poniedziałek, 20 czerwca 2016

Trzos Króla Eryka (piąte rozdanie)



                                                  Admirał Komandora

   Piąty "trzos króla Eryka" powędrował do rąk Janusza Pyzińskiego w Dębicy, który był nieobecny podczas finału.  Głównego laureata godnie zastąpili : Czesław Markiewicz, Jacek Hohense, Bartosz Konstrant, prezentując swoje zdolności aktorskie na scenie Zamku Książąt Pomorskich, przy wsparciu artystów z Wrocławia pod artystycznym kierownictwem Janusza Kasprowicza. Dzielnie sekundował wokalistom Marek Stachowiak z Gorzowa Wlkp. W nagrodę za perkusyjne zapędy otrzymał szklanicę wysokoprocentowego płynu. Darłowski finał odbył się w ramach "Poetyckiej majówki" na którą złożyło się szereg imprez, począwszy od wizyty w Zielonej Dolinie w celu złożenia hołdu zmarłemu rok temu Saszy. Przybyli jak zawsze członkowie klubu Opal ze Szczecinka, goście z Gorzowa i Barlinka, oraz wiele "dusz towarzyszących" myślami bez uczynku. Przy ognisku przy dźwiękach akordeonu wspominaliśmy Saszę, nieodżałowanego znawcę naszej poezji, znawcę sztuki, kolekcjonera kamieni morskich i bursztynów.  Nazajutrz udaliśmy się do Biblioteki  Miejskiej na "Poetycką tacę", wypełnioną wierszami. Zadaniem każdego z uczestników było odgadywanie autorstwa poszczególnych tekstów.  Wieczorem w Karczmie Rzymskiej odbyła się dyskusja na temat: Kiedy poezja jest sztuką, przy udziale Lecha. M. Jakóba, Beaty Patrycji Klary, Jerzego Fryckowskiego i Jerzego B. Zimnego.  Dyskusja zakończyła się po północy, a mogła toczyć  się do rana gdyby nie sobotni terminarz kolejnych imprez.  Przed południem w miejscowej bibliotece miała miejsce promocja Gromnicy, powieści Jerzy B. Zimnego, prowadziła ją Elżbieta Tylenda, fragmenty książki czytała żona Jerzego, Bożena. Autor odpowiadał na pytania nie rzadko wprawiające go w zakłopotanie. Wybrnął jednak zachowując spokój potrzebny na popołudniowy finał piątej edycji konkursu darłowskiego. Na konkurs wpłynęło ponad sto zestawów wierszy,  poziom był bardzo wysoki, wyższy od poprzednich edycji, jurorzy  stanęli przed trudnym wyborem zwyciężcy.  Obecność Bartosza Konstrata, Czesława Markiewicza, Jacka Hohense uświetniła finał. Koncert zespołu Makart zakończył darłowską majówkę z poezją. 



Oficjalny komunikat organizatora konkursu:


"Jury V Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O Trzos Króla Eryka” w składzie: Lech M. Jakób, Elżbieta Tylenda Jerzy Beniamin Zimny i Arkadiusz Sip – sekretarz po rozpatrzeniu wszystkich wierszy na swych posiedzeniach ostatecznie18 maja 2016 r. przyznało następujące nagrody i wyróżnienia: Nagrodę Główną i Trzos Króla Eryka otrzyma Janusz Pyziński z Dębicy. Wyróżnienia otrzymają: I- Jacek M. Hohensee z Warszawy, II- Czesław Markiewicz z Zielonej Góry, III- Edyta Wysocka z Miastka.  Nagrodę Burmistrza Miasta Darłowo za wiersz o tematyce morskiej otrzyma Ireneusz Jaskólnik z Warszawy. Wyróżniono następujące: drukiem wiersze: Beaty Kieras z Gdyni – „Niema”, „Bezpłodność”, Karola Graczyka z Torunia – „Eukarianty”, Macieja Filipka z Dęblina – „Bałtyk”, Małgorzaty Borzeszkowskiej z Lęborka – „Wrześniowe mgły”, Grzegorza Baczewskiego z Warszawy – „Dlaczego klasycy 2.0”, Agnieszki Marek z Bielska Białej „Trwanie”, „Inaczej”, Piotra Piątka z Kołobrzegu – „Chloroform”, „Laboratoria”, Doroty Ryst z Warszawy – „Lato w mieście”, „Burza”, Mirosława Kowalskiego z Mysłowic – „Minus 20”, „W miejscach niejasnych”, Marcina Królikowskiego z Warszawy – „Wanna mistrza Polikarpia”, „Medytacje z powidokiem fal”, Jerzego Fryckowskiego z Dębicy Kaszubskiej – „***”, Ostatni list do córki”, Anny Marii Wierzchuckiej z Warszawy – „Kiedy morska bryza przypomina bitą śmietanę”. Uroczysta Gala Poezji połączona z Koncertem- Projekt Volodia odbędzie się w Zamku Książąt pomorskich w Darłowie w sobotę 28 maja 2016 o godz.16.  Twórcom gratulujemy, a miłośników poezji i muzyki serdecznie zapraszamy".



                       Restauracja na rzece Wieprzy, pogoda dopisała, atmosfera liryczna jak widać.


                                 
                                   Na Zamku historyczny nastrój, czuje się oddech wieków.



                           Czesław Markiewicz, Jacek Hohense, Bartosz Konstrat, Arkadiusz Sip

                     
                        Marek Stachowiak, Janusz Kasprowicz, Jerzy Fryckowski wznoszą toast.



                                                Darłowo zmienia swoje oblicze


.


niedziela, 19 czerwca 2016

Dziennik byłego palacza







Dzieci Norwida  pukają do drzwi. Jeszcze kilka dni i udadzą się w Polskę świadczyć moje dobre intencje kierowane do rzeszy poetów polskich, z których większość już nie żyję, z których liczna gromada ma się dobrze, i ta część lirycznych głów, o których mogę powiedzieć, że dobrze rokują, 

Od Andermanna do Żernickiego, poeci poznańscy i warszawscy, laureaci prestiżowych nagród, autsajderzy i poeci na dorobku z rokowaniem, i bez. A także, ci którym nie starczyło życia na pisanie pięknej poezji. Zwykli zjadacze chleba, zamkięci w swoich pokojach o szumnej nazwie, "pracownia". 

Tak to sobie wyobrażałem trzy lata temu, zabierając sie do pracy nad książką. Czas przeleciał, nie zmarnowałem go za wiele, w rezultacie powstało dzieło w objętości ponad trzystu stron. Jedyny problem jaki się pojawił, to projekt okładki. I tutaj dokonałem istotnego odkrycia, mianowicie - że nikt tak dobrze nie wyczuwa graficznego obrazu, jak sam autor. Grafika musi bardzo skutecznie zmuszać czytelnika do pewnych refleksji nad książką.

Jest w książce rozdział poświęcony generacjom, nurtom i grupom poetyckim, Jest też rewizja wyroku wydanego na "Pokolenie Orientacji". Jest też ciekawy, bezwzględny dialog, z niektórym krytykami, którzy w latach siedemdziesiatych byli jeszcze pod wpływem socrealizmu. Brzmi to dzisiaj, po tylu latach nieprawdopodobnie. Jednak uważnemu historykowi pewne porównania i tezy stawiane przed laty, dzisiaj w nowych warunkach wydają się być anachroniczne, żeby nie powiedzieć absurdalne. Mam tutaj na uwadze ofiarę Stanclika i wymuszony przez możnych tamtych czasów, status Żernickiego. Mogę jeszcze wymienić Babińskiego, Ratonia, Czerniawskiego i Józefa Giello. Było ich wielu, ale w porównaniu z minionym ćwierćwieczem-  ich liczba wypada bardzo skromnie. Poezja też dokonała wielkiego skoku, Młodzi nie muszą czekać latami na debiut. Zachęcam do lektury.

13.10.2016
       



W Gorzowie zaprezentowałem się nieco lżejszy, z ostatnimi egzemplarzami Gromnicy. W przyszłym roku planuję drugie jej wydanie. Nie planuję natomiast kontynuacji zrzucania wagi, ale nie będę spożywał przetworów tłuszczowych i słodyczy, co w zupełności wystarczy do utrzymania wagi ciała na niezmiennym poziomie.  
To nowe moje doświadczenie i mogę służyć radą jak tego dokonać bez łykania środków farmakologicznych, suplementów diety oraz tzw. herbatek. Na środki wspomagające kurację nie wydałem ani grosza. Natomiast ilości warzyw, zwłaszcza: pomidorów, sałaty, ogórków i marchwi- spożyłem więcej aniżeli w ostatnim dwudziestoleciu! Horror, szok, niedowierzanie, że można rzucić palenie i skutecznie walczyć z nadwagą. Było minęło, i nie powtórzy się tzw efekt JOJO. 

W Gorzowie było bardzo roboczo. Pytania kierowane do mnie miały podłoże bardzo osobiste. Cóż książka jest spowiedzią starszego mężczyzny z grzechów dzieciństwa i młodości. Ile w niej prawdy, takie pytanie pada najczęściej podczas spotkań z czytelnikami. A prawdą jestem ja, jako autor, ani przez moment nie schodzący z kursu tego literackiego ekshibicjonizmu. 

Do późnej nocy roztrząsaliśmy w Ciecierzycach trzewia współczesnej literatury, przy znakomitym napoju z procentami sporządzonym przez Marka, noc minęła jakby jej nie było, Tylko w lesie rajcowały ptaki, jesienne ptaki. 

23 września 2016  












  Minął miesiąc a ja ani słowa w temacie. Obecne, codzienne menu stało się normalką po pięciu miesiącach korzystania z określonych potraw. I kolejne odkrycie- do wszystkiego można  przywyknąć, a to w końcowym efekcie wychodzi na zdrowie, 

  Zbliża się kolejna jesień, trzeba będzie zakończyć sezon literacki, Jeszcze tylko spotkania w Gorzowie Wlkp. oraz w Czarnkowie,  Potem "Biesiada poetów poznańskich" w bistro Cezar w Poznaniu, na którą zaprosiłem wszystkich żyjących jeszcze poetów, którzy debiutowali w latach 1960-1980: Andrzej Sikorski, Edward Popławski, Jerzy Grupiński, Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Jerzy Szatkowski, Maciej Porzycki, Piotr Bagiński, Marek Słomiak, Urszula Zybura, Paweł Kuszczyński. Spotkanie odbędzie się 3 listopada br. o godz. 18 00, w bistro Cezar na Osiedlu Chrobrego w Poznaniu.  W biesiadzie uczestniczyć będą wszyscy literaci zrzeszeni w naszym poznańskim oddziale, W programie wiele atrakcji, w tym turniej jednego wiersza i przyznanie nagrody w postaci wydania książki poetyckiej dla najbardziej niedocenianego poznańskiego poety lub poetki. Nie zabraknie słodyczy i dobrego wina. Zapraszamy wspólnie z Grupińskim. 

10 września, 2016


7 sierpnia 2016

Z obowiązku powiem tylko, że waga ciała spada coraz szybciej a Dzieci Norwida nabierają rumieńców. Tak jak odwykłem od tytoniu i alkoholu - zapominam o smaku wędlin surowych, wieprzowinie i słodkich napojach. Czyli jest tak, jak powinno być od wielu lat, kiedy puszczałem mimo uszu mądre rady starszych. Aż sam stałem się starszym i nie mam już kogo słuchać, dlatego zacząłem słuchać samego siebie.  

W Mławie Noc Poetów, w Ostrołęce Dionizje a w Poznaniu same kolizje. Zwłaszcza w nocy kiedy poeci śpią, Nie wiem jak jest z prozaikami, czy szukają inspiracji w pojedynkę, czy potrzebują wsparcia, podpórki. Tak mi się rymnęło zamiast rypło. Rypać każdy może zamiast spać. Albo rybka albo kajak, lub węgorz zamiast sznurowadła. Może być ciekawie rankiem w Mławie. Poeta głowa nie ta, poetka z poletkiem uprawnym. Cóż mi czynić na odległość, może wrzucę butelkę do Warty z życiowym wierszem. Może okaże się morzem w skali Beauforta. Może nie, innym razem, kiedy głowa będzie lekka. Nie moja na szczęście.  Każda inna jeśli ma uśmiech na ustach. 






30 lipca 2016

     Dobiega końca czwarty miesiąc diety:  1000 kalorii. I siódmy bez papierosa w ustach. Czy mam z czego się cieszyć? Od kilku dni dopieszczam szkice literackie, muszę je skończyć do końca września. Dzieci Norwida, taki tytuł będzie miało to obszerne "dzieło" pisane sukcesywnie przez kilka lat. Niewątpliwie najciekawszym jest rozdział poświęcony Mieczysławowi Stanclikowi - gwieździe Orientacji, brutalnie zgaszonej przez zwolenników Nowej Fali. Udało mi się dotrzeć do ciekawych materiałów historycznych, które teraz po latach rzucają cień na niektóre opracowania krytyczne dotyczące książek wydanych przez Stanclika na początku lat siedemdziesiątych. Dokonałem swoistej rewizji wyroku na Stancliku. W oparciu o publikacje z tamtego okresu wyłuskałem nieścisłości i polityczne zapędy niektórych krytyków. Czas wygładził pole widzenia, wtedy pagórkowate z pułapkami cenzury, lub wręcz z miejscami egzekucji niewygodnej dla określonego systemu, poezji. Dlatego, co jest zrozumiałe, pisano o Stancliku jako o poecie przegranym, poecie straconych szans. Dzisiaj brzmi to groźnie. Kuriozalna to ocena i w konsekwencji - niesprawiedliwy wyrok. 

O skutkach diety nie będę pisał, jaki jest koń wszyscy widzą, o totalnej abstynencji powiem tylko tyle, że nie dostaję zadyszki podczas wędrówek po mieście. mam jednak świadomość memento mori i może jeszcze zwracam uwagę na kalendarz przy wszelkich przymiarach i podejściach. Tyle dzisiaj w ostatnią  sobotę lipca. 

     





13 lipca, 2016


     Wczoraj obejrzałem "Człowieka z marmuru". Kolejny raz, z zaciekawieniem. Premiera tego filmu miała miejsce w kinie Wilda, w stylowym budynku, w sercu dzielnicy robotniczej.  Byłem tam z teściem.  Teścia już nie ma z nami od ponad dwudziestu lat, do kina Wilda wprowadziła się...Biedronka. Do Adrii, popularnego w Poznaniu lokalu nikt się nie wprowadził, tam gdzie chodziliśmy na "stare melodie" jest teraz "dziura w ziemi", natomiast  w kawiarni Marago gdzie miałem studniówkę, rezyduje obecnie bank, a na "Teatralce" nie ma już lustra, w którym obserwowałem jak przemija moja młodość. 

     Nie ma, nie ma, nie ma, śpiewała piosenkarka, ja śpiewam do ścian w domowym zaciszu, taka moja rola nie być już świadkiem przykrych rozbiórek obiektów, w których  bohaterowie "Gromnicy" odciskali swoje młodzieńcze piętno. Mateuszem Birkutem, mógł być syn gospodarzy ze Sławia, budował przecież Nową Hutę, jego prześladowcą mógł być sierżant, mój "książkowy" uczeń, którego podciągałem w języku rosyjskim. Mogło, mógł, mogli, być może,  - to nie zmienia faktów jakie miały miejsce w przeszłości. Jednym się wydaje, że autor podparł się fikcją, autor odpowiada prawdą, prawdą, bo po co zafałszowywać własny życiorys, swoje wzloty i upadki, miłości nieskonsumowane, miłości przepadłe za wiarołomstwo. 

   Na koniec pozytywne zaskoczenie:  otóż nie ma już drogi wylotowej z Poznania w kierunku Wągrowca, jest przebudowywana w sposób bardzo wygodny dla kierowców, nie ma też już przejazdu przez Murowaną Goślinę, jest nowa obwodnica, która skraca przejazd do Skoków o kwadrans.  A więc stare odeszło aby nowe wejść mogło, każde pokolenie ustępuje miejsca następnemu. I tak musi być. Nawet w poezji, kochani, trzeba mieć charakter. I zrozumienie dla zasadniczej funkcji czasu. 






7 lipca, 2016

     Jubileusze mają to do siebie, że człowiek trafia do jadłodajni, mimo że od wielu lat spożywa posiłki wyłącznie w domu.  Zwłaszcza w okresie zrzucania nadwagi, w trakcie totalnej abstynencji. W czwartek miałem obawy natury kulinarnej - jak się zachować w lokalu z bogatym menu potraw i napojów. Wypadło na grecką sałatkę, podczas gdy przyjaciele - Beata, Krystyna i Marek, nie wyłączając mojej żony-  nie oparli się zapachowi zupy gulaszowej, popijając tę pikantną potrawę piwem bezalkoholowym. Ja musiałem zadowolić się wodą mineralną z lodem i cytryną. Jak się okazało nazajutrz, opłaciło się przeżywać męki w lokalu - waga bez przerwy wykazuje spadek tłuszczu nagromadzonego w moim ciele - co napawa mnie nie tylko optymizmem, jestem w trudnym do zidentyfikowania raju, tutaj na ziemi.

    Piotr Prokopiak, poeta i prozaik od lat wzbudza moje zaciekawienie. Nie wiem czy to jego twórczość  ma na mnie taki wpływ, czy bogaty życiorys chłopaka z prowincji, który rusza w podróż tak często jak przysłowiowy domator. Złudzenie, błędny osąd, czy specyficzna osobowość poetycka, uderzająca prawdą aż do krwi. Chyba tak, z pewnością niepowtarzalna osobowość liryczna, przejawiająca się w życiopisaniu  tej najciemniejszej ze stron. Z przebłyskami słońca, które przynoszą mu określone zdarzenia i osoby, bardzo rzadko, ale bardzo istotne dla jego postawy życiowej. Piotrek osiadł za sprawą takiego "Słoneczka" w Bornym Sulinowie, i  są widocznie znaczne odmiany w jego zachowaniu, postępowaniu, także w jego twórczości. Sądzę, że wśród lasów dawnej osady żołnierskiej, Piotrek skutecznie "odespał swoją przeszłość", i rozpoczął spokojną, bez zawirowań wędrówkę ku wiecznemu słońcu. Tego mu życzę z całego serca, aby dotrwał do końca w takiej kondycji w jakiej jest obecnie i realizował życiowe cele. 




28 czerwca, 2016

     Wyrzeczenie, termin niemodny, wręcz niepożądany, a przecież tak istotny dla zdrowia, dla świętego spokoju, dla wielu spraw istotnych w życiu.  Wyrzeczenie wymaga od człowieka silnej woli, zdecydowania, czasem pokory dystansu do samego siebie.  Nie zdajemy sobie sprawy ile korzyści niesie ze sobą wyrzeczenie, tak wyrzeczenie. Zaspakajanie potrzeb często polega na ich ograniczaniu, bo w myśl zasady- wszystko co dobre, smakowite, kuszące i piękne- jest szkodliwe, przeważnie. Co się stanie jeśli człowiek nie wypije piwa, nie zje tłustego dania, podziękuje za smakowity kawałek tortu. Ktoś powie: czemu mam sobie odmawiać, i tak dalej, aż do dramatycznego zakończenia, kiedy jest już za późno.  Wystarczy zerkać w lustro,  odwiedzać przychodnie analityczne, badać swój organizm,  otyłość jest przyczyną większości chorób,  nadwaga ciała prowadzi do zwyrodnień stawów, serce musi pracować ze zdwojoną energia. ITD

         Od pół roku nie palę papierosów, w ślad za tym pojawił się wstręt do alkoholu, zmieniły się preferencje żywieniowe, na rezultaty nie musiałem długo czekać.  Rezultaty nie tylko związane z wagą ciała, owszem zmiana diety na beztłuszczową spowodowała spadek masy ciała o 8 kg w trzy miesiące, Dodatkowo, czego nie wiedziałem,  zaczęło obniżać się ciśnienie krwi, tętno które oscylowało między 88-92 uderzeń na minutę, spadło do 72-76. No i nie odczuwam już bóli stawów nóg - spada ciężar ciała zyskują na tym stawy. A sen, już bez pigułek, wstaję dużo wcześniej, podczas gdy paliłem nierzadko sypiałem do południa? Na koniec ruch, nie jest prawdą, że otyły człowiek musi się ruszać, biegając niszczy sobie stawy, najpierw odpowiednia dieta, dopiero potem systematycznie wchodzić w dystans. Od pół roku nie mam dolegliwości jelitowych,  a miałem prawie co tydzień. 

           Mam przeświadczenie, że efektów synergicznych abstynencji i wstrzemięźliwości jest znacznie więcej,  Nie będę przywoływał tutaj życia intymnego, ale tak jest. Od pół roku brak mi golonki, kiełbasy polskiej, pasztetów, metek wszelkiej maści, brak mi ziemniaków na rzecz kaszy, brak mi ciastek, mam za to w nadmiarze pomidorów, ogórków, pozostałych warzyw, sałatek, owoców,  niegazowanej wody, mięsa drobiowego i czasu do pracy - jeśli odeszły tzw przerwy na papierosa, albo ciężkie  dni po imprezach alkoholowych. Moja wola rozkazała mi :"cała na przód" słucham się jej, jak zdyscyplinowane dziecko, ja żołnierz rekrut.

    Pozdrawiam wszystkich palaczy, abstynentów i niezdecydowanych, tudzież ofiary wszelkich diet, własny organizm jest najlepszym doradcą. 



18 czerwca 2016

      Były palacz jest też byłym amatorem drinków, byłym smakoszem potraw z mięsa, słodyczy, wypieków cukierniczych, zwykłego cukru i niespodziewanych przekąsek - nawet latających, co ostatnio usłyszałem na temat natrętnych much. Były palacz jest lepszym kochankiem - kiedy nikotyna znika z żył i tętnic, w jej miejsce napiera testosteron. I nagle świat staje się pachnący, organizm łaknie ruchu, nic nie jest ciężkie chce się wszystkiego, słowem totalne odrodzenie.

    Trzeba wracać do miejsc z przeszłości, ponieważ zmiany następują w szybkim tempie, znaki rozpoznawcze, punkty odniesienia też znikają, trudno o prawidłową orientację w terenie. W Jasieniu nie byłem 17 lat, mój powrót tam w czwartek dla mnie był powrotem sentymentalnym, wzbogaconym spotkaniem z ludźmi, których znam od połowy lat siedemdziesiątych. Na miejscu zorientowałem się, że krótki pobyt to stanowczo za mało, że ludzie pragną czegoś więcej?Przyrzekam wrócić tutaj jak najprędzej, wstąpić w progi wielu mieszkań, podzielić się wiedzą praktyczną, wypić kilka kieliszków nalewki  i nie kończyć wizyty tylko wspomnieniami.  

    Trzeba wracać do miejsc szczególnych, osobistych owianych tajemnicą młodości. Dorastanie wiążę się z ekspansją emocjonalną, po latach na chłodno rozważam swoje zaniechania, przerosty niektórych działań czy brak zdecydowania przy podejmowaniu kroków na przyszłość. Przyszłość emeryta jest wielka, nie ma na niej tylu ograniczeń, nie wszystko czego się podejmie  skutkuje na przyszłość. W większości przypadków posiada charakter tymczasowy, jednodniowy, chwila zaledwie, a pamięć nie musi już tego rejestrować. Dlatego nie dałem się długo namawiać do udziału w "Bryczce Literackiej 2016". Słyszałem o tej imprezie dużo dobrego. W dziesiątej edycji zmieniono szlak, korowód bryczek ruszył z Kargowej, mojego rodzinnego miasta, stąd do Nowej Wsi gdzie znajduje się izba pamięci Eugeniusza Paukszty, dalej do Wojnowa, Starego i Nowego Kramska, a na koniec atrakcyjna biesiada w Podmoklach Wielkich. Tego roku organizatorzy gościli wirtuozów kobzy z Białorusi, Słowacji, Chorwacji, Szkocji i Ukrainy. Polskę reprezentowali soliści ze Zbąszynia i Stęszewa. Bardzo ciekawa i wartościowa impreza cykliczna:  folklor, przyroda, kulinaria regionalne (poza wszelką konkurencją)  i możliwość podziwiania uroków Babimojszczyzny, regionu który zapisał się w historii walki o polskość tych ziem - złotą zgłoską.  W sumie tydzień bardzo udany. 



15 czerwca 2016

Nie ma "Boże zmiłuj się", nie ma odpuść poezjo, trzeba się cieszyć z każdego dnia, obojętnie - słońce czy deszcz - droga jeszcze się nie kończy, końca żywota nie widać, nogi nie odmawiają posłuszeństwa. Polak potrafi, ale nie zawsze chce, ta maksyma brzmi jak ksywa, rym jest pomocny wszędzie, nawet kiedy człowiek szuka wyjścia z określonej sytuacji, jak mu się rymnie ukazują się "drzwi" a potem to już z górki. Moje "potrafienie" jest coraz mniej wykorzystywane przez innych, a przecież mam tyle nowatorskich opracowań z zakresu finansów, zarządzania majątkiem w produkcji. Może kiedyś przydadzą się moje arkusze kalkulacyjne, ekonomia to nie polityka, tutaj nie można łamać zasad rachunku ekonomicznego, bo jest jak podstawowe prawo fizyki, według którego możemy chodzić spokojnie po ziemi. 

Jutro trasa na zachód, przez Wolsztyn, Kargowę, Okunin, Sulechów, Zieloną Górę, dalej przez Nowogród Bobrzański do Jasienia, gdzie spotkam się z kolejnymi bohaterami Gromnicy. Będzie to niezwykłe spotkanie, bardzo obawiam się kontaktu z osobami, które pamiętają wiele faktów związanych z miejscową fabryką maszyn budowlanych. Spotkamy się w izbie pamięci, ponieważ po fabryce pozostały wspomnienia, i złoty okres wielu tutejszych rodzin. Czas nie zawsze działa na korzyść. W określonych miejscach wręcz przeciwnie, a takich miejsc na Ziemi Lubuskiej jest sporo. 


14 czerwca, 2016

Szósty miesiąc bez  papierosa, nie  mam  już zawirowań, nic mnie  nie ssie, kroki moje są  coraz wolniejsze- więc i tętno spada, spada apetyt na żarcie, widok ciastek, tłustych potraw odtrąca, no i co dziwne- alkohol - od świąt czuję wstręt do tego płynu, w każdej postaci. Nawet wino smakuje inaczej, piwoszem nigdy nie  byłem, dzisiaj  wchłaniam  jedynie  wodę  niegazowaną,  herbatę czerwoną,  wywar  z  czystka, z rzadka soki owocowe, jak już to własnej produkcji. A co z wagą? No właśnie, tutaj dzieją się dziwne rzeczy, bankowo każdy kto rzuca palenie przybiera na wadze, u mnie waga na początku poszła w górę, musiałem przejść na dietę beztłuszczową, ograniczyć węglowodany zwłaszcza pieczywo do zera, rzuciłem się na warzywa gotowane , surówki, kaszę, i na efekty nie trzeba było długo czekać - w okresie dwóch i pół miesiąca straciłem ok 6 kg. Nie jest to dużo ale lepiej tracić wagę systematycznie, bez uciekania się do radykalnych restrykcji żywieniowych. 

W czasie pobytu nad morzem odwiedziłem Koszalin, miasto szczególne dla mnie, dla moich letnich wojaży. Niedługo minie półwiecze odkąd zawitałem tutaj pierwszy raz, tym razem zaprosili mnie tutejsi poeci zaciekawieni  powieścią  Gromnica. Na  spotkanie przybył  (wyrwał się z pracy )  jeden z moich ulubionych poetów młodego pokolenia, Dominik Żyburtowicz, przyniósł dla mnie swój debiutancki tomik pt. Żaglowce. Bardzo dobry tomik, nagrodzony kilka dni później w Kutnie laurem: "Najlepszy debiut 2015 roku".  Cierpliwość młodego poety opłaciła się, wkroczył na najważniejszą arterię polskiej poezji współczesnej, a ja jestem z tego faktu rad albowiem nasze warsztatowe kontakty zapoczątkowane osiem lat temu na jednym z portali literackich zaowocowały w obu kierunkach.  Nie    ukrywam, że  od  młodych  też  można  się  wiele  nauczyć.  Choćby  cierpliwości i autokrytyki.  



piątek, 17 czerwca 2016

Miasteczko nad Lubszą

 


Fabryka domów

Miasteczko Gassen. Albo Jasień.
Obojętnie i tak nazwiesz po swojemu.
Bruk uliczny Hansa, cegielnię Franza
Wurziga. Fryzjera mają tutaj z Podola.

Lasy iglaste zamiast płotów.
Na zdjęciu stoimy obok pomnika,
szosy jeszcze nie ma. Daga ma w ręku
misia. Mały świat w dosłowności
fabrycznego portiera. I park już tak
nie uległy wiązom i cisom. Idę sam
za mną wszystkie oczy, nawet z okien.
Europę poznaję po ścieżce rowerowej.
i czerwonym bruku. W sklepach zeszyty
(idę jak oni na krechę). Przez środek jezdni,

południk, od którego zaczyna się strefa zero.

(z tomu, Rubinosa, 2011)



    Czwartek od rana słonecznie, wyruszamy na zachód, czeka mnie kolejne spotkanie z czytelnikami. Mam sporą tremę ponieważ miejscowość, do której zawitam dzisiaj jest szczególnie bliska rodzinie mojej żony, pochodzącej z południa Polski? Losy bohaterów Gromnicy były zadziwiająco nieprawdopodobne, tak jak moi rodzice trafili na zachód po wyzwoleniu, tak rodzice mojej żony z końcem lat 60-tych przenieśli się z Bielska Białej nad Lubszę. A wszystko za sprawą "bodźców ekonomicznych", które mój przyszły teść z ramienia resortu maszynowego wdrażał w miejscowej fabryce. Tak trafili do Jasienia w grudniu 1971 roku, w tym samym czasie kiedy my młodzi ( ja i ich córka) wzięliśmy ślub. Zbieżność faktów, zbieżność obecnych jubileuszy wywołane Gromnicą. Książka ta przyniosła już tyle dobrego, że powoli jako autor odsuwam się w cień. I tak być powinno. 

   Droga na zachód, od dziś jeszcze dalej na zachód od Sulechowa (tam zwykle kończyłem od kilku lat moje wojaże), mijamy Zieloną Górę przedłużoną obwodnicą, dalej przez Nowogród Bobrzański gdzie nadal działa legendarna stacja paliwowa, w której nabywaliśmy paliwo (przyjeżdżając z odległego Poznania) po znajomości w czasach "kartkowych". Bóbr płynie swoim tempem, zakole z piaszczystą łachą - niezmiennie, tylko wyszynku już nie ma, są za to nowe bloki mieszkaniowe, a miasteczko jest obecnie bardziej kolorowe i bardziej przyjazne. Udajemy się do Lubska gdzie osiadł na emeryturze drugi, najważniejszy bohater kamieniarskich szlaków. Przyjął nas po staropolsku, czasu mamy mało - czekają na nas mieszkańcy Jasienia,  niektórzy czytali już Gromnicę, pozostali chętni na lekturę czekają w kolejce? Ta informacja uderza we mnie jak fala rozgrzanego powietrza, słyszę opinię, że książki są do czytania, dla ludzi, nie dla znawców literatury:  "dał pan świadectwo czasów, nasze świadectwo, utożsamiamy się z tym wszystkim", na koniec okazuje się, że jeden karton książek to zbyt mało jak na kulturalny, rozczytany Jasień, i jeden egzemplarz prozy w bibliotece - to nie to samo co egzemplarz poezji. Padają pytania o moje dalsze plany wydawnicze, padają pytania o moją poezję, ponieważ na sali jest kilkoro osób piszących wiersze do szuflady. Odpowiadam i obiecuję wpadać tutaj częściej, ci co jeszcze żyją oddają się pracy społecznej: w miejscowej izbie pamięci, w Klubie Kresowiaków, w klubie sportowym. Mimo problemów finansowych kultura w Jasieniu funkcjonuje, starsi wspominają ówczesnego dyrektora fabryki, Mariana Szpaka, który swego czasu postawił na kulturę i szkolnictwo zawodowe, tradycja pozostała, pozostała też wśród mieszkańców świadomość znaczenia człowieka jako zasadniczego ogniwa w infrastrukturze, podziale dóbr materialnych i kulturalnych, zdrowia i oświaty. 

  Jestem jeszcze pod wrażeniem spotkania, dziękuje Pani  Urszuli Hryniewicz i jej zastępczyni, Irenie Ludwig, mieszkańcom miasta, przyjaciołom i znajomym za wspaniałe przyjęcie, dzisiaj w Jasieniu była jedna wielka rodzina sympatyków tego miasta, Gromnica stała się pretekstem do spotkania po wielu latach, to najlepszy sposób na utrzymywanie kontaktów, jest nas coraz mniej, i nie wszyscy są sprawiedliwie postrzegani, chociaż czas weryfikuje wszelkie osądy.











piątek, 1 kwietnia 2016

Gromnica





WIECZÓR WSPOMNIEŃ


Gościem kolejnego „Wieczoru na Parkowej” 16.11.2016 r. był autor „Gromnicy” Pan Jerzy Beniamin Zimny, były mieszkaniec Krosna Odrzańskiego dla którego jest to miejsce najwspanialsze do życia 
i dodatkowo, związane z latami młodzieńczymi. Sam autor, bardzo ciepły człowiek,, mocno związany emocjonalnie z naszym miastem, wraz ze swoimi kolegami z dawnych lat i mieszkańcami Krosna „wyczarowali” wspaniały wieczór wspomnień okraszony lirycznymi 
i zabawnymi fragmentami, których nie brakuje w książce. Dziękujemy autorowi za podarowaną naszej bibliotece literaturę 
( zachęcamy do czytania – warto! ) i wspaniały wieczór, który na długo zostanie w naszej pamięci.

Biblioteka Publiczna w Krośnie Odrzańskim






RZEŹBA W SŁOWIE I W KAMIENIU

     Opasłą, liczącą 380 stron książkę „Gromnica”, poznańskiego poety, Jerzego Zimnego, czyta się    z przyjemnością i z zainteresowaniem. Autor postawił na żywą akcję i dialogi. Dzięki temu nie brniemy przez długie opisy przyrody, jak u Orzeszkowej w „Nad Niemnem”, choć krajobraz i pory roku grają w tej opowieści niebagatelną rolę i po lekturze pozostają czytelnikowi pod powiekami barwne ich opisy. Ale też krajobraz i przyroda grają ważną rolę w tej opowieści, często wpływając na stan ducha narratora. 
    Właśnie, jaki gatunek literacki reprezentuje „Gromnica”? Narzuca się słowo „opowieść” jakiego już użyłem, ale można też mówić o prozie autobiograficznej, powieści z kluczem, zbeletryzowanej biografii itp. Jednak po zastanowieniu się powiedziałbym, że jest to powieść na motywach autobiograficznych, a to dlatego, że ma wszelkie cechy prozy artystycznej, a więc przede wszystkim piękny literacki język, świetną kompozycję, która porządkuje opowieść i nie nudzi, doskonałe, z wyczuciem napisane, zindywidualizowane dialogi, które charakteryzują występujące w powieści postacie i pchają akcję do przodu. W dialogach nie ma ani odrobiny fałszu, brzmią bardzo swobodnie, autentycznie, zgodnie z duchem czasu i można podziwiać doskonały słuch literacki autora, a może i jego własną inwencję twórczą oraz pamięć.
Jest to także niemały kawal historii Polski od czasu zakończenia wojny, a zaplanowany aż do dziś. Bohater powieści, jak na syna dróżnika kolejowego  przystało, pisze: „Pierwsze lata mojego życia przebiegały pod znakiem parowozów  Każdy gwizd z oddali podrywał mnie na nogi, podbiegałem do torów i starałem się liczyć przejeżdżające wagony. Z czasem pociągi jeździły coraz częściej, zwłaszcza transporty wojskowe, niekiedy zatrzymywały się na bocznym torze, na wprost naszego domu. Żołnierze rosyjscy wyskakiwali z wagonów za potrzebą, a że były ich setki, każdorazowo po takiej „wizycie” ojciec musiał zaorywać łąkę.”
Bohater powieści, od najmłodszych swoich lat, wie co to praca. Nawet jak w ich rodzinnym gospodarstwie pojawia się rzeźnik, aby ubić świnkę, wówczas wyznaje: „Najpierw z czystej ciekawości byłem jego pomocnikiem, potem już z dużym zaangażowaniem i nabytą wprawą wykonywałem prawie wszystkie czynności, naśladując mistrza. Była to praca ciężka i trudna, ale bardzo ciekawa,, przy której można było się wiele nauczyć”. Ojciec zabiera go też na zarobkową wycinkę drzew  lesie. 
   W późniejszym życiu również wykazuje wiele talentów, gra na trąbce, występuje w kabarecie, cały czas pisze wiersze, w wojsku jest „złotą rączką”, a poza tym statystuje w filmie „Czterej pancerni i pies”, jakiś czas pracuje na kolei, a w dorosłym życiu porzuca prestiżową pracę w państwowym kombinacie, aby zająć się wykonywaniem nagrobków, jako pracą mniej stresującą, a dającą większe dochody. A przy tym facet, co tu dużo mówić, silny i z charakterem. W dodatku sportowiec, posiadacz „żółtego czepka” w pływaniu. Wiele rzeczy potrafi sam zrobić, nie ma dwóch lewych rąk. nietypowy poeta, można powiedzieć. 
   Jednym słowem narrator to chłop na schwał, do bitki i do wypitki, a przy tym w głowie ma dobrze poukładane, wie jak zarobić trochę grosza, a nie żyje tylko marzeniami. Również strzelec wyborowy, postrach peerelowskich strzelnic jarmarczno-odpustowych.
Podczas lektury na myśl przychodziła mi czasem „Pamiątka z Celulozy”, choć bohater powieści Zimnego za socjalizmem nie przepada, a także „Boso ale w ostrogach”, no i opowiadania Londona, bo Hłasko na Zimnego to chyba zbyt płaczliwy i liryczny.. Ale są tam też fragmenty poetyckie, jakby z Prousta. Na pewno nie należą do nich opisy przepustki z wojska, kiedy nasz bohater wysadza w powietrze na wsi kibel przy pomocy materiałów wybuchowych. I jak tu się dziwić, że chłopi wolą za stodołę biegać… Za karę weselnicy pili „na pohybel” temu, co kibel rozwalił. Wzruszające są opisy erotycznych i romansowych przygód z różnymi narzeczonymi w scenerii modnego sanatorium, kawał naszej obyczajowości rodem z PRL. Obraz czasów w lustrze literatury.
Kiedy bohater pracuje jako wykonawca nagrobków, spotyka barwną postać literackiego Poznania, Witka Różańskiego, przyjaciela Edwarda Stachury. Napisał o nim kiedyś Jerzy w internecie arcyciekawą notkę zamieszczoną na portalu Liternet, wspominając wizytę na cmentarzu: 
„W narożnej kwaterze spoczywają rodzice Witka Różańskiego. Do dziś mam w pamięci historię tego nagrobka. W połowie lat osiemdziesiątych, latem spotkaliśmy się na ulicy. Witek o tym co się wydarzyło, kto u niego był, komu coś wyszło, kto dostał po uszach. Rozmowa zeszła na temat grobów, chwastów, i zasychającej gleby na mogiłach. Trza by postawić choć lastriko, mówię. Witek kręci głową- długo trzeba czekać, a ja już nie mogę patrzeć na glebę. Pracowałem wtedy w kamieniarce, w dwa tygodnie nagrobek był gotowy, napis wykułem własnoręcznie, dodatkowo do obelisku, dostawiliśmy pokaźny krzyż, dodając także napis informujący, że tu spoczywa Powstaniec Wielkopolski. Reakcja Witka była iście poetycka, w tłoku przed cmentarzem, nie zważając na społeczność rzucił dziękczynną wiąchę w swoim stylu. Potem wypiliśmy piwo rozważając zagadnienie własnego pochówku. W latach osiemdziesiątych zajmowałem się liternictwem, płaskorzeźbą, wszystkim co można zrobić z kamienia. Moje napisy zdobią tablice pamiątkowe, poświęcone znanym Wielkopolanom, widnieją na obeliskach w Wiedniu, Berlinie. Wykuwane w języku hebrajskim, wczesny i późny gotyk, także cyrylica. Jak dotąd wiersza nie uwieczniłem w kamieniu, poza cytatami z Biblii, i takie tam zachcianki wdów, i innych potomków umarlaków” (24 kwietnia, 2011). I dopisek kilka dni później: „Witek, leży w Alei Zasłużonych na Miłostowie”.
Powieściowa wersja tego zdarzenia jest bardziej zawoalowana, ale prawie wszystko się zgadza. Z postaci literackich, które mają odpowiednik w rzeczywistości, pojawia się też Andrzej Babiński, który w okresie „kartkowym” zaopatruje się w papierosy u naszego bohatera, no bo ten oczywiście potrafi wszystko załatwić. Epilogiem tej opowieści i pointą niech będzie, że Jerzy Zimny niedawno rzucił papierosy i jest z tego dumny.
O swoich pracach literackich, bohater „Gromnicy” pisze: ”Poezja mnie trapi codziennie  za to moje kamieniarskie błoto, zmarnowany czas przy kamieniu. Kamień jest jak moje życie - chłodny i do tego twardy, i taki niespolegliwy. Już się na tym łapię, że zmiany jakowe we mnie zaszły i to bardzo daleko, i teraz już nie jestem ten sam chłopiec, o piwnych oczach, czuły i zawsze wrażliwy na piękno”. 
Jakoś w tę ostatnią deklarację nie chce mi się wierzyć. Zimny jak kamień? - nie wierzę, jako poeta jest ciepły, choć analityczny.
O Jerzym Zimnym napisano na okładce jego książki: Urodzony  w Kargowej (1946) uczęszczał do szkół: w Krośnie Odrzańskim, Sulechowie, Poznaniu, absolwent poznańskiej WSE. Poeta, prozaik, krytyk i recenzent, historyk poezji polskiej. Debiutował w 1970 r. w piśmie studenckim „Merkury”. Wyróżniany i nagradzany w konkursach poetyckich, nominowany do Lubuskiego Wawrzynu 2012, za tom poezji „Rubinosa”. Promotor młodej poezji polskiej (…)”.
   Wracając do „Gromnicy”, to powieść napisana z dużą swadą, nerwem i talentem. Proza artystyczna przebierająca się za dokument, autobiografię, zapis pamiętnikarski. Zimny mówi wprost, zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Książka doskonale kompozycyjnie przemyślana. Bilans jednostkowego życia i bilans epoki. 
Rzeczywiście, imponująca gromnica, jako pomnik życia nienadaremnego. Symbol wiary, wiary w Chrystusa, w życie wieczne. Obrona przed złem. Podobno z gromnicą łatwiej umierać, ale ja czekam na drugi tom powieści, a Jerzemu życzę jeszcze wielu lat życia.
………………………………………………………
Jerzy Beniamin Zimny, Gromnica, Poznań 2015, ss. 380.

Zdzisław Antolski






16 czerwca gościliśmy poetę i prozaika Jerzego Beniamina Zimnego. Pretekstem do spotkania była powieść autobiograficzna pt. ,,Gromnica" wydana w 2015 roku. Ciekawostką jest to, że w książce pan Jerzy wspomina także nasze miasteczko, które poznał w latach siedemdziesiątych, odwiedzając mieszkających tu rodziców swojej żony - Państwa Szpaków. Pan Marian Szpak, teść autora, był w tym okresie dyrektorem Fabryki Maszyn Budowlanych ,,ZREMB". Ówcześni pracownicy jak i mieszkańcy zapamiętali pana Mariana Szpaka, jako bardzo dobrego dyrektora oraz osobę mającą duży wpływ na rozwój Jasienia w sferze: kultury, edukacji i sportu. Z tego powodu na spotkanie przyszło spore grono osób związanych wówczas z FMB ZREMB. Pan Jerzy przyjechał z żoną - Bożeną, oraz córką - Dagmarą. Miłą niespodzianką była również obecność pani Małgorzaty Szpak, wdowy po dyrektorze Marianie Szpaku. Mimo, że Jasień nie był miejscem zamieszkania autora, to pan Jerzy ma wiele wspomnień z nim związanych, o czym można przeczytać w powieści ,,Gromnica". Ciepła atmosfera towarzysząca spotkaniu bardziej przypominała odwiedziny dobrych znajomych niż spotkanie autorskie ale na zakończenie pan Jerzy długo musiał podpisywać swoje książki, a kolejka po autograf wydawała się nie mieć końca.






    Z zaciekawieniem i prawdziwą przyjemnością w ciągu zaledwie cztery dni przeczytałem książkę pana Jerzego Beniamina Zimnego pt. „Gromnica”. Wyszło na to, że każdego dnia pochłaniałem około 95 stron tej autobiograficznej powieści. Mam ten przywilej i tą przyjemność znać osobiście Autora książki, do tego jesteśmy prawie, że rówieśnikami, także przygody i problemy z którymi   zmaga się książkowy bohater „Gromnicy” są mi szczególnie bliskie i ciekawe. Powieściowy narrator jest człowiekiem z krwi i kości, jest on szlachetny, ambitnym i zdolnym młodzieńcem który doświadcza życiowych sukcesów, ale też i rozmaitych porażek. Napisanie takiej wspomnieniowej książki wymagało od Autora sporej odwagi. W każdym szczerym autobiograficznym opowiadaniu jest coś z ekshibicjonizmu, kiedy to autor śmiało ukazuje własne przeżycia i przygody. Nie jest łatwo opowiadać o sobie bez owijania w bawełnę, gdyż wszyscy mamy tą tendencje aby pokazywać innym tylko swoje jasne strony. Jak wiemy młodzi buntują się, bywają nierozważni, a czasami mimo braku doświadczania nazbyt pewni siebie. Tak było jest i będzie. Chyba każdemu z nas rodzice zadawali pytanie - co z ciebie wyrośnie? Jak widać wyrośliśmy nie marnując szansy jaką dało nam życie. Tak to jest, że każda miniona chwila staje się wspomnieniem. Takich wspomnień mamy w życiu bardzo wiele. Zapamiętujemy je lub zapominamy. Na ogół doskonale pamiętamy to, co wzbudziło w nas pozytywne, bądź negatywne emocje, nawet po latach potrafimy o tym opowiadać z przejęciem i szczegółami. Każdy z nas może być autorem powieści z własnego życia, tylko od naszych przeżyć zależy jej fabuła, a od talentu jakość biograficznego dzieła. Czytając książkę Pana Zimnego podziwiam Autora za Jego talent i wspomnianą szczerość. Pan Bóg obdarował nas wszystkich czasem, którym mogliśmy i możemy dysponować wedle własnej woli. Bohater „Gromnicy” nie zmarnował swojej młodości, zdobył wykształcenie i pozyskał serce szlachetnej i pięknej Kobiety, także jest to powieść z happy endem. Dziękuję, za „Gromnicę”, a teraz  czekam na kolejną powieść, jak Bóg dał Autorowi talent, to musi z niego korzystać. 
Kłaninem się nisko Autorowi GROMNICY -  chapeau bas! 


Leonard Jaworski



Ostrołęka, 15 marca 2016 roku

Drogi Jurku, autorze Gromnicy,
Drogi Macieju, Szanowny Panie
Jerzy Grupiński, Szanowni Państwo,

            jest mi niewymownie żal, że nie mogę uczestniczyć w Twoim święcie, Jurku, osobiście – tak jak pierwotnie to zaplanowałem – licząc na poznański marzec w Twoim, Macieja, Państwa ciepłym towarzystwie. Tym bardziej, że klękam przed Gromnicą i mówię o niej bez zbędnych półsłówek: to opus magnum Jurka, jego niekwestionowana powieść życia. Cieszy mnie widok tej książki, bowiem potwierdza cum grano salis prozotwórczą siłę poetów, prawdziwych poetów. Wiem, jak długo powstawała książka, nieraz opowiadałeś mi o latach pracy, a przy kolejnych latach, latach korekty byłem już świadkiem Twojego edytorskiego wysiłku. Tak, pamiętam, jak potrzebowałeś do tego trudu pomocy, jak zaoferowałem Ci swój własny namysł nad książką, ale niestety – ciężar obowiązków przeważył i Gromnicę musiałem odłożyć na skraj stołu. Zadzwoniłem do Ciebie, przepraszając, mam nadzieję, że nie zdawkowo, żarliwie. Żal mi, że czas zwyciężył nad nami, tak jak i dziś – czas i okoliczności nad nami zwyciężają. Ale od tego nasze człowieczeństwo, aby temu, co się opiera, samemu temu, co stawia opór – przeszkodom – swój własny opór postawić. Stąd ów list-studium, który za chwilę prześlę na ręce Maćka Rasia i Twoje, Jurku. Trochę za Norwidem, wybacz strojenie się w patetyczne pióra, ale słowo jest po to, aby je brać, by je podjąć: „Pieśń Ci jak mewę posyłam, o! Janie”.
Wyobrażam sobie, Jurku, że siadasz po raz pierwszy do pracy nad Gromnicą właśnie wtedy, kiedy piszesz tom wierszy Dystans. Czyli jeśli dobrze odliczam lata – w 2008 roku. To oczywiście nieprawda, idea zapisu książki życia, czy może książki z żywą mową życia nawiedziła Cię, napadła, odebrała Ci domowy spokój – o wiele wcześniej. Sam pamiętam, jak wspominałeś rok 2006 bądź 2007. Jednak niezależnie od rzeczywistych uwarunkowań, to Dystans jest dla mnie swego rodzaju prolegomenami – zarówno do dalszych zbiorów Twoich wierszy, jak i do Gromnicy. W Dystansie bowiem, w tomie, od którego zacząłem Cię poznawać, w tomie więc, którego nigdy nie przestanę wyróżniać, ustaliłeś formułę swojej własnej literatury, pisarstwa, zarówno na jej skale poetyckie, jak i prozatorskie. Jak to, Karolu? – zapytasz mnie zdziwiony. Wątpię w tę konsternację, wiedziałbyś od razu, co mam na myśli, lecz mimo wszystko (pozwól) zrekonstruujmy na potrzeby dzisiejszego wieczoru taki niemożliwy-możliwy dialog. – Kiedy? W którym miejscu Dystansu? – zapytałbyś więc. Ja odpowiedziałbym: – Choćby wówczas, tymi słowami: „Pomyśl pomyśl głęboko aż / do wnętrzności swoich może nawet / głębiej tak jak potrafisz i nic, że / na ciebie patrzą teraz te wewnętrzne oczy”.
Bo Państwa obecnych w poznańskim bistro „Cezar” na Osiedlu Bolesława Chrobrego 117, gdzie mocą owej poufnej korespondencji dołączam do Was wszystkich, by świętować, możesz Jurku solennie, a nawet szczerze i gorliwie przekonywać, że Gromnica jest kwiatem wolnostojącym Twojego pisarstwa, że jej korzenie biegną w głąb Twojego życia realnego, życia „syna ziemi”, jak powiedziałby Czesław Miłosz, nie zaś – w głąb Twojej twórczości, choćby przeoranej we wszystkie strony: aktywności poetyckiej. Pozwól, że nie uwierzę w to zapewnienie, nie przystanę na dźwięk tych deklaracji. W literaturze nie ma kwiatów wolnostojących, są jedynie marzenia o wolnym staniu w oparciu wobec burz, nawałnic i huraganów, marzenia o staniu niezależnym i niezłomnym, staniu „gromnicznym” – niczym gromnice w oknie. Ale nie powinniśmy owych marzeń podstawiać pod rzeczywistość literacką, nie będą owe marzenia nigdy dziećmi naszej woli. Dla mnie Gromnica nie jest opowieścią o polskim „Dzikim Zachodzie”, jak łaskawie ów bonmot odnotowała jedna z Twoich pierwszych recenzentek. Niezwykle skądinąd chwytliwy, przyznasz? Tym znaczniejszą rezerwę należałoby wobec niego pielęgnować. Nie jest też dla mnie Gromnica – czego określenia, jak się zdaje, bliska była Aneta Kolańczyk – wielkopolsko-lubuską Sławą i chwałą. Nie musisz się o to, Jurku, troszczyć – czy „sive Iwaszkiewicz”, czy „ego-Iwaszkiewicz”, czy może (do kroćset, ile jeszcze się wymyśli!) „anty-Iwaszkiewicz”. Gromnica dla mnie to przede wszystkim sztuka wiwisekcji w kontemplacji, właściwie efekt nastawienia medytacyjności przeciwko niej samej, tak aby nabrała charakteru, agresji i przede wszystkim – zdobyła sobie dla siebie na zawsze przedmiot swojego opisu. Nie ma w tym niczego z buńczucznej, niegabinetowej tromtadracji, Jurku – jest tu za to Twój dystans. Gromnica jest dla mnie bolesnym owocem „myślenia głęboko aż do wnętrzności swoich” pod strażą „wewnętrznych oczu”, które nas zawstydzają, hamują nasze ruchy, usiłują je poskromić. Gromnica przyszła z cierpienia i jest cierpienia bezpośrednim, literackim skutkiem.
Czym wreszcie jest sam tytuł? Pamiętam, jak długo rachowałeś, Jurku, nad jego wyborem, jak ów moment zaczarowywałeś, odczarowywałeś, zaklinałeś i jak olśniewająca okazała się dla Ciebie chwila, w której raczył nawiedzić Cię, zwiastować Ci się temat gromniczny, a Ty wykrzyknąłeś, wykrzyknąłeś wtedy, że chciałbyś w ten sposób zatytułować całość. Tak, bardzo dobrze się stało, że gromnica wszystko połączyła. Ma przecież w sobie coś i ze słupa milowego, i z pomnikowych obelisków otwierających zabytkowe polskie trasy. Ale jest przede wszystkim znakiem intymnym, wiem to, Jurku, nie zapominam o tym. I wyróżniłbym z tego zaledwie dwa elementy, jeśli pozwolisz: czuwanie przy zmarłym oraz zabezpieczenie domu i obejścia. Gromnica to z jednej strony opowieść o czuwaniu świata literatury przy świecie życia, o podsumowywaniu, ostatecznym określaniu (nie odprawianiu!) świata życia przez świat literatury. Z drugiej strony – to apel do wszystkich instancji pozostających blisko tekstu. Apel o czujność: czuwacie bowiem przy zmarłym, odpominacie czas, zanim jeszcze upadł berliński mur, i musicie ów czas przeszukiwać z uwagą, ostrożnością i czułością. Ten sam nakaz czuwania został skierowany do autora piszącego Gromnicę. Do jego ostrożności, do powściągania jego majestatycznej wizji. Nie tajmy bowiem już tego dłużej: "gromniczność to Jerzego Beniamina Zimnego nowa formuła literatury. Nowa-stara, wiecznotrwała i wiecznoaktualna. Powiada ona właśnie o tym, że historia pisarstwa, że historia książki to historia czuwania przy zwłokach.
Ale powiedziałem także, że gromnica to sposób zabezpieczenia domu i obejścia. Znów więc nie sposób uwolnić się od natrętnego tematu literackiego. Pisarstwo Zimnego jest wzorcem pisarstwa zabezpieczonego. Zabezpieczenie to nie tylko kunszt, cyzelatorstwo, gabinetowość. To także określona praxis literacka, szereg czynności poprzedzających akt twórczy, który aby nie ześlizgnął się w degrengoladę, wymagać będzie przedustawnego wręcz bezpieczeństwa, zaopatrzenia, zaopatrywania, zabezpieczenia zarówno od strony domu, jak i obejścia. Powiecie Państwo: przedustawnego? Czy aby autor tego listu ten raz jeden co najmniej nie przesadził w emfazie? Odpowiem: owszem, tak, przedustawnego. Któż bowiem ma być dla dzieła literackiego bogiem, jeżeli nie sam jego twórca. Z całą świadomością podkreślam jakkolwiek różnicę ontyczną: bóg-twórca, a nie Bóg – Stwórca. Dobrze wiesz, Jurku, że w tym wypadku powinności Boga będą powinnościami gospodarza, który musi swoje twory, jeszcze nie stworzenia zaopatrzyć, zabezpieczyć, wyposażyć w formy przetrwania w czasach marnych, państwach mroków. Wzmocnić dom swojej literatury i wzmocnić jego obejście. Z czułością równą czułości wobec stworzeń, którą dzierży w sobie Bóg – Stwórca. To właśnie mam na myśli, kiedy wyobrażam sobie Twój literacki awatar stawiający w noc nawałnicy w swoim zapłotku płonącą, woskową świecę. To prawdziwa obrona własnej sztuki pisarskiej w imię starych, niezawodzących mądrości. Choćby tych najprostszych, że strzeżonego Pan Bóg strzeże. Poza jego własnym, czystym sumieniem, rzecz jasna. Czystym zaś na ile się da, na ile dozwolą siły od nas przebieglejsze.


Karol Samsel 





      Przeczytałam ostatnio trzy książki: „Czas Beboka" Antoniusa, Klaśnięcie jednej dłoni" Flanagana i "Gromnicę" Jerzego Beniamina Zimnego. Wymieniam je razem, bo coś każe mi dopatrywać się cech wspólnych. Jest ich sporo: dzieciństwo głównych bohaterów przypadające na lata powojenne, trudne dorastanie, wybory, które bardzo często dokonują się same – ot, taki czy inny rzut dziejową kostką. Nieważne czy jest to Śląsk, Poznań, Wiedeń czy Tasmania. Historia to długi łańcuch wzajemnych powiązań, którego częścią jesteśmy my sami. To kim jesteśmy zależy w dużej mierze od tego kim byli nasi przodkowie. To nasze tu i teraz uwarunkowane jest tym, co gdzieś i kiedyś. Coś kończy się, coś zaczyna, a my wciąż zostajemy z otwartym pytaniem: Co dalej? Możemy próbować zaczarować rzeczywistość, przenieść ją w inny wymiar, oswoić, ale nawet wtedy nie pozbędziemy się lęków, przeżytych i przeżywanych traum. 


Zburzenie berlińskiego muru zamknęło na zawsze pewną epokę. Dalej miał być nowy, lepszy świat. Jest coraz ciemniejsze niebo i coraz czarniejsze chmury. 

Postawmy gromnicę w oknie, może ona ochroni nas przed burzą.






Aneta Kolańczyk






    Zwiodła mnie muszę przyznać z początku - i okładka i tytuł. Okno otwarte w pejzaż nad rzeką, oplecione pruskim mostem drogowym. I to hasło pełgające płomykiem w otwartych ościeżach...gromnica. Jeszcze moja babcia wystawiała w oknie zapaloną świecę gdy miało się na burzę. Świecę poświęconą w dniu Matki Boskiej Gromnicznej. Tyle tradycji w jednym słowie – tytule i tyle znaczeń.


Ale ta gromnica w oknie otwartym na pejzaż polskiego „Dzikiego Zachodu” ma głębszy sens. Sens spowiedzi z życia dorastającego za tym oknem, na lubuskich łęgach chłopaka, któremu w głowie ta burza, ten cały napór dorosłego życia i ta gromnica w dłoni matki, za oknem która odda wszystko by to swoje niesforne dziecię między gromami poprowadzić w dorosłość.

Spowiedź mężczyzny z dorastania, bo to chyba najtrafniej określa początek „Gromnicy” przechodzi od tych lat bukolicznych na polach, łąkach i w pobliżu torów kolejowych na coraz szersze pola dorosłości, za których horyzont tak bardzo pragnie zajrzeć młody wówczas autor, na te tory, którymi drezynę swego życia popchnie w dorosłość. Pewnie nie raz nad linijkami swych wspomnień pochylił się ze smutnym do siebie samego pytaniem – dokąd ci było tak spieszno z tego świata? W świat?

Tak. W świat. W świat tego swojego dojrzewania do szkół, do zawodu, do miłości, do małżeństwa i do rodziny zabiera nas Jerzy Zimny. I idziemy za nim oczarowani przez te znane i nieznane nam kąty wielkopolskie i lubuskie, przez te Jego i nasze kochane krajobrazy, wprost w gonitwę Jego myśli, marzeń i pierwszych poważnych refleksji z życia wziętych.

To jest podróż przez życie. A życie, a właściwie Życie, pisze najlepsze scenariusze. Nie dorówna mu Eliot, nie doścignie go Balzac, nie sprosta Hitchcock, i wiedząc o tym doskonale autor się z tym Życiem nie spiera. Idzie mu jedynie w sukurs pisarski okraszając wspomnienia swym specyficznym poczuciem humoru.








Gromniczne światło na drogach Jerzego Beniamina Zimnego

Uznany poeta, autor wielu tomików wierszy, napisał powieść autobiograficzną pt. Gromnica.
Zapragnął pozostawić po sobie ślad, poświęca tę książkę rodzicom. Autor urodził się w Kargowej, na ,,terenach odzyskanych”, tuż po wojnie. Swoją powieść  podzielił na ważne okresy, a mianowicie:
Dyktando z rosyjskiego, Silentium, Powrót, Kwarantanna, Prince Polo, Dom, Warsztat, Macewa.
                                            
Gromnica, którą rozpaliła matka w latach młodzieńczych, pali się nadal, płomień życia jest ciągle żywy, nie gaśnie. Myślę, że tytuł powieści trafny i niesie ze sobą symbolikę życia. Przecież już na początku, na chrzcie, zapalają nam świecę, gdy dom nawiedza jakieś zło, zapalamy gromnicę, ona daje światło, modlimy się przy niej. Gromnica jest też pożegnaniem z czymś co przemija, a autor miał tych pożegnań sporo, przemieszczał się z miejsca na miejsce, żegnał swoich kolegów i swoje miłości, hartował się w samotności, nieraz gubił. W książce pokazuje środowisko wiejskie lat powojennych, ludzi zamieszkałych na ,,ziemiach odzyskanych”, ludzi wschodu, o innej kulturze i obyczajach, życie dzieci z rodzin chłopskich i robotniczych.                                              
To jest mu bliskie. Dorastał na wsi, hartował się w tym otoczeniu, nabył kompleksów pochodzenia, z tego powodu przerwał szkołę. Pierwsza miłość, upór, gonitwa za lepszym życiem, poznawanie świata, dorównywanie innym, samodzielność, odpowiedzialność. Opisuje słabości, nie ukrywa ich, jest postacią autentyczną, wiarygodną. Myślę, że w jego przygodach, nie ma konfabulacji. W książce występuje jednocześnie jako narrator i główny bohater. Pisze językiem zrozumiałym dla szerokiego czytelnika, dialogi z osobami, z którymi się spotyka, różnią się, w zależności od otoczenia w którym przebywa. Inaczej rozmawia z kumplami, a inaczej z dziewczynami na randkach. Tu posługuje się językiem ciepłym. Autor książki często przerywa akcje, przenosi w inne miejsce, różnicuje napięcie, ucieka od monotonności jaka towarzyszy autobiografiom. Może niektóre wątki są zbyt długie, ale na szczęście jest ich niewiele. Podoba mi się opis młodzieńczych miłości, razi zbyt wiele wątków z alkoholem.

  
Ciekawy jest wątek życia dorosłego, upór w dążeniu do celu, godzenie pracy z nauką. Później kiedy założył rodzinę, odpowiedzialność, radość z otrzymania mieszkania, ciężka praca w warsztacie i za granicą.                                               
Nie wspomina nic o swoich wrogach, (czyżby ich nie miał?). To wielka umiejętność współżycia z otoczeniem i pozytywna cecha powieści. Autor przeszedł drogę życia, poszukiwał dla siebie miejsca. Jego wrażliwość jest zrozumiała, ponieważ od młodych lat pisał wiersze i przebywał w otoczeniu ludzi pióra, spotykał się między innymi ze znanym poetą Andrzejem Babińskim. I jeszcze jedno, książka ma walor historyczny, podaje bowiem dużo informacji o stosunkach społecznych, politycznych, ludzkich. Polecam ją młodemu pokoleniu, które nie zna takich domowych opowieści.
Może doczekamy się dalszego światła z gromnicy autora, niech się pali.

                                                                                         
                                                                                          Stanisław Chutkowski



Jerzy Beniamin Zimny
,,Gromnica”
ZLP Poznań 2015




































wtorek, 29 marca 2016

Recenzje rozproszone

 Tęsknota za koronkową chusteczką i zwykłym listem w niebieskiej kopercie.  To wyznanie może być hasłem przewodnim po tomiku wierszy poetki z Kujaw- Bożeny Nowakowskiej. Lektura proponowanej czytelnikowi książki nie sprawia kłopotu, liryka to czysta poprowadzona zrozumiałym językiem, metafory jeśli się pojawiają, mają w sobie klarowny komunikat. Poetka unika symboli i kodów, daleka jest od wybujałych kreacji, mówi w pierwszej osobie, nie posługuje się pomocniczo obcymi podmiotami, co daje w sumie autentyczne obrazy tego wszystkiego, co ją otacza, tego co czuje a także to, czego nie rozumie i nie jest w stanie pojąć, ze świata metafizyki lub jest tajemnicą ukrytą pod  polnym kamieniem. Przyroda Kujaw, słynne piachy niebywałe, Wisła niosąca krople Beskidu aż do Bałtyku, miejsca dorastania, miejsca szczęśliwości a także porażek. Trudno tak wielki bagaż opowiedzieć wprost, udźwignąć prostym słowem – dlatego poetka posłużyła się metaforycznym uniesieniem w stylu swoich wielkich poprzedników na Kujawach - wierszem powiem więcej -  inaczej  nie  potrafię wysłowić  nawet  najprostszych  spraw i zdarzeń, przyroda również, co na swój sposób dostrzega, jest inna wewnątrz, wymaga więc lirycznego przekazu. W istocie nawet martwe tutaj żyje, są również miejsca kultu, innego wyobrażenia jestestwa, nie zawsze adekwatnego do tożsamości. Pojawiają się zwierzęta i domownicy poetki, którzy wiedzą, że jeśli dotkną betlejemskiej gwiazdy znajdą swoją. Jest u Nowakowskiej także miłość,  jak  mówi:  nie  ma  żadnej  definicji,  takie nic  a  jednak   wszystko.  Z niczego coś wielkiego- drugie przesłanie poetki skierowane do czytelnika, to - nic banalne i wszechobecne- u Nowakowskiej jest punktem wyjścia do poetyckiego przekazu. Stara się nam uzmysłowić, że istnieje jakiś ukryty system wartościowania. Nie wszystko jasne, co się świeci, albo jest tak oczywiste, że  nie warto dalej  się  tym  zajmować. Zawsze  coś  odkrywamy w odkrytym, zawsze jest coś warte uwagi, mimo że jest tyle do zrobienia nowego.  Trzeba czasem wracać do miejsc zapomnianych, tam też jest pole lirycznych odkryć, jakby na nowo, tyle że dojrzały już podmiot inaczej postrzega z racji nabytych doświadczeń.
    Nie często sięgam po tomiki tzw. regionalnego obiegu. Nie jestem zwolennikiem poezji mającej swoje źródła w klasycznej formie i języku, jednak doceniam autorów, u których autentyzm jest niepodważalny w przekazie. Zwykle zabiegi językowe kończą się topornym nadrealizmem, tak często spotykanym w natłoku wydawnictw, zalewie rynku pozycjami niewiele mającymi wspólnego z poezją.  Tego zarzutu poetce z Włocławka postawić nie mogę,  ponieważ znalazłem wiele fraz, które bronią ten tomik. A to już dużo w myśl zasady – czasem warto przesiewać piasek, aby znaleźć to,   czego   szukamy.  Tak  jest  z  poezją.  Tutaj   przypomina   mi  się   dialog z pewnym poetą, który zwykł mawiać- jedna metafora może uczynić więcej aniżeli kilka tomów. Daleki jestem od przypisywania Nowakowskiej jakiegokolwiek szeregu, widzę jednak, że stoi na swoim własnym miejscu. Nie ważne czy to miejsce jest widoczne, jak sama mówi: przeznaczenie końca nie ma, więc wszystko może się zdarzyć. A w szczególności kilka wierszy, dla których warto żyć.