środa, 7 grudnia 2016

Poeci pierwszej zmiany





Wojciech Czerniawski


                                           JACKSON  POLLOCK


pollock na swoich słupach błękitnych przyszedł do mnie
ocean powiedział ocean się wznosi jak gdyby mi się
                                                 wlecze podmywa wszystko
nie miał żadnej nadziei to przebijało z jego słów które były
                                                              jak kołatanie serca
w gęstwinie słupów błękitnych z rozwiniętą spiralą muszli
przywieziony do żył kolumn kartaginy
zagnieździł się w nich
ze zlepkiem drżącym krwi
z płótnem na którym odbiła się twarz nieznanego

zejdźmy w dolinę do tych miast skąpanych
                                    w promieniach kredowego słońca
uważajmy na dzbany rozbite starannie uśpione
by nie przegapić momentu
źrenice oczu sypią się dojrzałe
rozwinięte bandaże rozwinięte krople ciemności
pył skrępowany promieniami roentgena



Beata Patrycja Klary zadała mi niedawno pytanie: "kto moim zdaniem zasługuje na miano najlepszego poety na Środkowym Nadodrzu w minionym stuleciu"? :Po zastanowieniu, kiedy to w głowie przewinęły mi sie znane nazwiska i mniej znane obecnemu środowisku poetów, takie jak: Janusz Koniusz, A.K.Waśkiewicz. Czesław Markiewicz, Czesław Sobkowiak, Anna Tokarska, Zdzisław Morawski, Kazimierz Furman - wymieniłem jednak inne, dwa nazwiska: Wojciech Sroczyński z Gorzowa i Wojciech Edward Czerniawski ze Szprotawy. Dlaczego? 
Wystarczy przeczytać dokładnie powyższy wiersz aby zauważyć, że to co piszą dzisiaj tacy poeci jak. Kacper Płusa, Bartosz Konstrant, Wojciech Roszkowski i wielu innych- zapoczątkował ponad czterdzieści lat temu Wojciech Edward Czerniawski. Powyższy wiersz pochodzi z debiutanckiego tomu pt. Jest już chyba kobietą.  Książka ta ma swoją dramatyczną historię, Zrządzeniem losu przeleżała za szafą kilka lat w pokoju jednego z redaktorów Wydawnictwa Poznańskiego. Dopiero remont pomieszczenia przyczynił się do debiutu znakomitego poety ze Szprotawy, który po upadku poprzedniego systemu politycznego podzielił los swojej książki. W wolnym kraju znalazł sie na marginesie beneficjentów przemian, społecznych i gospodarczych. 
Natomiast o Wojciechu Sroczyńskim słuch zaginął, a przecież w latach siedemdziesiątych wygrał szereg znaczących konkursów poetyckich. Rokował dla siebie świetlaną przyszłość. 

(więcej w Dzieciach Norwida)




czwartek, 1 grudnia 2016

Czerwiec 56







                              młodym aktorom "Teatru w przejściu"


Dzisiaj podczas turnieju jednego wiersza
usłyszałem, że człowiek jest bogaty biedą
a bezsenność to brak pomysłu na dobry wiersz.

Siedzieliśmy z kolegą na twardych krzesłach,
scena uginała się pod stopami aktorów,
grali nasz poznański czerwiec;
jakbym widział Romka Strzałkowskiego
w osobie ucznia tutejszego gimnazjum.
Wtedy miałem dziesięć lat (tutaj na moment)
kiedy on starał się być zrozumianym.

Wyszedłem z tego spektaklu porażony prądem,
a wieczór pisał dalszy scenariusz, według
którego miałem wrócić do domu nad ranem,  
głodny jak robotnik z nocnej zmiany.
Jak Romek , ten chłopak ze sceny

miałem wrócić do domu martwym.



niedziela, 27 listopada 2016

Róża z róży



     Rośliny mają nieograniczone predyspozycje do witalności.  Róża z róży? Tym razem nie jest to banał, ale nowe odniesienie tego pięknego kwiatu do niespotykanej często funkcji, zwłaszcza w domowych warunkach.  Pół roku temu dostałem różę w Bibliotece Raczyńskich podczas uroczystości z okazji jubileuszu Oddziału ZLP w Poznaniu. Róża stała w wazonie blisko pół roku, kwiat zamienił się w klasyczną suszkę, natomiast łodyga i listki nie zmieniły barwy. Zieloniutkie zaciekawiły mnie do tego stopnia, że wyjąłem roślinę z wazonu aby się jej uważnie przyjrzeć. No i okazało się , że łodyga wypuściła maleńkie korzenie. Postanowiłem wsadzić ją do  doniczki. Po trzech tygodniach róża ruszyła ostro w górę. Lada moment na jej wierzchołku otworzy się kwiat, tego samego koloru. 

      Poezja ukryta w przedmiotach, w roślinach nie ma sobie równych. Może to brzmi niepoważnie ale proszę spróbować opisać, uwierszowić zjawisko życia w śmierci? Wyschnięty zupełnie kwiat  na żywej łodydze z delikatnymi pędami korzeni? Róża przeżyła śmierć kliniczną, w jaki sposób tego nikt nie wie, bo ileż to razy więdły kwiaty w wazonach w moim domu, Pamiętam sześćdziesiąt róż, które otrzymałem na sześćdziesiąte urodziny. Wszystkie zwiędły w okresie tygodnia. Wiele innych kwiatów z wazonów trafiło na śmietnik  A ta różą, z maja tego roku dumnie puszcza nowe pędy i zamierza na dobre zagościć w moim domu. Komentarz zbyteczny.


piątek, 18 listopada 2016

Koło historii


                                                         (spotkanie z młodzieżą licealną)

     Spotkania w Krośnie Odrzańskim na długo pozostaną w mojej pamięci. Jechałem tam stremowany perspektywą spotkań po latach, z ludźmi których zapamiętałem jako rówieśników zabaw, lekcji szkolnych, kompanów do wygłupów i zabaw ulicznych. Tymczasem trema pękła jak przysłowiowe szlachetne szkło kiedy przekraczaliśmy przeprawę na Odrze;  starym, dumnym wiekowym mostem, który "pamięta" niejedno zdarzenie z moim i kolegów udziałem. Most i Bazylika, gmach Poczty Polskiej, i dalej w miejscu kina "Promień" nie mniej dumna fabryka urządzeń gastronomicznych: "Kromet". Tuż przy niej boisko piłkarskie na którym występowało kilku znanych piłkarzy, z Lubańskim na czele. W szkole, mojej dawnej szkole przyjęto mnie z honorami, onieśmielony tym faktem przemówiłem do młodzieży głosem uczniowskim z lat pięćdziesiątych. Dopiero po kilku minutach odważyłem się na niczym niezmąconą bezpośredniość.  Dzwonek na przerwę odezwał się po kwadransie (tak mi się zdawało) a to minęła godzina lekcyjna. Sympatyczne Panie poczęstowały nas kawą i słodyczami, każda dorzuciła coś do moich wspomnień, uzupełnialiśmy luki w wiedzy na pewne tematy. Młodzież nawet w czasie przerwy skłonna była zadawać pytania na temat sportu w mieście i zdarzających się tutaj powodzi, co jakiś czas. A wszystko przebiegało pod czujnym okiem Władysława Broniewskiego, patrona szkoły, któremu lubuski literat, Janusz Koniusz pozwolił sobie wprowadzić małą korektę do jego wiesza pt. "Bagnet na broń". Korekta dotyczyła zmiany wyrazu:  zamiast  "dłoń", Koniusz zaproponował "pięść" "za tę pięść podniesioną nad Polską".... 
  Mały szczegół a tak zapadł w pamięci krośnieńskiej młodzieży. Opuszczaliśmy szkołę podbudowani ciepłem i życzliwością gospodarzy spotkania. Szkoła obok piastowskiego zamku, przy bazylice pod wezwanie Św. Jadwigi - jest żywym symbolem miasta nad Odrą. Tej części miasta, która podczas wojny legła niemal całkowicie w gruzach. 

   Wieczorem powróciła trema, zbliżało się spotkanie z Juliuszem A. Jednym z trzech żyjących moich kolegów. Nie mogłem powiedzieć "stary nic a nic się nie zmieniłeś" po pięćdziesięciu latach. Znakami rozpoznawczymi były stare fotki i zgodność czasu i miejsca przywoływanych z pamięci zdarzeń. Juliusz ma brata Bogdana, który mieszka w Głogowie. Z pewnością spotkamy się w przyszłym roku. Na słynnej "Parkowej" kolejne sympatyczne przyjęcie. Wśród gości rozpoznaję Basię Ł. siostrę mojego kolegi z klasy, Zenona. Pozostali zebrani dorzucają do moich wypowiedzi fakty, które miały miejsce  w latach bardzo odległych. Fragmenty "Gromnicy" podsycają atmosferę do dyskusji, wracają we wspomnieniach pewne dramatyczne fakty, i te humorystyczne z udziałem chłopców z ulicy Kościuszki, którzy byli najbardziej żywą tkanką tego miasta, dopóki nie rozjechali się po świecie.  Kamienica przy ulicy Kościuszki była miejsce wielu pomysłów wcielanych w życie uliczne. Zabawy i gry wymyślane przez dzieci w warunkach niedostatku opieki państwa w tamtych ciężkich czasach. 

   Krosno, miasto z klimatem i mikroklimatem (tutaj pięknie i szybko dojrzewają brzoskwinie) kiedyś winniczne miasto, miasto parowców o pięknych nazwach świątków pogańskich i słowiańskich, miasto najpiękniejsze na Ziemi Lubuskiej, tylko Kazimierz nad Wisłą może z nim konkurować. Krosno miasto, które pewnym Amerykanom zawróciło w głowie, kiedy dotykali muru zamku piastowskiego. Przywiozłem ich tutaj a miałem do wyboru Łagów Lubuski i Bytom Odrzański. "Wenecja Lubuska" jak Krosno nazywa moja żona, geografka rodem z Bielska Białej. Wszystko pod czujnym okiem rzeki Odry. Nawet spędzona noc w "Odrze" hotelu, który przysłużył mi się w latach 2002-2004, kiedy wróciłem na ścieżkę między mostem a ulicą Wąską. Najwęższą ulicę w Polsce nie tylko ze względu na nazwę. Tą ulicą chodziliśmy z bratem na targowisko, najsłynniejsze w Polsce. bo dzięki niemu wiele rodzin po wojnie mogło utrzymać swoje dzieci. Srebrna Góra nadal kusi przyjezdnych swoim pięknem. Szkoda tylko, że w środę mgła osiadła w mieście jakby chciała sobie odpocząć przed dalszą wędrówką. Nasza wędrówka dobiega końca, historia dzisiaj w środę 16 listopada zatoczyła koło. Drugiego takiego koła już nie będzie. 

Jerzy Beniamin Zimny 


         Spotkanie wieczorne przy Parkowej









                                               Z wizytą u Janusza Koniusza w Zielonej Górze.


piątek, 11 listopada 2016

39. Międzynarodowy Listopad Poetycki w Poznaniu


Tegoroczny Listopad przebiegał pod znakiem kontaktów literatów z młodzieżą i społecznością Poznania i Województwa. Odbyło się w sumie blisko 50 takich spotkań i okazało się, że jest społeczne zapotrzebowanie na ten rodzaj "publikacji" poprzez bezpośrednie kontakty. Pierwsze gratulacje kieruję pod adresem koleżanki Agaty Widzowskiej i kolegi Lecha Nawrockiego. List poniższy nie wymaga komentarza.


"Bardzo dziękujemy za wspaniałe spotkanie! Dzieci i nauczyciele wyszli zauroczeni! Książka Pani Agaty została natychmiast porwana przez czytelników, a kolejne zainteresowane osoby czekają w kolejce:) Językowe szarady Pana Lecha Nawrockiego długo jeszcze były tematem rozmów i poszukiwania własnych skojarzeń. Tak aktywny udział młodzieży był również inspiracją dla nauczycieli, którzy ogłoszą w najbliższym czasie konkurs literacki pt. "Kochamy zwierzaki".



Z całego serca dziękujemy Państwu za przemiłe spotkanie. Zapraszamy do ponownego odwiedzenia naszej szkoły w przyszłym roku, a w najbliższym czasie do zerknięcia na stronę internetową szkoły  http://www.gimn2sp75.pl/ oraz blog biblioteczny    http://przygodawbibliotece.blogspot.com/

Jeszcze raz dziękujemy i przesyłamy obiecane zdjęcia"


wtorek, 8 listopada 2016

Nowa książka




    Książka będąca zborem szkiców, recenzji i dzienników - zamyka długi okres mojej posługi poezji polskiej. Przeminęło, przeleciało tak szybko, że nie zauważyłem tego, jak bardzo nie jestem podobny do siebie sprzed czterdziestu pięciu lat. Ale nie postarzały się moje teksty pisane przed wielu laty.Tak jak wiecznie młode będą wiersze poetów, których spotkałem na swojej drodze. Dzisiaj, kiedy mamy do czynienia ze zjawiskiem publicznego czytania poezji, bohaterowie mojej książki odżywają w szczególny sposób, a ich poezja staje się jeszcze bardziej popularną. Z takim zamiarem podjąłem się tego gigantycznego wysiłku i dzisiaj jestem bardzo szczęśliwy, że praca dobiegła końca i mogę spokojnie pomyśleć nad wyborem moich wierszy uzupełnionych o najnowsze, które w ostatnich latach pisałem z doskoku. Bo z tej choroby lirycznej nie można się wyleczyć, jest jak kobieta wiecznie spragniona wrażeń natury innowacyjnej, bo nie ma nic gorszego jak powtarzanie ogranych własnych formuł i nawyków. 

Jerzy Beniamin Zimny

Rozstrzygnięcie konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny



       Dawid Mateusz laureatem konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny 







    Kapituła konkursu w składzie: Jerzy Beniamin Zimny, Karol Samsel, Maciej Raś, na posiedzeniu w dniu 7 listopada 2016 r. w Poznaniu jednogłośnie wybrała książkę Dawida Mateusza pt. "Stacja wieży ciśnień" jako najlepszy debiut 2016 roku, wydaną przez Biuro Literackie w Stroniu Śląskim. 
Kapituła wyróżniła także debiuty poetyckie: "Pamięć zewnętrza" Radosława Jurczaka z Łomianek oraz "Weno wejn!" Marcina Tomczaka z  Ostrołęki. 






Nagroda została wręczona podczas uroczystości otwarcia 39.Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu w obecności przedstawicieli Urzędu Miasta Poznania i Marszałka Województwa Wielkopolskiego.  





Echa nagrodzonego w Poznaniu debiutu.


Przechodząc do debiutów:
Dawid Mateusz nie wymaga moich dalszych rekomendacji. Wystarczająco nasłodziłem tu i ówdzie (choć nie omieszkałem przemilczeć, że książka jest – mówiąc w pewnym uproszczeniu – za krótka), niech teraz Stacja wieży ciśnień zbiera zasłużony plon nagród w kategorii „debiut roku”, niemniej niech sprawiedliwie dzieli się z innymi, choćby ze zredagowanym przez Mateusza premierowym materiałem Radosława Jurczaka. Nie wspominając o świeżych i nieoczywistych poetycko debiutach innych bierezinowców: recydywisty Damiana Kowala oraz Wita Pietrzaka i Marcina Tomczaka. Ale miało nie być o książkach wydanych przez Dom Literatury.
Rafał Gawin. 

poniedziałek, 31 października 2016

Młodzi na 39. MLP -2016



Spotkanie z młodymi aktorami i poetami z Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 4 w Poznaniu, zakończy 39. Międzynarodowy Listopad Poetycki  W konkursie jednego wiersza weźmie udział młodzież wszystkich szczebli szkół, Turniej poprzedzi spektakl "Teatru w Przejściu" pt. Czerwiec 56. Na zakończenie odbędzie się spotkanie kilku pokoleń poznańskich poetów. Będzie okazja przekonać się co młodzi sądzą o poezji dorosłych i w jakim kierunku podążą młoda poezja. Nad wszystkim jak zawsze czuwa niezastąpiona Hania Szeląg, pedagog, reżyser teatralny, poetka poznańska. Niezwykle zasłużona animatorka kultury w Poznaniu i w kraju. Zapraszamy wszystkich chętnych do udziału w tej sympatycznej i ciekawej imprezie artystycznej. 

piątek, 28 października 2016

Włócznia Fryckowskiego







   W bieżacym roku przeczytałem kilkanaście tomików poetyckich, żaden mnie tak nie zaskoczył jak kolejny tom Jerzego Fryckowskiego pt. "Niebieska", Czytałem kilka razy i jestem podbudowany walorami tej książki. To nie jest jedna z wielu poetyk tzw. "stadnych". Nie jest to poezja jakichkolwiek matryc, to jest osobowość, żeby nie powiedzieć osobliwość językowa rzadko spotykana. Powtórka "Chwil siwienia"? Nie. To skok do przodu w doskonałość składniową i metaforyczną ale w wymiarze osobnym, nie do naśladowania. Może brzmi to panegirycznie? Możliwe. Jednak książka Fryckowskiego zapadła we mnie jak ostrze włóczni, w jakimś stopniu "włóczni witkowej", bo jawi mi się w osobie Fryckowskiego kontynuacja doskonałości Różańskiego, równolegle, po swojemu ale w tym samym lub podobnym tonie lirycznym. 


  "Niebieska" jest zrywem po latach, zrywem sumienia poety, ponieważ długo nie mógł przyjść do siebie po utracie ukochanej kobiety. Czy czuje się winnym tej utraty? Po lekturze "Niebieskiej" mam więcej wątpliwości aniżeli miałem dotąd. Chodzenie po śladach, odwiedzanie miejsc wspólnego bytowania i pobytowania, powroty na szlaki zapomniane, czy intymność zdarzeń ujawniona teraz, po latach. Przerażony dystansem czasowym poeta spróbował zatrzymać w książce na wieczną pamięć, jak sądzę, fragmenty tego związku, który przerwała śmierć.  Nie znam szczegółów, bo nigdy nie zabiegam o wynurzenia moich znajomych  i przyjaciół, dlatego teraz intuicyjnie rozgryzam tropy , które mają dla poety znaczenie wagi pierwszorzędnej.  

    Fryckowski słowiarz jakich znam niewielu, uprawia z powodzeniem klasyczny sonet, biały wiersz, wielozgłoskowce, jak i poemat, nie stroni od postmoderny, poezji narracyjnej, poetyckiej prozy - w zależności od kaprysu napisania czegokolwiek. Bo jest poetą i nigdy nim nie bywał, jest rozpoznawalny  a  ciągłość kontaktu z warsztatem owocuje u niego wyjątkowymi książkami. Taką książką jest "Niebieska" taką były "Chwile siwienia" i taką będzie następna.  W "Niebieskiej" poeta z Dębnicy Kaszubskiej przechodzi metamorfozę polegającą na swobodzie wyrażania uczuć, tęsknoty, nostalgii. w sposób pozbawiony zupełnie patosu? W "Niebieskiej" poeta walczy z samym sobą - tym sprzed wielu laty, w pozie doświadczonego mężczyzny, który rozważa za i przeciw  w kontekście tego, czego w przeszłości nie zrobił, lub zaniechał, zaniedbał lub nie był czuły i spostrzegawczy jeśli chodzi o bliską osobę? Czy mógł cokolwiek złego przewidzieć? /.../

( fragmenty recenzji)

poniedziałek, 24 października 2016

DZIECI NORWIDA




   DZIECI NORWIDA

    
   Zacząłem od Szatkowskiego skończyłem na Różańskim, wielkich poetyckich włóczęgach. Dzisiaj kiedy większość z nich nie żyje, nadałem im taki przydomek, chociaż rzadko ruszali się z miejsc zamieszkania.  Być może ten istotny szczegół miał na uwadze Stachura umieszczając Witka w Całej jaskrawości. I Bruno jeśli chodzi o Jurka Szatkowskiego, pozostawił u niego w Antoniewie wiele rekwizytów, które ubarwiały mu wojaże po Polsce. Drugi w kolejności Janusz Koniusz, wszechstronny pisarz rodem z Niwki, osiadły na zawsze w Zielonej Górze, ten sam, który kilka lat temu namówił mnie do napisania tej książki. Z pozytywnym skutkiem jak widać, chociaż musiałem zadać sobie wiele „wycieczek”do prywatnych archiwów aby sprostać wyzwaniu.  Książkę uświetnił swoim blaskiem Andrzej Babiński. Jednak wątpliwy to blask jeśli spojrzeć na dokumenty historyczne, zwłaszcza na materiały jakie dostarczył mi Janusz Taranienko, pierwszy recenzent jego debiutu pod koniec lat siedemdziesiątych. Tenże Taranienko przekazał mi kilka cennych dokumentów w postaci listów Babińskiego do redakcji miesięcznika „Poezja”. Dotąd sądziłem, że byłem pierwszym, który się odważył pisać o debiucie poety skazanego na zmowę milczenia. I dobrze, prace przy książce spowodowały wiele pozytywnych reakcji w różnych zakątkach kraju. Dzisiaj nie tylko mówi się o Babińskim, ale także czyta jego wiersze.  Akademicy na jego twórczości zdobywają stopnie naukowe.  A przecież Babiński  nie może się poszczycić okazałym dorobkiem literackim. Jest doceniany za poezję osobną, dającą się odróżnić od współczesnych mu autorów z kręgów kilku generacji poetów.  Jak jest mowa o Babińskim to nie może zabraknąć Wincentego Różańskiego.  Oddaleni od siebie warsztatem jednak zespoleni w geniuszu, kreowali każdy swój świat w cudowny, liryczny sposób wzbudzając powszechne uznanie kilku już pokoleń czytelników. Poeta z Ostrobramskiej był przyjacielem poety   z Kuźniczej, obaj rozumieli się bez słów, ale dalecy od pochlebstw wydeptywali swoje ścieżki do czytelników,  z różnym skutkiem.  Wśród poznańskich poetów  w książce znalazło się miejsce dla tych, którzy w jakiś sposób zaistnieli w moim życiu.  Na krótko  z mocnym przytupem i na dłuższą metę bez przytupu, jednak z dramatycznym podtekstem. Myślę o Obarskim, Ogrodowczyku, Gałkowskiej, Kuszczyńskim i Jerzym Grupińskim.  Byli też inni, jednak przy nich  było mnie mniej, fizycznie i piórem. Mam na uwadze  okres dłuższy niż dekada, lub kilka dekad jak w przypadku Jurka Grupińskiego, bo oto zbliża się pół wieku naszej znajomości. Od kilkunastu lat widujemy się coraz częściej.  Podobnie Paweł Kuszczyński,  najstarszy  w naszym środowisku, debiutant z początku lat sześćdziesiątych nadal aktywnie uczestniczący w życiu literackim.
   
    Mieczysław Stanclik, jego dramatyczna  historia jest rdzeniem tematycznym mojej książki. Rdzeniem wybranej przeze mnie do oceny poezji, którą tutaj przedstawiłem. Stanclik lider z mojego wyboru, Stanclik niemalże wieszcz, poeta zjawiskowy z bardzo ciekawą przeszłością znalazł się na początku lat siedemdziesiątych w niełasce krytyków.  Próba rewizji wyroku po latach to próba przywrócenia autorowi Kryształowej kuli należnego mu miejsca na polskim Parnasie.  Dzisiaj kiedy umilkły echa poetyckich sukcesów kolejnych generacji, sukces pośmiertny Stanclika przywróconego do łask, nabiera jedynie historycznego znaczenia.
   Inaczej prezentują się sylwetki Marka Obarskiego i Nikosa Chadzinikolau, poetów uwikłanych w kręgi kulturowe. Zwłaszcza Nikos wybitny tłumacz i poeta dwóch kultur, dramaturg i eseista, animator kultury w Polsce i Grecji.  Spośród plejady znakomitych nazwisk nieśmiało prezentują się sylwetki Andrzeja Ogrodowczyka i Mieczysława Jana Warszawskiego. Szczególna jest pozycja Andrzeja wśród znakomitych krytyków i recenzentów. I bardzo jaskrawa Mietka w gronie autsajderów na równi z innymi, którzy zapisali się w poezji złotą zgłoską. Mietka „ochrzczono" onegdaj poetą jednego wiersza, Andrzej bardziej niezależny od krytyki sam wymierzał „sprawiedliwość" swoim wierszom. Wiele mu zawdzięczają poeci wstępujący i malarze, bowiem zajmował się także pisaniem szkiców artystycznych i oceną wystaw malarskich.
   W książce wykorzystałem z niewielkimi poprawkami moje recenzje opublikowane w latach 1976-1989 na łamach pism literackich m.in. „Nurt”, „Nadodrze”. Współpracowałem z tymi pismami do momentu ich likwidacji. Wykorzystałem też swoje dzienniki i felietony pisane w latach 2005-2015, a także recenzje wartościowych książek i debiutów poetyckich jakie ukazały się w ostatnich latach.. Indeks nazwisk, które pojawiają się na łamach książki jest bardzo długi (od Adamkiewicza do Żernickiego),  Juliusz Wątroba, artysta estradowy poeta i prozaik z Bielska Białej przekazał mi swój artykuł wspominkowy o Mieczysławie Stancliku, oraz garść cennych informacji na jego temat, za co składam mu serdeczne podziękowanie. W szczególności dziękuję za wyrażenie zgody na publikację tego artykułu w mojej książce.  W książce znalazły się krótkie szkice Karola Samsela dotyczące mojej twórczości i twórczości Andrzeja Jopowicza. Współpracujemy od kilku lat, czego owocem jest m.in. niniejsza książka, wiele innych projektów mamy zamiar w przyszłości wspólnie realizować. 
   Oddając książkę do rąk czytelników spełniam tym samym złożone niegdyś przyrzeczenie moim starszym kolegom, którzy odeszli z tego świata. Jestem im winien nie tylko pamięci.  Literacka rodzina oprócz przywilejów ma także obowiązki, z których w miarę możliwości powinna się wywiązywać. Co niniejszym dla przykładu czynię.

 Jerzy Beniamin Zimny