą. Polecam lekturę
„Sztywnego kołnierzyka”.
Anna Landzwójczak,
Sztywny kołnierzyk, Wydawnictwo TAWA Chełm, 2025
Odłamki sumienia i wiary
Pierwiastek liryczny Małgorzaty Borzeszkowskiej potrafi znaleźć się w każdej sytuacji, potrafi zachować swoją rozpoznawalną twarz, znajduje odpowiedni język do tematu, który musi określić, przedstawić lirycznie. Napisanie tomu poetyckiego na określony temat, to karkołomne wyzwanie, zwykle poeta zatraca przy tym swoją utrwaloną wcześniej osobowość, popada w potoczność i patos. Czytałem dużo tomów poświęconych wojnie na Ukrainie, „Odłamki” Borzeszkowskiej, zdecydowanie wysunęły się na czoło w tej szerokiej stawce.
Poetka potrafi zobrazować tragedię wojny
nie zatracając przy tym własnego języka, wszystko tutaj zaskakuje innością,
nowością przekazu. Wcześniejsze jej tomy, wprowadziły mnie na zupełnie nowy tor
czytelniczej percepcji, zastanawiam się skąd taki impuls w niemrawym nurcie
współczesnej poezji, niby zwiastującej jakoweś zmiany związane z dialektyką języka.
A już powoli traciłem wiarę w atrakcyjność współczesnej
liryki.
Summa epoki Grupińskiego
To tylko fragment jak sądzę, a Poeta z Doliny Malinowej zasługuje na Diariusz osobny, podzielony na cztery sfery literackie – poezja, proza, publicystyka i działalność klubowa z uwzględnieniem wszystkich miejsc kulturotwórczych w Poznaniu, począwszy od młodzieżowych, skończywszy na senioralnych. Epoka Grupińskiego trwa na dobre, czas jest bezradny wobec Jerzego nad którym czuwają duchy kolegów i koleżanek, którym udzielił wiele miejsca na mapie kulturalnej Poznania. Wrócę jeszcze do tematu bogatej przeszłości artystycznej Jerzego, bo na to zasługuje. Ileż jubileuszy ma po drodze, ileż wydarzeń, które kształtowały nasze środowisko literackie przez kilka pokoleń. Chwała koledze i wielkie dzięki, za wszystko i jeszcze za jeszcze!
PS. Historia rodziny Grupińskich jest społecznym dokumentem
historii Wielkopolski. W rodzinnym pryzmacie ogniskują się dzieje naszej małej
ojczyzny, niemalże wszystkie stany, od szlachectwa poprzez mieszczaństwo aż do
chłopstwa. Z dramatycznym finałem przesiedleńczym w 1939 r. po wkroczeniu wojsk
niemieckich.
„Chleb od Zająca”
w moim przekonaniu jest chlebem naszym wspólnym, pokoleniami dzielonym
sprawiedliwie. Czasem niesprawiedliwie, ale zawsze był to polski chleb.
Książkę Jerzego Grupińskiego przeczytałem jednym tchem, i często
do niej wracam i zawsze znajduję w niej cząstkę siebie, moich przodków, i
pobratymców. Podziwiam pamięć Jerzego, oddać ze szczegółami taką sagę rodzinną,
na przestrzeni prawie trzech wieków, to karkołomne wyzwanie. Polecam wszystkim
tę magiczną książkę z przekonaniem jej olbrzymiej wartości, zarówno
historycznej jak i literackiej.
Wiersze zebrane Pawła Kuszczyńskiego
(...) Słowo czynem się stanie, wciąż się łudzę,
że wszystko, co nazwę będzie, choć trochę moje (...) wyznaje poeta w tomiku:
Spotkanie pragnień, nagrodzonym podczas Listopada Poetyckiego, w 2009 roku.
Cytowane frazy brzmią jak deklaracja kontynuowania klasycznej poetyki przy
jednoczesnym respektowaniu dokonań wszystkich powojennych pokoleń poetów.
Kuszczyński debiutował w okresie rozkwitu Orientacji, początek lat sześćdziesiątych - okres zdominowany jeszcze przez Współczesność, dlatego - podobnie jak wielu innych poetów nie zaistniał w żadnym z nurtów, szczególnie w latach siedemdziesiątych, kiedy nowe głosy deklaracji wprost zdominowały poezję na całą dekadę, aż do nowej prywatności, i później w dziewiątej dekadzie, w której to nastąpiło kolejne przewartościowanie liryki na rzecz zerwania z wszelkimi jej kanonami. Dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych po debiucie Andrzeja Sosnowskiego mogli powrócić do gry tacy poeci jak Paweł Kuszczyński? Chociaż jeśli wziąć pod uwagę publikacje w pierwszych poznańskich almanachach, Morwa redagowany przez Bogusława Koguta, oraz Akcenty, przez Wojciecha Burtowego do którego wstęp napisał Edwarda Balcerzan- jawi się Kuszczyński jako poeta dojrzały, uksztaltowany, i jak się później okazało- odporny na manifesty nurtów poetyckich, egzystując po za nimi. Podobnie jak większość młodych poznańskich poetów w tamtych latach, z Babińskim, Różańskim i Obarskim na czele. Kuszczyński w ten sposób, przetrwał wszystkie awangardy i na początku lat dziewięćdziesiątych zaistniał jakby ponownie ze swoją poezją w pełni sklasycyzowaną. W poezji zawsze dokonuje się artystyczny i świadomościowy przełom, jednak obrona osobistego punktu widzenia, prowadzi do jego utrzymania, umocnienia swojej pozycji. Nie pozwoli się zredukować do sytuacji lub koncepcji? Wtedy poezja zyskuje prawdziwego poetę. Zagadnienie to zdefiniował swego czasu Andrzej K. Waśkiewicz. Sądzę, że z Kuszczyńskim było podobnie, Jego plan indywidualny, zawsze przecinał się z planem uniwersalizmów o charakterze ponadczasowym i historycznym.
Poeta ma siłę się uśmiechać, poeta który pyta dlaczego szczęście ucieka, który
patrzy pragnąc koloru, który odkrywa, że świat nie jest tak piękny jak się
spodziewałem, którego zawstydza zegar, który pyta gdzie jest moja uschnięta jabłoń,
który odkrywa, że duch znajduje się w spełnieniu? Poeta Kuszczyński, poeta
zmagający się ze spuścizną dwóch kultur, w których do końca jeszcze się nie
odnalazł, za sprawą poezji, w której ręka ojca, jest jego ręką, Tutaj metafizyczny exodus Kuszczyńskiego
pokrywa się z moim? U
niego jabłoń, u mnie mirabela posadzona przez ojca. Też widuję codziennie jej
kikut, I ta sama szkoła, kolidująca z humanizmem chociaż służąca społeczeństwu.
Ekonomia poezji oddana, i na odwrót poezja poświęcona ekonomii? Teraz, kiedy już nie chodzimy
korytarzami szkół, fabryk, urasta w nas do drzewa - liryka dnia
powszedniego, nieufni barwom, nieufni materii. W takim stanie dokona się młodzieńcze
zamierzenie - całkowitego oddania się poezji. Albowiem światło za chwilę zgaśnie.
Niech ta chwila trwa jak najdłużej?
Jerzy Beniamin Zimny
czwartek, 13 lutego 2025
Nowe początki
Dialog poznańsko-warszawski
/.../ W
roku 2013 odnotowano kilkanaście znakomitych debiutów poetyckich. Sięgając
pamięcią aż do połowy lat siedemdziesiątych, nie było tak bogatego roku w
znakomite debiuty, pomijając z takich
czy innych względów, nieliczne wybitne debiuty jakie ukazały się w okresie Nowej
Fali, i nieco później - Nowej Prywatności, określanej też jako Nowe
Roczniki, jak i aktywność poetów BruLionu, trochę nadszarpnięta pojawieniem
się Romana Honeta /z debiutem pt. Alicja, w 1996 r./, i głośnym debiutem
Życie na Korei Andrzeja Sosnowskiego w 1992 r.
Do
pełni oceny trzeba wrócić do okresu Orientacji-Hybrydy, po Współczesności
nurt ten mocno zaistniał w percepcji czytelniczej na długie lata. Dość
powiedzieć, że nawet dzisiaj młode pokolenia poetów chętnie wracają do
twórczości liderów tamtej formacji. Z pełną świadomością ponadczasowości poezji
większości przedstawicieli skupionych wokół kultowych już Hybryd.
Sześć dekad temu nikt nie zadawał
pytania w którym kierunku zmierza Orientacja. Zresztą nie było komu, bo bywalcy klubu Hybrydy
w Warszawie, nie mieli świadomości jaki będzie ich owoc artystyczny w odległej
przyszłości, i czy w ogóle będzie przedmiotem oceny. Termin ten narzucono im z
zewnątrz przez krytykę, a raczej przez zwolenników narzucania poezji sztucznych
ram, wprawdzie nielicznych, ale bardzo skutecznych w swoim działaniu. Wydaje
się to bardzo dziwne, ponieważ poeci tamtego okresu nie stworzyli deklaracji,
nie głosili rewolucyjnych haseł, nie próbowali nawet utworzyć grupy poetyckiej,
spotykali się w Hybrydach spontanicznie, a korzenie ich twórczych
predyspozycji były bardzo zróżnicowane, środowiskowość poetycka i nie tylko,
tak pożądana przez władze polityczne, w tym przypadku nie znalazła posłuchu,
poeci uderzali w dźwięczny dzwon własnych talentów, nie odcinając się od tego,
co dokonali ich historyczni poprzednicy.
Zajrzałem
do archiwów aby utwierdzić się w przekonaniu, że tak w istocie było, teraz po
latach mogę uściślić swoje stanowisko, albowiem mam komfort weryfikacji tego,
co pisano na ten temat w przeszłości i spróbuję dokonać oceny po latach.
A więc wracając do tamtych lat, jawi
nam się obraz bardziej i mniej spontanicznych buntów, formalnych i tych mniej
oczywistych, pojedynczych, lub grupowych wyborów i deklaracji, mających wtedy niemały wpływ na stan i obraz
polskiej poezji, jawnych lub ukrywanych zmian, a także powracających jak moda,
akcentów minionych okresów /nurtów/ literatury. Kieruję swoją uwagę zwłaszcza
na młodych poetów, w szczególności na konsekwencje ich pierwszych
/debiutanckich/ wyborów (artystycznych, oraz koniecznie, politycznych). Do tych
zagadnień zawsze się wraca w momentach, kiedy pojawia się debiut deklaratywnie
polityczny, uwikłany w liryczne zaangażowanie, nawiązujący do zagadnień
społecznych wymagających odreagowania piórem, w intencji społecznej albo
spolegliwej wobec systemu władzy.
Krzysztof Gąsiorowski po wielu latach wyraził swoje ubolewanie, że dość liczna grupa debiutantów z lat sześćdziesiątych nie została przez krytykę należycie opisana, może nawet wcale tego nie uczyniono, wiersze poetów nie były przez następne lata i długo potem, poddawane interpretacjom i reinterpretacjom. Hybrydy zdaniem wielu historyków zostały skutecznie zmarginalizowane, a dowodem na to jest brak analiz badawczych, zbiorczych opracowań z uwzględnieniem konkretnych wniosków i konkluzji, dlatego potomnym pozostaje jedynie twórczość Edwarda Stachury, w mniejszym stopniu Ryszarda Milczewskiego-Bruno, Janusza Żernickiego i Krzysztofa Gąsiorowskiego. O istocie poezji Gąsiorowski wypowiadał się wielokrotnie, według jego formuły: twórczość określonego poety im bardziej oddala się od wyobraźni, tym bardziej przestaje być poezją. Termin „poezja” należy pojmować w sensie wartości a nie klasyfikacji. Niewielu jest poetów, którzy potrafią tę teorię konfrontować z praktyką, którzy wykluczają racjonalność z aktu pisania wiersza. Dochodzimy więc do pierwiastka lirycznego, który jest źródłem aktu twórczego, romantycy to opanowali w najwyższym stopniu, a poeci Orientacji unowocześnili językowo tę zależność. Akt twórczy? Kto dziś z piszących może poszczycić się takim stanem. W pogoni za atrakcyjnością języka, zatracają się najcenniejsze składniki liryki, mające znaczenie wartościujące o którym wypowiadał się Krzysztof Gąsiorowski. /.../
/fragment szkicu opublikowanego w 40 numerze eleWatora/.
wtorek, 5 listopada 2024
40. Laureat Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny /debiut roku 2023 /
PROTOKÓŁ
z posiedzenia Kapituły 40 Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny na debiut roku 2023 odbytego w dniu 15.10.2024 w Poznaniu
Kapituła w składzie:
- Jerzy Beniamin Zimny , przewodniczący – poeta, krytyk, redaktor naczelny ReWirów
- Paweł Kuszczyński, członek – poeta, prozaik, prezes Oddziału ZLP w Poznaniu
- dr Karol Samsel, sekretarz – poeta, krytyk i historyk literatury polskiej.
po rozpatrzeniu zgłoszonych do konkursu 16 książek poetyckich postanowiła przyznać nagrodę główną Mateuszowi Szymczykowi za tom poezji pt. „Potrzebne źródła” , Wydawca Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi i Dom Literatury w Łodzi.
Ponadto, kapitula postanowiła wyróżnić: Szymona Kowalskiego za tom pt. „Konopeum” wydawca: Convivo Ada Matysiak w Warszawie 2023, oraz Gustawa Owczarskiego za tom pt. „Trap Krypt”, wydawca Fundacja KONTENT w Krakowie 2023. Gosię Zagajewską za tom „Wyrobiska”, wydawca: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Dom Literatury w Łodzi, 2023
podpisy:
Jerzy Beniamin Zimny
Paweł Kuszczyński
Karol Samsel
Poznań, 15.10. 2024 r.
Karol Samsel
Mateusz Szymczyk – banalność literatury.
Laudacja w ramach Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny
za debiut
Zacznijmy w tym roku nieco inaczej
niż zwykle, może z pewnym przekonaniem, że warto na tę odmienność pozwolić:
przyjrzyjmy się ostatnim laureatom Nagrody Poetyckiej imienia Kazimiery
Iłłakowiczówny od strony… metrykalnej. Najmłodsze Laureatki Nagrody to Monika
Lubińska (za rok 2019, miała wówczas 22 lata) oraz Marlena Niemiec (za rok
2022), obie urodzone w 1997 roku – najstarszy Laureat to autor Miniaturzystów
esperanto, Marcin Czerwiński (za rok 2020), urodzony w 1971 roku,
debiutował więc tuż przed pięćdziesiątką… Na tym tle oraz w tej perspektywie
tegoroczny zdobywca Nagrody, Mateusz Szymczyk jawi mi się jako debiutant dobry
i dojrzały, ale, oczywiście, niekreujący takiego precedensu, jak Czerwiński w
roku 2020, mówimy o roczniku 1989 i debiucie pt. Potrzebne źródła,
przemyślanym, napisanym albo po prostu skonceptualizowanym podczas pandemii
COVID, do czego autor przyznaje się w ankiecie, do której z moich rąk przyjął
zaproszenie (będą mogli zapoznać się Państwo z tą ankietą w nadchodzącym
numerze „eleWatora” poświęconym współczesnym realiom debiutowania literackiego)…
Warto przywołać z tej ankiety jeszcze kilka deklaracji, w końcu nie codziennie
mamy okazję zapoznać się z sylwetką Laureata Iłłakowiczówny za pośrednictwem
jego własnych o sobie wypowiedzi. Może taka deklaracja na początek –
sformułowana w odpowiedzi na pytanie, czy na debiut powinno wpływać dążenie
awangardowe:
Moje patrzenie na poezję jest jeszcze
mocno antyawangardowe i wciąż mam się za twórcę nieco naiwnego, czy wręcz
ludowego, dlatego muszę odpowiedzieć przecząco. Oczywiście nowy debiut zawsze
powinien być w jakiś sposób przełomowy i świeży, ale przecież bywa, że za
świeże uznajemy coś, co jest staromodne (i odwrotnie).
To nieoczekiwane przyznanie do
naiwno-ludowych korzeni twórczości intryguje – zwłaszcza, że w odpowiedzi na
pytanie o co innego nie musiało padać: tym więcej znaczy, tym bardziej jest
znaczące. Inna fraza, warta w tym wypadku oddzielnej porcji uwagi – to sygnał o
zaangażowaniu, tak może go właśnie nazwijmy, sygnał
Szymczyka o zaangażowaniu: „Zaangażowanie
jest istotą pracy poety jako komentatora życia i ważnych w rzeczywistości
zjawisk oraz kryzysów. To poeta musi pamiętać, żeby opiewać nasz okaleczony
świat”. Bardzo ciekawe, i jeszcze z tą dudniącą w uszach słynną frazą: z Adama
Zagajewskiego… A wiersze Szymczyka z Potrzebnych źródeł kojarzyły mi się
z odwrotnością, a przynajmniej z odwrotem, od tradycyjnych form zaangażowania.
Wydawały mi się udowadniać, że wbrew pozorom takie odwrócenie porządków wiersza
jest czymś moralnym, a być może czymś remedialnym… Remedialnym, tak to jest to
słowo…
Chodzi mi o to, że ta poezja
przychodzi z jakiegoś wielkiego znużenia – powiedziałbym jeszcze więcej, że to
wręcz znużenie logocentryzmem, obsesją logocentryczną, która właściwie
oddziałała na wszystko, od kształtu obieranej poetyki po aspekty stylu, a także
wymiary pragmatyki wiersza. „Logodyktat” – otóż, o znużeniu tym centryzmem,
którym poezja jest przesycona, zdaje mi się opowiadać Szymczyk. Jest to dla
mnie odświeżające, właśnie jako antynomia zaangażowania, choćby wtedy, gdy
Szymczyk pisze, że „Nie chce być tak poniewieranym / przez wiatry cudzych
życiorysów”: i to jest moim zdaniem mistrzowskie wykorzystanie frazy
Zagajewskiego – „spróbować opiewać okaleczony świat” trzeba by właśnie w ten
sposób, odwracając się od kaleczących, to oczywiste, ale także od kaleczonych –
od zaangażowanych i angażujących, opiewać więc siebie, a w sobie innych, tak
ażeby „wiatry cudzych życiorysów” nie zniosły nas na mieliznę naszego,
głębokiego pierwotnie, zadania. Tak odbieram Szymczyka – niewiele mogę na to
poradzić… To – nie zawaham się tak ująć sprawy – po prostu ciekawa propozycja
nowej etyki poetyckiej, wiele jest w niej autentyzmu niewymuszenia,
poruszającej bezpretensjonalności, na tej bezpretensjonalności zaś, wtórnie,
nadbudowuje się jakiś poważny patos całej propozycji. Ciekawe bardzo, jak przy
podobnym podejściu poeta uznaje siebie za naiwno-ludowego i stwierdza własny
antyawangardyzm – wydaje mi się, że rozumiem to do pewnego poziomu… Otóż, kiedy
czytam fragmenty takie, jak to poniżej, mam wrażenie, że ów awangardyzm jest
założony u Szymczyka z góry, jako programowy – jako zdrowa, bo pełna
ostrożności postawa wobec centrolubnej i centroskłonnej literatury: to
właściwie spotyka się z naszym największym dla Szymczyka uznaniem – to, że jest
znakomitym poetą poetycko wykoncypowanej, poetycko opracowanej rezerwy – wobec
wszelkich centryzmów, zwłaszcza logocentryzmu, więcej: że dla utrzymywania tej
rezerwy wobec logocentryzmu daje w swoim debiucie pt. Potrzebne źródła
masę świetnych narzędzi, instrumentów – można by powiedzieć, że tych narzędzi,
tych instrumentów – „udziela”, „udziela” hojnie (tak neutralnemu oraz
bezinteresownemu czytelnikowi, jak i ewentualnym kontynuatorom, którzy
chcieliby się może jego dykcją inspirować):
Mój
umysł to stepujące jabłko,
ktoś
tak określił jego pracę. To nie jedna z moich metafor,
ale,
od razu wiedziałem, dziwnie trafiona.
[…]
Podziwiam osoby, którym na długo ulatują słowa. […]
Wieczorami
orientuję się, że ten cały rytm, cała ta melodia,
równie
dobrze mogą przynależeć do produktów w dziale owocowym.
„Stepujące jabłko umysł”.
Warsztatowo to rewelacyjne, ale proszę mi wybaczyć, nie potrafię odebrać tej
metafory („to nie jedna z moich metafor”, zarzeka się Szymczyk) – inaczej niż
tylko ironicznie. To, oczywiście, bardzo wysoki i bardzo elegancki poziom
ironizmu… To również Iłłakowiczówna nagradza… Ironizm ten jest jednakże konsekwentnie
rozprowadzony po całym tomiku Potrzebne źródła i zostaje wyposażony w
wyraźne, sugestywne, mocne po prostu, autotematyczne przesłanie: otóż, słowa
niewiele znaczą, lecz z wszystkiego tego Szymczyk nie wyciąga jedynie
dramatycznych wniosków: przede wszystkim zależy mu na tych konstruktywnych –
bez folgowania pokusom łatwego popadania w desperację: podobna desperacja jest
bowiem w większym stopniu oznaką choroby na centryzm (na logocentryzm) niżeli
rzeczywistym sygnałem sprawnej przekonującej poznawczo wiedzy o świecie.
„Zamiast perspektyw ktoś dał balkony”, „Jestem przylepionym do swojej mowy
gekonem”, „Kołysanie morza pochodzi z wnętrza naszej łodzi”, „Słowa jak głowy
krokodyli […] Nie jak góry lodowe. / Jak zjedzone butelki plastikowe”, „Gdyby
nie północ […] Blok rzucałby cień. / A tak to tylko haiku”, cytaty, które
podałem przed momentem, pochodzą z różnych wierszy z Potrzebnych źródeł
i wskazują, chcąc tego czy nie chcąc – na intrygujący rodowód poetycki
Szymczyka. To niewątpliwie szkoła postróżewiczowska, ale taka, która ma pomysł,
co z różewiczowskim dziedzictwem antylogocentrycznym zrobić: to po pierwsze. Po
drugie, to strategie właściwe klasycznej poezji metafizycznej, zwłaszcza z
anglosaskim wit na czele, poezji, w której operuje się – między innymi –
paradoksem jako sposobem nie tylko chyba na przekształcenie relacji między
słowem a przedmiotem, ale na zrewolucjonizowanie jej w nie mniejszym stopniu.
Szymczyk dość dobrze włada poetycką retoryką paradoksu, sprawnie również ją
modernizuje do warunków ponowoczesnych, poza frazą „Kołysanie morza pochodzi z
wnętrza naszej łodzi” warte odnotowanie jest tu także zgrabne: „Gra toczy się o
podwórko takie jak twoje, / ale czy ty w ogóle kiedykolwiek tam stoisz?”.
Metafizyczna wydaje mi się również
konceptualna formuła książki, otóż, tytułowe Potrzebne źródła to stale
pojawiająca się i znikająca fraza sygnalizująca u Szymczyka... miejsce
markujące miejsce na przypis, pole rzekomo wymagające objaśnienia, być może –
erudycyjnego, skoro za każdym razem, wprowadza się tu asterysk i sygnalizuje
odesłanie: odesłanie musi kierować do czegoś wymiernego, treściwego, nieznanego
więc, co najmniej nieznanego w odbiorze powszechnym, powierzchownym... Wydaje
mi się, że z dużym powodzeniem można by tomik odczytać jako formę medytacji, a
raczej – metamedytacji – nad tym, co z
jednej strony jest potrzebne (co jest potrzebne?), a z drugiej: co może być
źródłem (co nadaje się na źródło?). Oto jeden z fragmentów tomu
wykorzystujących ową retorykę. Dodajmy od razu – wybrany nieprzypadkowo –
udany, sprawny oraz wymowny. Znów – autotematyczny:
Po
drugiej stronie zaspany pan się wybiera,
by
cię, sieroto, ocalić od chwili ciszy,
w
której jak dzwony biją ciążące ci myśli* (potrzebne źródła).
I
mógłbyś przysiąc, że ich nie sposób się wyprzeć.
Ale
niech one sobie tam posiedzą całe życie.
Niech
dojrzeją. Nie potrzeba niczego pisać.
Co
za antyergantropia. Co za nil scribendum... Nie trzeba nic pisać – tak jak nil
desperandum, co tłumaczy się jako „nie trzeba rozpaczać” czy „nie
rozpaczającie” – tak właśnie należałoby to rozumieć... „Nie piszcie”? Nil
scribendum? A to już jest regularny program pisarski, co więcej – niezwykle
samodzielny – przyznam bowiem, że poza Szymczykiem nie spotkałem jeszcze we
współczesnej poezji polskiej tak otwarcie antylogocentrycznego manifestu.
Traktuję to jako program moralny – postrzegam bowiem antylogocentryzm jako
znakomite narzędzie do walki z logocentrycznym fałszem – kiedyś mieliśmy
antyestetyzm, antyliterackość – choćby jawnie programowaną u Ginsberga, dziś rozumiemy, że antyteza nie
jest rozwiązaniem, Szymczyk jednak mówi nam jeszcze coś więcej: rozwiązaniem
nie jest również synteza. Rozwiązaniem jest niewymusznie, wręcz niezwiązanie w
żaden znaczący sposób formułowanej przez siebie wypowiedzi poetyckiej. Nade
wszystko zaś – powtórzę się – antyergantropia. „Niech [to] posiedzi całe życie”
tam, gdzie [to] zastaliśmy, „nie potrzeba niczego pisać”. Ergantropia, o której
tu mowa, jest współczesnym systemem filozoficznym stanowiącym podstawę
filozofii kultury, mającym swoje renesansowe jeszcze źródła – zakłada realną
obecność człowieka w jego dziełach, właśnie w tym sensie Szymczyk okazuje się –
bardzo interesująco antyrenesansowy i antykulturowy. Jeszcze bardziej
interesujące jest to, że wszystko to przeprowadza poeta z bynajmniej nie z góry
upatrzonych pozycji, takich, jak filozofia natury, ekohumanizm albo
posthumanizm, nie, nie jest to jeszcze jeden debiut w stylu naturalistycznym,
mogący tutaj nasuwać skojarzenia z Moniką Lubińską (Nareszcie możemy się
zjadać) – albo z Marleną Niemiec (cierpkie). Szymczyk nie staje po
żadnej ze stron odwiecznej antynomii: nie jest poetą kultury ani poetą natury,
nie jest ekologiem ani posthumanistą, ani postkulturalistą – konweksentnie
pisze o niewymuszeniu, trywialności, małości, drobności naszych (około-) literackich
zatrudnień. Jeśli nie balibyśmy się rezonowania idei, które zawsze w podobnych
okolicznościach się narzucają, moglibyśmy powiedzieć – za Hannah Arendt – i to
wielki komplement pod adresatem tegorocznego Laureata Iłłakowiczówny, mam
nadzieję, że nie przesadzony – Mateusz Szymczyk, banalność literatury...
Warszawa, 3-4 listopada 2024 roku
czwartek, 12 września 2024
Odwiedziny u Neptuna
Admirał w wagonie
Co może mieć barwny motyl wspólnego z podróżą koleją?
Nie wiadomo, kiedy i w jaki sposób, znalazł się w ostatnim wagonie składu pociągu z Gdyni do Zielonej Góry. Jeśli to był przypadek, nasuwa się pytanie, dlaczego dopiero teraz, przecież moje podróże koleją mają już swoją historię, tyle lat niespodzianek o szerokim spektrum, ale nigdy podczas podróży nie towarzyszył mi motyl. Muchy, pająki, osy – owszem, wiele innych nieprawdopodobnych przypadków, ale nigdy motyl. Mogę przypuszczać, że czyjaś dusza towarzysząca mi prawie codziennie w ogrodzie, w domu na tarasie, podczas spacerów letnich – teraz niespodziewanie zjawiła się w wagonie i musiałem do spółki z sympatycznym panem, najpierw ją /motyla/ złapać a potem wypuścić na wolność. Wsiadła w Gdyni a znalazła się okolicach Bydgoszczy, czyli zmieniła miejsce swojego pobytu. Wiem, że nie ma to jednak znaczenia, albowiem modlitwa dociera wszędzie i skutkuje niezależnie od miejsca złożenia rąk w znak krzyża…
Poezja ma wiele imion, jest dobrze i źle prezentowana, scenariusze spotkań są przeważnie przepełnione ciężarem prezentacji i moderacji. Często scenariuszy nie ma, albo toczy się improwizacja, nie zawsze „wielka”. W miniony piątek, zwyczajny nie Wielki Piątek, wieczorem spędzony w Bibliotece Oliwskiej w otoczeniu miłośników poezji, i lokalnych poetów, wśród których znaleźli się znani i utalentowani ludzie lirycznego pióra – na długo pozostanie w mojej pamięci. Muszę w szczególny sposób podziękować interpretatorom mojej poezji, którzy musieli zrozumieć moje liryczne intencje, wczuć się w rozumowanie mojego podmiotu lirycznego. Odbyłem wiele takich spotkań, lecz po raz pierwszy moja poezja była ponad mną, i to dość wyraźnie, słuchałem zdumiony fraz, które mnie przytłoczyły do cna. Wybór tekstów z kilku zbiorów był dla mnie zaskoczeniem, podobnie jak w przypadku wyboru dokonanego do prezentacji w Scenie na Piętrze w 2022 r. Należę do poetów, którzy nie ufają swoim tekstom. Biorą długi z nimi rozbrat a po latach, wielu latach, przypadkiem przeglądając archiwalne nośniki i znajduję na nich doskonałe wiersze, nigdy nieopublikowane. Poezja zawsze żyje swoim życiem, w przeciwieństwie do poety, często musi on znosić czyjeś obciążenia, nie dostrzegając własnego życia, dopiero choroby przypominają mu, że ma jednak własne ciało wymagające zachodu, a niekiedy poświęcenia wszystkiego w imię własnego dobra.
Motyl pozostał w Bydgoszczy, będzie musiał znaleźć dla siebie nowe, bezpieczne lokum, ja będę rozważał jego los, ilekroć w moim otoczeniu pojawi się podobny, może nawet ten sam. Bez zastanowienia okrzyknę go duszą naszej zmarłej Matki, i wiem, że nigdy ona nie pojawi się we śnie, albowiem tylko na jawie można ją zobaczyć w postaci pieknego Motyla. Podczas snu pojawiają się jedynie wytwory naszej wyobraźni.
Admirał zdominował mój i żony wyjazd do Gdańska.
Natomiast pobyt przebiegał wyłącznie pod znakiem poezji, do tego stopnia, że podczas spotkania z czytelnikami ani przez moment nie wtrąciłem swojego zdania, nikogo i niczego nie poprawiłem. Znakomity scenariusz i prowadzenie moderatorki projektu, reakcje puliczności – wszystkie te elementy złożyły się na końcowy sukces. Nigdy nie zdarzyło mi się, aby zostać tak zdominowanym przez własną poezję. Wiersze które trafiły wcześniej do Gdańska na tzw. Poetyckie pranie, zupełnie nowe, pisane na gorąco, utwierdziły mnie w przekonaniu, że muszę pisać częściej, nie zaniedbywać liryki, i dołożyć wszelkich starań, aby w najbliższym czasie wydać dziesiąty tom, równolegle z powieścią Gry wstępne.
Dziękuję bardzo Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Gdańsku za zaproszenie i ciepłe przyjęcie. Dziękuję Gabrieli Szubstarskiej za prowadzenie spotkania, Damianowi Rychłowskiemu oraz Markowi Zelewskiemu za wspaniałą interpretację moich wierszy. Dziękuję Pani Iwonie Jarentowskiej oraz całej Załodze Biblioteki Oliwskiej za gościnę i wspaniałą atmosferę.
Jerzy Beniamin Zimny, link do filmu: fhttps://www.facebook.com/tixer.tix.1/videos/1215231259673246
foto Ania Okulewicz


.jpg)







