piątek, 2 listopada 2012

Uwaga talent

MATEUSZ  DWOREK




Rocznik 1990. Absolwent UAM w Poznaniu prowadzi Zespół Fundacji Kultury Akademickiej. Nie posiada wielkiego dorobku ale ma wielki talent. Prowadzi w Poznaniu cykle spotkań poetyckich pod hasłem:  "Literufka".



„wiersz pomiędzy nocą a porankiem”

niebo było niewidzialne jak powietrze w balonikach
czyste koszule jaśniały niczym żagle albo duchy, patrzyło
niebieskie drewno, dookoła roiło się od jeży i śmieci
wszyscy słyszeli dyszącego psa.

pod drzewami stały plastikowe krzesła i stoły
wyglądały jak wierne psy w pustych izbach
cała pustka świata zebrała się właśnie tam.

zbliżał się poranek,
niebo otwierało skubiąc wątłą zieleń.


 „mokry żużel kleił się do nas”


na skraju piaskownicy czuliśmy ostrą krawędź życia
w rogu mrówki turlały w pocie czoła  różowego dropsa,
białe strużki światła nakłuwały spocone ciała, każdego dnia
nabijaliśmy tuzin siniaków od biedy, my chłopcy z placu zbawiciela

tropiliśmy lody śmietankowe jak pocisk termolokacyjny
namierza asteroidę, na dorosłość nie było czasu chyba że
posłuży za podpałkę. sentencja tego wiersza: nieśmiertelność
choć naklejka na samochodzie wskazywała wręcz przeciwnie.


 „chłodniej”

tutaj jest zawsze chłodniej
pozwolisz, że zostawię ciebie za oknem
i odwrócę nocną lampkę, popatrzę na ścianę
o czym myślisz gdy patrzysz na mnie zasypiającego,
który właśnie nerwowo
przewrócił się na bok?

niech małe piekiełko zrobi się tobie na twarzy
podeprzyj podbródek, aż przyjdzie dzień
następny aż rzeczy poprzestawia, miejscami dotkliwie
i dźwięk będzie nieznośny w w tym pustym pokoju
ale go nie usłyszysz
i nie oderwiesz wzroku

moje ciało nie jest tu po to
żeby zakumplować się z twoim
















Kinga Weronika de Walla


Kinga Weronika de Walla – poznanianka, absolwentka kulturoznawstwa i psychologii społecznej. Ukończyła Państwową Szkołę Muzyczną I stopnia w klasie skrzypiec i fortepianu. Realistka z odchyleniem romantycznym i nieustającym zachwytem światem, który przekłada się na twórczość. Należy do Koła Młodych przy poznańskim oddziale Związku Literatów Polskich. Uczestniczka wieczoru debiutów w ramach Festiwalu Poznań Poetów w 2013 roku. Jej wiersze były nagrywane dla audycji internetowego Radia Liryka. Debiut prasowy odnotowała na łamach kwartalnika „Okolica Poetów” (czerwiec 2013). Laureatka II nagrody w OKP „Erotyk na krechę” (luty 2014) oraz I nagrody w OKP wiersza klasycznego „O Buławę Marszałka” (październik 2014). Publikowała na stronach internetowych „Odry” oraz Polskiego Kulturalnego Podziemia. W wolnych chwilach gra na skrzypcach, rysuje pastelami i czyta książki.







zbyt cicho na iluminację

gdyby nagle wszystkie latarnie
za oknami knajpy wybuchły
całą mocą światła, kłębiącego się
pod skorupą szkła grubego jak ta noc,
nikt nie pytałby o wartość energetyczną wyleczonej właśnie depresji.

Gdyby teraz zapadła ciemność, facet z naprzeciwka nie zdążyłby
poderwać kelnerki.  Jeszcze nie wie, że przypadek to nie wszystko,
a psychologiczna głębia kolorów jest co najwyżej wątpliwa.

To tylko martwa  gra. co z tego, że nie patrzysz mi w oczy,
 kiedy mówię  o miłości do dziwaków.

Niech coś pęknie, niech spełznie i rozwrzeszczy się
do białości, póki świat nie należy do nikogo.



Krzysztof Bielaszka

Krzysztof Bielaszka  –  rocznik '83, bloger i poczatkujący poeta, aktywista społeczny i kulturalny, żyje i pracuje we Wrocławiu. W swoich tekstach zajmuje się głównie opisywaniem relacji międzyludzkich w kontekście globalnej kondycji społeczeństwa oraz przemian, które w nim zachodzą. Prywatnie pasjonuje go sztuka miejska oraz jej wpływ na przestrzeń publiczną.







Katabaza

Jak wygląda słowo, o którym zapomniałem?
Na zewnątrz dzieciaki spadają z huśtawek,
ja pamiętam teledysk o bardzo chorej pani,
podeszła, zapytała o papierosa, odeszła,
na zewnątrz dzieciaki spadają z huśtawek.

Kostium Iron Mana powinien być przeźroczysty,
pokazywać wszystkie fragmenty mechanizmu,
jak w zegarku w pudełku obok worka szronu.

Jak wygląda słowo, o którym
zapomniałem? Na zewnątrz
dzieciaki spadają z huśtawek.



Madryt Atocha

Pepa usiadła na kanapie, włączyła telewizor, odczekała
do końca wiadomości, wyłączyła telewizor i zaczęła krzyczeć.

Pepa nie usiadła na bombie, ona w nią wsiadła i teraz czeka
aż pociąg się zatrzyma, drzwi się otworzą, ludzie zginą.



Na trzy sekundy przed

Oto mężczyzna zabija swoje
sumienie i zjada je nad
studnią z tacki pełnej owoców.

W oczku wodnym dziewczynka
drapała od spodu lustro,
wirowała po skałach z pięści

nie wytrzymała prania.




Mikołaj Plank zmywa z siebie Babilon

I

Mikołaj ma trzy złote na karcie i to mu wystarczy
na wschód słońca, natręctwa oraz na bochenek chleba.
Na odpuszczenie sobie tego kraju to stanowczo za mało.

II

Przypomina mi rzewną piosenkę o starych butach i gitarze
ze szczęściem w tle. Mówi mi, że ją razem śpiewaliśmy,
dziś razem robimy niewiele, głównie palimy i pijemy.

Wspomina jeszcze wspólne rozmowy, potem tylko wspólne
milczenie, wreszcie wspólne nic, przez które przedzieramy się
jak przez wielkie morze, które się nam nie rozstępuje.

III

Mikołaj ma na koncie zbrodnię lecz on już się prawie wybaczył,
uwaga, on już się prawie wybaczył, odpuścił, wyczyścił i teraz
czeka na dzień kiedy to wstąpi w las, a las wstąpi w niego.



Na trzy sekundy po

Mówią, że śmierć przybyła:
trakcje złamały traktory,
nie szemrzą już telefony, w
oknac nie było nikogo.

Wpisz w wyszukiwarkę: miasto
jak lej po bombie grzmi niczym
paciorki – kolorowe drony.







Fragmenty z cudzego dysku

Ostatnio Bydlę się rozsiada wszędzie.

Czy niebo nad nami jest czyste?
bo prawie nie widać słońca
Czy niebo nad nami jest czyste?

Ziemia pod niebem jest brudna
pełna wirusów i błędów
ziemia pod niebem jest brudna

Dziś trzeba wywiesić koszule
i stracic ostatnią szansę,
doczekać pory monsunów

Dziś niebo nad nami pochmurne
system się zbiera na burzę


O czym się nie mówi

W nocy miałem sen o Heraklesie,
o dwunastu pracach, które miał wykonać

Gdzie nastąpiły wydarzenia prowadzące do chorób?

na wyspie Honsiu, w regionie Chūgoku, nad zatoką Hiroshima
w mieście w Japonii, regionie Kiusiu, prefekturze Nagasaki
w mieście w Indiach, w stanie Madhya Pradesh, na wyżynie Dekan
na wyspie w USA, w stanie Pensylwania, na rzece Susquehanna
w mieście Seveso, regionie Lombardia, prowincji Monza Brianza
w mieście w USA, stanie Nowy Jork, nad rzeką Niagara
w mieście na Ukrainie, obwodzie kijowskim, przy ujściu rzeki Usz
w mieście Tōkai, powiecie Naka, prefekturze Ibaraki
w USA, na wschód od Półwyspu Kenai, w zatoce Księcia Wiliama
w mieście Ōkuma, powiecie Futaba, prefekturze Fukushima






Wymykam się

Wymykam się na oszronione pole:

tam ktoś mieszka bądź bywa,
trudno określić czy rzeczywiście

nigdy się nie dowiedziałem,

że faktycznie istnieje.







Patryk Nadolny


Nie ma zdjęcia poety i póki co nie będzie. Niech zaistnieje moja poezja- mówi- daję jej pierwszeństwo bo  ma więcej do powiedzenia aniżeli ja. Patryk Nadolny odmówił mi bliższych danych o sobie, wiem tylko, że mieszka w Stargardzie Szczecińskim, ma 20 lat i pisze poezję i prozę.  Tyle informacji o młodym poecie, zdecydowanie więcej mieści w sobie jego liryka, rzadki to przypadek dzisiaj kiedy celebrowanie własnego wizerunku jest środkiem do celu. Wątpliwego jak wszystko mierne wymagające medialnego natręctwa. Patryk Nadolny o sobie pisze tak: 

















Pewnego razu znalazłem w piwnicy zbiór wierszy i piosenek Edwarda Stachury (z taką niebieską okładką, tam też były jego przekłady)i zacząłem czytać. Z czasem postanowiłem popróbować własnych sił w materii słowa. Innym razem przed świętami Bożego Narodzenia 2008 roku coś mnie (ni z gruchy i pietruchy) tchnęło i napisałem swoje chyba pierwsze tekścidło w życiu. Jego treść i forma pozostawiają wiele do życzenia, zresztą rękopis dawno zagubiłem. Wydaje mnie się, że można zaszufladkować moją osobowość artystyczną w kategorii: wiecznie poszukujący szczęścia w literaturze rozbitek albo początkujący (całe szczęście) wagabunda. Poza tym nazywam się Patryk Nadolny i na chwilę obecną mam 20 lat.


Patryk Nadolny















Mistrzowie nie wrócili po arkusz papieru
1.
Noc dłuży się na długość co najmniej rękawka,
ubrana w mięso w rzeźniach i hałdy powietrza.
Światło z lampki i głoski odchodzą w zaświaty,
zbiegają po języku jak piętro po piętrze.
Styks formatu A4 przepływa przez biurko -
ta konkretna, pod dachem, w tym akademiku,
chociaż znacznie ich więcej wybija tej nocy,
w klubach go-go, burdelach i ze szklanek z wódką.
Chłopak ślęczy nad kartką i trzyma długopis
zamiast wiosła, przewozi pety w popielniczce,
to co pisze jest ruchem pękającym w wiośle.
2.
Chłopak wgryza się w światło, obgryza paznokcie,
nieco później znajduję go we własnym ciele,
skulonego jak kundla, gdy na deszczu moknie,
w formie rzeźby, ogrodów, fotografii z duszą.
Nawet Charon powstydziłby się na pokładzie
metafor, słów, na których osadza się nałóg.
3.
Duchy przodków wyrzucam nad ranem do śmieci
i czekam do dwudziestej na nadejście nocy,
kiedy pytam sam siebie jak długo rozwijać
się będzie w białych plamach własna mapa ciała,
czy na niej znajdę przejścia graniczne, czy lekyt
to tylko moja głowa z myślami jak winiacz
i jak daleko dojdę wiedziony tę mapą?
Zwłaszcza kiedy sny biją pod kołdrą na alarm.
4.
W wyobraźni buduję jaskinie przy kawie,
chociaż gwiazdy nie spalą się niebem ze wstydu,
odkąd wziąłem za trwałe, bezpieczne ogniska.
Kiedy stoję na moście przepływam jak wyrzut,
ale z rzeką, samemu nie jestem wart wiele,
a tempus fugit krzepnie na rozciętym palcu.
Gdy piszę – wmawiam sobie, że jestem przy berle,
choć żebrzę, aby kiedyś mistrzowie wrzucili
pod język frazy, które powrócą jak ptaki
z zimnych wierszy, dalekich i pustych pałaców.
5.
Gdy piszę – wers z osobna piętrem Wieży Babel,
pisać nie ma własnego powrotu: wypisać,
jako odejść, wyczerpać, odwrócić bieg zdania?
Zwłaszcza kiedy zatrzaśnie się między piętrami
źródłosłów – winda język wioząca w otchłaniach.











































Maciej
Filipek





Maciej Filipek i pochodzi z Lubelszczyzny. Mieszka w delcie rzeki Wisły i Wieprza- miejscowość Dęblin, słynącej z lotniczej szkoły. Ma 30 lat, na co dzień zajmuje się pracą związaną z lotnictwem, studiuje również na Akademii Wychowania Fizycznego (nauczyciel wychowania fizycznego). Ma żonę i synka. Z poezją jest związany odkąd ukończył szkołę średnią, czyli jakieś 12 lat. Pierwsze teksty jednak się nie zachowały- ich miejsce było w koszu na śmieci, a pisanie po prostu porzucił. Do pisania powrócił ok. roku 2010, ale również nie było to nic poważnego, do momentu kiedy: jak wyznaje:, przypadkiem wysłałem swój tekst na ogólnopolski konkurs “Czerwona Róża dla Niej” im. Ireny Golec, dostałem wówczas wyróżnienie. Nie wiem, czy jest się czym chwalić, bo na drugi z konkursów wysłałem wiersz jako…moja żona (sic!). Był to konkurs na Jej uczelni, ale stawka uczestników i jury było przyzwoite. Małżonka, czyli ja, zajęła III miejsce i otrzymała niemałą nagrodę za to :) Jak widać, widocznie moje własne nazwisko jest jakieś niefartowne i dlatego postanowiłem publikować jako Krzysztof Grzebiliszewski (moje imię z Bierzmowania, a nazwisko panieńskie żony) :) Oprócz poezji interesuję się historią, szczególnie tą od III zaboru do końca II wojny światowej. Z racji tego, że moja żona jest prapraprawnuczką błogosławionego i pochodzi z bogatej, jeśli chodzi o kontekst historyczny, rodziny- ja mogę się dodatkowo napawać wydarzeniami sprzed kilkudziesięciu lat. Mamy pełno pamiątek, listów- np. bogata korespondencja babci mojej żony z jej ówczesnym narzeczonym Zbigniewem Safjanem (napisał scenariusz do “Stawki większej niż życie”), czy chociażby kilkadziesiąt listów z Auschwitz (żony pradziadka) . Mogę więc namacalnie uczestniczyć w tamtym życiu, co również wykorzystuję w swojej wyobraźni, twórczości






Nasi tu byli




Tam ich nie szukaj, tam lecą żurawie,
Powinienem był wywróżyć z dłoni- dokąd
możemy dotrzeć na liściu. Mówiłaś,
te z wierzby są najdłuższe. Wystarczy, że
dmuchniesz, a dotkniemy brzegu. Albo 
wnikniemy w kałużę tak głęboką jak stąd
i z powrotem. Jeden po drugim znikają psy.
Ptaki boją się pić, przykładam ucho- cisza.
Najwidoczniej zawyło tuż przedtem.
Państwo Stelmaszkowie powinni być bezpieczni
w pudełku po zapałkach z czarnym kotem.

Nie ma śladu, kręgi się rozeszły.
Zapachniało siarką.

















Marta Raczyńska





Marta Raczyńska pochodzi Z Gąsawy na Pałukach, ma 22 lata. Drugim domem dla niej jest Kraków, gdzie studiuje archeologię i etnologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pierwsze próby pisarskie (które zresztą uważa za niewarte uwagi) miały miejsce około 5 lat temu; po niedługiej przerwie do poezji wróciła wraz z rozpoczęciem studiów, a więc przed trzema laty. Inspiracje czerpie z malarstwa, filmu, kultury ludowej, starożytności; większość jej tekstów stanowi odzwierciedlenie tego, czym pasjonuje się na co dzień. Miłość do czasów zamierzchłych, fascynacja folklorem, mitologią – między innymi to właśnie one sprawiają, że chwyta za pióro. Ogromny wpływ wywierają na nią również wspomnienia z dzieciństwa, spędzonego w malowniczej wsi – do dziś pamięta odkrywanie otaczającej ją przyrody; lasów, podmokłych łąk wraz z ich mieszkańcami. Doskonale pamięta dom rodzinny, ze wszystkimi jego zakamarkami i pełnym tajemnic strychem. Cieszy się, że udało jej się znaleźć sposób na to, by obrazy zapamiętane z najwcześniejszych lat nie umykały w prozie codziennego życia.

W wolnych chwilach zajmuje się rysunkiem, gra na gitarze, poczytuje poezję i prozę. Z ulubionych autorów: Bursa, Bryll, Grochowiak, Brodski, Iwaszkiewicz, Myśliwski, Schulz, Witkacy, Gogol…

Nie ukrywam, że Marta Raczyńska jest jednym z największych talentów jaki pojawił się w ubiegłym roku. Skromna, pracowita, pisze poezję najwyższych lotów. Nie wątpię że jej debiut  będzie zauważony, czytałem kilkanaście tekstów i jestem pod wielkim wrażeniem. 


Kompozycja z otwartym oknem
Zresztą to nie był finał, to była uwertura. *

Słońce zlizało zimę z dachów. Nic więcej.

Mieliśmy parę gwoździ i drewno kruche niczym
czerstwy chleb. Tak mało nas było, choć każdy wieczór
zbierał czyjeś cienie z poszycia. Nie uwierzysz, tatku,

mijał rok, a modlitwy wciąż niosły zapach krochmalu.
O świcie sen-jaszczurka wpełzał pod kamienie;
ciążył na skroniach, niedośniony jeszcze.

Kiedy nadszedł maj, koła wrzynały się w błoto,
w żywą ranę. Dwie mile, droga u stóp miasta, twierdzy.
To w maju przyjechał stryj. Prosto z Davos. Wiecznie

z papierosem w ustach. Całował piersi Maliny i moje
włosy. Trzeciego dnia zwieźli fortepian, czarny jak śmierć,
mogiła matki po roztopach. Brzezina pęczniała w deszczu.

Nie wiem, co dalej. Baby mówią, że pogoda.
Mamy dwa krzyże i okno otwarte na oścież; powiało
od wschodu i mówią, wyschnie – gościniec, ściana,

grób. Jeszcze sny nie te. Ale kiedyś zelżeją.



* J. Iwaszkiewicz, Brzezina







Gabriel Ojrzanowski



Gabriel Ojrzanowski pisze o sobie tak: właśnie jestem w trakcie wydawania debiutanckiego tomiku, który niebawem ukaże się w Miniaturze, a i szykuje mi się nowy materiał, ale o tym będę myślał później. Cóż, nazywam się Gabriel Ojrzanowski, hehe, mam 21 lat obecnie mieszkam w Krakowie, aczkolwiek urodziłem się na Mazurach a wychowałem w małej, prowincjonalnej mieścinie na południu Polski, ściślej w Muszynie, co zresztą bardzo sobie cenię. W przyszłości chciałbym zostać Cyganem. Tyle młody poeta. Pragnie w przyszłości  zostać innym etnicznie człowiekiem, poeta może wcielić się w każdą osobowość, Gabriel, co nie jest wykluczone, swoim lirycznym wędrowaniem znajdzie się w obszarach do których poezja jeszcze nie dotarła, albo ma ograniczony dostęp. Zwodniczy Cygan Gabriela przybliży nam klimat jakiego dotąd nie poznaliśmy, nie jest to deklaracja na wyrost, takie pierwiastki dostrzegam w jego pisaniu. 




Oscillococcinum


Najbardziej wyszukane słowa kryją się pod językiem,
lecz nie sposób wydobyć ich znaczenia na wierzchnią
stronę mowy. Choćbyś przewracał oczami, gryzł zęby
i lizał, lizał użebrzone sklepienie nieba, najbardziej

wyszukane słowa, zawsze pozostaną w ukryciu
najgłębszych zaciemnień języka.

A nawet, gdy przyjdzie ciekawski pan doktor i powie:
"zrób aaaa, koniuszkiem języka zestrzel czerwień wargi"
(bo po pracy zajmuje się czynnie poezją i to tak na poważnie
-więc nie ma z czego robić sobie podśmiechujek)

A nawet, gdy przyjdzie ciekawski pan doktor i nic nie powie
tylko ten język ci, mówiąc brzydko, upierdoli, ( bo, właśnie
jest w pracy, więc na próżno szukać metafor) i tylko cmoknie,
mlaśnie, kąt ten obróci- to nic nie zobaczy prócz piany,

bo, słowa z głębin języka rozpuszczają się szybciej,
niż przekonanie, wiara, ciekawość w oczach ofiary,

niż wszystko inne.




Arkadiusz Kwaczek





Pisze o sobie krótko: mam 23 lata, szukam wiedzy, poezji, inspiracji i czytelników. Jest przed debiutem książkowym, publikuje głównie w internecie, zdradza nieprzeciętny talent, wgłębia tajniki wiedzy przy boku starszych kolegów. Wzorów do naśladowania unika, pragnie na swój sposób ogarnąć poetycki warsztat, dotychczasowe próby wyartykułowania własnego stylu przynoszą efekt. Czytałem niedawno teksty które znajdą się w debiutanckim tomie, i mogę powiedzieć, że jest to poezja nacechowana polotem, mimo niedużego doświadczenia podmiotu, emanuje dojrzałym spojrzeniem na wszystko będące przedmiotem dociekań. Podmiot zachowuje dystans, niekiedy wciela się w inną postać aby uwiarygodnić swoje położenie, zarówno w czasie jak i miejscach obcych, nigdy dotąd nie poznanych. To zrozumiałe. Poeta z Warszawy, ma szansę zaistnieć także jako prozaik, dał już temu dowód pisząc małe formy nacechowane liryzmem, niebanalne w przekazie     


Dziewczynka z shamisenem

dziewczynko z shamisenem, nie zaciskaj zbyt mocno
plektronu w swojej drobnej dłoni. niech trzy struny
nie redukują jeszcze świata do dźwięków płaczliwych
jak skrzypce, a skrywanej miłości do głodu

kiedyś będziesz jakby czwarta żyła instrumentu
- cała z nylonu, lecz dźwięk, który wsiąknie w skórę
nie wypłucze cię z dokonanego wyboru

dziewczynko z shamisenem, popatrz na morwę w ogrodzie
kiedyś jej owoc ubierze cię w kimono, a ty oddzielisz
ciało od kobiety, naprężysz struny, zaśpiewasz o miłości
o tym jak czarne włosy dojrzewają nocą

































poniedziałek, 29 października 2012

Andrzej Jopowicz nieznany

Może trochę wyblaknięte (i bałagan na około) ale zrobione ad hoc przed wyjściem lub po powrocie z siłowni u mnie w domu. Mieszkaliśmy na tym samym osiedlu w blokach obok siebie, Andrzej  w 15 ja w 14-ce. Byliśmy kolegami z podwórka, choć był starszy Rocznikowo to różniło nas tylko 3 miesiące. To zdjęcie pochodzi gdzieś z 1991/92 roku, mieliśmy po 16-17 lat chodziliśmy na siłownię, słuchaliśmy muzyki z kaseciaków, czytaliśmy BRAVO, graliśmy na komputerze typowe życie nastolatka. Ja umysł ścisły (dziś pracuję jako informatyk-programista w dużym przedsiębiorstwie) on bardziej humanista, oczytany - takim go zapamiętałem. Potem poszedłem na studia i nie miałem okazji już z nim rozmawiać. Jego choroba rozwinęła się tuż przed maturą. Ciężkie dzieciństwo, brak ojca stworzyły w nim brak pewności siebie i lęki. Nie podszedł do matury razem ze swoim rocznikiem choć według mnie jak najbardziej by zdał (z matematyką też by sobie poradził). Potem wyprowadził się z tego bloku obok, chodził do szkoły. Widziałem go kilka razy z daleka - zawsze jakiś smutny ze wzrokiem spuszczonym W załączeniu zdjęcie jak prężymy muskuły, Andrzej po lewej w dresie z napisem PUMA. Pozdrawiam, Krzysztof.


W wyobrażeniach człowiek zawsze jest inny, wyobrażenia kłamią odsyłają w świat domysłów, układanek postaci z wyrywkowych obrazów, słów, zadań i wierszy. Baribal cierpiący ale nie zawsze, bo w pewnym czasie miał dni radosne, snuł ambitne plany, otoczony przyjaciółmi. Ale zdarza się, że taki świat pryska jak bańka mydlana, radość pozostaje wyparta przez smutek, plany stają się niemożliwe do realizacji, człowiekiem zawładnie choroba i wtedy... Przychodzi inna, bezwzględna radość samorealizacji, destrukcyjnej w doskonałość inną, ponadczasową, bezwiednie. Człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy do momentu ostatniego kroku. Oto z choroby wyłania się dzieło, jak krew, odchody, ślina skażona, brudne tampony, w końcu zwątpienie w jakikolwiek sens. Poeta Jopowicz już nic nie napisze, koledzy zdziwieni jego lirycznym talentem wyrażają uznanie, po czasie, bo wcześniej innym go znali. Ironia losu, niesprawiedliwość, brak osądu, zapomnienie- wyliczać można długo. Historia mnoży takie przypadki, a ja mam nadzieję, że jeszcze ktoś dorzucić wiedzy o poecie z Buska Zdroju.           


piątek, 26 października 2012

Samsela Znicze w Poznaniu

spójrz jak ostrożnie martwe ciała lgną do przychodzących je opłakiwać...nie jestem pielgrzymem lecz spadkobiercą bólu, nieprzespanych nocy, pukań do drzwi, chodzących za mną cieni, i tej z jaskółek, która przypadkiem rozbiła się w moim oknie, zakratowanym, bądź mi ziemio matką, która byłaś suką.   
Znaleźć to czego szukasz. Może nawet przypadkiem w południe jesienią, na krótko przed wszechogarniającym chłodem, wszystko ciepłe jeszcze a już tak kamienne. Czy można opłakiwać brata, który sam był płaczem... Jeśli cię z twoich domów każdy dom przekreślił. A wśród bandy złodziei dość masz życia dłużej. Glob majakiem się staje widmem śmierci. Utwierdza w wyzwoleniu bruk. Utwierdza się myśl, że jest wyzwoleńcza zemsta. Utwierdza się o zemstę myśl o wyzwoleńczej zemście. Drugie miasto wyzwala z miasta labiryntów. W drugim mieście nie ma błądzenia, tutaj zmierzają wszystkie drogi doczesne aby spośród zakrętów, wybrać ten jeden właściwy... Jestestwo czy egzystencja, odpowiedź na to pytanie znajduje poezja. Nieśmiertelna.




są ci których wzywasz- między szkłem a skałą- i ci, których gubisz... nie słyszeć, nie iść, być jakby nie czuć tego, oswaja się z tobą kamień, bez wiary droga, patrzenie - skała z której tryśnie życiodajna woda, sens pożółkłego liścia, w dymie. Co jest na czole wypisane, kiedy nic innego nie wyróżnia. Jestem stąd a będę nigdzie. Czaszka przyjaciela patrzy na mnie jakby chciała rzec parę dobrych słów...tam na pustym balkonie. Jeszcze nam liście dopowiedzą lato. Idziemy jednak za innym szelestem, co z widoku, może poranne wyprawy do piekarni po chleb za wiersze, cichaczem skradanie do budki z piwem. Jest poruszony obecnością dwóch szaleńców... nie idźcie za mną, może i z was wagonowi kołodzieje, czasy wasze inne, z naszych podbojów jeśli co pozostało, weźcie, ale to co krwawe niech dalej wsiąka w ziemię...Wszystko przekazałem śmierci i nawet obcym mówię: krótkie są moje dni chwiejne jest moje serce, tyle niemądrych baśni, z których przecież mogły narodzić się elegie... Znika południe nagle, jak niepokój.





a pejzaż bez przyjaciela zaczął wirować, po przebudzeniu zapisałem to co śniłem, i zapłonąłem czymś z rodzaju reportażu ze snu, i wrócił do mnie ten co mnie usynowił, i poszedłem przodem do Zagubinowa....Park Górczyński. Ostrobramska, nieco dalej ulica Kuźnicza. Linia numer sześć, dziewczyna o szóstej rano.... Pamięć jest bezlitosna, przenika do wersów jak kurz, wykarmiona patosem nie dopuszcza rewolucyjnego myślenia. Pragniemy być nośnikiem dramatu a jesteśmy izolatorem, który chroni innych przed szaleństwem.  W każdym momencie jest ostrze zwrócone ku tobie, każda minuta wymaga poświęceń, dla nich warto zatrzymać się na ulicy. W tłumie. Tyrada czwartkowa, w alejce junikowskiej wygłoszona, niczego nie zmieni. Z tematu pośmiertnego jedynie Ptak jawi się, inne wartości pogrzebane wraz z Tobą. Historia jeszcze nie zatoczyła koła, to tylko pozory ruchu, a zamknięcie nastąpi kiedy obudzi się Nike, Twoja zwycięska. Powrót dwóch pokoleń z drugiego miasta bez odpowiedzi na dręczące pytania, bez wytycznych, jakby w tym samym miejscu stoi nadal cały korowód reformatorów, słowo zapomniane, bardziej ludzkie. Nie mamy złudzeń, Na stole banknot dziesięciozłotowy, do przeżycia sławy jeszcze zostanie, czy dla naszej miłości na ostatek. 

piątek, 12 października 2012

Na okoliczność Toci


Tokująca Toca



areszt


Komu potrzebne są wodne tortury? Taka bajka
bez słowika i dziewczyny. Szukać jej kolczyków
czy zagiąć parol na pierwszy śnieg.
Wybieraj. Moje tortury są nieskończone.
Upaprane w powidłach. Lecą żurawie nad miastem;
ostatni poetycki klangor tego roku. Podziemia
kompletów i portów. Inne oblicze. Stara bajka
na celowniku. Myślałem pięścią pod czyimś okiem.
tak długo aż zapanował grafit. Na niebie,
w piwnicy. Boże wypiekany na policzkach.
Aniele, tyle po tobie, co w wyschniętych kałamarzach.
Uciekam po liściach, i nie wiem dokąd.

12.10.2012








przesłuchanie




Smak podeszwy jest lepszy od smaku łyżki po powidłach.
Wklęsłe nasze dni, a na języku głodny skorupiak.

Alkoholowa toca poety z Wildy niedługo znajdzie sens

w ostatnim wierszu. Mówię o tym w poniedziałek, 
dzień jak każdy inny, ale o smaku palmowej niedzieli.

Odbija wysoko, aż pod sklepienie czaszki i milkną potwory.

Nie były dotąd w moim piekle, wierszowanym.   
  
  
22.10.2012






widzenie 



Nasz mały jubileusz przerodzi się jubel.
Jeszcze nie wiem gdzie staniemy w oko z witryną
za którą nasze marzenia obnoszą manekiny.

Świat gubi zelówki nie nadąża za nami,
miasta wytrzeszczają gały, jakby nasze światło
było inne, a jest przecież z piwnicy,
z podziemnego przejścia gdzie wiecznie ludzie
się szukają. Czas się w miłości rozpuścić.

To jest ta poranna kawa, albo kieliszek wódki na noc.

22.10.2012





gryps nr 1


Możebna jesień w futerale skrzypka.
Idziemy, taszczymy rdzawy nokturn,
jest jak modlitwa gwoździ i śrub.

Powiedz dziewczyno czy żyjesz.

Nie pytam o ciało tylko o sklepienie czaszki
Marność to rozrzedzenie krwi.
Wielkość to złośliwy guz. Idziesz rozbierać mur,
przy którym skrzypek twoje włosy zawłaszczył.

Aż przyszło lato i rozsypało koniczynę.
Wzięłaś sobie do serca jarzębiny sznur.
I wyszło z ukrycia szczęście. I było jasno.

23.10.2012





gryps nr 2


Nie będzie wiatru, będzie huragan,
weź się w garść poeto z Wildy, tam ci przyjdzie umrzeć.
Ale wcześniej opuścisz grób
z ogrodem i tarasem, wczesną czereśnią.

Malujemy park, aby jesień miała wkurw.
Wieszamy na drzewach wiersze.
A w alejkach pozostawimy smród.
niestrawności po agape szaleńców.

I git, i spocznij. Po nocce zaczepnej jak obrączka.
Rankiem ktoś wypluje ząb,
innemu zabraknie powietrza,
trzecim nie poruszy nawet wszechmogący Bóg
czwarty dopiero w wierszu poczuje obecność. 

23.10.2012




gryps 3


Nie mogę jeść, nie mogę spać dziwi mnie Odyseusz że dotarł.

Pijany przy murze żegluje na wznak, kruszy się beton.
Za długo jestem nękany przez słońce, oburącz wejść
można odwlekać, ale sposób na wysokie okno leży
i czeka, więc i choinka ma tak dużo odnóg. Wśród przyjaciół
lęk wiciokrzew i zwierzyna płowa, przeczekać. Krew
strugi moczu, wszystko płynne na ojczyźnie. Zabór nie ma
granic, otwórz mi perspektywę, jak się robi zwis, pyta
manekin Pierre Cardina. Co w urodzie dzisiaj na stanie.
Nie pytać. Odjazd zawsze będzie miał pożegnanie.

25.10.2012



gryps 4

Jestem z tobą koszerną, wyślę język.

Tanie buty wkładają nieboszczykom.
Zapiję się na żywot, to wiesz, tego unikasz.
A miłość pozostaje u siebie na odwyku.  




zeznanie świadka nr 1


To było wieczorem, staliśmy w bramie

adresu nie pamiętam, zresztą po wypiciu
wszystkie bramy są podobne, 
było ciemno jak po zamknięciu krypty,
a więc oddech i ciepło, jedyne dowody
jej obecności, w tym miejscu były.

Mogę przysiąc, lecz kto mi uwierzy.

Zawsze jest jakiś szczegół który wszystko
rozwala, potem się idzie głupcem albo
nazywają człowieka debilem. Ona nie 
jest taka, więc sobie pozwolę na bliskość
dla której sztuka nie znalazła określenia
i długo będzie szukać. Proszę o litość
jeślim skłamał, dla niej gotów jestem 
znaleźć się pośród poetyckich trupów. 
   
29.10.2012


zeznanie świadka nr 2



Nie muszę mówić, że jest stąd, to widać
po ścieżkach na jej twarzy, wędrowały
nimi mrówki faraona, wszystkie matki
szły po chleb, i chłopcy trzeciej zmiany

Łazarza. Nie muszę przekonywać nikogo.
Każdy ma swoje i każdemu coś zabrano.
Choćby w oczach miał dom w nogi wejdą
niedole. Przed nią zawsze zamykano drzwi,

dlatego okna w jej mieszkaniu mają podwójne
znaczenie. Co masz na grzbiecie tego
nie masz na sumieniu. Mówił poeta i za to
popadł w niełaskę. Nad ranem w drodze

do piekarni, pozdrowił go czarny anioł.

30.10.2012






zeznanie świadka nr 3 


Do centrum już mnie nie niesie, za dużo
tam hałasu, banalnego jak powitanie
sąsiadki: pan wstał dzisiaj? Nie, to mój
sobowtór taki napalony czyha na panią
od rana. Jest jesień i takie tam stroje
dla zadżumionych, dodałem. Wyszła z tego bez
szwanku, wiedząc, żem z pitawalu ,
miejscowej wylęgarni lumpów. Ta niegdyś

piękność pragnie mojej głowy, wie że nie   
pójdzie ta głowa za nią bez spodni. Cała
reszta i drobne na deser, wszystko przyjmie.

Co mi z przestróg, smród i gówno, może
zapach perfum przebije, ale ta mina później.

31.10.2012 


   



wyrok


Wobec braku dowodów, poszlakowo stwierdzam
jej alienację, niechęć do krzywd wyrządzania,
odporność na tortury i alkohol,
zakłócanie spokoju przez sąsiadów, kibiców
za oknem. Niech wraca do domu, do wanny
i dalej pierze z brudów swoje pokolenie.

Niech święty spokój ją ominie, bo inaczej umrze.

Chwała jest krucha a wieczność paruje.
Inaczej do grobu nie wejdzie bez tortur.
Kto cierpi nie za swoje jest święty. Nawet w piekle.
Komu za dużo schodów do domu, będzie
pośród bezdomnych w komnacie pierwszej.

Adam ma jeszcze jedno zapasowe żebro dla ciebie.

Wyrok jest prawomocny, jedynie kasacja przez poezję.








  





    




wtorek, 2 października 2012

Z notatnika (12)


Nie mija cud przemijania

Wtorek, drugi dzień października- a więc dwudziesta rocznica śmierci Mamy. Wstałem wcześniej niż zwykle. To wcześniej może  niektórych rozśmieszyć, ale takiemu jak ja wszystko już wolno. Nawet wstawać z łózka bliżej południa? Dzisiaj słońce pomogło mi otworzyć oczy kilka minut po ósmej. Pomyślałem sobie o Tomaszu Pietrzaku, już trzy tygodnie jak miał wysłać mi swój drugi tomik. Po drodze tankuję paliwo, szkoda że wczoraj było zimno i padało- byłem na Garbarach z konieczności, wobec czego najlepszą rekompensatą byłby spacer po okolicy. Lubię tutaj bywać, zawsze coś nowego wyrośnie, zmieniają się punkty handlowe, no i rzut kamieniem do Starego Rynku, gdzie można spotkać Pióra, mówiąc językiem De-Klaracji? Swoją drogą, dziewczyna ma super pomysły, choćby grafiki do najnowszego tomu Samsela, oglądałem, mocne mimo że laleczki. O Piórach mus mi więcej pisać bo znikają jak plamy na słońcu. Nowe skrobią to i owo, tu i tam, coś błyśnie lecz nie na tyle żeby oślepić. Oślepionym został jedynie przez Rudowicz i Kulbacką, na jak długo, nie wiem. Do czasu kolejnych książek, więc muszą mieć się na baczności. Żart, bardzo poważny, jak to u mnie bywa w zależności od nasłonecznienia okna, przy którym mocno sfatygowanym piórem skrobię poetom po plecach. Większość z nich samozwańczo chodzi w glorii nie patrząc pod stopy. Nie każdy chodnik prowadzi do arkadii, najczęściej spacer kończy się na peryferiach, a stamtąd wracać do punktu wyjścia to zmienić przed tym buty?  Cytuję jednego z moich przyjaciół, nigdy za żywota nie zmieniał butów, pochowany bez glorii śpi spokojnie podczas gdy jego twory zbierają laury. Bądź sobą, tyle razy słyszałem z ust Mamy, Tato dodawał honor i odwagę cywilną. Nie muszę wracać do tych rad, są we krwi jak wszystko inne, nie wyłączając alkoholu w umiarze.  Dzisiaj będę pił napój frugo, kupię kilka zniczy, zmyję płytę nagrobną, przytnę tuję bo zakryła obelisk z napisami, no i kilka zdrowasiek za rodziców, odmówię, przekleństwa pozostawię na potem, albowiem do zachodu słońcu może coś wrednego wypalić znienacka. Jak to w życiu i na boku też, kiedy człek kima bo tak chce zbuntowane serce. 


Niby człowiek wolny ale zawsze jest coś do załatwienia. O pisaniu nie wspominam bo jest jak upierdliwy inspektor, zawsze czegoś chce, nie daje zasnąć, nawet w kiblu towarzyszy: a to komuś się spieszy, może by tak co nie co o napisać o mojej książce, mam pytane, itd. Dzisiaj jestem poza domem,  będę załatwiał sprawy przyziemne, nawet podziemne bo mija termin prolongacji grobu. Jutro malowanie czegoś tam, pojutrze może śmierć będzie miała pierwszeństwo ale jakoś się dogadamy co do terminu ostatniej wizyty? Jeszcze mam wiele do zrobienia przed zimą, tą kalendarzową i tą zwaną babim latem ale nie nitką. Nitka zawsze się rwie przy naciągu trzeba więc unikać nadmiernego wysiłku kiedy oczy pragną a dłonie swędzą przyzwyczajone do pracy.  Dawkuję wszelkie załatwianie jakby to był trunek szkodliwy dla zdrowia. W istocie, nic tak nie męczy jak gąszcz przepisów i procedur, które zmieniają się w tempie ekspresu. Wyśniłem Rekordy Pietrzaka bo po powrocie do domu, nie w skrzynce na listy ale na kuble do śmieci leżała koperta. Listonosz żartowniś nie docenił poety z Katowic, albo wkurzony zbyt częstymi przesyłkami o znacznej zawartości postanowił w ten sposób dać do zrozumienia że coś mu się należy. Pietrzak na tym nie ucierpi bo przyzwyczajony do hałd, w białym kołnierzyku na mnie patrzy z okładki, a w środku wiele wierszy żywcem wyjęte z labiryntu śląskich sag. To jakoś mi współgra z powagą listonosza. Jeszcze wczoraj był z pakunkiem od niejakiej Natalii Z. Podesłała mi nowy numer miesięcznika Śląsk, w którym znalazłem ciekawy artykuł pióra Aleksandry Zasępy o Annie Janko, mojej ulubionej poetce w latach siedemdziesiątych. W archiwum posiadam recenzję jej tomu: Wykluwa się staruszka. Recenzja miała się ukazać w Nurcie. Miała, szczegółów nie pamiętam tyle tylko, że pogłaskałem tom a powinienem trochę nim wstrząsnąć. Sporo czasu upłynęło a u mnie w głowie kilka cudownych fraz utkwiło, mimo sklerozy nigdy nie zapomnę, ba nawet we śnie przeplata się z koszmarami wyznanie poetki z Rybnika: urodziłam się w słonecznej plamie, w domu gdzie okna wybierają zdrowe krajobrazy. Wiele innych wierszy Anny Janko zapadło mi głęboko w pamięć. W najnowszym  numerze Śląska znalazłem także wiersze Natalii Zalesińskiej Poetka to wielce mnie intrygująca za niesubordynację. Rzekłem kiedyś, idź i nie zbaczaj, to co obok zawsze ma krótkie nogi, bo tłoczno tam, trudno wyłuskać najbardziej dorodne ziarna. Po serii eksperymentów Natalia wraca do swojego, przykładem jest ten wiersz:



Przesilenie


Wszystko jest inne? A może tylko się odbarwia

-patrzymy za cieniem, za drzewem.
Coś majaczy, oślepia i spada światło.
Musimy być zimni i nigdy nie mówić
-jest tak a tak, bo po co.

Otwieramy skórę ziemi i krzyczymy

-hej ty weź nas do siebie!
Pewnego skwarnego dnia 
przyjdą.

Codzienne wstrząsy i tamte

tajemne kolebania. Otwieranie szuflad
-nic nadzwyczajnego (chodzą chodniki
pod nasza dzielnicą?), umarli pukają od środka,
wkładają palce w usta śpiących.

Czujesz to czujesz?

Od rana ubijają ziemię z której jestem.

Natalia Zalesińska  poetes maudits nie będzie, nie będzie też egzystować w jakimkolwiek nurcie, taką mam nadzieję, Artur Sandauer odkrył Annę Janko, Natalię odkryto w Olkuszu. Kazio Ratoń pewnie się cieszy z tego wyboru i wkłada w usta śpiącej poetki swój wskazujący palec: rankiem zatrzęsą się chodniki na Nikiszowcu. 


Jerzy Beniamin Zimny