środa, 24 czerwca 2026

Gry wstępne /fragmenty/

 


      /.../ W lokalu królowała muzyka płynąca z czarnego pudła for­tepianu. Pianistka, młoda kobieta z długim warkoczem wybierała palcami na klawiaturze takty mazurka Chopina. Amatorzy kawy przy stolikach, podejrzane typy w koryta­rzu wypatrujący swoich potencjalnych ofiar, grupa świętujących czyjeś urodziny przy dwóch złączonych stolikach.  Szymon nauczony obserwacji z reguły nigdy się nie myli w ocenie sytuacji, potrafi prześwietlić każdego nie­zależnie od płci  i wieku. Ileż to razy uchodził przed przy­krym wydarzeniem, kiedy inni brali na siebie fatalne skutki, świa­domie lub nie. Poszukiwanie wieczornych uciech wiąże się z pewnym ryzykiem.  Można stracić nie tylko portfel, jego kole­ga kiedyś pod rondem o północy stracił kożuch i nowiutkie buty. Wracał do domu po śniegu, przeklinając cały świat, za co zapłacił mandat, jakby poniesionych strat było mało. Szymon ani myśli oddać komukolwiek pola. Nie musi, ponieważ  w lokalu panuje spokój. Do czasu. Bo spo­kój nigdy nie trwa długo, wystarczy jedna iskra, a wybuch­a pożar, wtedy ratuj się kto może, Szymon najczęściej ucieka do toalety, tam może przeczekać najgorsze i zawsze może powiedzieć, że niczego nie widział.                      

        W Pirackiej zawsze jest elegancko, można tutaj spotkać miłość na długie lata, można też podłapać chorobę weneryczną. Szymon może mówić o wielkim szczęściu, przez całe swoje długie życie udało mu się tego uniknąć. Zawsze potrafił wypatrzyć zagrożenie, nawet gdy obiekt pożądania potrafił to ukryć. 

        Narrator wyręcza bohate­ra, a on siedzi przy stoliku i wypatruje ofiary. Nie ma instynktu łowcy, przykładem  przedwojennych amantów sta­ra się być bardzo szarmancki, co zwykle wyzwala salwy śmiechu, kiedy potencjalne ofiary sprowadzają podrywacza do parteru.

        Minął kwadrans gdy do lokalu weszła wysoka dama w ka­peluszu z szerokim rondem, usiadła przy stoliku naprzeciw tarasu widokowego i zanurzyła wzrok w karcie dań. Szymon w tym momencie zapragnął być kelnerem, ale ruszył mocno głową i znalazł sposób na nawiązanie kontaktu. Bynajmniej nie na odległość, to nie miało szans, klasyczna forma pod­rywania świadcząca o prymitywnym charakterze faceta. Miał w swoim arsenale wiele sztuczek, każda inna stosownie do miejsca akcji - od speluny do salonu. Piracka plasu­je się pośrodku, więc z tego dziwacznego arsenału trudno było cokolwiek wybrać.

Czekał na stosowny moment. Najpierw war­to było zobaczyć, co uczyni dama, co zamówi, jakie ma gu­sta. Każdy szczegół garderoby i zachowania, a także kuli­narne słabostki świadczą o charakterze człowieka. Niezna­joma zamówiła szarlotkę z bitą śmietaną, do tego kawę z ekspresu i lampkę czer- wonego porto. Zatopiona w lektu­rze kolorowego pisma piła kawę, konsumując gorącą szar­lotkę. Lokal powoli pustoszał, na zewnątrz robiło się ciem­no, Szymon postanowił wy-próbować jeden ze swoich forteli, aby skutecznie podejść nieznajomą. Podejść w sposób wy­tworny, nie budząc przy tym żadnej wątpliwości co do swoich uczciwych zamiarów. Wyczekał stosownej chwili i ruszył do niecnego dzieła w zamyśle.

      Nieznajoma oderwała swoje oczy od lektury, odsunęła pustą filiżankę i rozejrzała się po sali, zaskoczona pustką dostrzegła Szymona, zdradzając swoje zaciekawienie. Kim może być ten gość dobrze ubrany, pre­zentujący się okazale? - pomyślała. A gość w tej samej chwili stanął przed jej obliczem, uśmiechając się subtelnie. Przez moment oboje się nie odzywali, długo udając zaskoczenie, pierwszy przemówił Szymon głosem onieśmielonego aman­ta:

    - Pozwoli pani się dosiąść?

    Nieznajoma miała zamiar odmówić, ale widząc anielską twarz nieznanego mężczyzny, uległa prośbie, wskazując dło­nią krzesło. Powoli je odsunął, ukłonił się raz jesz­cze i zajął miejsce przy stoliku:

    - Dziękuję - odrzekł - wielkie to dla mnie szczęście usiąść obok pani, szlachetnego serca jak mniemam, obdarzonej nieziemską urodą. Czuję się niegodzien takich względów.

Na moment zaskoczona, powróciła do trzeźwej oceny sytu­acji i z pozycji swojej przewagi nad nim, gestem pra­wej dłoni dała mu do zrozumienia, że nie może na wiele so­bie pozwolić. Ona tutaj decyduje o wszystkim, tutaj i tam poza lokalem, a nawet jeszcze dalej w mieście, co oznacza, że będzie musiał stanąć na głowie, aby uzyskać jej przychylność. Pod jednym warunkiem:  że po wyjściu z lo­kalu nie powie mu „do widzenia”.

Przez moment panowała pomiędzy nimi cisza, Szymon nie odważył się zabrać głosu, a Nieznajoma w sposób niezwy­kle wymowny zaczęła swój monolog:

    - Jest Pan bardzo odważny – mówiąc to, sparaliżowała go swoim wzrokiem. Już był gotów podnieść się z krzesła, gdy delikatnym rozwarciem ust, wysłała w jego kierunku uśmiech – ale jest to pańskim atutem, ta odwaga, nie znoszę mięczaków ani nazbyt nachalnych osiłków. Każdemu jedno tylko na myśli. A pana jakie myśli ku mnie przywiodły?

Nie wiedział, co ma odpowiedzieć, zaczął nerwowo rozglądać się za kelnerką, po czym lekko poddenerwowany wypalił  z grubej rury, dodając sobie w ten sposób wigoru do dalszej rozmowy:

      - Nie myśl, tylko ukryta pod ubiorem pani osobowość, bardzo skomplikowana i przy tym dystyngowana wielce. Mam wrażenie, że pochodzi pani z arystokratycznej rodzi­ny.

       Zaczęło być ciekawie przy stoliku, z jednej jego strony obiekt pożądań, z drugiej być może to samo. Oboje z podobnym zamiarem, ale w inny sposób wyrażanym, płeć słaba zawsze jest silniejsza w takich kontaktach. Czy tutaj w Pi­rackiej coś takiego się wydarzyło?

      Szymon opanował swoje zdenerwowanie, Nieznajoma wpadała w coraz większe za­kłopotanie, oboje w pewnym momencie przypomnieli sobie o personaliach. Od tego powinni zacząć, i dopiero potem kontynuować lub przerwać ten dialog. Szymon zwolnił, ona spuściła z niego wzrok, przez moment zastygli w bezruchu, po czym ten dziwny dialog ruszył w długą podróż aż do zamknięcia lo­kalu.

      - Jestem stanu wolnego, nie powiem, że zawsze byłem, pobieram prezesowską emeryturę, mam auto z mnogą ilości koni, ale sam jestem jak koń pociągowy i pragnę startować na wyścigach. Co do zainteresowań lubię wędkować, i wiem co to są dobre przynęty.

      - Jestem stanu wolnego, od niedawna, i nie wdowa ani rozwódka. Niech pan zgadnie, kim mogłam być, nie będąc nigdy zamężną. Byłam pewna pańskiego obecnego statusu, ale nie mogę uwierzyć w pański stan kawalerski.

      Kelner przyniósł zamówione desery, dwie lampki marko­wego koniaku, oboje zajęli się konsumpcją, co chwilę zerka­jąc na siebie. Szymon był pewien, że sam nie wróci do domu, Nieznajoma wiedziała, że musi stawiać warunki, nawet przeszkody, chociaż on, uprawiający kiedyś sport, nigdy nie do­siadał wierzchowca. Raz mu się zdarzyło galopować na lon­ży, ale było to bardzo dawno.

      Kiedy znikły ze stolika desery, powróci­ły zamiary molestowania partnera, z obu stron, na wyrywki, jakby zaczęły się wielkie miłosne manewry.  Dama „przycięła batem” pierwsza:

      -  Był pan już dłużej w związku?

      - Byłem, ale w radzieckim, potem w związku twórczym, i jeszcze w kilku związkach, ale żaden z ich nie zakończył się orgazmem. Przepraszam za świntuszenie, nie potrafię przejść obojętnie nad pięknym obrazkiem. A tak serio, związki moje z płcią piękną nie trwały długo, i to zawsze z mojej winy, ponieważ nigdy nie jestem z czymś lub z kimś do końca. Bo koniec jest czymś nieokreślonym czasowo i prze­strzennie, można obcować przez jedną noc bardzo owocnie, można też latami oczekiwać na owoce, owoce oczekiwa­nia, wegetacja, okres zbiorów. U mnie zbiory mogą mieć miejsce bardzo często, zależy od atmosfery i ciepła. Każde miejsce jest dobre, i każda okazja jest wtedy wykorzystana, gdy przyjemność jest obopólna. Na jak długo i czy z tego zrodzi się mocny związek? To zależy od wielu czynników, nie zawsze materialnych. Ktoś kiedyś powiedział, że okazja czyni złodzieja. Ja powiem, że okazja czyni mężem. Nie wszystko da się rozwiązać według powszechnie utartego schematu. Czasem w błądzeniu można znaleźć skarb. Co pani na to?

     - Ma pan dużo racji. Ale skoro nadal jest pan stanu wolne­go, nigdy nie będąc w długotrwałym związku, to nie znalazł pan jeszcze skarbu albo sam nie jest skarbem dla kogoś. Błądzi za­tem i błądzić będzie. Natomiast ja, na pańskiej dro­dze, będę jak współpasażerka podróży, każdy z nas wysiądzie na swojej stacji, i może kiedyś znów w tym samym lokalu, skrzyżujemy swoje spojrzenia, ale na bliższy, stały kontakt będzie już za późno. /.../  cdn

wtorek, 23 czerwca 2026

Gry wstępne w Koperniku

 


Osiedle Kopernika w Poznaniu, do Klubu Osiedlowego Kopernik na spotkanie z poznańskim pisarzem Jerzym Beniaminem Zimnym, przybyło liczne grono sympatyków książki. Autor prezentował swoją nową powieść pt. Gry wstępne.

Po dwóch wydaniach Gromnicy, i Różach z Montreux, powieściach które zostały dobrze przyjęte przez czytelników, przyszła kolej na Gry wstępne, powieść obyczajową, której fabuła obejmuje perypetie i rozterki sercowe dojrzałego mężczyzny, który pragnie zerwać z samotnym trybem życia. Nie jest to samotność sensu stricte, bohater nie może narzekać na niepowodzenia w kontaktach z przedstawicielkami płci pięknej. Wprost przeciwnie, ale brakuje mu zdecydowania,  co skutkuje osobistym dramatem trwającym w nieskończoność.

Bohater gier wstępnych po przejściu na emeryturę postanawia zmienić stan cywilny. Jego aktywność musi budzić podziw czytelnika, i jednocześnie zwątpienie w powodzenie tych poszukiwań. A miejsca zdarzeń są różnorodne,

nie tylko lokale rozrywkowe, bohater jest częstym gościem Sanatoriów, nawet przebywa w Szwajcarii, gdzie przeżywa kolejne rozterki.

Jak kończy się powieść? Warto się z nią zapoznać, ponieważ jak autor informuje, że pisze dalszą część losów Szymona Strugi, bohatera powieści, a tym samym zapowiadanej trylogii. Druga część ukaże się jeszcze w tym roku, pod tytułem: Niebieska komedia.    

 Red. 

 


sobota, 9 maja 2026

Nokturn w Dąbrówce



                                                               NA SZÓSTYM PIĘTRZE

  

Moje kobiety siorbią herbatę

każda w swoim mieszkaniu

ze ślepą kuchnią. 

Moje kobiety śpią snem wiecznym

albo przerywanym, moim kobietom

brakuje mojego młodego wieku. 

Tak sobie wyobrażam ich myślenie o mnie,

ale brakuje im mojej twarzy do pełnego obrazu,

nie wiedzą też jaką noszę bieliznę,

i co z paleniem i piciem.

 Wczoraj myślałem inaczej

jutro w szarych komórkach

zamieszkają emigranci z nieba;

wśród nich kobiety. 

Każda w letniej sukience

 

NA ŁĘGACH DĘBIŃSKICH

 

Wdychać wiosnę jak opary alkoholu,

iść przez rzekę i się utopić,

spaść z drzewa które nie rodzi owoców. 

Wyzwania na miarę człowieka

siedzącego na pniu topoli,

która miała za dużo słoi. 

Czy jest wiosna na stole żałobnika,

czy są organy z piszczeli,

tylko muzyka słyszy lepiej od ściany,

tylko głucha cisza przyswaja myśli

poety, kiedy nie może zasnąć, pijany

    

POKUTA

  

Moim oczom ukazał się anioł,

moje oczy widziały w nim diabła. 

Bez moich rąk świat się stacza,

z moimi nogami nikt nie pójdzie

na drinka, ale głowa 

chce sznurka. Język flirtuje

z kablem elektrycznym, ślini się

na widok wtyczki,

dwa skobelki i palec do uziemienia,

dwie dziurki w jednej można

skonać. Wstaję wreszcie z łóżka;

 uliczne anioły niosą worki,

w oczach mają dusze od żelazka.

  

OKRYJBIEDA

 

 Piękne lata ortalionu i brezentu

zatrzymał w poezji Jan Palony,

(spawacz w osłonie ozonu).

 

Umarł pozostawiając palnik,

żonę z urodą Lody Halamy

i psa którego nauczył węszyć.

 

Wstawiam się za jego duszą

niech nie musi tułać się daremnie.

 

Chodzę po rynku nadziany ziarnem słonecznika,

nie szukam wspólnego mianownika dla siebie

szukam balsamu na moje rozgrzane skronie.

 

Wiem, czas ma wartość skoku na bank,

godziny trzeba liczyć jak stówki i dziewczyny,

wobec urody jestem bezbronny.

 

Nic na tak, wszystko na pustą muszelkę

a jeśli coś poważnego to zwykle trąbka.

Gram ciszę we wszystkich językach.

Wszystkie drogi prowadzą do piekła.

 

                                                                         /wiersze z tomu Nokturn/

 





 

sobota, 14 marca 2026

niedziela, 4 stycznia 2026


 

PIERWSZY WIERSZ TEGO ROKU


Nowy Rok, pan z długą brodą    

oglądający się za siebie; 

bo przed nim jedynie koniec

balu dobroczynnego dla ludzi,

początek uwertury do ostatniego aktu

opery za miliony głów. 


Było pięknie jest pospolicie, będzie

to co zapisano w księdze życia, 

jeszcze żywe miłości w głowie

jeszcze winne pędy gdzieś w głębi

duszy. Jeszcze ostatni akt a potem

antrakt najdłuższy, nigdy wcześniej

tak szybko nie wędrowało słońce.


Poeta na swoim miejscu 

już nie reaguje na miejsca obce

chociaż światłe, bo ciemność 

jest przeznaczeniem, bo mrok

ma więcej w sobie prawdy.


4.01.2026


sobota, 13 grudnia 2025

 


Z notatnika recenzenta /5/

 

         Poeci lubią się pokazywać, wręcz kochają przebywać w fotograficznym negliżu. Nie wszyscy. Ci co prezentują najwyższy poziom pisania, nie są aż tak widoczni, bardziej medialna jest ich poezja, a czytelnik poszukuje w sieci ich publikacji, jeżeli nie ma szans na kupno kolejnych tytułów, wydawanych zwykle w niskich nakładach.

Od pewnego czasu spotkania autorskie przypominają działalność „kółek zainteresowań”, zbiera się tylko nieliczne grono znajomych, cichych wielbicieli „gwiazdy wieczoru”, często do wypełnienia sali sprowadza się młodzież, coraz częściej ze szkoły podstawowej, bo licealiści nie są już tak zdyscyplinowani, a głównym celem takiej imprezy jest późniejsza galeria zdjęć prezentowana w mediach społecznościowych. Większość ujęć ma sprawiać wrażenie dużego wydarzenia. Rekordziści w tym względzie, prezentują ponad setkę zdjęć w sieci.

       Manipulacja informacjami, to inna forma zachęcania do udziału w spotkaniu, tutaj wszystkie chwyty są dozwolone, od serwowanych niespodzianek, muzycznej oprawy, bądź udziału znanej osoby ze świata krytyki, sceny, a nawet polityki. Zdarzają się posunięcia dezinformacyjne, posługiwania się cudzym logo, w celu podkreślenia znaczącej rangi spotkania, lub korzystania z popularności innej organizacji, stowarzyszenia, które cieszą zwykle się liczną frekwencją podczas swoich imprez i wy-stąpień publicznych.

      Trudno się dziwić temu zjawisku. Wszak kultura, w tym przede wszystkim poezja, spotyka się z coraz mniejszym zainteresowaniem, ponieważ jest więcej piszących i wydających książki poetyckie – od czytelników zainteresowanych liryką. Wina za taki stan rzeczy leży po stronie podmiotów, dysponujących funduszami przeznaczonymi na kulturę. Pomijając wydawnictwa autorskie, bo tu każdy może wydać sobie książkę za własne pieniądze. Pozostali dysponenci  środków finansowych, nie korzystają w należytym stopniu z usług profesjonalnych recenzentów i krytyków literackich.

     Jedyna jaskółka, która nadal zatacza swoje szerokie kręgi, ma się dobrze, coraz lepiej i służy wiernie popularyzacji poezji w stopniu niezmiennym od lat – to konkursy poetyckie, które goszczą już nawet w obszarach gmin. Tu należy się stale przyglądać, począwszy od Silesiusa i Bierezina, poprzez pomniejszej rangi konkursy, wyławiające młode talenty od Bałtyku aż do Tatr. Śledzę to zjawisko od wielu lat, starzejąc się przy tym w sposób zauważalny. Nie tylko w lustrze, także poza nim, o czym przekonuję się każdego roku, wyławiając laureatów podczas Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny na debiut poetycki roku. 

   Język i sposób spojrzenia na rzeczywistość, struktura poezji zaangażowanej, odsyłają dokonania minionych generacji może nie w cień, ale na pewno do historii poezji polskiej...

JBZ

 

wtorek, 18 listopada 2025

Z notatnika recenzenta /4/

 

Z notatnika recenzenta /4/

 

Recenzja recenzji

 

Poetka wydała tom wierszy a koleżanka napisała recenzję, polegającą na analizie wierszy w stylu: co autorka chciała powiedzieć, lub co miała na myśli w:  strofie z kropką na początku i na końcu. Recenzentka słuszne zauważa, że: żyjemy w pewnej społecznej przestrzeni, którą wyznaczają nasze preferencje, a więc jakie preferencje taka poezja, w tym konkretnym przypadku. Recenzentka w innym miejscu pyta: Co zatem chce, zainspirowana pięknem przyrody, wyczarować bohaterka? Konstatuje - dla poetki ważne jest nie tylko odpowiednie miejsce, normalność zielonego dnia, a nawet zieloność krwi  i nieparzystość do pary. Poszukuje ona sekretu zaklinania słów. To nie koniec rozważań o sekrecie wyrazów literackich. Poetka chce poznać tajemnicę zawartą w zdaniach, poglądach kogoś, kto poznał sekret zaklinania słów…

Myślę, że należałoby powołać konsylium, które postawiłoby diagnozę, zarówno autorce jak i recenzentce. Jedna i druga zadają czytelnikowi dużo pytań, a ten w odpowiedzi rzuca w kąt lekturę, która niczego nie wnosi do polskiej liryki, nawet w okresie obecnego ćwierćwiecza.

                                                                                ***

W innym miejscu inna recenzentka wypowiada się na temat książki poetki, której słowa chcą być nieuchwytne, skłębione w kątach zapomnienia, w zakamarkach uczuć a poetka wydobywa je z pełną subtelnością, uwagą i czułością.

Wiersze z tomu, zbudowane są z wyrazów, które nie chcą się ujawnić. 

Wiersze z omawianego tomu wchłaniają się poprzez zmysły, krążą w krwioobiegu czytelnika, i docierają do unerwionych tkanek.

I takie pytane: Co zatem podmiot znajduje w swoich poetyckich wędrówkach? Chyba siebie…

 Czyżby akces do nurtu „ Szminki i kredki” ? Zapoczątkowany dwie dekady temu.

JBZ

sobota, 8 listopada 2025

41. Konkurs im. Kazimiery Iłłakowiczówny


                                 PROTOKÓŁ

 

z posiedzenia Kapituły 41. Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny na debiut roku 2024 odbytego w dniu 20.10.2025 w Poznaniu

Kapituła  w składzie:

1. Jerzy Beniamin Zimny , przewodniczący – poeta, krytyk, redaktor naczelny ReWirów

2. Paweł Kuszczyński, członek – poeta, prozaik. prezes Oddziału ZLP w Poznaniu

3. dr Karol Samsel, sekretarz – poeta, krytyk i historyk literatury polskiej, adiunkt na UW.

po rozpatrzeniu zgłoszonych do konkursu 19 książek poetyckich postanowiła przyznać nagrodę główną Rafałowi Wawrzyńczykowi za tom poezji pt. „Dziecko na głowie króla” , Wydawnictwo J.  Jacek Bierut Wrocław 2024.

Ponadto, kapitula postanowiła wyróżnić: Miłosza Fleszara za tom pt. „Sekstans”  wydawca: Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi /Dom Literatury w Łodzi 2024. Oraz Macieja Świtalskiego za tom pt. „Czujnik czadu” wydawca: Tadeusz Serocki Pelplin 2024.

Karol Samsel

 Poznań, 20.10. 2025 r. 

 

 

                                          


poniedziałek, 28 lipca 2025

Z notatnika recenzenta

 


Wartościowanie instytucji poety

 

jako, że jest on człowiekiem, a wiersze przez niego pisane jedynie produktem ubocznym, to proces bardzo złożony, nie rzadko kończący się niepowodzeniem.  Nie często obserwuję w taki sposób wyważone ego, filozoficzne sformułowania czynione z dystansu na chłodno, udane próby definicji procesów psychofizycznych przez które przechodzi twórca operujący językiem. Tak, poeta to jedno, poezja zaś drugie. Czy egzystują razem? Czy próba oglądu rzeczywistości wynika z emocji, nakazu chwili. Czy jest tu jakaś kontrola, czy są zahamowania, i czy proces tworzenia wynika z potrzeb emocjonalnych, czy jest przemyślanym nurtem w którym jawi się dzieło oczyszczone z tego, co już oswojone ale oparte na tym samym gruncie, tylko w innej pozie lub całkiem odmienne. Wspomniany balans nad krawędzią to nic innego jak wędrówka  w ciemności, labirynt bez wyjścia skąd zaledwie kilka kroków do samounicestwienia, w najlepszym wypadku outsideryzm, świadomy, akceptowany lub nie. Aż się prosi tutaj przywołanie terminu życiopisanie, który Stefan Chwin określił swego czasu jako utajony nurt odnosząc się do poetów, dla których poezja była wypadkową dwóch czynników, mięsa – czyli przeżycia, dotknięcia istotnego, upraszczaniem tego co mamy do powiedzenia, i języka, czyli tego, jak mówimy.  Dodam do tego samselowską wędrówkę w ciemnościach, w jakimś stopniu zainspirowaną Brodskim.

             Czy poezja jest abstrakcją, jako skutek balansowania na krawędzi, wyalienowania ze świata potocznie postrzeganego. Czy niedopasowanie i nieustanny dyskomfort to niezbędne czynniki egzystencji poety w konsekwencji których powstaje dzieło osobne, ponadczasowe, albo wyróżniające się współcześnie. Tak, historia tego dowiodła, ale inaczej, innym tempem chodzą zegary zjawisk artystycznych,  być zrozumiałym, termin to rozciągający się w czasie, podobnie jak ewolucja języka, kres tego procesu z pewnością będzie styczną z krzywą upadku cywilizacji a tym samym rozumu. Przykładem niezgody na świat i ze światem jest twórczość Andrzeja Babińskiego: samym wyzwaniem wiem nie zwyciężę, przeciąży mnie Ziemi jedno ramię. Czy jest jednak sztuka z którą nie rozdzielał by mnie czas, po utracie wszystkiego jednak można pisać własną ręką, absurdem jest iść dalej niż Ziemia sięga, wiem że można ale zabraknie sprawdzalności czytelniczej, zostanie po mnie twórcze serce Ziemi, lecz czyste.

              Absurdem jest iść dalej niż Ziemia sięga? Doświadczenia fizyczne, emocjonalne, kontakt bezpośredni z przedmiotem, kontakt duchowy z ideą, widzenie materii, interpretowanie czegoś co wymaga wysiłku rozumu, wszystkich zmysłów. To miał na uwadze Babiński. Jedynie czas ujął jako pojęcie abstrakcyjne w wartościowaniu sztuki i dzieła materialnego. Czas nie powinien rozdzielać autora z jego dziełem, albowiem zabraknie sprawdzalności czytelniczej? Innego zdania był Peiper: piszemy także dla przyszłych pokoleń, a więc uniwersalizm, albo eksperyment, co do którego nie ma pewności czy będzie użyteczny.  Jakby nie było, jest to inspiracja wkraczająca w czyjąś materię rozumowania, widzenia, prezentowania obrazu, tematu. Jeśli wiersz jest produktem ubocznym poety, to czym jest konieczność interpretacji, lub innego sformułowania obcego dzieła. Sama wyobraźnia, sam stan uniesienia podczas aktu twórczego, nie wystarczą. Poeta musi „zboczyć jako, że bierze pod lupę powierzony mu materiał, a to już jest w jakimś stopniu deprawowanie własnego ducha twórczego. Tak sądzę. Może jestem w błędzie. Dlatego ewentualny dyskurs uważam za przyczynek do dalszych rozważań. /…/

 

Z nawigacją języka


               Tytuł szkicu może zadziwić czytelnika i samą autorkę tomu wierszy, który nieoczekiwanie zaskoczył mnie wysokim poziomem artystycznym, przede wszystkim językowym. Bez nawigacji można zabłądzić ale błądzenie jest powinnością poety, jeśli pragnie coś swojego dorzucić do spuścizny literackiej wielu pokoleń. Język – pierwszorzędna wartość utworu poetyckiego, musi mieć charakter osobisty, w jakimś stopniu odkrywczy, jeśli poeta pragnie swojego twórczego rozwoju. Dialektyka języka, tak bym to określił, musi mieć charakter indywidualny, chyba że mówimy o zbiorowej świadomości, charakterystycznej dla nurtu bądź grupy poetyckiej.

              W przypadku Anny Landzwójczak, a ściślej, jej ostatniego tomu, można już mówić  o indywidualności, takiej, co to nie da się zaszufladkować, ująć pod jednym wspólnym mianownikiem, można tylko dokonać porównań z tym, co w okresie dwóch ostatnich dekad,  wydarzyło się na rynku poezji, z uwzględnieniem nowych zjawisk, deklaracji lub manifestów grupowych. Tych akurat było bardzo mało, jako że czas zbiorowych postaw twórczych minął bezpowrotnie.

             Niewiele wynika z takiego porównania, ponieważ Anna Landzwójczak omawianym tomem udowodniła, że jej poetycki język zaczyna być rozpoznawalny, i nie chodzi tu o dykcję, lecz o umiejętność budowania fraz  z delikatnie skrywanymi przerzutniami, więc figury stylistyczne mają charakter nowatorski, i nie chodzi tu o bardzo popularną ostatnio wśród młodego pokolenia, tzw. nowomowę.  Wprawdzie nie jest to łatwa lektura  i nie jest też trudna w zrozumieniu, bo poetka pozostawia czytelnikowi duży margines dla interpretacji, a że są to zagadnienia natury egzystencjalnej, więc z percepcją czytelnik sobie poradzi.

        Jak zawsze wyłowiłem z tomu kilka lirycznych perełek, są to głównie metafory sytuacyjne składające się z dość długich fraz: /…/ a gdyby słów nie gromadzić w skrzyni/ zabezpieczonej kłódką warg / wyrzucać rozważnie i uważnie /celnie uderzać w skorupy serc /aż popękają /a szczeliny treścią wypełni deszcz. /…/ wyciągam dorosłe hartowane dłonie /chwytam ogień za tren płomienia /przesadzam bliżej serca żeby ogrzał /tę małą dziewczynkę. Niepotrzebnie zginam palec wskazujący /by zapukać w niebieskie sklepienie /by zapytać /jaką tutaj gram rolę /w jakiej występuję dramie/…/

Takich wersów i fraz w tomie jest bardzo dużo, nie sposób wymienić wszystkie, dlatego zachęcam do lektury tej książki, jednej z ciekawszych jakie ukazały się w bieżącym roku, nie tylko w naszym środowisku.


Anna Landzwójczak, Bez nawigacji, Wydawnictwo Miejskie Posnania str. 77

 

Sztywny kołnierzyk przeszłości

 

      Próżno dziś znaleźć sztywne kołnierzyki w środowisku poetyckim. Jest to pewien symbol odnoszący się także do języka, a i zasady moralne kiedyś nie wymagały tylu komentarzy, co obecnie. Anna Landzwójczak, spokojna, niezwykle ułożona jak przystało na matematyczkę, dla której poezja jest jakby nowym działem, tej ścisłej dyscypliny naukowej – udowodniła nam, że wyobraźnia jest jedną z podstaw naszego bytu. Natomiast granica pomiędzy matematyką a poezją jest prawie niewidoczna. Wyobraźnia to, umiejętność dostrzegania związków: np. między stadem gołębi na rynku a szkieletem wiersza i jego formy. Wyobraźnia wspomaga też logiczne wyrażanie opinii, definiowanie zależności między podmiotami i przedmiotami. Dostrzeganie nowych zależności i tego, czego inni nie dostrzegają.  Poetka z Pniew wszystkie te walory posiadła w genach. Ostatnie wydane książki podniosły ją do rangi znaczących obecnie twórców poezji.

     W poezji precyzyjnej, wyrachowanej, nie pozbawionej moralitetów, znakomicie się prezentują odkrywcze metafory sytuacyjne, a nawet genialne obrazowanie, niczym korzystanie z barw adekwatnych do tematu, z którym obcuje czytelnik. Wyobraźnia poetki zmusza czytelnika do wytężenia własnej wyobraźni, razem pospołu biorą udział w odtwórczym akcie. Przykłady genialnych metafor: dama kier zahaczyła o oczko/ w pracowicie wydzier- ganym obrusie /wysnuła srebrną nić /z opuszczonej głowy…./…/ Za oknami świat  pogania  zmęczone  renifery /a tu czas  zamknięty  w  kokonie  domu/opleciony zapachem cynamonu /czas w kolorze miodu i goździkowej woni/ najpiękniejszy czas / oczekiwania.

Bez nawigacji w sztywnym kołnierzyku – dwie ostatnio wydane książki Anny Landzwójczak w dużym stopniu korespondują z sobą. Polecam lekturę „Sztywnego kołnierzyka”.

 

 Anna Landzwójczak, Sztywny kołnierzyk, Wydawnictwo TAWA Chełm, 2025

 

 

Odłamki sumienia i wiary

 

         Pierwiastek liryczny Małgorzaty Borzeszkowskiej potrafi znaleźć się  w każdej sytuacji, potrafi zachować swoją rozpoznawalną twarz, znajduje odpowiedni język do tematu, który musi określić, przedstawić lirycznie. Napisanie tomu poetyckiego na określony temat, to karkołomne wyzwanie, zwykle poeta zatraca przy tym swoją utrwaloną wcześniej osobowość, popada w potoczność i patos. Czytałem dużo tomów poświęconych wojnie na Ukrainie, „Odłamki” Borzeszkowskiej, zdecydowanie wysunęły się na czoło w tej szerokiej stawce.

         Poetka potrafi zobrazować tragedię wojny nie zatracając przy tym własnego języka, wszystko tutaj zaskakuje innością, nowością przekazu. Wcześniejsze jej tomy, wprowadziły mnie na zupełnie nowy tor czytelniczej percepcji, zastanawiam się skąd taki impuls w niemrawym nurcie współczesnej poezji, niby zwiastującej jakoweś zmiany związane z dialektyką języka.

A już powoli traciłem wiarę w atrakcyjność współczesnej liryki.

 

 

Summa epoki Grupińskiego

 

To tylko fragment jak sądzę, a Poeta z Doliny Malinowej zasługuje na Diariusz osobny, podzielony na cztery sfery literackie – poezja, proza, publicystyka i działalność klubowa z uwzględnieniem wszystkich miejsc kulturotwórczych w Poznaniu, począwszy od młodzieżowych, skończywszy na senioralnych. Epoka Grupińskiego trwa na dobre, czas jest bezradny wobec Jerzego nad którym czuwają duchy kolegów i koleżanek, którym udzielił wiele miejsca na  mapie kulturalnej Poznania. Wrócę jeszcze do tematu bogatej przeszłości artystycznej Jerzego, bo  na  to zasługuje. Ileż  jubileuszy ma  po  drodze, ileż wydarzeń, które kształtowały nasze środowisko literackie przez kilka pokoleń. Chwała koledze i wielkie dzięki, za wszystko i jeszcze za jeszcze!

PS. Historia rodziny Grupińskich jest społecznym dokumentem historii Wielkopolski. W rodzinnym pryzmacie ogniskują się dzieje naszej małej ojczyzny, niemalże wszystkie stany, od szlachectwa poprzez mieszczaństwo aż do chłopstwa. Z dramatycznym finałem przesiedleńczym w 1939 r. po wkroczeniu wojsk niemieckich. 

     „Chleb od Zająca” w moim przekonaniu jest chlebem naszym wspólnym, pokoleniami dzielonym sprawiedliwie. Czasem niesprawiedliwie, ale zawsze był to polski chleb.

Książkę Jerzego Grupińskiego przeczytałem jednym tchem, i często do niej wracam i zawsze znajduję w niej cząstkę siebie, moich przodków, i pobratymców. Podziwiam pamięć Jerzego, oddać ze szczegółami taką sagę rodzinną, na przestrzeni prawie trzech wieków, to karkołomne wyzwanie. Polecam wszystkim tę magiczną książkę z przekonaniem jej olbrzymiej wartości, zarówno historycznej jak i literackiej.

 

Wiersze zebrane Pawła Kuszczyńskiego

 

     (...) Słowo czynem się stanie, wciąż się łudzę, że wszystko, co nazwę będzie, choć trochę moje (...) wyznaje poeta w tomiku: Spotkanie pragnień, nagrodzonym podczas Listopada Poetyckiego, w 2009 roku. Cytowane frazy brzmią jak deklaracja kontynuowania klasycznej poetyki przy jednoczesnym respektowaniu dokonań wszystkich powojennych pokoleń poetów.

      Kuszczyński debiutował w okresie rozkwitu Orientacji, początek lat sześćdziesiątych - okres zdominowany jeszcze przez Współczesność, dlatego - podobnie jak wielu innych poetów nie zaistniał w żadnym z nurtów, szczególnie w latach siedemdziesiątych, kiedy nowe głosy deklaracji wprost zdominowały poezję na całą dekadę, aż do nowej prywatności, i później w dziewiątej dekadzie, w której to nastąpiło kolejne przewartościowanie liryki na rzecz zerwania z wszelkimi jej kanonami.  Dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych po debiucie Andrzeja Sosnowskiego mogli powrócić do gry tacy poeci jak Paweł Kuszczyński? Chociaż jeśli wziąć pod uwagę publikacje w pierwszych poznańskich almanachach, Morwa redagowany przez Bogusława Koguta, oraz Akcenty, przez Wojciecha Burtowego do którego wstęp napisał Edwarda Balcerzan- jawi się Kuszczyński  jako poeta dojrzały, uksztaltowany, i jak się później okazało- odporny na manifesty nurtów poetyckich, egzystując po za nimi. Podobnie jak większość młodych poznańskich poetów w tamtych latach, z Babińskim, Różańskim i Obarskim na czele. Kuszczyński w ten sposób, przetrwał wszystkie awangardy i na początku lat dziewięćdziesiątych zaistniał jakby ponownie ze swoją poezją w pełni sklasycyzowaną. W poezji  zawsze  dokonuje  się  artystyczny i świadomościowy przełom, jednak obrona osobistego punktu widzenia, prowadzi do jego utrzymania, umocnienia swojej pozycji. Nie pozwoli się zredukować do sytuacji lub koncepcji? Wtedy poezja zyskuje prawdziwego poetę. Zagadnienie to zdefiniował swego czasu Andrzej K. Waśkiewicz. Sądzę, że z Kuszczyńskim było podobnie, Jego plan indywidualny, zawsze przecinał się z planem uniwersalizmów o charakterze ponadczasowym i historycznym. 

       Poeta ma siłę się uśmiechać, poeta  który pyta dlaczego szczęście ucieka, który patrzy pragnąc koloru, który odkrywa, że świat nie jest tak piękny jak się spodziewałem, którego zawstydza zegar, który pyta gdzie jest moja uschnięta jabłoń, który odkrywa, że duch znajduje się w spełnieniu? Poeta Kuszczyński, poeta zmagający się ze spuścizną dwóch kultur, w których do końca jeszcze się nie odnalazł, za sprawą poezji, w której ręka ojca, jest jego ręką,  Tutaj metafizyczny exodus Kuszczyńskiego pokrywa się z moim? U niego jabłoń, u mnie mirabela posadzona przez ojca. Też widuję codziennie jej kikut, I ta sama szkoła, kolidująca z humanizmem chociaż służąca społeczeństwu. Ekonomia poezji oddana, i na odwrót poezja poświęcona ekonomii? Teraz, kiedy już nie chodzimy korytarzami szkół, fabryk, urasta w nas do drzewa - liryka dnia powszedniego, nieufni barwom, nieufni materii. W takim stanie dokona się młodzieńcze zamierzenie - całkowitego oddania się poezji. Albowiem światło za chwilę zgaśnie. Niech ta chwila trwa jak najdłużej? 

 Jerzy Beniamin Zimny

                         

czwartek, 13 lutego 2025

Nowe początki

 Dialog poznańsko-warszawski 

/.../ W roku 2013 odnotowano kilkanaście znakomitych debiutów poetyckich. Sięgając pamięcią aż do połowy lat siedemdziesiątych, nie było tak bogatego roku w znakomite debiuty, pomijając  z takich czy innych względów, nieliczne wybitne debiuty jakie ukazały się w okresie Nowej Fali, i nieco później - Nowej Prywatności, określanej też jako Nowe Roczniki, jak i aktywność poetów BruLionu, trochę nadszarpnięta pojawieniem się Romana Honeta /z debiutem pt. Alicja, w 1996 r./, i głośnym debiutem Życie na Korei Andrzeja Sosnowskiego w 1992 r.

Do pełni oceny trzeba wrócić do okresu Orientacji-Hybrydy, po Współczesności nurt ten mocno zaistniał w percepcji czytelniczej na długie lata. Dość powiedzieć, że nawet dzisiaj młode pokolenia poetów chętnie wracają do twórczości liderów tamtej formacji. Z pełną świadomością ponadczasowości poezji większości przedstawicieli skupionych wokół kultowych już Hybryd.

       Sześć dekad temu nikt nie zadawał pytania w którym kierunku zmierza Orientacja.  Zresztą nie było komu, bo bywalcy klubu Hybrydy w Warszawie, nie mieli świadomości jaki będzie ich owoc artystyczny w odległej przyszłości, i czy w ogóle będzie przedmiotem oceny. Termin ten narzucono im z zewnątrz przez krytykę, a raczej przez zwolenników narzucania poezji sztucznych ram, wprawdzie nielicznych, ale bardzo skutecznych w swoim działaniu. Wydaje się to bardzo dziwne, ponieważ poeci tamtego okresu nie stworzyli deklaracji, nie głosili rewolucyjnych haseł, nie próbowali nawet utworzyć grupy poetyckiej, spotykali się w Hybrydach spontanicznie, a korzenie ich twórczych predyspozycji były bardzo zróżnicowane, środowiskowość poetycka i nie tylko, tak pożądana przez władze polityczne, w tym przypadku nie znalazła posłuchu, poeci uderzali w dźwięczny dzwon własnych talentów, nie odcinając się od tego, co dokonali ich historyczni poprzednicy.

Zajrzałem do archiwów aby utwierdzić się w przekonaniu, że tak w istocie było, teraz po latach mogę uściślić swoje stanowisko, albowiem mam komfort weryfikacji tego, co pisano na ten temat w przeszłości i spróbuję dokonać oceny po latach.

         A więc wracając do tamtych lat, jawi nam się obraz bardziej i mniej spontanicznych buntów, formalnych i tych mniej oczywistych, pojedynczych, lub grupowych wyborów i deklaracji,  mających wtedy niemały wpływ na stan i obraz polskiej poezji, jawnych lub ukrywanych zmian, a także powracających jak moda, akcentów minionych okresów /nurtów/ literatury. Kieruję swoją uwagę zwłaszcza na młodych poetów, w szczególności na konsekwencje ich pierwszych /debiutanckich/ wyborów (artystycznych, oraz koniecznie, politycznych). Do tych zagadnień zawsze się wraca w momentach, kiedy pojawia się debiut deklaratywnie polityczny, uwikłany w liryczne zaangażowanie, nawiązujący do zagadnień społecznych wymagających odreagowania piórem, w intencji społecznej albo spolegliwej wobec systemu władzy. 

Krzysztof Gąsiorowski po wielu latach wyraził swoje ubolewanie, że dość liczna grupa debiutantów z lat sześćdziesiątych nie została przez krytykę należycie opisana, może nawet wcale tego nie uczyniono, wiersze poetów nie były przez następne lata i długo potem, poddawane interpretacjom i reinterpretacjom.  Hybrydy zdaniem wielu historyków zostały skutecznie zmarginalizowane, a dowodem na to jest brak analiz badawczych, zbiorczych opracowań z uwzględnieniem konkretnych wniosków i konkluzji, dlatego potomnym pozostaje jedynie twórczość Edwarda Stachury, w mniejszym stopniu Ryszarda Milczewskiego-Bruno, Janusza Żernickiego i Krzysztofa Gąsiorowskiego. O istocie poezji Gąsiorowski wypowiadał się wielokrotnie, według jego formuły: twórczość określonego poety im bardziej oddala się od wyobraźni, tym bardziej przestaje być poezją. Termin „poezja”  należy pojmować w sensie wartości a nie klasyfikacji. Niewielu jest poetów, którzy potrafią tę teorię konfrontować z praktyką, którzy wykluczają racjonalność z aktu pisania wiersza. Dochodzimy więc do pierwiastka lirycznego, który jest źródłem aktu twórczego, romantycy to opanowali w najwyższym stopniu, a poeci Orientacji unowocześnili językowo tę zależność. Akt twórczy? Kto dziś z piszących może poszczycić się takim stanem. W pogoni za atrakcyjnością języka, zatracają się najcenniejsze składniki liryki, mające znaczenie wartościujące o którym wypowiadał się Krzysztof Gąsiorowski. /.../

/fragment szkicu opublikowanego w 40 numerze eleWatora/.




                                       




fotorelacja Bożena Zimny