środa, 22 maja 2013

Dusze jednodniowe


Szczęśliwy Dante

Karol Samsel należy do nielicznego grona najmłodszych poetów, którzy akcentują swoją odmienność, osobność, we wszystkich walorach poezji, jako sztuki. Jest jednak jedynym poetą, który świadomie i udanie próbuje połączyć klasykę ( to, czego dokonały poprzednie pokolenia literackie) z językiem nowoczesnym, tzw. metajęzykiem.  Nie kryje się z tym, podkreśla, że świadomie dokonał tego wyboru, konsekwentnie kroczy własną ścieżką i nazywa to wędrówką w ciemnościach. Oczywiście jest to credo ujęte metaforycznie, pod którym kryje się świat ciężki, ciemny, ale realny. Świat tylko na pozór herbertowski, albowiem Samsel sprzeniewierzył się Herbertowi i wybrał drogę norwidowskiego snu. To, co zrozumiałe nie interesuje Samsela, bardziej świat rozumiejący i niezrozumiały, ale podobnie jak Herbert rozumie realność tego świata, jego wewnętrzny dramat, podobnie jak realista Kotarbiński, a przed nim, Zola, Balzac i Flaubert. Stąd droga realizmu rozumiana, jako droga „ciemności i ciężaru” jest najbliższa Samselowi. W ten sposób deklaruje swój światopogląd oparty na gnozie. Nie uważa siebie za poetę katolickiego w rozumieniu katolicyzmu w pisarstwie, jaki prezentował Jerzy Zawieyski i Roman Brandstaetter. Dlatego, co jest zrozumiałe wolno mu spoglądać pękniętym okiem na Lourdes, Medjugorie, śmierć Marty Robin i Całun Turyński.  Związany naukowo z Uniwersytetem Warszawskim ze znakomitymi skutkami potrafi łączyć zdobycze nauki, zwłaszcza filozofii i socjologii z najwybitniejszym dorobkiem światowej literatury. W swoich wypowiedziach bardzo często podkreśla traktowanie przez siebie książki, jako, artefakt. A więc nieufność zmuszająca do rozważań nad prawdą, procesem jej dochodzenia, który nie ma końca. Ten wywód jak można sądzić, jest podwaliną jego bogatej twórczości. Jakby na potwierdzenie w duszach jednodniowych czytamy: nie było nam dane wierzyć równaniu lśniącemu jak luidor. lgnęliśmy ku światłu prochowni, latarniom nad Auschwitz, szkłom impresjonistów. mówili dobrotliwie. rozkładali stelaż nawet na wilgotnej klepce warsztatu. śpiewali kantyczkę: Sauckel i Hess, Koch i Mengele. jak odejść, gdy ktoś inkantuje elegię i wprowadza ją w tunel, w którym ziarno głosu karmi ziarno ptaka? nie sposób odjąć dłoni rozwieranej przez pierścień. zawrócić samolotu nad wioską. Bo też dusze jednodniowe są próbą odpowiedzi na pytanie zadawane przez najwybitniejsze umysły epoki, dlaczego ludzkość tak łatwo jest podatna na idee jej niesłużące, na fetysze świecące podawane w zamian zamiast prawdy, wreszcie wykorzystywanie laickiego światopoglądu w walce z odmiennym pojmowaniem świata. Jest tu także ocena transformacji języka zmierzającego w kierunku marginalizacji uczuć, piękna, zatracania istoty elegii. Samsel w swoich poprzednich książkach udanie polemizował z Norwidem, Miłoszem, Herbertem, próbował jakby znaleźć klucz do wspólnego domu, w którym mogłaby egzystować różnorodność tych trzech wielkich postaci świata literatury. Najnowszy tom: Dusze jednodniowe jest propozycją, jakiej dotąd w powojennej poezji nie było. Tom ten jest podsumowaniem rozważań poety, jakie miały miejsce w Dormitoriach i w Abiectum Altissimum- tomach wydanych wcześniej i tak przychylnie przyjętych przez krytykę. Zwraca się uwagę na współczesne trendy poezji, w których dominuje ekstrawagancja, nonszalancki język, utwory często pozbawione są treści. Samsel udanie próbuje przełamać te stereotypy (już powszechnie panujące) przy tym mówi o sobie, że nie jest bynajmniej znakiem czasu, nie zamierza usadowić się w centrum jakichkolwiek rozważań, mimo takich deklaracji, jest jednym z niewielu przedstawicieli młodego pokolenia poezji polskiej, którzy starają się wnieść wiele nowych wartości do tego gatunku literatury. Dlatego w pełni świadom jego dokonań,  posiadanej wiedzy (filolog, filozof, związany z Uniwersytetem Warszawskim, badacz poezji Norwida, krytyk literacki, historyk literatury)   konsekwencji, z jaką wnika w zagadnienia i problemy współczesnej poezji (nie tylko poezji), rekomenduję tom Dusze jednodniowe, czytelnikom.
Jerzy Beniamin Zimny  

niedziela, 12 maja 2013

Poetycki połów








Jurek Grupiński wyciągnął szczupaka.
Bez puenty z masą ości i paszczą
w której zmieściła się głowa lalki
porcelanowej z czasów pozytywizmu.

Jurek pozytywnym jest nad wodą, kiedy
zwija kołowrotek z napiętą żyłką,
na haczyku złoty środek poezji
potem na rożnie brązowieje, aż popada

w czarną rozpacz wszystkich przodków
piszących z wolnej ręki. Poemat Rodos
jest niespokojny ale po kilku amforach
wina trudno się dziwić Jurkowi.

Sypiał wtedy pod gołym niebem,
spadały z niego oliwki, cykady
stadami mąciły wątki. O żegludze,
nawigacji gwiezdnej poety z Wildy

mówiono długo, i pewnie jeszcze dłużej
pisano, gdyby nie szczupak w piątek.

07.05.2013

poniedziałek, 6 maja 2013

Ogródek Poetycki Marii Magdaleny Pocgaj






W trzecią niedzielę kwietnia po raz czwarty spotkaliśmy się w Ogródku Poetyckim. Za każdym razem daje nam to możliwość poznawania różnorakich nowinek z kalendarza przyrody, odmienności światów poetyckich zapraszanych twórców, a także zasłuchania się w coraz to inne brzmienie muzyki, wykonywanej w miarę możliwości na różnych instrumentach. Coraz więcej też osób zagląda do „Ogródka”, jako że kultura odbierana „na żywo” dystansuje w sposób oczywisty wegetowanie przed domowym telewizorem. I tym razem Agata Ożarowska – Nowicka zaproponowała konkurs z odsłuchu, polegający na rozpoznaniu głosów słowika rdzawego i szarego, bowiem tylko te dwa gatunki występują na obszarze naszego kraju. Poznaliśmy też istotne różnice w ich brzmieniu, a także przyjrzeliśmy się bliżej tym romantycznym piewcom przestworzy, ukazanym na barwnych ilustracjach. Tym samym mogliśmy nabrać pewności, że długo oczekiwana wiosna tuż tuż. W części poetyckiej wystąpił Zbigniew Gordziej, poeta i prozaik, pełniący w latach 2007 – 2010 funkcję prezesa Poznańskiego Oddziału ZLP. Ale zaprezentował się nam nie tylko jako autor wielu książek poetyckich i opowiadań,  na co dzień bowiem  obcuje z cierpieniem innych, będąc nie tylko dyrektorem Domu Pomocy Społecznej w Jarogniewicach, ale terapeutą, opiekunem i przyjacielem przebywających tam pensjonariuszy. To także zagorzały miłośnik gór i pasjonat medycyny. Te trzy płaszczyzny wzajemnie się dopełniają, znajdując odzwierciedlenie w Jego twórczości. W swoim słowie przytaczał niejednokrotnie refleksje i przemyślenia wybitnych chirurgów i kardiochirurgów; godne zapamiętania jest zwłaszcza to, że odczytywanie zdjęć rentgenowskich może mieć dla lekarza wymiar  szczególnej, osobistej modlitwy.  Zbigniew Gordziej dzielił się też wrażeniami z samotnych wypraw w Tatry, nie zawsze obfitujących w zaplanowane zdobywanie szczytów, ale w pokonywanie samego siebie, co często bywa wyczynem dalece trudniejszym. Ze swadą wypowiadał się też na temat sensu pisania poezji, jej percepcji, czasem i przeceniania własnych twórczych możliwości, wreszcie - nie zawsze rzetelnego i uczciwego stanowiska krytyków i recenzentów. W czytaniu wierszy autora wzięła też udział pisząca te słowa. Obecny na spotkaniu ceniony krytyk literacki i poeta, Jerzy Beniamin Zimny, w ślad za nieżyjącymi już, wybitnymi poetami, Wincentym Różańskim, Andrzejem Babińskim, „kolekcjonującymi” cudze metafory, przyznał, że z dzisiejszego spotkania do jego własnej kolekcji pięknych, poetyckich zapożyczeń trafi określenie z książki Zbigniewa Gordzieja: „spojrzeć w niebieskie podniebienie ziemi”. Pochodzi ono z pozycji „Piórem po żebrach anatomii”, mianowanej Najlepszą Poetycką Książką Roku na XXXV Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim. Cóż, aby całość ogródkowego spotkania wybrzmiała harmonijnie, musiał dojść do głosu instrument nietuzinkowy, z niebanalną muzyką, wymagającą głębszej niż zazwyczaj koncentracji. Wysłuchaliśmy dwóch utworów na saksofon solo, w wykonaniu uczennicy Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia im. Jadwigi Kaliszewskiej, Faustyny Szudry. Młoda muzyczka przywiozła z sobą dwa saksofony: sopranowy i barytonowy. Towarzyszący jej Dyrektor Zespołu Szkół Muzycznych, Wojciech Michalski z pewnością miał powody do satysfakcji, gdyż gra na tym instrumencie wymaga szczególnych umiejętności, talentu i siły, zwłaszcza jeśli grającą jest kobieta. I choć linia melodyczna prezentowanych utworów nie należała do tzw. łatwych i przyjemnych, znakomicie korelowała z usłyszanymi wcześniej poetyckimi frazami. Trzeci utwór, na saksofonie barytonowym, Faustyna Szudra zagrała na wyraźne życzenie obecnych. Reasumując, przy natężeniu takich wrażeń, budziła się z uśpienia nie tylko przyroda, ale i nasza wrażliwość, świadomość własnej wartości, a może i gotowość do osobistych zmagań, pokonywania trudności, stawania się lepszymi dla drugich. A wszystko to zaczęło się od zwyczajnego posłuchania pieśni słowika…

Maria Magdalena Pocgaj

niedziela, 14 kwietnia 2013

Z dziennika (15)

Wszystko po staremu. Kolega towarzyszy mi w Starym Browarze, spotkaliśmy się po trzydziestu latach, nie powiem, że się nie zmienił on też nie powiedział - stary tyle lat stoisz w miejscu- nic a nic do przodu? Nie  powiedzieliśmy sobie nawzajem komplementu za to dałem się namówić na kawę. Jak już to trochę posiedzieć przy tematach obcych.  Z tego trochę zrobiło się więcej, prawie trzy godziny,  gdyby nie zapadający mrok pewnie spotkanie trwałoby dłużej. Jest regułą, co zauważyłem dopiero teraz, że im człowiek dłużej kogoś nie widzi, tym mniej ma do powiedzenia, tylko wspomnienia, coś najbardziej istotnego i na tym kończy się repertuar poddawany do rozmów.
Stary Browar to miasteczko w mieście. Położony na rozległej skarpie składa się z kilku poziomów, jest tutaj wszystko, łącznie z galeriami sztuki, dolne wejścia usytuowane są na popularnym deptaku Półwiejska. Kiedyś przebiegała tu linia tramwajowa łącząca centrum miasta z Dębcem. Tramwaje obwieszone ludźmi jak kiści winogron, w godzinach szczytu jazda na stopniach była czymś normalnym, w pewnym stopniu wyczynem w momentach kiedy przy torach parkowały ciężarówki dostawcze. Nie jednemu trafiło się stracić kurtkę. Lub co gorszego. Dzisiaj ulica jest deptakiem handlowym, mało kto pamięta że miała patrona w osobie Dzierżyńskiego. Idziemy deptakiem w kierunku Kupca Poznańskiego. Usytuowany na niewielkim placu w samym centrum miasta jeszcze do niedawna budził emocje wśród poznaniaków. Z tego miejsca rozchodziły się linie tramwajowe we wszystkie kierunki, prawie każdy z mieszkańców przynajmniej raz dziennie tutaj przebywał. Pamiętam skwer , ubikacje publiczne, kawiarnię Santos, ulicę Podgórną, która prowadziła do Bazaru i Biblioteki Raczyńskich. Pomnik Hiegei, został przeniesiony w inne miejsce, podobnie pomnik Mickiewicza. Wiele zmian, nie zawsze korzystnych dla otoczenia. Najgorsze jest to, że starsi mieszkańcy idąc przez centrum mają w oczach obiekty których już nie ma, nie mogą przyzwyczaić się do tych, które się pojawiły w ostatnich latach. Gorzej kiedy człowiek rzadko wypuszcza się do niektórych miejsc, wtedy miewa odczucie że zabłądził, albo wybrał niewłaściwy kierunek jazdy. Cóż wszystko galopuje naprzód, nie tak jak to było w przeszłości.

Kawiarnia Santos kojarzy mi się z najlepszym, najbardziej popularnym miejscem spotkań. Taki punkt zborny, dostępny niezależnie od pory dnia, grafiku zajęć i godzin pracy. Do tego w zasięgu ręki, jako że centralnie położony, niemalże geometryczne centrum miasta. Być może dlatego stoi tutaj pomnik Starego Marycha, chociaż postać ta bardziej kojarzy mi się z Łazarzem. Chyba postanowiono usytuować pośmiertnie jego postument bliżej artystów, zwłaszcza poetów. W Santosie pamiętam, dyskutowałem z kolegami o poezji obcej. Niewiele materiałów docierało do nas zza żelaznej kurtyny. Mimo to, o Eliocie, O 'Harze, a nawet o Donaldzie Finkelu wiedzieliśmy dużo. Donald Finkel  pisał tzw. wolny wiersz, łączył w jeden utwór różne wątki i tematy. Korzystał z cudzych tekstów, wtrącał do swoich utworów cytaty m.in. z Camusa, Franza Kafki. A także cytaty prasowe. Był to tak zwany brikolaż, poeta znany był także jako rzeźbiarz, często wykorzystywał przedmioty znalezione na ulicy lub pochodzące z wysypisk śmieci. Słynna jest jego teza stawiająca poezję przed autorem, uważał że pisanie poezji to powołanie, negował wszelką abstrakcję, rzeczywistość miała dla niego wymiar wszystkiego co można dotknąć, przeczytać, doświadczyć, stąd jego dzieła są materialne, a w poezji przywoływał to wszystko obce,  co w jego przekonaniu było prawdą.  Poezja mówi sama za siebie, autor na drugim planie do tego z powołaniem? Mało jest dzisiaj poetów pokroju Finkela. Panuje celebrycja, marketing pod każdą postacią, częstotliwość pokazywania się w mediach wirtualnych, osluchanie i opatrzenie z nazwiskiem i wizerunkiem własnym. Nie rzadko z pogranicza  etyki, brak barier natury moralnej, wreszcie dowolność i dostępność kanałów, przy zanikaniu dotychczasowych form i metod komunikacji bezpośredniej. Brikolaż Finkela pojawia się od czasu do czasu w twórczości artystycznej. Nie wiem czy zamierzony, lecz z pewnością ciekawy to warsztat nawet dzisiaj.

Wiosna dotarła pełzając, bociany doświadczyły srogiej zimy, flora jeszcze śpi, w połowie kwietnia jeszcze nie zdejmuję kurtki, zacznę swoją fizyczną wegetację wraz z drzewami. Póki co dużo czytam. Ostatnio postarałem się o "Dowód" Ebena Aleksandra. Wcześniej czytałem "Potęgę podświadomości" obie pozycje bardzo ciekawe. Polecam.  Można poddawać w wątpliwość cokolwiek, ale zanim do negacji człowiek dochodzi musi poznać temat, doświadczyć na swój sposób, pewność niewiele różni się od negacji, negacja idzie często w parze z brakiem tolerancji.  Stary Browar powstał najpierw w czyjejś świadomości, bez świadomości nie ma materii. Bez materii świadomość jest pozbawiona bodźców, wychodzi na poezję i pozostałe sztuki, bez sztuki nie ma egzystencji, jest tylko fizjologia.









piątek, 22 marca 2013

z dziennika (14)

Nigdy nie byłem w Hajnówce. A pragnę tam być z racji poetyckiej weny, która od dawna podróżuje po miasteczkach i mam problem natury wiarygodności. Kłamać, wymyślać nastrój i materię typową dla miejsca, czytam wiersze poetów stamtąd i mam wrażenie, że przebywają w innym miejscu, wrażenie ma charakter subiektywny a powinno mieć odwzorowanie, przynajmniej zahaczać o cechy autonomiczne, typowe lub historyczne jeśli czegoś już nie ma.

Jeśli Bóg da, pojadę do Hajnówki, przez Tykocin, Ełk i przez pewną wieś, nazwy nie pamiętam ale tam mieszka Reteska,  dziewczyna pachnąca ziołami i co rusz ze swojego balkonu pokazuje naturę która ściele się w jej wierszach.  Wcześniej w Tykocinie odwiedzę poetę, który onegdaj był w Paryżu i rozsypał kulki rtęci na dworcu kolejowym, dworzec legenda więc te kulki znalazły się nie przez przypadek.  W Tykocinie krzyżują się drogi poezji, jedna prowadzi do Mławy druga do Ełku. Nie sposób podążyć obiema, młodość jest wymagająca a wiek średni bardziej elastycznie przyjmuje natręta. Jestem z kapelusza, tak mówią ponieważ wpadam ni stąd ni zowąd. Podobno tak jest wygodnie, zaskoczyć a potem pastwić się nad potencjalną ofiarą. W granicach rozsądku. Da Bóg zawitam na Podlasie przez Mazowsze latem, w korzystnym okresie wegetacji ziół i kwiatów, dawno nie widziałem malw za płotem, żurawie przy studni też są mi bliskie, no i piaszczyste drogi w pola prowadzące. Na Warmii bywam bardzo często, ale nie miałem przyjemności poznać pewnego dostojnego miłośnika kolei żelaznych. Facet robi dobrą robotę i chwała mu za to, przy tym sam lubi podróżować, ale czasy nie są sprzyjające kolejowym trampom.  Clochard ale nie buntownik, odbieram faceta ciepło chociaż nie miałem przyjemności poznać, rzadka to sympatia, intuicja podpowiada mi, że mam rację.

W minionym roku, o którym chcę jak najszybciej zapomnieć, podróżowałem z przymusu. Wiele ograniczeń formalnych i wiele wydarzeń sprzysięgło się przeciwko mnie. Jakoś przeżyłem ale nie bez szwanku, chwała jednak temu na wysokościach, że trzymam się prosto i snuję plany na ten rok. Bardzo ambitne -  mierząc siły na zamiary- powinno ich wystarczyć niezależnie od sprzyjającej pogody, bo ta potrafi człowieka zniechęcić do wszystkiego. Prognozują suche i ciepłe lato, a to wskazuje mi kierunek północny jeśli chodzi o wojaże, Południe za daleko, kiedyś często tam jeździłem, z biegiem lat coraz mniej, a ostatnio tylko okolicznościowo. Każdy ma swoje ścieżki po których chadza nawet bez celu, i ja mam takie, nowych nie przecieram bo za późno, zachód i północ bo tam jest przestrzeń, najwięcej jezior i lasów. Podlasie kusi naturą i folklorem, dlatego w tym roku mam zamiar tam się udać.

W Auchan festiwal ryb, piorunująca zachęta do odwiedzin marketu, ryby trzeba spożywać ze względów zdrowotnych ale zdrowie jak wiadomo, kosztuje, kosztują więc i ryby i to bardzo. Ryba lepsza ryba gorsza nie ma gorszej już od dorsza- porzekadło z przeszłości zyskało inne znaczenie, gorsze należy zastąpić zwrotem- droższe.  Tak, człowieka już nie stać na dorsza,  a co powiedzieć o doradzie hodowanej w Turcji? Pułap cenowy bije sandacz i węgorz, a przecież jeszcze niedawno rzucaliśmy się śledziami, dosłownie i w przenośni. Czas wrócić do wędki, nie dla relaksu jak to kiedyś bywało, lecz ze względów ekonomicznych, ryby trzeba jeść, im człowiek starszy tym więcej powinien rozglądać się za rybim mięsem.


No i pognało mnie do Poema Cafe, w sobotę, posłuchać poezji  Jerzego Hajdugi i Jarosława Trześniewskiego. Znam pisanie obu Panów na tyle wyczerpująco, że spodziewałem się czegoś nowego, najnowszych tekstów, choćby z ostatnich miesięcy, jako że poprzednie książki znacznie odbiegają od tego co obecnie piszą. Rozumiem, że prezentacja adresowana jest do czytelników, kontakt z autorem jest bardzo ważny, ale na sali zasiada zawsze liczne grono poetów, a ci jak wiadomo śledzą szczegółowo twórczość kolegów. Prezentowanie poezji z tomiku wydanego dwa, trzy lata temu jest przysłowiową musztardą po obiedzie. To zastrzeżenie kieruję do Trześniewskiego, bo Hajduga prezentował swój najnowszy tomik: Powieki wieków, nominowany do Lubuskiego Wawrzynu 2012.  Jarosław Trześniewski w minionym roku poczynił bardzo widoczną woltę w kierunku języka jako podstawowego tworzywa. Przy zachowaniu tematyki i obszarów penetracji. Operuje znacznie dłuższą frazą, nie unika przerzutni i w niektórych tekstach ociera się o geniusz składniowy. Wpadłem w tę właśnie percepcję kilka miesięcy temu dlatego w sobotę czułem niedosyt.  Szkoda, że autor nie pokazał swojej obecnej twarzy, cóż moja wina, że tak wnikliwie  śledzę dokonania znacznego grona poetów, i moja wina, że wcześniej nie informowałem autora o swoich spostrzeżeniach.
Popołudnie spędzone w Poema Cafe wprowadziło mnie w optymistyczny nastrój. Spotkanie świetnie zorganizowane, publiczność dopisała (zabrakło krzeseł) wśród publiki dostrzegłem znajome twarze, pofatygowała się nawet Magda Gałkowska. Nie dlatego że spotkanie prowadził Kuba Sajkowski,  magnesem byli panowie którzy na co dzień zakładają robocze uniformy, przydające powagi zawodom, które wykonują. Kapłan  i Sędzia. A nam zebranym przyszło z pokorą wysłuchiwać oratorki z najwyższej półki. Z reporterskiego obowiązku dodam obecność Tadeusza Stirmera z małżonką, poznańskiego poety o którym jest coraz głośniej. Była Łucja Dudzińska ( z obowiązku), no i Anna Blaschke z Krakowa. Na sali obecna była także Renata Mszyca-Radna, prowadząca portal Poeci po godzinach. Onegdaj, inspiratorka zlotów Posmykowców, w których miałem przyjemność uczestniczyć. W sumie, bardzo udana impreza.

Jerzy Beniamin Zimny

poniedziałek, 4 marca 2013

Taczka poetów

Młotek Janka Palonego, gradzina i dłuta w komplecie. Taczka, raczej nie, kojarzy się z wywożeniem gnoju, obornika jak kto woli, albo kontrowersyjnych postaci dyrektorów. Nie wiem dlaczego Tomanek posłużył się takim właśnie środkiem lokomocji? Czyżby nawiązanie do tradycji? Tradycja rzecz święta, należy ją kultywować aby młode pokolenie wiedziało, co z czym się jada. Jak już jest mowa o tradycji, wspomnę jeszcze styropian, może bardziej wymownie jest na nim usiąść w centrum miasta, po turecku i czytać ludziom klasykę. Przypomną sobie czasy kiedy wystawali w kolejkach po dzieła Stachury, handlowali subskrypcją z niemałym przebiciem. I się poetom żyło, wolniutko z górki jakby nie patrzeć z każdej strony spływała gotówka nie mówiąc o innych dobrach dzisiaj poszukiwanych mimo dostatku wszystkiego. Poeta postrzega i chce być postrzegany, jeśli ten proces przebiega bez zakłóceń, jest dobrze. Jeśli nie, potrzebny jest wstrząs, z grubej rury w samo centrum tak aby z tego wynikła jakaś fala sejsmiczna, sięgająca dalej niż epicentrum miasta czy miasteczka, Kraj jest duży, poetów moc, zrobiło się ciasno, tak ciasno że już łokcie nie pomogą, bicie głowa w mur nie przynosi rezultatów, trzeba się zdobyć na coś spektakularnego, tak aby niektórym w pięty poszło, bo poecie coś się należy, nie ochłap i nie uwaga  społeczności lokalnej, a do tego oprócz talentu potrzebne są pieniądze. 

Źródła finansowania, zagadnienie biznesu i nie tylko. Fundusze celowe, sposób i metody podziału mają swoje obwarowania, jeśli komuś się wydaje, że można wydawać pieniądze podług woli i potrzeb, jest w błędzie. Dowolnie dysponować można własnymi pieniędzmi, pieniądz społeczny wymaga kontroli, podatnikowi nie wszystko jedno na co wydawane są jego pieniądze. I w tym momencie pojawia się konflikt interesów,  fundujący działa w tym przypadku w interesie społecznym, beneficjent widzi wyłącznie interes własny.  Niezależnie od tego jaki posiada status prawny. Działalność fundacji wszelkich stowarzyszeń oparta jest na prawie, nic nie dzieje się według uznania lub widzimisię ponieważ równolegle obowiązuje prawo podatkowe, dotyczące wszystkich bez wyjątku.  Zagadnienia korzyści majątkowych, darowizn, czy dochodów osoby fizycznej wynikających z finansowania książki są przedmiotem zainteresowania fiskusa. Dlatego nie budzi wątpliwości pogląd, że bardziej celowe jest przeznaczanie takich środków na imprezy o charakterze masowym, tak zwane imprezy otwarte.  Korzyści z tego płynące obejmują szersze grono konsumentów kultury. I tym kierują się samorządy przy podziale środków na cele kultury lokalnej i nie tylko.

Co powinien poeta, a czego nie powinien robić? Według Gałkowskiej (pisała na swoim blogu) nie powinien nikogo naśladować, nawet wzorować się na kimś, nie powinien pić przed występem, w wywiadach powinien mówić o swojej poezji w sposób nie budzący kontrowersji, w szczególności mówić do rzeczy. Gałkowska wymienia także kilka stereotypów poety, od rozchełstania, do ogłady zwracając uwagę na defekty i felery zarówno osobowości jak i fizjonomii?  Poeta to też człowiek, ma swoje wady i zalety, swoje słabostki, ukryte defekty, czasem choroby. Poeta jest bogaty, biedny i ubożuchny materialnie, ale zawsze jest jego poezja, i to poezja mówi, nie jej twórca, nawet kiedy przyjdzie mu coś publicznie burknąć, po trzeźwemu lub na kacu, w depresji lub w euforii. Przypinanie komuś łatek zawsze jest nie na miejscu. Chyba że mamy do czynienia z chwytami poniżej pasa, ugrać coś na kimś dla siebie, nie w interesie społeczności środowiska. Oburzenie czy potępienie, w myśl zasady: to ja zwracam uwagę, jestem oburzony, czy coś w tym rodzaju. A jeśli do tego dorzuca się insynuacje, próby zdyskredytowania czyjejś poezji przy okazji zaistniałego incydentu, to należy poddać w wątpliwość taką opinię. Do dziś mam w pamięci sylwetki wielkich poetów, jeden w kożuchu stróża spacerujący po komnatach zamku, wskakujący na scenę z papierosem i wkładający ten papieros do kieszeni. Dym płonącej marynarki, czy ostre polemiki podczas imprez najwyższej rangi, prowadzące do skandalu Niewielu znam poetów bez skazy moralnej. Dlatego nigdy nie będę potępiał w czambuł człowieka za to, że mówi nie tak jak powinien kiedy mówi o sobie, że jeszcze nie wytrzeźwiał, albo plącze mu się język. Jak to mówią, kto bez winy może pierwszy podnieść kamień. jak dotąd takiego człowieka jeszcze nie spotkałem. Taczka poetycka, do wywożenia tych, którzy nie szanują innych, jakiś przełom  musi nastąpić, inaczej powybijamy się nawzajem.  

Jerzy Beniamin Zimny









wtorek, 29 stycznia 2013

Z dziennika (13)

Robić sobie jaja z kogoś lub z czegoś.  Jeśli robią to pisma literackie a nie robiły tego jeszcze kilka lat temu, to ja jestem w kabarecie. Tak mi się wydaje czytając niektóre periodyki mające w tytule, kulturę lub literaturę. Ciężkie czasy dotarły także do niektórych redakcji (szumna nazwa) w tym przypadku, z redaktorem naczelnym, ale już bez dyrektora, sekretariatu, i wierchuszki dla dodania renomy. Oszczędzanie nic zdrożnego, format mniejszy, oszczędna szata graficzna, i zawartość? Tutaj pojawia się rdzeń kabaretu. Jak leci, z antenki z ust w wierszówkę w szpalty kolumnami, szeregiem- teksty wyszukane chyba na zebraniu miłośników literatury, lub kółka zainteresowań. Kilka znanych nazwisk dla zmydlenia oczu i numer gotowy do kolportacji. Nie skłaniam się ku totalnej krytyce, mamy to co mamy, chwała tym którzy poświęcają swój czas i nie rzadko własne pieniądze na redagowanie pism literackich. Gdyby nie dotacje, finanse różnych instytucji, sponsorzy, filantropi nie byłoby pism, a także literatury. Sponsorzy nie mają rozeznania w co wkładają swoje pieniądze, sporo książek poetyckich, bezwartościowych jest wydawana przy ich współudziale. Nie funkcjonuje należycie recenzja na etapie kwalifikowania książki do druku.  Kiedyś obok recenzji wewnętrznej wydawnictwa obowiązywały dwie recenzje z zewnątrz. Było to sito bardzo szczelne, zwłaszcza przy debiutach, renomowani autorzy też podlegali tej procedurze. Ostatnio pojawiło się wiele informacji na ten temat. Pewien autor informuje na portalu poetyckim, że w ubiegłym roku ukazały się trzy tomy poezji jego autorstwa, oświadcza że nie wyłożył ani grosza, bo jego wiersze były tak dobre, że znane wydawnictwo z południa kraju z entuzjazmem przyjęło jego propozycje do druku. Inna poetka na tym samym portalu informuje o swoich dwóch wydanych książkach w roku ubiegłych, znacznych objętością i bogato ilustrowanych, z zawrotną ceną, wyższą od ceny tomiku znanej poetki posiadającej swoją półkę w Empiku?  Sprawdziłem, wspomniane wyżej książki figurują w ofertach księgarń internetowych. Komentarz zbyteczny jeśli twórczość tych osób kwalifikuje się do grupy osób piszących bardzo niskich lotów lirykę. Osobny rozdział to redakcja i korekta wydawnicza.  Do rzadkości należą książki wydane bez błędów, nawet ortograficznych, widoczny jest brak dobrych praktyk w tym zakresie, trudno się dziwić skoro dzisiaj wszystko biegnie chaotycznym torem.

Rozmawiałem niedawno z młodym człowiekiem który wydał debiutancką książkę. Szlifował swój warsztat na jednym z portali poetyckich.  Wymienił kilka nazwisk (jego zdaniem wybitnych poetów) niestety wszyscy podobnie jak on praktykują w necie  od niedawna i nie mają żadnych osiągnięć, jedno ich wyróżnia, to że zaczęli pisać poezję na portalach internetowych i tam też służą radą innym użytkownikom?  Taka jest rzeczywistość (moda na pisanie krótkich form literackich jak Polska długa i szeroka). Jedni to określają sloganem: bawmy się, sugerują dozę tolerancji, niech pisze kto chce, poezja czyści się sama, co ma przetrwać przetrwa, co przejdzie do historii to przejdzie. Niewątpliwie tak, ale skutków tego zjawiska nikt nie chce przyjąć do wiadomości lub nie zdaje sobie sprawy z jego skutków. Za wszystkim kryją się pieniądze, społeczne pieniądze, jest normą, że nikt tak skutecznie jak ta właśnie grupa piszących, nie potrafi chodzić koło funduszy. Współfinansowanie jest już powszechne, pełne finansowanie bardzo często ma miejsce, osobny rozdział do promocja i spotkania autorskie, tutaj królują oni niepodzielnie pod hasłem dorabianych ideologii w kierunku wybitnej osobowości. Odwiedziłem niedawno kilka bibliotek, pytałem jaki jest system organizowania spotkań autorskich, czy są jakieś preferencje, rozeznanie co do nazwisk autorów będących w kręgu zainteresowania czytelników. Powiało zgrozą, czytelnik z racji, że nie ma dostępu na rynku do wydawnictw, ma do dyspozycji tylko te, które leżą na półkach, a które trafiają najczęściej przypadkiem. W księgarniach jak jest każdy wie, po za nimi nie brakuje natomiast książek o wątpliwych wartościach artystycznych.  Słowem pieniądze wyrzucane w błoto. Słowem wycinane lasy i marnotrawstwo papieru, zalewa nas lawa bubli i nikt nie widzi problemu, nikomu nie przyjdzie do głowy, że zanim wyda pieniądze powinien (jeśli sam nie może ocenić produktu) zasięgnąć opinii ludzi którzy się na tym znają.  Bawmy się wszyscy, slogan bardzo sympatyczny, poezja puszczona na żywioł, sama się przebije tam gdzie trzeba. Ale w mechanizmach wolnego rynku funkcjonuje marketing i reklama, sprzedać można wszystko,  i o tym wiedzą producenci kiepskich towarów, a jeśli cegiełkę dołoży znany recenzent, w formie liberalizmu w najwyższym stopniu, to skutek jest taki, że zostaje to wychwycone natychmiast przez autora, producenta, jako usankcjonowanie jego wysokiej pozycji pośród braci po piórze. Często czytam opinie niektórych poetów, którzy powołują się na pochlebne recenzje, wykorzystują autorytet recenzenta w sytuacjach, kiedy ktoś inny ma krytyczne zdanie. I kółko problemu się zamyka, i rozrasta się Wieża Babel niebotycznie.

W konkluzji na potwierdzenie powyższych wywodów przytoczę historię młodego człowieka Krzysztofa Wiśniewskiego z Warszawy. Poeta bez dorobku podjął się za własne pieniądze wydać zbiór wierszy Wincentego Różańskiego. Tomik ukazał się w 2008 roku w nakładzie 30 egzemplarzy, jeszcze przed śmiercią tego wybitnego poety, drugie wydanie w podobnej ilości egzemplarzy ukazało się nieco później. Jak to się ma do faktów przytoczonych powyżej, ano nijak, raczej brzmi to ponuro, żeby nie rzec- ironicznie, ironia która budzi sprzeciw, że coś takiego znajduje powszechną akceptację lub delikatnie mówiąc, ciche przyzwolenie. Są pieniądze na wydawanie grafomanii nie ma pieniędzy na wierszówkę dla autorów publikujących w pismach literackich. Uczestnicy życia kulturalnego zaangażowani w placówkach i instytucjach kultury wykazują się brakiem rozeznania  tego, co powinno się wspierać, promować, wspomagać finansowo, przygarniać do grona konsumentów kultury. Tak nie jest, i długo tak nie będzie, w myśl zasady: każdy sobie rzepkę skrobie, a warunki ku temu są sprzyjające, chlubne wyjątki wiosny nie czynią, albowiem parnas stoi na bazie tak kruchej, że może runąć, wtedy głowy wychylać będą niekoniecznie ci najwyżsi. Obym się mylił.

Jerzy Beniamin Zimny  

   
        

czwartek, 24 stycznia 2013

Święty z Promna

Jerzy Grupiński debiutował  na łamach Głosu Wielkopolskiego w 1963 roku. Należy do pokolenia 60, biorąc pod uwagę dekadę debiutu, a więc zaistniał w okresie panowania Orientacji.  Nie poszedł jednak szlakiem tego nurtu, od początku usadowił się w obszarze trudnym do zidentyfikowania, albowiem jest to obszar bardzo złożony, nikt dotąd (przez blisko pięćdziesiąt lat) spośród poetów nie znalazł się tam, nawet w pobliżu tego obszaru; połączenia klasycznego poetyckiego obrazowania , antycznego świata i echa antycznego metrum oraz wspaniałej erudycji z przebłyskami współczesności i delikatną wręcz nieśmiałą obecnością podmiotu lirycznego w tle. Nierzadko bardzo oddalony to podmiot, co jeszcze bardziej uwypukla liryczny kunszt Grupińskiego. Wiesław Myśliwski oceniając debiutancki tom pt. Kształt fali, zauważył odrębność poety na tle dekady, Grupiński według niego jest na najlepszej drodze do znalezienia samodzielnego, poetyckiego wyrazu dla swojej osobowości. I tak się stało, i nie zmieniło do dnia dzisiejszego. Grupiński oparł się wszystkim nurtom przez pięć dekad swojego pisania, w tym roku minie okrągła rocznica jego drogi artystycznej usłanej osiągnięciami,  tytaniczną pracą dla dobra poezji nie tylko poznańskiej, Wronczanin cały swój żywot spędza na poznańskiej Wildzie, często wypuszczając się na jeziora ze swoją ulubioną wędką.  Obdarzony stoickim spokojem, typowym dla wędkarza nie tylko nad wodą, odkąd mam z nim kontakty nigdy nie widziałem Jerzego pod wpływem jakichkolwiek emocji, nawet o sensacji potrafi mówić tak jakby się nic nie wydarzyło. A powodów było co niemiara, zwłaszcza w burzliwych dla środowiska poznańskiego latach siedemdziesiątych. Spotkania w Zamku nie zawsze przebiegały w stoickiej atmosferze, ścierały się tutaj  wybitne osobowości poetyckie, zaryzykuję stwierdzenie, że klub literacki prowadzony przez Grupińskiego był miejscem polaryzacji poezji poznańskiej, tutaj działał przysłowiowy papierek lakmusowy, stąd wychodziły w miasto wszelkie opinie, informacje, tutaj rodziła się sława wielu poetów. Choćby Babińskiego, Szatkowskiego, i wielu innych. Dzisiaj nie widzę takiego miejsca w Poznaniu, te które od czasu do czasu funkcjonują nie mają już takiego charakteru, społeczeństwo poetyckie integruje się w internecie, ale to już nie to samo.

Trzynasty tom poezji Grupińskiego jest tomem jubileuszowym. Pięćdziesiąt lat pracy twórczej, upoważnia poetę do świętokradztwa (moje  określenie) stąd tytuł: Kuszenie świętego Poetego. Kto lub co kusi  Grupińskiego w obecnych czasach? Pytam, ponieważ nie widzę w tym tytule fikcji, konotacji lub zapożyczenia. Otóż- Grupiński  swoim charakterem predysponuje do miana świętej osoby za żywota. Nie mnie jednak ci, co go znają bliżej, wiedzą że Jurek nie chce być świętym, godzi się na kuszenie, tylko kto lub co ma go kusić? Oto jest pytanie na miarę słynnego dramatu, zachodzę w głowę i szukam odpowiedzi:  facet w czapeczce z wędką na łodzi, facet zmierzający w kierunku słynnej Pestki aby udać się do Dąbrówki,  czy facet z Promna, zakorzeniony tam nie gorzej od cisów, obcujący z przyrodą jak  św Franciszek? W mojej pamięci zawsze bez papierosa i bez kieliszka w ręce. Czy te oczywistości nie cechują świętego?  Jak najbardziej. Ale zawsze jest jakieś ale, i zawsze znajdą się tacy, którzy doświadczyli innego Grupińskiego, choćby z wysp Greckich gdzie pisał swój poemat na czyjeś zamówienie. Być w Grecji i nie napić się wina z amfory? Oczywiście- antyczna Grecja jest bliższa Grupińskiemu aniżeli domowe pielesze. Kto zna jego twórczość ten nie musi jechać do Grecji, wystarczy udać się do Promna i posłuchać opowieści poety przy kominku. Własnoręcznie postawił domek, z typowym dla siebie luzackim usposobieniem, erudycją niespotykaną i sposobem postrzegania otoczenia wyjętym z mitów i baśni.  Ale codzienność Grupińskiego to chodzenie po ziemi, aktywność zawodowa, społeczna, towarzyska, mimo wieku w którym się nie mieści, w obowiązującym schemacie człowieka wiecznego odpoczynku, odpoczynek pojmuje czynnie, czego mu bardzo zazdroszczę, a jest przecież starszy ode mnie. Tytułowy wiersz nawiązuje do kuszenia, które o dziwo, trwa prawie pięćdziesiąt lat, i dopiero teraz poeta zważywszy na swój wiek odważył się na ten przydomek, dając wybór czytelnikowi między Grupińskim a Horacym. Oboje zresztą korzenie mają uwikłane w antycznym świecie.

Gaśnie twój palec
ale przez sen czuję jak znów
budzi się język
Czujny niespokojny się staję
bo słyszę "Ty jak oni to robili właściwie
No ci starożytni - mi czytałeś"

Na dobranoc w pół snu
broniąc się anegdotę intonuję mówię
A gdy uparcie gdy o krok znów jesteś
zamykam w pointę uczoną
dając dużo do myślenia na długo
" I goły twój tyłek jak solniczka" cytat
Ale widzisz kochanie gdyby Horacy
lingwistą lub Polakiem był
czytała byś  "jak pieprzniczka świeci" 

Świecąca pieprzniczka, dwuznaczność podmiotu i funkcji, trochę zadrwił sobie poeta z nas czytelników, ale nie zwiódł do końca, przynajmniej ja rozumiem  funkcję tego przedmiotu, w odniesieniu do pewnych sytuacji, lecz zamilczę, mamy jeszcze przed sobą trochę chodzenia po Poznaniu, łączy nas Wilda, nie może dzielić ciekawość  naszych słabostek, a takich u Jerzego multum, chociaż tego nie widać na zewnątrz i w poezji potrafi ukryć to, co chce. Nie mniej jednak kształt fali do dziś zmienia się nieustannie, to też świadczy o tym jaką drogę wyznaczył sobie poeta na samym początku, mieszkał w pogodzie, w kalendarzu, tworzył świat rezygnując z siebie, ważąc słowa jak kruszec przed okazaniem ich wartości publicznie. Na jubileusz sprawił sobie i czytelnikom, ucztę słowną. Czytałem i polecam nawet najbardziej wybrednym erudytom, miłośnikom poezji wybiórczej, nie natrętnej.

Jerzy Grupiński, Kuszenie świętego Poetego, Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, 2012






;         

wtorek, 8 stycznia 2013

Wykradanie chwil

                                                                 
Małgorzata Góralska woli kopać w ogródku niż pisać o sobie. Czytam jej debiutancki tom i wierzę poetce, że nie lubi się rozgadywać, nawet tytuły wierszy świadczą o jej skromności, małe formy okrojone do treści bez zbędnego dopowiadania, niekiedy enigmatyczne ale niosą treść zrozumiałą, więc czytelnik znajdzie w nich kawałek siebie, jeśli nie solidną porcję emocji od której nie sposób uciekać. Jestem w tych wierszach, byłem lub będę z przedmiotami codziennego użytku, otoczony krewnymi, miłością zrozumieniem i współczuciem. Sztuczność, przejaskrawienie, tego się poetka ustrzegła i jak na debiutantkę przystało- nieśmiałość panuje w jej wierszach niepodzielnie. Co jest widoczne w języku, oraz w oszczędnym doborze metafor.

Nie jest to poezja pierwszego szeregu, nie jest to poezja która zapisze się w jakiś szczególny sposób w annałach poezji polskiej. Nie jest to poezja efektu, uderzenia, zaskoczenia czymś osobnym, jest to poezja taka, jaką lubi czytelnik szukający siebie, swojego otoczenia, w swoich problemach uwikłany. Jest to poezja słowa obrazującego codzienność kobiety prowincji, siłą rzeczy jest to poezja prowincji z bohaterem uciekającym w krainę lepszą, bardziej wyrozumiałą, ciekawszą. Bohater przywiązany jest do miejsc, w których toczy się życie takie, a nie inne: nazywano mnie czekaniem, takim czekaniem bez szukania. Bo czego można szukać w świecie obowiązków, w nie zmieniającym się miejscu trwania, podróże są jedynie namiastką wielkiego świata,  w którym niepodzielnie panują małe światy. Takie małe światy pokazuje Góralska, dominuje w nich niespełnienie marzeń, niedostatek, wieczne pragnienia, rzeczywistość umajona ogródkiem, ożywiana dziećmi i bliskimi od czasu do czasu, praca i odskocznia, którą jest poezja: jestem bliżej nieba na chwilę, wykradanie chwil w sposób liryczny: szukam snu w porannej kawie, a tym snem jest to wszystko czego kobieta nie znajduje na jawie, pozostaje tylko: zrozumieć mijające się drogi. Jest też widoczna tutaj rezygnacja, pogodzenie się z losem,  pójście na układ z fatum, ale nie sprzedanie skóry, raczej wybieg, zyskanie na czasie podpierając się poezją,  ale nie ma szukania w niej azylu, czy innych drastycznych rozwiązań, stąd tytuł zakrzyczeć, zagłuszyć wszystko co pragnie mnie zdominować, zakrzyczeć poezją, dobrym słowem, miłością i pracą w ogródku, a jeśli coś jeszcze się zdarzy pozytywnego, to tylko cieszyć się z tego, mimo że: nie widząc jutra żyję od nocy do nocy. Gorzkie wyznanie, szczere i prawdziwe, jak wszystkie wiersze pomieszczone w tomiku. Debiut Góralskiej nie jest czymś niezwykłym, rzekłbym czymś typowym dla środowisk kulturowych działających w kraju, jest efektem wielkiej erupcji poezji minionej dekady, z wszystkim walorami i z wszystkimi wadami, niedoskonałościami, odstępstwem od wzorców warsztatu. Jednakże takie debiuty są świadectwem czasu, twórczości która egzystuje po za nurtami, twórczości oderwanej od instytucji książki, ale takie są reguły gry, nic w tym względzie się nie zmieni. Debiut Małgorzaty Góralskiej mnie zaciekawił, znalazłem kilkanaście fraz, które mogę przypisać poetce po stronie aktywów, mam wiec nadzieję, że następna książka będzie o niebo lepsza.

Jerzy Beniamin Zimny

Małgorzata Góralska,  Zakrzyczeć, SAPiK, Szczecinek. 2011                                                                                                                        

piątek, 4 stycznia 2013

Pierwiastek nieskończoności


Małgorzata Południak zadebiutowała książką poetycką (nie tomikiem jak można było przypuszczać) zatytułowaną iluzorycznym określeniem- czekając na tajemniczego Malinę? Rodzaj męski tego żeńskiego rzeczownika jest uzasadniony, ale tylko dla wtajemniczonych, przypadkowy czytelnik dopiero podczas lektury dojdzie do wniosku jak dalece może się posunąć poeta w obszarach poszukiwań oryginalności, własnej niczym nie zmąconej i do tego przekonywującej czytelnika, że ta oryginalność nie jest czymś zwodniczym, nie jest pozerstwem, ani kreacją będącą dopełnieniem, lub uzupełnieniem braków, niezbędnym dla egzystencji poezji debiutanta - co w ostatecznym rozrachunku daje synergiczny efekt w postaci zainteresowania autorem i jego liryką na dłużej. Nic z tych rzeczy.  Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to wewnętrzny dialog z Nieobecnością zmaterializowaną lirycznym słowem? A więc sytuacja liryczna niespotykana dotąd, ponieważ taki rodzaj dualizmu (może dwoistości) jest niezwykle rzadki. Jak dotąd nie miałem okazji spotkać coś podobnego w poezji Polskiej?  Wspomniana Nieobecność (czytaj Malina) to nic innego jak pożądana osobowość konieczna do funkcjonowania, na co dzień. Stąd w tytule: czekając, ale jak długo, czyżby było to dochodzenie poprzez ćwiczenie własnej osobowości, poddawanie jej wysiłkowi umysłowemu, bo tylko w głowie Malina może, w tym konkretnym przypadku musi zaistnieć, aby podmiot liryczny mógł normalnie funkcjonować i posiadać zdolność do podejmowania wyzwań natury egzystencjalnej. Tyle tezy, stawiam bez przekonania albowiem udowodnić jej wszystkie założenia będzie mi niezwykle trudno. Malina dualny, raz w kobiecej powłoce psychicznej, po wtóre manifestujący swoją męskość niezbędną w określonych sytuacjach, zabiegach o coś, walczący z przeciwnościami. Bardzo hermetyczny w swojej postaci, nie do końca przekonywujący albowiem oddać cechy męskie może wyłącznie mężczyzna, w kobiecej postaci zawsze będzie delikatny, mimo, że z jego ust płyną słowa twarde, akcenty ulokowane są w miejscach, w których mężczyzna zwykle milczy. Malina Południakowej, nie boję się użyć tego określenia- błądzi, błądzi sterowany kobiecą ręka, i jest to zamierzone, kobieta w ten sposób próbuje podkreślić swoją dominację, nawet na odległość, władcza w sposób nieograniczony, nawet myśli są przedmiotem swoistego zajęcia: w myślach można zdeformować nawet strach, wyciąć lasy i nie bywać jednocześnie w tych samych miejscach.  Wszechwładna i wszechmocna Malina rodzaju żeńskiego jeśli zechce uczyni wszystko, aby budować, niszczyć, ratować świat przyjazny obojgu, czas i miejsce nie mają znaczenia, drapieżna i jednocześnie łaskawa duszą i ciałem potrafi niczym Penelopa chronić Odysa, wszczepić mu te same zasady gry na odległość. W konsekwencji wszystko będzie po jej myśli, sterowane przecież, przewidywalne, i spodziewane zachowanie partnera w każdej sytuacji. Brzmi to buńczucznie, iluzorycznie, nawet budzi sprzeciw u każdego, kto przeżył coś podobnego. Takiego azylu w sobie dotąd nikt nie wymyślił, można egzystować w brzuchu wieloryba, można znaleźć schronienie w samotni, ale w sobie?  Celowo przywołałem tutaj Penelopę, ponieważ dostrzegłem w postępowaniu żeńskiego Maliny grę o wszystko, symbolem tej gry jest tkanie odzienia nicią Dejaniry, po której męski Malina bez problemu dotrze do domu. Z jednoczesnym rozpruwaniem jej, w tajemnicy przed wszelkimi pokusami, aby zabieg ten pokrył  się z terminem ucieleśnienia samotnie przeżywanych uczuć. Malina żeńska kocha, ale nie ukazuje tego, uważa, że jest to jej słaby punkt: ślubna pościel przysypana ziemią czeka. I wie doskonale, że: siła nie pochodzi od człowieka. Zatem, od kogo pochodzi siła przetrwania? Odpowiedzi trzeba szukać w sobie? Alter ego, ukryte walory obronne spoza materii, a może siły nadprzyrodzone nie wiadomego pochodzenia, ale nie mistyka czy magia. Malina dociera do wszystkich sfer zagrożenia, sfer niezbadanych i obszarów, które istnieją, ale dotąd nie miały znaczenia w życiu bohaterki,  lecz jeden po drugim pojawiają się w kuchni, pokoju a nawet na spacerze. Malina odporny, nabiera nowych niezbędnych cech przysposobienia, nawet znajduje korzenie w przedmiotach, choćby krzesło, w którym włókna nadal żyją i w miarę potrzeb z krzesła wyrośnie drzewo, idylliczne.

Poezja Małgorzaty Południak wymyka się wszelkim miarom porównawczym, nie da się umieścić w gronie pokoleniowym, w szeregu twórców o podobnych charakterze twórczym, nie jest - ani typową dla jakiegoś czasu, ani podobną do już prezentowanej, lub prezentowanej w przeszłości. Aczkolwiek widzę tu odniesienie do królika doświadczalnego Anny Janko, lecz Malina to wtórna postać samej poetki, raczej sposób zachowania, postępowania, szczególna osobowość, którą z konieczności trzeba doświadczyć, w złożonej sytuacji materialnej, w oderwaniu od czegoś, kogoś, dlatego mamy do czynienia z aktem twórczym, dosłownie, podczas którego nie tylko rodzą się wiersze, rodzi się jakby drugi charakter pokazywany w celu uzupełnienia braków, sił, odporności a nawet obcowania z bliską osobą na odległość. Akt twórczy, zabójczy w skutkach, bo nie wyobrażam sobie zachowania poetki od momentu pożegnania z Maliną. Nie będzie to łatwe jeśli niemożliwe, ponieważ dzieckiem tego związku jest książka. No i jawi się pułapka, zaczyna funkcjonować nowa zależność, już po za obszarem twórczym, o czym autorka nie zdaje sobie sprawy, jeśli książka ma już swój żywot odrębny, odcięta została pępowina, to autorka będzie musiała sobie z tym poradzić w innym uzależnieniu. Nowego Maliny nie wymyśli, partner, towarzysz w realu będzie musiał stoczyć bój z Maliną, czy autorka zajmie stanowisko rozjemcy, wątpliwe, a może zapomni o Malinie i wymyśli nową postać, tym razem trzecią w kolejności jako zamiennik lub ucieczka od problemów, a może wymyśli nowy rodzaj azylu. samotność ma różne oblicza, i stawia coraz to nowsze wyzwania? Bardzo daleko uciekłem od postawionej tezy, mam jednak nadzieję, że poetka mi wybaczy i nie przyjmie tego jako afront. Nie miałem takiego zamiaru, ale po wielokrotnym czytaniu książki czuje się zapędzony w kozi róg. Przysłowiowe maliny, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, jako przedstawiciel płci męskiej? Nie pozostaje mi nic innego jak tylko schylić czoła.

W jednej z wypowiedzi oceniającej debiut Małgorzaty Południak pojawił się nadrealizm, nie jako zarzut, lecz uświadomienie czytelnikowi, że ten rodzaj poezjowania jest realny, i ma swoje miejsce w poezji nie budzące sprzeciwu.  Wydaje mi się, że trochę na wyrost posłużono się tym terminem, nie widzę w liryce Małgorzaty czegoś nadrealnego, poetka nie wkracza w świat tropów i symboli, nie ucieka za daleko od pierwowzoru, wszystkie atrybuty którymi się posługuje są realne, natomiast wprzęga je w przewrotną osobowość Maliny, nadaje im znaczenie pierwszorzędne, choćby ślubna pościel, i krzesło a także pomieszczenia w które wprowadza lub przetrzymuje tam Malinę.  Jeśli nadrealizm to o charakterze podmiotowym, oscylujący w kierunku podmiotu czynności twórczych, a nawet tkwiący w samym podmiocie, inaczej nie byłoby Maliny, nie byłoby książki w takiej postaci. Chwała poetce za odwagę, z eksperymentu wyszło dzieło nacechowane nową wartością, skomplikowaną ale w przekazie możliwą do akceptacji, w warunkach kiedy coraz więcej ludzi przeżywa syndrom samotności, odosobnienia, przymusowej banicji, Malina staje się zbawiennym antidotum, bez uciekania się do drastycznych decyzji.

Na koniec o książce, niewątpliwie godna polecenia w stopniu najwyższymi. Nie dość, że ciekawa, to jeszcze poruszająca wielce: dramat, groteska, zaskoczenie, wzruszenie – wszystkie stany emocji funduje czytelnikowi autorka, ani przez moment nie czułem się znudzony lekturą ponieważ wiersze stanowią jakby ciąg informacji i obrazów ze sobą powiązanych, czyta się jakby opowieść napisaną lirycznym językiem, grafiki towarzyszące wierszom dodatkowo wciągają w treść i ją wzbogacają, obrazują, co w efekcie daje czytelnikowi możliwość konfrontacji własnego wyobrażenia z intencjami autorki. A nie są to ekfrazy ( tutaj ukłon w kierunku Rafała Babczyńskiego autora ilustracji) przysłużył się Malinie nie mniej niż poetka. Ukłon także w stronę wydawcy, Zaułek Wydawniczy Pomyłka ma już swoja renomę na rynku. W sumie udane przedsięwzięcie, a jako debiut, to z pewnością jeden z ciekawszych jakie ukazały się w roku minionym.

Jerzy Beniamin Zimny


Małgorzata Południak, Czekając na Malinę, Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin, 2012