wtorek, 8 września 2026

Nowy numer ReWirów


POEZJA:

Henryk Wojtysiak, Daniela Zajączkowska-Hynas, Dagmara Julita-Zimna, Anna Andrych, Renata Adamska-Garbowska, Tadeusz Zawadowski, Jerzy Beniamin Zimny, Katarzyna Osuch-Leniec, Elka Niagolova/Bułgaria/. 

PROZA:

Jerzy Beniamin Zimny: Prom, Maria Magdalena Pocgaj: Mój lapoński sen Jerzy Beniamin Zimny: Czterej pancerni i pies Wanda Wasik: Opowiadania z „Ziemi nieobiecanej” Tomasz Witold Pohl: Jajko-niespodzianka

SZKICE:

Dagmara Julita Zimna: Czas motyli, Andrzej Walter: Literacka szlachetność duszy,Krzysztof Gołębiewski: Biblioteka mapą pamięci, Karol Samsel: Praktyki. Wypiski z dziennika, Jerzy Beniamin Zimny: Driver liryczny Andrzej Walter: Kultura bez kultury, Anna Andrych: „Saga rodu Bystrzyckich”, Ryszard Biberstajn: Język i porządek rzeczy /fragment nowej książki/, Stan i Sław Chyczyńscy: Jak pisać ciekawie /Autentysta/

RECENZJE:

Paweł Kuszczyński:  Większa o wybór / o Niepokornej K. Mikołajewskiej/

REPORTAŻE:

Krzysztof Szymoniak: Podróże nieduże /podróż trzecia/

FELIETON:

Maria Magdalena Pocgaj: Podróże małe i duże

 DZIENNIKI:

Marceli Nowakowski: Dziennik Frontowy /1915-1918/

ReWiry LUBUSKIE:

Robert Rudiak: Odra inspiracją twórczą, Sklejanie poezji.

 

  

środa, 26 sierpnia 2026

Nowe wiersze

 

CZERWIEC 56

 

Poznański czerwiec jest czerwony

na białym tle historii. Jesteśmy drugim

pokoleniem odarci z sukna wolności

ale żyjemy i to się liczy,

wbrew prawu wielkich liczb

które nie ogarniają wszystkich.

 

Lata biegną za czymś cięgle niedoścignionym

to może być pozbawione legendy

dorobku pokoleń, ale kurhany wciąż

urągają, ale groby jeszcze zniczami płoną.

 


Liryka dnia

Poezja jest wszędzie

tylko nie tam gdzie być powinna,

za to panuje niepodzielnie

jak nieodwzajemniona miłość. 

 

Szczęście pozbawione oczu

szuka przystani gdzie dokończy

swoją wędrówkę i spocznie na dłużej.

 Nadzieja nie ma matki 

a wiara, sama jest cudem.

 

Murarz szczęścia


Kiedy Czesiek umierał,

byłem w markecie budowlanym,

on odchodził a ja oglądałem

baterie łazienkowe.

 Czy można się umyć?

Umyć ręce i duszę Czesława.

 

Zmuszam wyobraźnię aby wcieliła

mnie w sytuacje umierającego.

Nigdy pamięć nie jest tak wierna,

żeby oddać idealny obraz umierania,

kształtu baterii łazienkowej.

 

To było w sierpniu

 a teraz jest grudzień,

bateria nie cieknie,

grób Czesława umajony.

 

Mrozy zetną kwiaty cięte.

Własny tors  a w nim duszę umyję.

 Wiersza nie wolno zlekceważyć

bo tłumaczy przypadkowość

zdarzeń, czasu i miejsca.

Przywraca pamięć

 

 

Gorzkie powroty

 

Przyjechać do Krosna i stanąć na moście;

wraca wtedy gwar poranny i furmanki,             

wracają Ojciec i Matka. Razem  pójdziemy

na mszę do kościółka na wzgórzu

gdzie wino dojrzewa jak wiara w sercu.

Nigdy więcej rozłąki, nigdy więcej śmierci.

 

Wstęp jest zawsze patetyczny i gorzki.

 

Potem, nic nie jest lżejszego,

suną słowa płyną barki po Odrze

w myślach jest jeszcze jezioro 

i usłana lipami ulica Kościuszki.

 

Mój Boże jakiś ty niezmienny,

- musiałem odmówić pacierz

mając w ustach przekleństwa,

że to tak szybko minęło

i tyle stąd na zawsze odeszło.

 JBZ

 

Wilda robotnicza

 Dzisiaj robotnicy wyszli na ulicę,

i nie wszyscy powrócili do domu

ale bruk pozostał  i wciąż o tym mówi.

Stąpali po nim ofiary i oprawcy,

teraz pokryty asfaltem ciągle wierzy,

że kiedyś ujrzy słońce.

 

Dzisiaj jest gorąco na ulicach

ale od słońca, ludzie ukryci

w cieniu wspominają bliskich

warto było ryzykować życiem

dla dzieci dla wnuków, dzisiaj

młode pokolenie ma inne cele

nie muszą odgruzowywać myśli

wspomnienia są jak uschłe gałęzie

lipy,  która jeszcze ma w korzeniach

prochy tych, co tak szybko odeszli.


 Poetycka Wilda


Młoda Gwardia

a może stara dzieciarnia przed blokiem,

morzy głodem swoje umysły.

Było lato z brodą jest łysa jesień,

ogrody  przypominają o podlewaniu

włosów … brylantyną,  jak za epoki hippisów.

 

Tu mógłbym wyskoczyć na chwilę do Hybryd

ale są tam tylko dusze nie zawsze pogodne

bo musiały kluczyć po wielkich manowcach.

Wkładamy spodnie na okazje wieczorne,

koszule dla niepoznaki, krawaty z baletnicą;

na nogi buty z ostrogami, aby nękały jesień.

 

 

 Poezja i życie

 

Nie wylewaj żalu za kołnierz,

jeśli już, to samogon nocą pędzony,

gdy gwiazdy udają że patrzą,

gdy księżyc w słonecznym zwidzie.

 

Krzepnie wiara w moc poezji,

ale ona nie może przepić nawet dnia,

wieczorami jej błędne ognie

majaczą wśród okien.

 

Miasto udaje że śpi,

poeta z boku na bok

przerzuca swój sen,

jak w życiu ani minuty jawy,

tylko fantazyjne mgły.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 6 sierpnia 2026

Bułgarska Safona


Elka Niagołowa


KIEDY ZAKWITNIE WIŚNIA…

 

Somnambuliczny świat śni o wojnie,

celuje w Krzyż, mówi o śmierci,

a czarny wiatr strzyże nam czoła.

 

Wiśnia na podwórku

kwitnie, a potem opada!

 

Nasz świat nie śpi, chodzi po dachach,

przeskakuje prawa, podwójne cienie,

przeskakuje swoje życie – tak krótkie!

 

Wiśnia na podwórku

kwitnie, a potem opada!

 

Świat staje się mniejszy, a wszystko jest blisko:

Bahrajn i Abu Zabi, Cypr i Doha…

I Bóg jest blisko – On szuka ludzi!

 

Wiśnia na podwórku

kwitnie, a potem opada !

 

I nieważne, jak ktoś nazywa Boga:

Zbawicielem, Losem czy Naturą,

On jest tu i tam, i wszędzie dookoła!

 

Wiśnia na podwórku

kwitnie, a potem opada!

 

I słychać, jak pąki pękają

i oddychają niespokojnie, słuchając dzisiejszych wiadomości.

Ale wiśnia śpiewa w pospiesznym rytmie –

 

kwitnie jak pieśń,

śpiewana przez łzy!

 

Tłumaczenie na język polski Kalina Izabela Zioła

  

wtorek, 4 sierpnia 2026

Andrzej Jopowicz /1975-2010/ w aurze francuskich symbolistów

 


W tym miesiącu, proponuję garść wspomnień o ANDRZEJU JOPOWICZU /Baribalu/ – człowieku skromnym o wielkiej kulturze, niezwykłym poecie. Umarł młodo, zdążył napisać jeden zbiór wierszy, a miał jeszcze tyle do powiedzenia. Nie zdążył, pozostawił   w smutku nas – przyjaciół, którzy pomogliśmy wydać jego „Czerwoną winnicę”, opatrzoną słowem wstępnym przez Karola Samsela i moim posłowiem. Nad całością czuwał Jerzy Zimny. To tyle, co mogliśmy  zrobić.

krótka relacja Karola Samsela:

Do budynku Buskowskiego Ośrodka Kultury dotarłem około godziny piętnastej. Przy dyżurce siedziała starsza kobieta ubrana w lekkim, czarnym stroju, która na mój widok podniosła się z krzesła i spojrzała na mnie niezwykle wymownie. Trudno ten rodzaj wzroku opisać – już nim zapytywała, kim jestem. Dopiero po wieczorze dowiedziałem się od Elżbiety Tylendy, że Pani Maria Jopowicz, matka nieżyjącego Andrzeja, oczekiwała na mnie od dłuższego czasu, obawiała się o moje przybycie. Zaraz po zapoznaniu przeszliśmy do kawiarenki domu kultury i zamówiliśmy jabłecznik oraz herbatę z cytryną. Pani Maria przekazała mi egzemplarz autorski „Czerwonej winnicy”, a także pokazała fotografię syna, którą nosiła przy sobie.  Dopiero po odbytym wieczorze i odwiedzinach grobu Andrzeja, coś sobie uzmysłowiłem.,,,

Padło wiele słów: przywołałem „Ofiarowanie” Tarkowskiego, wyjaśniałem, czym jest „czarny sekret człowieka”, którego zgłębienia podjął się Andrzej, mówiłem o nim jako o poecie silnym i nadwrażliwym wobec ucisku niesprawiedliwości, przejawów metafizycznej krzywdy lub nierówności. Wyraziłem także swój największy żal, mówiąc o tym, że nigdy nie powstanie „Zielona winnica”, że Andrzej nigdy nie zdoła już odpowiedzieć na palące pytania o moralność i religię, które postawił w debiucie. Za sprawą jego śmierci pozostały one czysto retorycznymi, co jest wielkim literackim dramatem Andrzeja Jopowicza-poety.

W pewnym momencie – w kawiarence – matka Andrzeja wydobyła z torebki pierwsze poezje syna, zapewne wiersze dziecięce – m. in. zapadającą w pamięć modlitwę do Maryi, Królowej Aniołów. Poprosiłem, aby na zakończenie spotkania przeczytała je publiczności. Słuchacze wysłuchali także wiersza Jerzego, Beniamina Zimnego zatytułowanego „Po północy”, poświęconego pamięci zmarłego.

Artur Osiński znał Andrzeja doskonale, Andrzej stale – korzystając z jego gościnności – wypożyczał   z książnicy tomiki poezji. Jak wspominał Pan Osiński, niepokoiło go to, że czytał wyłącznie poezję francuską: Rimbauda, Mallarmégo, Baudelaire’a. Próbował, co prawda, namawiać Andrzeja do wypożyczania zbiorów z poezją polską, ale szybko zaprzestał. O tym, że pisał wiersze, bibliotekarz dowiedział się dopiero dzień przed spotkaniem literackim, przybył, aby odczytać parę utworów znajdujących się  w „Czerwonej winnicy”. Pani Maria skrzętnie je wybrała: usłyszano „Piètę”, „Podziękowanie”, „Zmartwychwstanie”, wreszcie wiersz tytułowy.

Przy herbacie Pani Maria szybko wróciła wspomnieniami do lipca i sierpnia 2010 roku. Wybrzmiały trzy daty: 24 lipca, dzień wysłania zbioru wierszy Andrzeja Jerzemu Beniaminowi Zimnemu, 1 sierpnia,  w którym mama Andrzeja została zaalarmowana przez syna o jego złym samopoczuciu, przewiozła Andrzeja w stanie agonalnym do Kielc i dowiedziała się o rozległym zawale przedniej ściany serca.

Wreszcie:  6 sierpnia, dzień, w którym Andrzej odszedł, podobnie upalny, jak wczorajszy. Opowiadając to, Pani Maria zalewała się łzami. Zaraz potem rozpoczęliśmy rozmowę o wieczorze, postanowiliśmy zaplanować wszystko dokładnie, niebawem dołączył także do nas Pan Artur Osiński pracujący na co dzień w Bibliotece Publicznej w Busku-Zdroju.

– Andrzej niechętnie pozwalał się fotografować, prawda? – zapytałem, zsumowawszy to, czego już się dowiedziałem. Notka biograficzna na tylnej okładce potwierdzała moje przypuszczenia: zaświadczała, że pozostało po nim zaledwie kilka zdjęć. Fotografia oglądana przeze mnie w kawiarni miała z kolei wygląd zdjęcia dowodowego.

JBZ


Andrzej Jopowicz napisał do mnie kilka miesięcy przed śmiercią. Przysłał też plik wierszy do oceny, zamerzał debiutować, a ja miałem mu  w tym pomóc. To było w 2010 roku. Wkrótce potem zamilkł, zniknął z portalu Poezja Polska, nie odpowiadał na mejle. Rok później kiedy przebywalem w sanatorium w Dusznikach Zdroju, w parku  koncertowali muzycy z Buska Zdroju, wtedy przypomniałem sobie, że Andrzej stamtąd pochodzi. Po powrocie do domu skntaktowałem się z Wojtkiem Roszkowskim, który mnie poinformował o jego śmierci. Wtedy podjąłem decyzję o pośmiertnym debiucie tego utalentowanego poety. Promocja książki miała miejsce w Busku Zdroju, laudację wygłosił Karol Samsel. Tytuł książki Czerwona winnica.

Jopowicz zafascynowany był symbolistami francuskimi, i taka też była jego poezja, głeboko kodowana, niezwykle intelektualna, do tego oprawiona w świetną dykcję.
Podobną sytuację miałem z Gabrielą Cabaj, prowadziłem z nią korespondencję, dość długo, kontakt się urwał z powodu jej śmierci. Była blisko debiutu w naszej oficynie, jej debiut ukazał się dopieto po jej śmierci. Za sprawą życzliwch ludzi.
Nie miał szczęścia Roman Knap, poeta z Gliwic, pomimo szumnych zapowiedzi, jego debiut dotąd się nie ukazał, gdyby jego teksty nam przekazano, debiut stałby się faktem.
Przypomnę, że Roman Knap jest autorem słynnej Jaskółki, krótkiego poematu, który stał się poetycką deklaracją młodego pokolenia. /JBZ/
 


poniedziałek, 20 lipca 2026

 



    Co z poezją? Ostatnio co zaobserwowałem, poeci zastanawiają się nad sensem wydawania swoich kolejnych książek.  Dotyczy to zwłaszcza zawiedzionych brakiem należytego odzewu otoczenia, środowiska literackiego, względem ich ostatnich  książek.  W tej grupie zauważyłem znane nazwiska laureatów prestiżowych konkursów na debiut, laureatów krajowych, ważnych nagród. Nie wynika to z poziomu artystycznego książek, lecz jest skutkiem bardzo płytkiego rynku poezji. Miłośników poezji po stronie czytelniczej jest coraz mniej, natomiast piszących, coraz więcej. Nadmiar informacji jest coraz częściej źródłem dezinformacji. Do tego, kto ma potencjalnemu czytelnikowi, nabywcy powiedzieć, kogo warto czytać a kogo nie? Komercja? Nic błędnego. Jej środek ciężkości przesunął się z rynku nabywcy w stronę rynku producentów książek, niekoniecznie oficyn wydawniczym, bo udział samodzielnych drukarni jest coraz większy. Co najbardziej istotne, komercyjność producentów nie wynika z potrzeb rynku czytelnika, wynika z dużego zapotrzebowania na wydawnictwa (druk) wszystkich gatunków literackich, poezja amatorska wiedzie tutaj prym. I w większości przypadków rości sobie prawo do największych laurów.

   Nie jestem gołosłowny, wystarczy się dobrze rozejrzeć i zauważyć  jak znakomicie rozwija się rynek równoległy "poezji amatorskiej", delikatnie ujmując to zjawisko, często przy materialnym współudziale, także propagandowym, samorządów  i placówek kultury.  Trudno się dziwić, skoro dobrych, uznanych poetów jest garstka, a ci, którzy piszą amatorsko, są już społecznym zjawiskiem na miarę ruchu obywatelskiego.   Inicjatywy trzeba wspierać, bo tego wymaga demokracja.

Demokracja objęła swoją pieczą poezję. Każdy może, każdy orze, na ugorze orzą poeci, inni idą na łatwiznę bo inaczej nie potrafią,  i mają o dziwo, liczniejszą rzeszę sympatyków. Są obrotni, potrafią poruszać się w terenie, rozmawiać z bibliotekami i czytelniami, potrafią dotrzeć do źródeł finansowania kultury, potrafią zauroczyć prowincjonalnego czytelnika. Czyż nie o to chodzi dzisiaj? Można się sprzeczać o sens takiego działania, ale jak powszechnie wiadomo, "cel uświęca środki". To prawda, niestety albo stety, pojęcie "strzechy" gdzie ma trafiać książka przestało obowiązywać, w szklanych domach pojawiły się nowe preferencje, nie pomogą performance, happeningi, sznury do bielizny, rekwizyty w postaci tarek do prania, tudzież ciacha z kremem i kawa rozpuszczalna. Chylę czoła przed wydawcami pism literackich, jeszcze mają pasję i trochę grosza aby regularnie wydawać swoje pisma.  Wyrażam uznanie wydawnictwom, które potrafią pozyskiwać klientów chcących wydawać swoje dzieła.  To nowa forma rekrutacji, z której należy korzystać, bo rynek ma dwie strony, można być jednocześnie dostawcą i klientem, odbiorcą własnego produktu. I tutaj jest przysłowiowy pies pogrzebany. Na jak długo? Trudno cokolwiek wyrokować.  A może wcale nie jest pogrzebany. Bo jak pokazuje życie, najwięcej się dzieje właśnie tam, gdzie dobra poezja nie zagląda. Na dobrą poezję przychodzą poeci, spotkania odbywają się w zamkniętym gronie chociaż są imprezą otwartą dla wszystkich.  Zatem co jest powodem?  Czy ktoś zadał sobie trud rozkminienia tego zjawiska?  Daremnie, bo wszystko ma swoje imię, zależy kto je nosi, i co potrafi oprócz wierszowania. Czy ma pojęcie kto go czyta? Czy potrafi zdefiniować swojego czytelnika?  Z moich obserwacji wynika zgoła inny profil poety, poety ograniczonego do własnego środowiska, najczęściej w sieci,  liczącego się z opinią kolegów i koleżanek po piórze, tkwiącego w swoim ego, gdzie czytelnik czuje się intruzem, albo przyczyną obciachu?  /.../

czwartek, 16 lipca 2026

NOKTURN


Wydawnictwo Miejskie Posnania 2025

      Poezja dzieje się sama, podobnie tytuł książki idący z duchem czasu, duchem jakże lżejszym od poprzednich,  rezydujących w strofach okiełznanych przez tropy rzeczywistości, ogarniającej otoczenie poety. Są wiersze wyreżyserowane, obarczone książką jako całość tematyczna, są wiersze dzieci jakby narodzone w schizofrenicznym połogu, wiersze pierwsze pisane zaraz po przebudzeniu, są też wiersze niechciane napisane w mistycznym uniesieniu, wiersze sny powstałe w bólach, w końcu wiersze osobne uciekające od wszelkich kanonów sztuki lirycznej, wkraczające w rzeczywistość z dobrą nowiną.
        Idę z wierszem i się nie zatrzymuje, zaglądam do okien, wysiaduję w tramwaju godziny od pętli do pętli, w trakcie porannej kawy i przy wieczornym drinku przychodzą mi do głowy strofy zabójcze i te, sprowadzające mnie na ziemię, czasem dopiero po przebudzeniu odtwarzam sobie coś, co we śnie miało odwagę urodzić się w jednej z komórek od dawna opuszczonej przez życiodajną krew.

Z WOJACZKA

 

 Świat umiera na Cholerę,

wynoszą trupy na łąkę

i śpiewa słowik. Jest realnie

aż do ciemności wschodzącej

z Pieśnią Mandragory.

Przez obrót ciała kurczy się

pierwsza litera, sylaby poutykane

w płocie, w szparach pojedyncze

słowa przekleństw.

 

Tak określa się okolice istnienia

z palcami na wierzbowej fujarce.

 

Droga jest z piasku

a piasek z senności.

Przecinają tę drogę koty

i strasznie jest.

                                 02.05.2009

          



wtorek, 7 lipca 2026

Poetka z Kuźniczej


Dagmara Julita Zimna

Urodziła się poetką wyedukowana na prawniczkę. W wieku siedemnastu lat wygrała Turniej Jednego Wiersza podczas 18. Międzynarodowego listopada Poetyckiego.  Zdobyła  pierwszą  nagrodę  w  Turnieju  Wierszy o Poznaniu i Wielkopolsce. Debiutowała tomem „Turniczka dzwonniczka” w 1991 roku. W swoim skromnym dorobku ma szereg publikacji prasowych, pisze opowiadania, krótkie recenzje. W przygotowaniu zbiór opowiadań, szkiców i wspomnień. Absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

              Od urodzenia mieszka w Poznaniu, od czasu do czasu wędruje po górach i odwiedza miejsca związane z dzieciństwem rodziców; na Podbeskidziu i Ziemi Lubuskiej. Bielsko-Biała i Krosno Odrzańskie, miasta w  których  znajduje  najwięcej  inspiracji  nie  tylko  ze względu na uroki tych miejscowości, zafascynowana twórczością Mieczysława Stanclika i Klabunda - Alfreda Henschke,  autora  Kredowego Koła  /1925/, wiekopomnego  dzieła, które stało się  inspiracją dla Bertholda Brechta do napisania Opery za trzy grosze /1928/.

              Dagmara na Srebrnej Górze w Krośnie Odrzańskim. czuję się jak poeta Klabund w Davos,  przypominający bohatera Czarodziejskiej  góry T.  Manna. 

 

W maju tego roku została przyjęta w szeregi ZLP Oddział w Poznaniu.

 



 

niedziela, 28 czerwca 2026

Nowy numer ReWirów 25/2/2026

 


w części poświęcony 70 tej rocznicy Poznańskiego Czerwca 1956

Jerzy Beniamin Zimny

 

                   Prasówka

  /…/ Wiele zdarzeń tego roku. Nie nadążam za tym, co się w kraju dzieje. Szkoła zajmuje mi wszystkie wieczory, dni spędzam w pracy, a w nocy nie czytam gazet tylko śpię i marzę, aby noc była jak najdłuższa. Mietek mówi, że gazet nie czyta, a w radiu słucha tylko muzyki. Reszta to propaganda i same kłamstwa. Kiedy przysłuchuję się jego wywodom, nieraz mnie złość bierze, że on taki dworski i nie ufa komunistom? Ale on przy swoim stoi i na wszystko znajduje argumenty, które nie zawsze do mnie trafiają.

     - Słyszałeś? Wczoraj była zadyma przed Uniwerkiem. Pałowali studentów.

Staliśmy przy oknie na korytarzu podczas dużej przerwy i przegryzaliśmy kanapki. Mietek zaczął mówić o tym, co się wydarzyło i czego był świadkiem będąc wczoraj w centrum miasta.

     - Nie, nie słyszałem, ale mogę zapytać brata, on powinien wiedzieć.

     - Był jakiś wiec? Sama młodzież. Wiem tylko, że chodzi o cenzurę. Wszyscy mówili o cenzurze i o zakłamaniu. Poszło o teatr.

     - O teatr? Co, zamknęli teatr? – Wyraziłem swoje zdziwienie.

     - No nie zupełnie. Zdjęli w stolicy z repertuaru Dziady Mickiewicza.

     - I o to poszło?

     - Chyba o to. I gorąco tam było, musiałem się wycofać, bo wkroczyła milicja. Studentom się oberwało, a niektórych załadowali na samochody i wywieźli stamtąd. Na uczelniach wrze, wiem to od kolegi, z którym dojeżdżam do pracy pociągiem.

    Następnego dnia pojechałem do brata. Waletował w akademiku. Często to robił, bo tak łatwiej się uczyć. Pojechałem z duszą na ramieniu wiedząc, że akademik może być pod stałą obserwacją. Zaczepił mnie taki jeden przy wejściu. Na pewno nie student. Powiedziałem, że idę do kolegi na korepetycję. Wymieniłem nawet nazwisko. Wiedziałem, więc nie musiałem wymyślać na poczekaniu. Sprawdził w portierni i pozwolił wejść.

   Chłopaki odpoczywali. Jak kto chciał i na co miał ochotę? Brat kimał z książką a jego ławkowiec, ten z jednej ławki, też Leszek - głęboko zbratał się z łóżkiem. Zachowałem ciszę tą  samą, która  panowała na  korytarzu i pewnie we wszystkich pokojach, usiadłem grzecznie i czekałem, aż który z nich otworzy oko.

     - O brat się zjawił? – Lechu odłożył książkę, którą wcześniej miał prawie pod głową.

    - Przyszedłem sprawdzić czy jesteś cały?

    - No niezupełnie- powiedział, i odsłonił przy tym koszulę pokazując mi swoje plecy posiniaczone jakby oberwał styliskiem łopaty.

    - Potrzebne ci to było?

    - Zamiast bratu współczuć to jeszcze go rugasz? – Wygarnął z niesmakiem.

    - Daj spokój. Martwię się o ciebie. Te plecy to od pałki?

    - Pogłaskał mnie taki jeden i tyle - zażartował.

Nie pytałem już o nic, chociaż nie bardzo rozumiałem, o co tam na placu poszło. Może to prowokacja była, a studenci dali się wciągnąć w jakieś rozgrywki tam na górze. Tak mówił ojciec o wypadkach czerwcowych. Zaraz potem były zmiany personalne. A teraz w marcu, o co tak właściwie władzy chodzi? Zapytałem chłopaków, co o tym sądzą?

    - Wolność  słowa i zniesienie  cenzury, to  podnieśliśmy na wiecu - odpowie- 

       dział Leszek.

    - Sami na to wpadliście? Nie wierzę?

    - Dobre pytanie. Nie zastanawiałem się nad tym.

    - No właśnie. A kto tam jeszcze był na placu? Robotnicy byli? Zorganizowani?

    - Do czego zmierzasz? – Zapytał brat.

    - Bo z robotnikami to władza jeszcze się liczy. Nie pomyślałeś o tym?

    - Nie pomyślałem, ale masz rację, dociera do mnie to co mówisz.

   - Powiem ci więcej. Teraz będą was wylewać z uczelni. Niektórych zaraz wcielą do wojska. Zaczną się czystki. Przekonacie się, że tak będzie?

    - Resocjalizacja. Tak to określił młody porucznik na tej prasówce, co nas tam zebrali.

    - Byliście na prasówce? A to dobre - nie wytrzymałem powagi i wybuchnąłem śmiechem.

    - Tobie do śmiechu, a nam tam różne  gwoździe wbijali do głowy.

I zaczął opowiadać, jak to na prasówce było, o tym jak ich z placu zwinęli i zawieźli do jakiegoś obiektu, gdzie była duża sala. Oprócz studentów byli tam też przypadkowi, co to chcieli zobaczyć z bliska. Ich też zwinęli, ale osobno na sali kazali usiąść w kucka. Znaczy się po turecku. Porucznik zaczął prelekcję, o tym, że państwo na studentów łoży, a oni tacy niewdzięczni i na ulice wychodzą. Mówił tak parę godzin i niektórzy posnęli, a głód powszechny panował na sali. Wtedy odezwała się taka jedna pani. Starsza wiekiem, ale na fleku jeszcze, z torbą pełną zakupów podeszła do stołu i zwróciła się do nas:  Dzieci. Kto głodny, mam trochę chleba.  Byłam na zakupach i teraz jestem tutaj. Nie wiem, czemu. Ale nie o to chodzi. Macie, podzielcie równo, bo nie wiadomo, jak długo jeszcze będą nas tutaj trzymać.

    Porucznik zbaraniał, ale szybko doszedł do siebie i kazał kobiecie wrócić na miejsce. Dodał jeszcze, że w tym wieku, który ta pani ma na karku nie powinno się łamać prawa. Kobieta na to, że przed wojną też taki jeden mówił jej, że łamie prawo, kiedy wstawiła się za robotnikiem. A na komunę jak najeżdżał? A dzisiaj pan to samo mówi, tyle, że najeżdża pan na kapitalistów. Komu mam wierzyć? Zapytała. Tamtemu sprzed wojny, czy panu?

  Porucznik zbaraniał do reszty. Nie wiedział, co powiedzieć. Wyszedł na chwilę z sali, a potem wszystkich nas puścili. Tej kobiety nigdy nie zapomnę  dokończył swoją opowieść Leszek.

   Po gorąco zaczętej wiośnie przyszło gorące lato. Znalazłem się w maturalnej klasie z ocenami, powiedzmy jak na mnie, kosmicznymi. Tak to określił ojciec. I był bardzo dumny, bo brat zaliczył trzeci rok, i co najważniejsze, nie wylali go z uczelni. Była to chyba moja zasługa, raczej moja przeszłość, tak mi to przyszło do głowy, kiedy rozważałem całą tą marcową sprawę, mając na uwadze metody, jakimi posługuje się władza. Tak mogło być w przypadku brata, miałem tego świadomość. /…/

fragment powieści Gromnica