PROTOKÓŁ
z posiedzenia Kapituły
42 Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny na debiut roku 2025 odbytego w dniu 15.10.2026 w
Poznaniu
Kapituła w
składzie:
1. Jerzy Beniamin
Zimny , przewodniczący – poeta, krytyk, redaktor naczelny ReWirów.
2. dr Karol Samsel, sekretarz – poeta, krytyk i
historyk literatury polskiej, profesor na UW.
po rozpatrzeniu zgłoszonych do konkursu 14
książek poetyckich postanowiła przyznać nagrodę główną Bartoszowi Dłubale za
tom poezji pt. „żeby dawały schron”, Wydawca Łódzki Dom Kultury, 2025.
Ponadto, kapitula postanowiła wyróżnić: Marlenę
Citak za tom pt. „Melityna – poemat rozpuszczony / Wszystkie moje córki –
poemat cykliczny w dwunastu częściach” wydawca: Raf T. Czachorowski, Fundacja Duży
Format Warszawa, 2025. Oraz Jakuba Gutkowskiego za tom pt. „ Livestream”,
wydawca Fundacja KONTENT w Krakowie 2025.
Jerzy Beniamin Zimny
Karol Samsel
Poznań, 15.10. 2026 r.
Karol Samsel
Laudacja XLII Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny na
debiut poetycki roku. Bartosz Dłubała, żeby dawały schron
Bartosz Dłubała rozpala wyobraźnię i
oby spełnił pokładane w nim nadzieje: życzę Dłubale tego z całego serca. To
poezja komunikacyjnego undergroundu – nastawiona na rozmaitość, różnorodność i
wszechstronność aktów odbiorczych, które wywołuje. Gdybym ośmielił się tu do
porównań ciężkich jak kamienie młyńskie, powiedziałbym zapewne, że otrzymaliśmy
w żeby dawały schron nowe polskie „szumy, zlepy, ciągi”. Trudno tutaj
nie zauważyć pełzającej rewolucji językowej, pojętej jako rewolucja moralna i
obyczajowa (wywrócenie odbiorców językami na wierzch i niech te języki sterczą,
by nas wszystkich zawstydzić!), a tom budzi dość słuszne skojarzenia z
zamachami na językowo-społeczną całość, już od Zbójców Friedricha
Schillera poczynając, na Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną
Doroty Masłowskiej kończąc. Język obnaża hipokryzję, jesteśmy jego
nieczystościami, nie mamy niczego wspólnego z jego praideami, język nami
„wymiotuje”, można powiedzieć zupełnie brutalnie. Dużo u Dłubały
Białoszewskiego i Wittgensteina, nawet jeśli sobie tego w pełni świadomie młody
poeta (dwudziestopięciolatek) nie zamierzył... Pamiętamy jeszcze słynne
językowe gry Wittgensteina? One u Dłubały cuchną, zapach rozkładającego się
języka zaś działa na nas jako sole trzeźwiące...
Co tutaj jeszcze? Oczywiście, Joanna
Mueller. To ona, niegdyś najwybitniejsza oraz najwszechstronniejsza
neolingwistka, nadaje niepowtarzalnego charakteru „brzydkim” grom Dłubały z
kolokwializmami – elipsy zmieniające się w mrugnięcia okiem, skróty myślowe
stające się skrótami taktycznymi lub wprost niebezpieczną zabawą
(nie)komunikacyjną, to typowe „muelleryzmy”: robi się swojsko jak w tajnym
zgromadzeniu, jednoczy nas brud i głęboka, nieoczywista, szczerość, którą
oferuje. Jak gdyby język sprzedawał swoją własną duszę, jak gdyby styl sprzedawał
swoją własną duszę, jak gdyby temat sprzedawał swoją własną duszę... Taką
lirykę – w jakiejś wielkiej apozycji tematycznej – lirykę atematyczną wręcz,
metastylową, jeśli nie astylistyczną i metajęzykową, jeśli nie ajęzykową,
Bartosz Dłubała proponuje. Jakby tego było jeszcze mało, dwudziestopięciolatek
dekonstruje tradycyjne „bezpieczniki”, których można było się schwycić w
„skałkowej” wędrówce przez wiersz. Wspinaczce, właściwie. Ale jeżeli już nie ma
„bezpieczników”, w miejsce sportu i treningu pojawia się ostateczna walka z
żywiołem. Dlatego walczymy – sytuacje liryczne są jakby zupełnie ich nie było,
przypominają puste łuski, podobne puste łuski przypominają też rzadkie figury
pojawiające się w tomie, uświadamiając, jak radykalnie zdepersonalizowany
pozostaje Dłubałowy opis liryczny. Wszystko się sprawia bez sprawczości, czyni
także bez czynienia. Jeżeli już pojawia się jakiś znajomy kształt, na przykład
matka, pojawia się tylko, tłumaczy wiersz pierwszy całego tomu – dla swoich
sutków. Sutki są tutaj ważniejsze – to bowiem świat, który nie dźwiga osób i
ich osobowych ibsenowskich dramatów. Jesteśmy bardzo nisko, niżej poziomu
człowieka, i to bardzo ludzkie i przejmujące. Katakumby? Lub podziemie? Nie, to
są raczej lochy języka. Czy raczej lochy nazywania... Nic tutaj, w takim razie,
nie będzie zasługiwało na miano człowieka. Ani na miano bestii. Nie będzie więc
u Dłubały, tak mi się wydaje, ani miana ludzkiego, ani miana nieludzkiego: „z
takim rozrzutem aż po dekiel / to wykipi na obwódki będzie dużo / więcej niż
można przyjmować do organizmu / więcej niż chłonąć ścierą aż do zbiorów”,
czytamy w jednym z wierszy.
Dość nieoczekiwanie, lektura żeby
dawały schron przypomniała mi wybitną książkę poetycką Edy Ostrowskiej
sprzed kilku lat, Edessy, to natomiast jeszcze bardziej utwierdziło mnie
w przekonaniu, że mamy do czynienia z triumfem poezji językowej. Dłubała umie
wytwarzać dykcję podobnego rodzaju. Robi to z surową powagą – oraz w sposób
mniej wykoncypowany niżeli, na przykład, Marcin Mokry, który swoje strategie
metaliterackie, najczęściej, po prostu performuje. Dłubale chce się wierzyć,
budzi sympatię, rozumie także ludzką naturę języka, bądź co bądź – jego
niemaszynowy, a wręcz (użyjmy tutaj wielkiego słowa) logocentryczny charakter.
Stać go tak samo na okrucieństwo, jak i na pokorę oraz wdzięczność. Może to zatem
sprawia, że dostrzegam w nim jakiś świeży rys, czy odruch, Białoszewskiego.
Trudno tutaj nie przywołać słynnego ataku na Mirona Artura Sandauera, który tak
szalenie, nawiasem mówiąc, utkwił w pamięci Stanisławowi Barańczakowi. Otóż, wpierw
Sandauer prawił jeszcze komplementy: „u Mirona słowa pękają jak kasztany”,
potem już dobitnie pisał o „sałatce połamanej składni”, „poezji rupieci” oraz
narodzeniu „satanizmu języka”. Analogiczną „sałatkę połamanej składni” widzę u
Dłubały, gdzieniegdzie widzę – przynajmniej słyszę – jakby „kasztany pękały”.
To spora obietnica, byłoby wspaniale po rewolucji Mueller zawrócić do
Białoszewskiego i zapisać się na rewolucję od początku – jedynie w XXI-wiecznym
wydaniu. Czy Dłubała wyda nam zezwolenie na przeżycie raz jeszcze wszystkiego?
Wyda ten sam bilet od nowa? A może pójdzie jeszcze dalej?
Dlaczego przywołałem Schillera i
Masłowską? Bo to język knajacki, język zbójecki, poeta robi bardzo dobry użytek
z retoryki kolokwializmu, nie marnuje możliwości języka potocznego jako pola
wypowiedzenia. Interesują go papiery na l’enfant terrible, sprawia
wrażenie, jakby chciał zatrzymać się przy tym nieco dłużej, a może nawet o terribilité
– pofilozofować? Tym też mógłby zająć się dalej. Napisać historię polskiej
niesforności, jako strategii obronnej, sposobu obrony literatury przed nią samą
– ale wówczas poszedłby w kierunku gombrowiczowskim i nieco szkoda by było tej
„rupieciarskiej” nadwrażliwości Białoszewskiego, którą widzimy w debiucie...
To, co jest tu poza tym zasadnicze, to również brak aspiracji – ta poezja nie
została obciążona aspiracyjnością, językowi podstawiono w zbiorze światło pod
twarz po to, by mu się lepiej przyjrzeć, nie po to, żeby go zbawiać, wyzwalać
lub przesłuchać. Nie da się go kontrolować nawet z lampą podstawioną mu do
twarzy. Cały język, skaranie z nim, nieznośny jak ciernie w koronie, ecce
lingua...
Ale to nie koniec pochodu skojarzeń, z których każdy w kontekście Dłubały pasuje, dobrze osadzony, jawi się też jako relewantny. Doprawdy, trudno nie pomyśleć o Andrzeju Babińskim, gdy czyta się otwierający cały tom wiersz: „matkę rozpoznaje się po sutkach / główka przy ciele pracuje / ma szwy ponitkowana skóra / drapie linie papilarne będzie to samo / zwierzę w środku nocy budzi wyje / co drugi pies przy budzie / co trzeci kot bez łba”. Ja myślę, że niedaleko od sutków do suk, a Dłubała bardzo świadomie gra naszą parasferą – przesłyszeń, niedosłyszeń, dźwiękowych halucynacji – to także niezwykle ważny wymiar całego jego undergroundu. To paronomazja, ale inaczej pomyślana, można powiedzieć tutaj nawet: niedomyślana, taka, którą wywrócono spodem na wierzch, aby drażnić czytelnika każdym możliwym szwem. Czy matką Dłubały więc jest suka? A może wilczyca karmiąca ludzkie dzieci, na podobieństwo tej najsłynniejszej, od Romulusa i Remusa? Babiński pisał bardzo podobnie w Zniczach – „Drogi redaktorze. Pan mnie nie rozumie. Mnie do życia powołała suka. Tak, suka. Podczas wojny, gdy byłem maleńki, jedna chora suka o zmierzchu przeraźliwie wyła. Ciemność była straszna, jaka bywała na Białostocczyźnie, i jakie było zacofanie tych wiosek, ale nic straszliwszego nie mogło być od wywycia tej suki. Od razu zrozumiałem: trudna jest ta ziemia”... To słynny wiersz, który mógł zostać przejęty przez Dłubałę wręcz na prawach osmozy, poeta mieszkający w Rogalinku i studiujący socjologię na poznańskim UAM-ie, musi – jak podejrzewam – świetnie orientować się w literaturze tej ziemi... Być może nawet wie, że grób Andrzeja Babińskiego znajduje się na poznańskim Junikowie (nie dość powtarzać: pole 35, kwatera 4). Kilka lat temu Bogna Wilczyńska, badaczka autora Zniczy, właśnie wokół wątków tej prozy poetyckiej zaplanowała swoje studium o Babińskim o bardzo znamiennym tytule: Wyjąca suka Andrzeja Babińskiego – katastrofizm w wymiarze lokalnym. Pisała w nim między innymi: „W wierszu znajdujemy przesłanki, że wyjąca suka to pewien dość wulgarny i bardzo sugestywny obraz matki, która wydała na świat nieszczęśliwego poetę”[1]. Może idąc tym tropem, należałoby powiedzieć najmocniej, jak się da – by uchwycić się sensu kurczowo – że poetów rodzą suki, niekiedy wilczyce: a rolą poezji jest odpowiedzieć na drapieżność świata i jego zwierzęcość, to ta odpowiedź waży ostatecznie o charakterze poety, nie projekt, konwencja, styl, rozmach i ambicje. Ta refleksja bardzo do poetyki Dłubały pasuje, podmiot Dłubały wie bowiem, że powinien przystać na drapieżne gry ze słowem, z językiem, jeżeli chce cokolwiek uzyskać, bądź może nawet ocalić. To oznacza również rodzaj skazania – na poruszanie się pośród odłamków, lawirowanie wokół szczątków, oskarżenia o bezwzględność, niedelikatność, a niewykluczone, że nawet – grabarstwo, korsarkę. Społeczeństwa nie lubią tropicieli. Dość trudno powiedzieć mi, czy z wzajemnością, to pewnie zależy od tropiciela. Typ Dłubały zaś dopiero się ustala – już widać, że jego wybór peryferiów jest spójny i wszechstronny, bo odbywa się zarówno na poziomie tematów tej liryki, jak i języka: młody poeta staje więc z determinacją po stronie manowców, pytanie tylko, czy czyni to z uporem godnym Mirona Białoszewskiego czy Andrzeja Babińskiego, co zrobi dalej z językowym walorem własnej liryki, a co z jej konstruktywnym brutalizmem, jak wykorzysta swoje nieoszlifowanie, czy ochroni je przed oddziaływaniem literackich apetytów jako najzupełniej prywatną strategię wyrazu, czy ogra, sperformuje – dając coś więcej, wyżej, a może coś nowego? Jaka będzie odpowiedź Dłubały w sprawie awangardy i neoawangardy, skoro już teraz widać bardzo świadome czytanie Joanny Mueller, co w końcu zrobi ze swoją osobnością, surowością i kolokwialnością, nieliterackością i niezaokrągleniem – bo to w końcu dzięki tym cechom ekspresji literackiej Dłubały tak ciężko przenieść jego opisy poetyckie w plan metafory. Na dzień dzisiejszy mamy do czynienia w żeby dawały schron z poezją świeżą, oryginalną – skutecznie broniącą się przed mainstreamem – deliryzacją. A zdeliryzowane mamy tutaj i chwyty, i całą poetykę – wiersz staje przed nami czysty, nagi i cudownie mający coś do powiedzenia. Póki Dłubała będzie miał więc dla nas coś do powiedzenia, póty będzie, jak myślę, wygrywał. Ta poezja, jak mało która, polega na treści, a treść to z kolei surowość wypowiedzenia, na którą trzeba zapracować, detalizm, który wynika z atomowej wręcz – nuklearnej – wrażliwości podmiotu. Rozjątrzenie? Może, ale takie, które uległo jednak pewnemu „schłodzeniu” i wyciszeniu. Rozjątrzenie beznamiętne, tak mógłbym to ująć. Na podobnej zasadzie egzystencjalizm mógłby być uważany za „schłodzoną”, czy wyrównaną gorączkę romantyczną. Ale wciąż gorączkę: „za uchem bąbelek ma mu się na zdechnięcie / drapanie szramy która zarośnie / zajdzie kłakiem tak obce masakruje wokół / nawarstwianie syfa do rozmiaru że widać / jakby rysowano skórę pewien obręb”. O czym to wiersz? O bliznowaceniu? O – mówiąc Dłubałą – „nawarstwianiu syfa”? O granicach języka. A przy okazji, także o tym, że dobra gra nie ma żadnych granic. Jeżeli jest dobra, prowadzi nas wszędzie tam, gdzie nie chcielibyśmy dotrzeć – na przykład do języka obrzydliwości – do języka miałkości – do języka nieprzyjemności. Taki mały „syf” – a taki wielki dramat – estetyczny. Tyle wyciskania. Tak mało wiersza, tak wiele doświadczenia wiersza. Może tego doświadczenia aż nieprzyzwoicie dużo. Aż za dużo. A więc – to pornografia? Taka wielka potęga smaku. Mamy ją po naszej stronie – i to od tylu lat. Może nie obrażajmy bogów smaku pornografią podobnego rodzaju, co ta w tomie żeby dawały schron, bo jeszcze gotowi się obrazić oraz odejść na pięcie. Bardzo szlachetnie oraz bardzo pomysłowo całą tę leciwą i spatynowaną „potęgę smaku” Dłubała dekonstruuje. Chwała mu za to, dobrze, że debiutanta stać na taki odważny gest – w tym samym stopniu kontrkulturowy, co kontrliteracki. Gdzie indziej – pozostawia Dłubała swojemu czytelnikowi wymowny dwuwers, poetycki, a jednocześnie – niemal kaleki/okaleczony: „Skórę mandarynki odrywa się od święta / wtedy skóra topi się w soku jest go ponad”. Tyle, ani mniej, ani więcej. Tyle samo mentalności, co poezji i co języka, jak gdyby to był nie dwuwers, a złoty podział – w autorskim wykonaniu. Niech więc tak będzie, jak podmiot sobie życzy, oderwijmy skórę mandarynki – i niechże Dłubała świętuje. Z całego serca gratuluję debiutu. Zaś Poznaniowi przypominam, przywołując tytuł słynnej antologii „liryki polskiej urodzonej po 1960 roku” zredagowanej przez Pawła Dunina-Wąsowicza, „macie swoich poetów”. Jednego właśnie uhonorowaliście laurem prestiżowej poznańskiej nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny, przyznawanej nieprzerwanie od 1983 roku – to już 43 lata „warty” nad polskim debiutem poetyckim, sprawowanej w różnych warunkach i politycznych, społecznych, a także – obyczajowych okolicznościach... Oby „warta” ta trwała jak najdłużej.
Warszawa, 4 listopada 2026 roku
.jpg)
.jpg)

