sobota, 31 października 2026

POECI CZASU NIEDOKONANEGO /2/

 




              Tadeusz  Stirmer  /1951-2014/



Pokolenie

skoro mają to szczęście

a szczęściem jest zachowany dar

zdolność do wdrapania się

po tych cholernie stromych schodach

po laur za całokształt

więc kiedy nie są właśnie aż tak chorzy

po prostu jakoś brną przez kolejne dni

i ciągle są dzielni

bo ostatnia umiera w nich duma

to nie unikną jednego –

człowiek na starość drobnieje

drobnieją twardzi jak stary beton

( nie – nie t e n beton)

i wprawiają mnie – widza

w stan wstydliwie obcy

przed którym bronię się jak szczeniak

gdy przez żaluzje dłoni widzę

no tak – celuloidowych herosów

a teraz zbyt obszerny kołnierzyk

z martwo ptasiejącą szyją

w sam raz dla kościanej łowczyni

która słono moją własną dławi

 

Okolice piekła

z tym wyniesieniem na ołtarz

trzeba by zaczekać

są sprawy ważniejsze –

doktryn listów i takich tam

co dotyczą ona kościoła

a tych cudów potwierdzanie

toczy się solennie – chrypią starcy

z woskowiną w sercach słyszą:

santo subito

ale co tam: ordnung muss sein

są dużo ważniejsze sprawy

bo rozdmuchane nad miarę;

ten brak wyciszenia właściwej dyskrecji

podopieczni szczególnie chłopcy

mali śpiewacy z gardłem otwartym

pod niebo – jak słodkie skowronki

jak skowronki z rożna

 

Sedno

 

deszcz od tygodni deszcz i wiatr

na szybie łeb kota jaki tam kot

liść stary jakiś pewnie zeszłoroczny

jestem płaczliwy w nastroju i właśnie

przerwałem twardy tekst o krzywdzie

w tle you can dance w nim Jacques Brel

marzy: zostać cieniem Jej psa (znałem

taką smycz i zapach) dla mnie pozostał

Górą większą od Jezusa z Rio jak oni

się cieszą – wysiłek małych zwycięstw

łzawię bez łez więc chrząkam jak świnia

o kryształkowych oczach łamiąc światło

pryzmat jak piramida oświeca mnie;

walnięty bełkot żywo-pisania pospiesznie

wracam do „Semit.pl” by walczyć

z każdym znakiem: z b l i ż a m s i ę

w ważnym już teraz wierszu o zabijaniu

narodu

 

 Semit.pl

 

jak TO opisać skąd bije czarne źródło?

w złożach ciemności rodzi się pytanie:

kto skorzystał z piekła gdy miotał kamienie

i nadszedł czas niepokoju przeczucie powrotów;

gdy żywi wstając z martwych upomną się o popiół

wydrapią z ziemi pamięć

więc pełznie robak pod skórą niepewny

o los wszystkiego co w mroku ojcowie uznali za swoje –

co j e s t o j c o w i z n ą i na to są papiery

TO się roznosi ponad strugą czasu

jak wyziew gwałcący powietrze

i nie ma w tym cudzej winy

jest tylko mleko wyssane z piersi matek

zrodzonych z Matki Polek

 

 Tracheotomia

 

Kiedy tak stoi w jasnym dobrze oświetlonym miejscu

w jeszcze odległym lustrze widzi całą siebie –

na pierwszy rzut oka wydaje się być kompletna

 

Zbliża się o dwa wciąż niepewne starannie odmierzone kroki

aż do śladu tchnienia na błękitnym odbiciu terrakoty

Skupia się na fragmencie

 

A przecież zna każdą porę skóry

jak wczoraj liczy kiełki starannie wydepilowanego podbrzusza

drobne oznaki płodności – stara się być sarkastyczna

 

Unosi pulsującą ciężką jak powieka pierś

nieomal opiera na niej policzek jakby karmiła siebie;

patrzy w to jedno miejsce na granicy cienia

 

 Bada strukturę, odcień i rozległe brzegi niewielkiego znamienia

lekko naciągając skórę: najpierw w kierunku pachwiny

na ukos w dół stromego brzucha z ładnie zawiązanym pępkiem

Oswaja przy tym bliznę trochę podobną do kożucha

na krawędzi kubka stygnącego mleka

 

--

 

 

 

 

 

 


wtorek, 27 października 2026

POECI CZASU NIEDOKONANEGO /1/

 



MARIUSZ ROSIAK  /1958-2005/


***

A jednak śmierć może nas zaskoczyć

w dniu, w którym odkrywamy sens i urodę

kropli rosy wygrzewającej się na liściu.

  1991


*** 

Nie chciałem być egoistą.

Nie zostałem prawdziwym patriotą.

Chciałem zaprzyjaźnić się

z Żydami Litwinami i Ukraińcami,

ale wszyscy przebierali się za Polaków,

nawet Polacy.

Dzisiaj kiedy zdejmują z twarzy

niewygodne maski

okazuje się, że mają takie same zmarszczki

i kolor włosów.

I ten sam lęk przed śmiercią i Bogiem.

Może tylko inaczej nazywają kwiaty,

może innymi słowy zanoszą

swe modlitwy do ołtarzy,

a których Bóg patrzy ospały.

 1990

 

wiersz przywieziony z Australii

 To bolesne nie móc wrócić do własnego kraju,

przeklinać rzeki drzewa i ulice,

które niczym drzazgi wryły się w pamięć cielistą.

To okrutne być gałęzią oderwaną od drzewa,

żywić się sokami z nie własnych korzeni

i wciąż czekać. Tak jak śmierć na narodziny czeka.

 

To straszne nie móc wrócić do własnego kraju.

Jeszcze straszniejsze nie chcieć tam powrócić.

 1988

 

                                                 Witkowi Różańskiemu

Miasto w futerale                           

Miasto w futerale nocy schowane. Ulice odkorkowane.

Za barykadami okien ludzie wsiąkają w gąbkę snu...

Wychodzę na spacer. Księżyc idzie za mną. I kot.

I po głowie jakiś wiersz Witka jadącego tramwajem

na sam koniec świata a może gdzieś jeszcze dalej....


Ostatni sen

To twój sen ostatni, który śnisz

- tak jak znicz śni ogień.

Nie budź się! Nie dlatego, że nie warto.

Nawet jeśli udałoby się tobie

zgarnąć z powiek cały ciężar win i ran.

Znajdź inne powody o dowody odwagi?

 

A potem zgaśniesz wraz ze snem.

I znicz na grobie uśnie.

I nikt nie będzie pamiętał...

 30.I.1990

 

Elegia na mój pokój z ulicy Garncarskiej

 Pokój poddał się narzuconej mu geometrii.

W czterech ścianach pomieścił cały mój dobytek:

Łóżko stosy książek krzesło i stół na którym

spoczęła stara wysłużona maszyna do pisania

rówieśniczka mojej nieżyjącej od  dwóch lat babki.

Drzwi były zawsze otwarte na oścież jak serce

dla każdego nowego słowa i strudzonego drogą

Przed nosem zamykały się tylko żebrakom i agitatorom

Przed kobietami skrzypiały zażenowane

ich nagość zapierała im dech i z zapartym tchem

zastygały w bezruchu w futrynie jak warowny pies

Okna były zawsze pogodne Lubiły łagodną dłoń matki

i moje oczy przeszywające ich myśli na wylot

To był pokój mojego pierwszego przeżywania świata

 

na serio Ale pewnego dnia umilkł zużyty zegar

strawiony strugami nieprzebłaganego i banalnego ognia

czasu  Zdążyłem wynieść z niego tylko wspomnienia

dziurawy sweter książki maszynę do pisania

i obraz święty - pamiątkę pierwszej komunii w Dalikowie.

 

 Mały traktat o pięknie

Życie to polowanie - na piękno. Nie było tak zawsze, dopiero od czasu, kiedy w organizmie człowieka dał znać o sobie demon gustu. Mężczyzna poluje na piękną kobietę. Kobieta na pięknego mężczyznę. Poeta na piękny wiersz. Filatelista na piękny znaczek. Myśliwy na pięknego zwierza. Oczywiście zakładamy, że piękno pojmujemy każdy na swój sposób i jako coś więcej niż zewnętrzna powłoka, poler, niż blichtr.

Jest piękno domowe i jest piękno dzikie, które nie zawsze da się ująć w sidła naszych polowań. Nawet z nagonką. To piękno popycha nas niekiedy na drogę kłusownictwa.

Mariusz Rosiak /1958-2005/

W swojej twórczości kreował "autoportret innego" - to było Jego alter ego - odskocznia w świat odizolowany od sztampy i banału. Marszand, wybitny znawca sztuki współczesnej, i przyjaciel jakiego darmo szukać po świecie. /JBZ/

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

sobota, 3 października 2026

 

Przy Kominku

 

Przełomowy rok 1971, Poznań jak zawsze tryskający zielenią, w centrum przy ulicy Czerwonej Armii nieopodal banku i poczty, zebrała się grupa młodych ludzi. Stoją w milczeniu jakby na coś czekali. Nie mają przy sobie żadnych przedmiotów, nie mają zapewne ulotek, w kraju panuje niepokój ale w poezji trwa sielanka, wszyscy na coś czekają, jak oni tu przed pocztą przy ulicy Kościuszki która przecina ulicę Czerwonej Armii. Skrzyżowanie dwóch odległych od siebie epok, jakże innych lecz w skutkach wyzwoleńczych. Młodzi stojący dzisiaj na historycznym skrzyżowaniu w głowach mają też wyzwolenie, inne, na miarę współczesności ponieważ zarówno wolność jak i zniewolenie mogą mieć tą samą twarz.

      Grupka młodych się powiększa, co chwilę ktoś dochodzi, czekają widocznie na kogoś najważniejszego i oto nadchodzi, sam sprawca tematu, który za kwadrans stanie się faktem, i będzie kontynuowany przez kilka dekad.  Jerzy Grupiński, były student poznańskiej uczelni UAM, skrzyknął wszystkich możnych lirycznego pióra i w tej chwili podążają w kierunku Pałacu Kultury, gdzie ma się odbyć I edycja turnieju poetyckiego o Zieloną Wazę.

W Sali Kominkowej niektórzy są p oraz pierwszy, w tej liczbie prawie wszyscy znani już młodzi poeci: Jerzy Szatkowski, Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Marek Słomiak, Wincenty Różański, Jacek Juszczyk, Andrzej Babiński, Jolanta Nowak-Węklarowa, Antoni Ryszard Hajczuk. Jerzy Beniamin Zimny ze swoją niedawno poślubioną małżonką Bożeną.  

     Wszyscy wyżej wymienieni znaleźli się w gronie kandydatów do nagrody głównej. Różański jak zawsze dowcipkuje, jak zaznaczył na konkurs wysłał kilka linijek nocnych wypocin, zaczyna cytować samego siebie: /…/ kiedy umrę włóżcie mi longplaya do trumny/…/ Tadeusz przerywa mu gestem niezadowolenia, bo podsłuchiwał Jerzego Szatkowskiego założyciela grupy poetyckiej Wiry, który po studiach zakotwiczył w tej podpoznańskiej wsi i  wykorzystał jej bardzo poetycką nazwę.  Tadeusz mówił o swoim udomowieniu, zawsze wokół czarnkowskich kominów, z wypadami do Kuźnicy i Ciszkowa, gdzie często odwiedzał Jolę, ale z tych odwiedzin nic nie wyszło, dlatego dzisiaj zjawił się w Pałacu ze swoją świtą – młodych pedagogów i kandydatką na żonę, Jego pewność siebie zdradzała kolejny sukces jak w roku ubiegłym, w tej samej sali. Tymczasem niedoceniany Andrzej Babiński zjawił się ze swoją „Nike”, i pokazał że nie tylko z nazwy jest „zwycięską”, Dodał jej odwagi i wbiegł na scenę z papierosem w dłoni, wsadził go do kieszeni i nie zważał na tlący się materiał, dopiero gdy niedopałek wypadł z kieszeni przez dziurę, raczył był go przydeptać i dalej recytował swój zwycięski wiersz. Witek bez longplaya ale grzebieniem w dłoni postanowił nieco przyczesać fryzurę małżonce Zimnego, mając nadzieję, że odbierze ten ruch za dobrą monetę. Tymczasem schodzący ze sceny Babiński, podszedł do niego i przypomniał że widok wieży kościelnej w Mosinie jest bardziej ubogi od widoku jaki można ujrzeć we wsi Babina na Podlasiu? Bożena przypomniała Witkowi, że na sali jest wiele dziewcząt z długimi włosami, więc powinien się przesiąść.

       Wyrwa ten z Wirów i od Wirów przypomniał sobie, że rok wcześniej jako juror przyznał Zimnemu główną nagrodę w konkursie poetyckim dla studentów, i że to zadecydowało, że ten, znalazł się od tamtej pory w środowisku poznańskich poetów.

A co na to wszystko Grupiński? Z nieskrywaną flegmą wręczył Babińskiemu Zieloną Wazę, i udał się w stronę drzwi prowadzących do szatni. Przypomniał sobie, że w kieszeni kurtki pozostawił z trudem zdobytą tabliczkę czekolady, którą miał zamiar wręczyć do podziału nagrodzonym, Nagrodzeni byli już po kilku głębszych, podziękowali za słodkości, i gremialnie opuścili salę i udali się w kierunku Rataj gdzie znajdował się Akademik, tam odbyła się część artystyczna konkursu Zielonej Wazy, już bez udziału Zimnego i Witka, którzy udali się w przeciwnym kierunku, z zamiarem odbycia nasiadówki w Parku Górczyńskim. Chyba już wtedy Witek miał świadomość, że będzie tutaj siedział nawet po śmierci.

      A w parku jakby inny świat, na ławkach siedzą dziewczęta w oczekiwaniu na przygodę i parę groszy. Witek codziennie gdy nie pada deszcz nie musi oglądać telewizora, z okna ma widok na reality show w wydaniu przygodnych aktorów, bez imion i nazwisk, prezentują swoje walory cielesne inni napinają muskuły, dając damom do zrozumienia ,że nie wszystko pokazują aby być bardziej ciekawym z pierwszym stopniem do piekła?

Bywało, że obaj ze Stedem podziwiali poznański folklor, na boku gawędząc  o tych co na morzu i w lesie. Poezja była w nich dlatego wszędzie, była i wszystko nią było, nawet pies w parku dramatycznie poszukujący swojego pana. Sted wertował strofy Witka ale Witek był jeden, niepowtarzalny, bardziej pierwiastkowy lirycznie, w przeciwieństwie do Steda nie wyszukiwał tematów, trudno znaleźć u niego choćby jeden wiersz z tytułem. Pisał wiecznie niekończący się wiersz.    

     
Do Parku Górczyńskiego jak dotąd nie wprowadził się żaden budowlaniec, od składowiska złomu do składowiska materiałów budowlanych, wiodła codzienna trasa Witka gdy udawał się do pobliskiej piekarni po chleb. Pod koniec kontaktu z parkiem, za chleb płacił swoimi tomikami, a Sikorski przynosił mu konserwy, po papierosy chodził sam, z czasem przeniósł się na Rataje do swojej miłości.

W przełomowych latach 70-tych, nikt o nic nie pytał, każdy wiedział gdzie ma iść, z  kim spotykać, gdzie czytać wiersze, a gdzie kupić wódkę, która była na kartki. Takim miejscem kupna spod lady, była portiernia w akademiku, gdzie? Tego nie zdradzimy, a piwo to tylko przy Kościelnej, gdzie najbliżej było Babińskiemu, ile razy Zimny musiał zboczyć z drogi, aby stanąć oko w oko  z twórcą Nike, złota ciecz łagodziła wszystkie stresy wywołane polityką  i przepychankami w środowisku literackim. 

CDN

sobota, 19 września 2026

Wiersz na powitanie jesieni




Drzwi do jutra


Słońce tropi złodziei kolorów

wiatr wygarnia śmieci po wczoraj

co przyniosą wieczorne pacierze

karta jutra do odkrycia na stole.


Pod nią figura damy bez łasiczki

strapionej widokiem zachodzącego 

słońca, smugi cienia Vermeera

kładą się na ścianie, obraz jeszcze

czeka na słońce poranne, bo droga

powinna być oświetlona. 

              

                                 Dzisiaj

w moim pokoju Dziewanna

zdejmuje płatki różane,

jest jesień a ona kwitnie, 

coraz mi bliższa choć odległa.


Poezja milczy oddech spowalnia

- już późno, ale nie na tyle, 

żeby drzwi do jutra 

były zamknięte.


JBZ 09/2026






środa, 9 września 2026

Poezja latynoska


Obed Enaí Tello Francisquez  (Guatemala) (nacio Nentón, Huehuetenango, Guatemala). Maestro de Educación Primaria y en procesode graduación para la Licenciatura en Ciencias Jurídicas y Sociales, Abogacía y Notariado, por la Universidad Mariano Gálvez de Guatemala. Primer lugar en la rama de verso de los Juegos Florales Nacionales «Rodolfo Angelino Rivera Escalante» 2023 de la Casa de la cultura de Huehuetenango; participó en la lectura virtual de poesía Voz de la gente convocado por Progressive Literary & Cultural Society, desde La India en mayo de 2022. Primer lugar en la rama de poesía en el Concurso departamental multidisciplinario JAxJS 2021, convocado por la Red de Jóvenes Artistas por la Justicia Social, del departamento de Huehuetenango. Textos suyos forman parte de la muestra poética 2020 Del ser que nos habita, que recoge la poética juvenil de Huehuetenango, por Cafeína Editores.

Obed Enaí Tello Francisquez  (Gwatemala)(ur. Nentón, Huehuetenango, Gwatemala). Nauczyciel edukacji podstawowej oraz w trakcie uzyskiwania tytułu licencjata w dziedzinie nauk prawnych i społecznych, prawa i notariuszy na Uniwersytecie Mariano Gálvez w Gwatemali. Pierwsze miejsce w oddziale poetyckim Narodowych Igrzysk Kwiatowych „Rodolfo Angelino Rivera Escalante” 2023 Domu Kultury Huehuetenango; wziął udział w wirtualnym czytaniu poezji Voice of the People zwołanym przez Progressive Literary & Cultural Society z Indii w maju 2022 r. Pierwsze miejsce w branży poetyckiej w multidyscyplinarnym konkursie wydziałowym JAxJS 2021, zorganizowanym przez Young Artists Network by Social Justice, z departament Huehuetenango. Jego teksty są częścią wystawy poezji Del ser que nos inhabita na rok 2020, która gromadzi poezję młodzieżową Huehuetenango, zorganizowaną przez Caffeína Editores. Autor książek: Co powiedział wilk i Drogi Powietrzne.

 

 COLIBRÍ

Desde la mañana el ocaso tiene náuseas,
sufre de añoranza y recuerdo
(hay cosas que no están
               /exentas de memoria y olvido).

A veces mi insomnio
                             /es un colibrí asustado.
Gaita sonámbula y anticipada.

Maldito sea el silencio donde se pudre
el deseo y todo lo no dicho.

 

KOLIBER

Od rana zachód słońca przyprawia o mdłości;

cierpię na tęsknotę i pamięć

                       (są rzeczy, których nie ma;

wyzwolone z pamięci i zapomnienia).

Czasami moja bezsenność

to przestraszony koliber.

 

Lunatykowanie i oczekiwanie na duszę.

Przeklnij ciszę tam, gdzie gnije pożądanie

– słyszę te słowa– i wszystko niewypowiedziane.


RÍE

Cientos de páginas bailaron
hasta desvanecerse o morir de olvido,
todas ellas de las palabras
                             /que desperdiciaste
y las que debiste decir;
pero no importa,
      /siempre vuelven para ser dichas,
mientras tanto
         /alégrate, salta, contempla, vive…
pero, sobre todo, ríe sin motivo alguno,
lo más que puedas:

las risas sin motivo son mejores,
huelen a libertad, engendran estrellas,
mezclan todo, incluso memoria y porvenir.

 

ŚMIECH

Przetańczyły już setki stron

aż znikną lub umrą z zapomnienia

– wszystkie moje słowa;

zmarnowane przez ciebie

i te, które powinnaś była powiedzieć.

 

Ale to już nie ma znaczenia.

Zawsze tu wracam żeby coś usłyszeć.

 

Tymczasem raduj się, skacz,

kontempluj, żyj…ale przede wszystkim

śmiej się bez powodu, tyle ile potrafisz:

śmiech bez powodu jest lepszy

pachnie wolnością, rodzi gwiazdy

które potrafią wszystko, nawet

przyszłość z pamięcią kojarzyć.


MEDUSA

En muchas partes te llaman Medusa,
no solo porque tus ojos petrifican:
también lo hace tu silueta,
la forma en que has ido
                                 /y vas por la vida,
tu cabello libre, tus palabras,
tus pasos, tus ojeras, tu cansancio,
tus huellas, tu voz y tu silencio.

No hay estación ni viento que no sepa
que todos los pájaros
                 /emigran hacia tu cabellera;
No hay ruta, vía ni riel que no sepa
que no hay tren que escape
                                      /sin algo de ti.

No hay invierno ni altura que no sepa
que, entre la lluvia y la neblina,
con linterna he buscado tu fantasma
y los códigos de tu cintura.

 

MEDUZA

W wielu miejscach nazywają cię Meduzą,

nie tylko dlatego, że twoje oczy skamieniały:

podobnie jak twoja sylwetka

na drodze, którą obrałaś i idziesz przez życie.

 

Twoje rozwiane włosy, twoje słowa,

twoje kroki, twoje cienie, twoje zmęczenie,

twoje ślady, głos i twoja cisza.

Nie ma pory roku ani wiatru, których byś nie znała

wszystkie ptaki migrują w twoją stronę.

Nie ma trasy ani linii kolejowej ukrytych przed tobą,

nie ma pociągu ewakuacyjnego,

                       bez czegoś z Ciebie –  też nie ma.

Nie ma zimy ani wielkości,

których bym nie poznał

pomiędzy deszczem a mgłą

szukam ze świecą twojego ducha

i kodów twojego ciała.

 

ROXELANA

Reconcilia mi sombra y mis cenizas
fuente de nombres: Diana, Helena, Dulce,
Roxelana, Perséfone, Andrea,
en cada nombre eres distinta, Angélica,
cada uno de tus nombres es un otro
yo de ti;
origen de las estaciones,
arquera y señora del inframundo,
siembras tiempo en los instantes vacíos,
caben árboles en tus pulsaciones;

dices una palabra y se extravían
mis sílabas entre tus laberintos,

lumbre y ocaso; Perséfone, porque
he puesto mi esperanza en el criterio
de tus pestañas y tus parpadeos.

 

CRISTAL

Digo y desdigo; río y desrío.
Unas palabras ríen, otras escupen,
¿son marionetas de sí mismas?
Memoria al borde del colapso;
mentí como quien hace una promesa.

Prometo y desprometo,
y de eso nace un instante
dispuesto a entenderlo todo
y a retener la eternidad
que retoza en una sílaba
y en dos cuerpos entrelazados.

Camino y descamino.
Dejo caer de las manos un cristal
y veo esparcirse mis pedazos.

 

SZKŁO

Mówię i zaprzeczam sobie; rzeka i rzeka.

Jedne słowa się śmieją, inne opluwają,

albo są marionetkami samych siebie?

 

Pamięć na skraju załamania;

skłamałem jak ktoś, kto coś obiecuje.

Obiecuję i zaprzeczam

i z tego rodzi się mroczna chwila;

pragnę wszystko zrozumieć,

i zachować wieczność

która wierci się w sylabie

i w dwóch splecionych ciałach.

 

Chodzę i chodzę.

Wypuszczam szklankę z rąk

i widzę, jak na kawałki się rozsypuję.


PÁJARO FANTASMA

I
Mientras el viento trae un hambre de incendio,
la muerte se masturba en los suburbios,

el deseo se pudre, huele a traición;
el patíbulo no es más que un puente
hacia otro tiempo que también se derrite.

Silencio:
al fondo, a una canción
se le caen pedazos de carne
y el hambre acecha con su buitre.
El instante suspendido y el fuego
que se derrama como un deseo
guardado por mucho tiempo.

II
Pájaro fantasma, un filo bien añejado.
Buscas la respuesta correcta,
la que responda por todas,
pero sólo encuentras una pregunta viscosa
y una respuesta que interroga.

III
Lluvia recién parida por tus ojos:
duermes sobre el verano
y un relámpago atraviesa tus sueños
que luego se revelan
y te aruñan la cara.
Despiertas:
el día lleva una noche en el vientre.

–Me habla un pájaro fantasma esparcido
entre los pedazos de un cristal
                               /que alguien dejó caer–.

Cierras los ojos y ves más claro,
al fin ves todo,
luego los abres y olvidas todo.

 

                                        Traducción al polaco  Jerzy Beniamin Zimny

Tłumaczenie na język polski Jerzy Beniamin Zimny