piątek, 2 marca 2012

Każdy może być poetą

Powiedział kiedyś Jan Palony, drwal z zawodu, kamieniarz z powołania. I stawiał nagrobki z lastryka, czasem trafił się granit strzegomski, albo sjenit, czarny jak jego wąsy, na których osiadał pył po szlifowaniu na sucho obelisków. Palony wiele widział, jeszcze więcej słyszał, ale milczek z niego był, dopiero po kilku kieliszkach wyjeżdżał ze swoją wątrobą do wszystkich. A miał na niej wiele życiowych złogów. Trzy miłości wybrakowane, kilka szram na ciele, dwa uszyte welony i jedna zapowiedź w parafii gdzieś na zachodnim krańcu Polski. Palony szył swoje życie grubym ściegiem. Każdy może być poetą; mawiał, najczęściej na cmentarzu, bo to miejsce najbardziej liryczne, ptaków tu więcej, i wdów okazałych, kwiaty więdną wolniej bo służą zmarłym. Palony służył kobietom przynosząc w wiaderkach wodę, czasem grabkami nagrobek obskoczył, był przy tym szarmancki choć w kombinezonie, z dziurami na kolanach. To od wiecznych modłów za dusze zmarłych. A wdowy zawsze wypytywało o niego. Panie gdzie ten z wąsami? Czy jutro będzie, przyjdę z jabłecznikiem, bo lubi. I takie to było Palone w pracy, także w tramwaju na pętli Junikowskiej, aż do Bałtyku, na którego miejscu teraz Sheraton się rozpłaszczył i takich jak Jan posyła do diabła. Pisał swoje wiersze na wietrze, ustami, roznosiły się po alejkach cmentarnych, w słoneczne dni więcej ich było, podczas deszczu Palony milczał, albo powtarzał kilka wersów, które znaliśmy już na pamięć:  

Kiedy się obudzisz
zapal giewonta i idź na całość 
świat ma cztery strony
ulica jeden kierunek
zawsze do gardła 
nigdy z powrotem, chyba
że za tobą idzie dama. 


Razu pewnego Palony zniknął na jakiś czas, ludzie cmentarza mówili, że jest na saksach, podobno w Czechach. Różne wieści krążyły, nawet ktoś pochował Jana, inny wysłał do stolicy na budowę metra, a on więzienie centralne budował w Wiedniu, i stację kolejki w Karlovych Varach. Byliśmy tam razem, ale na Seszele  poleciałem sam, i miał mi za złe, że nie dałem mu cynka. Pewnego dnia pojawił się w czerwonych szelkach, do siekiery i młotka dorzuciłem certyfikat maklera giełdowego. Ale nocami roznoszę mleko po blokach, nie mogę pozostawić dobrych ludzi na łasce losu. Napisałem kilka wierszy, na papierze, długopisem, to jest koniec świata i mojego gardłowania. Na cmentarz wrócę, ale nie sam, wyniosą mnie na ramionach, w upalny dzień koledzy:


a kiedy umrę
włóżcie mi do trumny siekierę
wrzućcie mi giewonty i plecak
i tego motyla, któregom przyszpilił
nocą, kiedy pukali do drzwi
wojenni, we śnie krążył
a oni go spłoszyli 
byłem tym motylem w ciężarówce
skuty jak kamień 
ofiarny.


Każdy może być poetą, Palonego spotkała zasłużona kara,  nadział się wreszcie na widelec pewnej, młodej wdowy i wyszło mu to dobrze na wątrobę. Przestał pić, przestał budować, o roznoszeniu mleka zapomniał, wierszy nie pisze, tylko...maluje pejzaże w ogrodzie, u jego boku wnuczęta, lepią z plasteliny dziadka do orzechów, bo Palony ma jeszcze wszystkie zęby. Laska z nim chodzi od czasu słynnego skoku z pociągu relacji Głogusz- Kije, kilka śrub i jeden przegub zabierze ze sobą do trumny. Przynajmniej zainteresują się mną złomiarze, bo to elementy szlachetne, niklowane. Żona dużo młodsza podaje kawę, pijemy w cieniu altany, Jan żartuje jak zwykle, moja kobita, to całkiem Malajka, jeszcze nie posiwiała, na dole, też. Obrazy Palonego przypominają mi Majorkę, tyle że palmy z Seszeli są endemiczne a ich owoce  skuteczniejsze od Viagry. Palony ma czwórkę dzieci, machnięte po czterdziestce. Każdy może być poetą w swoim zawodzie. Czyż nie?

Jerzy Beniamin Zimny













środa, 29 lutego 2012

I znów zakwitną jabłonie

Małe odkurzanie półek, wśród papierów znajduję dużą kopertę, dość pokaźną, zawartość - w większości listy, od znajomych, przyjaciół, najwięcej od Witka Różańskiego, są w nich wiersze wkomponowane w treść nadesłanej informacji, są też wiersze osobne, pisane odręcznie, rysunki, pocztówki. Mieszkaliśmy o rzut kamieniem od siebie, lecz Witek miał zwyczaj przysyłać listy, nawet kilka zdań, czasem tylko jedno. Znajduję także kopertę obklejoną jabłuszkami, wycięte z jakiejś gazety, a w niej list pisany na maszynie, z datą 6 kwietnia 1989 r. Pisał wtedy do mnie warszawski poeta Czesław Mirosław Szczepaniak, autor znakomitego tomu: Mieliśmy białe ściany, człowiek od jabłek jak go później nazywałem, ponieważ pochodzi z okolic Grójca. Poznaliśmy się w połowie lat osiemdziesiątych na jednym z Listopadów Poetyckich, gościł często u nas w domu, dość długo prowadziliśmy korespondencję między sobą, później ten kontakt się urwał. Wtedy, w kwietniu pisał do mnie: chcę ruszyć nad Wartę,  Nad Wisłą za dużo mgły. Ty w Poznaniu żyjesz i robisz, co do ciebie należy. Na pewno znajdziemy chwilę, że usiądziemy do kawy, którą w domu twoim podaje się smacznie. Przeprowadzimy rozmowę stosowną i na pewno nie dojdzie do kłótni. Informuję cię o tym, bo to przecież wielkie wydarzenie dla Poznania, że ruszyłem z chlebakiem na ramieniu i sercem na ustach. Ruszę wiosną kiedy wierszówki rosną.  W Polsce sanatoryjnej, z początkiem w podgrójeckiej wsi rozpoczął się exodus poety, który niesie z sobą i w sobie - najbardziej liryczny stan zapamiętany w dzieciństwie, w najboleśniejsze zakątki życia, w najciemniejsze z ludzkich stron promieniując nadwątloną kondycją. Dwoma wątkami rządzi się ta liryka. Pierwszy, to autentyczna walka o przetrwanie wśród "Białych ścian" ku pokrzepieniu zdrowia, gdzie słowa stają się ciałem uzupełniając jego obumarłe tkanki. Tylko wtedy możliwa jest dalsza droga z ogromną wolą życia na ustach, z pozostawionym za sobą opisem jej piękna i brzydoty. Drugi umiejscowiony gdzieś w okolicy Kwitnącej Jabłoni, zapamiętany w każdym szczególe, tutaj- z całą mnogością drzew z okna betonowej metropolii z pietyzmem pielęgnowany, jakby kwitł wbrew nadciągającym buldożerom pod nowe pustynie, gdzie nawet trawa pachnie prowincją, a tylko przenośny doniczkowy sad można mieć, jak słowo w zanadrzu, gdy zaczyna doskwierać przygoda z cywilizacją. Oba wątki koegzystują na równych prawach. Szpital i sad. Ludzki dramat umiejscowiony w sadzie. Biel kwitnących drzew- ścian szpitalnych sal. I on- podmiot, nieustannie przemierzający szlak, między stanem cierpienia i ekstazą życia:


Pożegnam się tylko z Jabłonią
Tak pięknie już rozkwitała tej zimy
w wierszach bezsilnych w mróz
(....) a mapa nieba siniała targana
mrozem jak odleżyna w gipsie (...)


Podmiot poezji Szczepaniaka unaocznia jak ciało z całą fizjologią może być atrakcyjnym tworzywem dla sztuki słowa. Gdy większość poetyckich praktyk poruszała się w sferze idei, poeta z Ursynowa upatrywał możliwość kontaktu liryki z rzeczywistością w sferze fizjologii. Stąd "podejrzenia" krytyki o chlubne związki tej poezji z dokonaniami Ginsberga, a zwłaszcza jego manifestacją poezji "nagiej" Szczepaniak w odpowiedzi, w dwóch następnych tomach, widzenie podmiotu przeniósł w świat pejzażu, bardziej zmetaforyzowany i już nie tak ufnie porusza się w nim, wypatrując z dystansu przedmiotu, niegdyś tak żywego jak on sam. Nieufność wobec słowa nawet u dojrzałego twórcy niesie za sobą pewne konsekwencje. Kompleks własnego talentu, pod presją którego trzeba tworzyć jednocześnie siebie zatracając: 


Trzeba coś sobie odebrać
by móc naprawdę tworzyć
pisać wiersze i jednocześnie 
nie wierzyć w
poezję (...) 


(...)
słowo krwawi
czasem boli
ale trzeba żyć.


Często wracam do poezji Szczepaniaka, w chwilach zwątpienia, choroby, utraty bliskiej osoby. Bo jego poezja krzepi, podnosi na duchu, przywraca wiarę w człowieka, dodaje sił. Regeneruje moją chwilami nadwątloną witalność, zawsze będzie aktualna mimo zmian krajobrazu. Kopana z sadami przypomina mi podpoznańskie Pamiątkowo ilekroć tamtędy przejeżdżam widzę kwitnące jabłonie niezależnie od pory roku.  Jabłuszka na kopercie uśmiechają się do mnie, a to znak, że zbliża się wiosna i znów zakwitnie jabłoń w moim ogrodzie. 


Jerzy Beniamin Zimny  

























poniedziałek, 27 lutego 2012

Poeci gwiezdnego szlaku

Andrzej Ogrodowczyk 
Mięło dziesięć lat od tragicznej śmierci Andrzeja Ogrodowczyka, poety, prozaika, krytyka literatury i sztuki. Pamiętam dokładnie ten dzień, początek września 2002 roku, odwiedziłem Witka Różańskiego, nie widzieliśmy się kilka tygodni, Witek z balkonu powiedział mi o tym wypadku, byłem wstrząśnięty podobnie jak on, przecież to był okres rozkwitu twórczości Andrzeja, rozchwytywany krytyk, współpracownik wielu tytułów, pisał dużo, wydawał mniej, ale to co się ukazywało, było dobre, zaskakujące w przekazie. Ogrodowczyk wydał pięć tomików poezji, ostatni w 2000 r. pt. Nazywałem się Franz Kafka, wcześniej w 1989 roku, w Iskrach ukazała się jego Nieprzeźroczysta, niesamowite studium śmierci, o której poeta często pisał, i która towarzyszyła mu nieustannie w twórczości.  Właśnie w tym tomie, jedynym jaki się uchował w moim archiwum, znajduję wiersz zatytułowany: My dzieci wody.

Znajdujemy swoje ciała na dnie
Przywiązane do kamienia
Warkocz krwi zjadają ryby
Opium księżyca podwaja skórę w welony piasku
On już tego nie widzi, mówią dzieci
Włosy przewrócone w wodorosty
Rozbite lustrem oczy
Muł zarasta pięść
Ostatnie krople jej światła chowamy pod oczy
Aby wiedzieć, jak będą na nas patrzyli, z pięścią serca
nie rozbitą o lustro krwi.


Chciało by się powiedzieć, my dzieci wody wracamy do wody. W oddech piekła w oddech nieba aby przetrwać krew. A śmierć jest pogodna i nie należy się jej obawiać, ponieważ można być martwym dla życia własnego:

Ile życia musiałeś przeżyć bez życia
Ile mięsa w sobie poznać zamiast ciała
Ilu słowom umrzeć
Teraz gdy jesteś już martwy za życia
Ona już niczego nie może zabić
A przecież jest jeszcze pokrzywa nieśmiertelna
I to jedyne co żywe- ból
W ciało zielone zagoi
W powietrze


Nieśmiertelna pokrzywa, woda od chrztu, woda w której śmierć czeka i nie zawsze znajduje żywego człowieka, bo umarł aby ją okpić, i dalej żyć po innemu, w słowach, czynach i w pamięci. Poeta siedzi na ramieniu krzyża, nie musi wiedzieć, po której stronie cienia rośnie Bóg. Jest z tego, czego nie ma. Topielcowi, który widzi do dna, nie da czarnego warkocza rzeki do ręki, nikt nie wie co jest jej antyświatem. Wyjąłem powyższe wersy z Nieśmiertelnej, dopiero dzisiaj nabierają znaczenia, a pisane były przecież trzynaście lat przed tragiczną śmiercią poety. Trudno mi cokolwiek wyrokować, bo jeśli wierzyć Andrzejowi, sam siedzę na ramieniu krzyża. I jedyne co żywe dla mnie, to ból.

Jerzy Beniamin Zimny









sobota, 25 lutego 2012

Persona non grata



Zdjęcie

Janusz Drzewucki w Magazynie Literackim nr 4/2006 tak pisał o Mieczysławie Warszawskim: Powiem szczerze, lubię i cenie poetów, którzy funkcjonują na uboczu życia literackiego,  z dala od centrum, w samotności, w pewnym sensie w zapomnieniu, którzy nie zabiegają o rozgłos, o nagrody i sławę. Zaliczam do nich (...) i Mieczysława J. Warszawskiego z Lasek Odrzańskich. Swoją drogą ciekawe, ilu krytyków warszawskich (nie mówiąc już o krakowskich) słyszało o poecie Warszawskim? (...) To poezja dojrzała i wyrazista, zdyscyplinowana intelektualnie i emocjonalnie, a mimo tego pełna pasji.
Warszawski od urodzenia mieszka w Laskach, debiutował wierszem, w wieku siedemnastu lat w "Nadodrzu". Wydał czternaście tomów poezji, oraz dwa tomy opowiadań: Codzienna podróż pociągiem (1986), Bezrobotny Syzyf (1997) Jest laureatem wielu nagród literackich, za twórczość nie tylko w regionie Środkowego Nadodrza.  Jest poetą codziennym, dosłownie, mieszkańcy Lasek nie inaczej pojmują jego personalia, poeta-  żaden tam Mietek czy Warszawski. Wczoraj nasze kolejne spotkanie, rozmawiamy o zimie, mrozach, o tym jak sobie radzi bez matki, którą niedawno pochował. I o poezji, która z nami przeżyła ponad czterdzieści lat. Jeszcze nie umarła póki my żyjemy, Mietek żartuje, ale z powagą. Nie umarła bo dajemy jej pożyć, dorzucam swoje. Gdybym mógł cofnąć czas, Mietek zastanawia się przez moment, i przypomina mi lata siedemdziesiąte, pamiętasz: Benka, Styczeń, Czerniawski. Więcej nazwisk nie pamięta, tyle czasu minęło, tyle razy wylała Odra, i tylu odeszło, a za nimi i my pójdziemy. To pewne.
Warszawskiego zaliczam do nurtu życiopisania, może trochę na wyrost, ale coś w tym życiu jest takiego, że trzyma poetę mocno za gardło i nic innego w jego pisaniu nie ma tak mocnego wyrazu:

Ta twarz nie przypomina już mojej
Przypomina twarz ojca brata może
I syna jeśli tylko syn zachował jakieś rysy
Z mojej twarzy którą czasami widuję
W lustrze albo w oczach zupełnie
Obcego mi człowieka jak gdyby
Zawsze miała być
Już po za mną
Ta twarz. 

Nie poznajemy siebie, tamtych nie za dawno temu, jesteśmy inni a może ci sami, tylko osąd nie należy już do nas, a jeśli kto chce nas osądzić musi być z nami, nie jest to jednak możliwe. A więc trzeba z tym żyć, z samym sobą obok, tak obok, aż do konfliktu który przyniesie nowe poetyckie wartości:

Mogło być gorzej. Jeśli nie
inaczej. Życio-
pisanie przecież nie rości sobie praw do
żadnych bałwochwalstw. To fakt bez-
sporny. A nawet dość
banalny. jak świat
i zaświat, co
zawsze bywa
na wyciągniecie ręki
albo już
za plecami.

Poranne wygnania Warszawskiego, jak i rezygnacja z poszukiwania azylu, nieufność wobec samego siebie, świat i zaświat, które były na wyciągnięcie ręki -teraz już za plecami- i koniec wędrówki w poszukiwaniu liter, które złożą się na ostatni wers. A może zdarzy się taki dzień w którym persona non grata, zostanie przyjęta jak dawno oczekiwany gość.
Opuszczam winne miasto, w Cigacicach zerkam przez szybę na Odrę, płynie w stronę Krosna, przez Pomorsko, Nietków i pobliskie Laski. Niedaleko stąd jest położony Okunin, trzy domy, nieczynna stacja kolejowa i las za torami w którym zaiskrzyła moja poezja, wcześniej ojciec odprawiał eszelony, osobowe w kierunku Wolsztyna i Sulechowa. Uprawiał len na dzierżawie, pierwszy len na Ziemi Lubuskiej i jedwabniki. Była już noc kiedy minąłem Kargowę moje rodzinne miasteczko. Mietek w tym czasie podrzucał do pieca drewno, albo pisał swój kolejny wiersz z twarzą?

Jerzy Beniamin Zimny





czwartek, 23 lutego 2012

Lubuski Wawrzyn 2011




impresja świetlna


Nic nie ma. Jest tło różnobarwne, więcej
ciemnego i postać, jakby nagle rzucona.
Dla ożywienia, dla pewności, że jestem
dotykalny, i nie rozpadnę się po pierwszym
uderzeniu wiatru, kiedy ktoś otworzy drzwi.

W takim stanie trwam od kilku dni, i nie
dopuszczam świadomości do siebie. Nie chcę
przechodzić w stan skupienia, bo to kamień
na którym odkłada się zimno. Piekielny
mimo to, pokryty mchem stworzenia.

Co jeszcze może mnie okryć wielkiego,
Brookliński most?




środa, 22 lutego 2012

Kosmos podmiotu


Kosmos podmiotu           



Najnowsza książka Janusza Koniusza. „ Po wyjściu z Arki” jest dla mnie pretekstem do ukazania pełnego wizerunku lubuskiego poety, mając na względzie, cały Jego dorobek, oraz trwałe miejsce w szeroko rozumianej percepcji czytelniczej. Autor kilkunastu tomów poezji, i kilku tomów prozy na stałe związany ze Środkowym Nadodrzem, tym razem daje czytelnikowi swój nowy tom, z pełną świadomością jego zawartości, która jest jakby lirycznym podsumowanie dorobku a także swoistym testamentem, którego beneficjentem ma być czytelnik. Śledząc drogę twórczości poetyckiej Koniusza, dostrzegłem bardzo widoczny podział na dwa okresy, różniące się od siebie, nie tyle tematyką, co stosunkiem podmiotu do przedmiotu kreacji bądź postrzegania rzeczywistości. Pierwszy okres zamyka zbiór wierszy pt: „ Z Kaina i Abla” wydany w 1988 r. przez Wydawnictwo Poznańskie. Liryka tamtego okresu to nie tylko pojmowany świat, ale przejrzysty i ciepły kosmos przedmiotów, w których daje się zauważyć proces zanikania różnic pomiędzy elementami i formami bytu. Ten otaczający świat przedmiotów, najpierw na zasadzie partnerstwa z podmiotem powoli przeradza się w stosunek dominacji nad nim. Przedmioty stają się posiadaczami pamięci i w ten sposób nabywają cech samego podmiotu. Niewątpliwie, widać tutaj cechy formulizmu pojęciowego, zdefiniowane przez Zbigniewa Bieńkowskiego, a tak typowe dla nurtu poezji Orientacji. Chociaż Koniusz w tamtym okresie daleki był od tych praktyk, tworząc na uboczu swój własny hiatus.
Można, więc zaryzykować stwierdzenie, że w tamtym okresie, podmiot Koniusza, przesycony był pamięcią przedmiotów, dobrą i złą uciążliwą i lekką, są także momenty jego całkowitego osaczenia, daremne próby ucieczki w zewnętrzność, w świat pejzażu, bezradne jego momenty w zawężonym polu widzenia, gdzie nieustannie dominują, ten sam krajobraz, te same przedmioty. Autor zawsze zdawał sobie sprawę z tego, że poszukiwanie nowych form wyrazu w poezji językiem wielokształtnym, prowadzi do zmian proporcji rzeczywistości, także do przewartościowania niektórych wartości. Rzeczywistość poetycka oddala się od rzeczywistości konkretnej. Wówczas słowo nie znajduje potwierdzenia w tym, co określa. Na tym właśnie poległo pokolenie Orientacji. Przetrwanie Koniusza, jest zasługą jego poezji, tworzył ją nieprzerwanie, pośród wielu deklaracji i prądów, które w żaden sposób nie wywarły na nim piętna, pisał więc jeden niekończący się tom mając świadomość tego ostatniego wiersza, który nigdy w ostatecznym rozrachunku, nie był ostatnim. W jednym z wierszy autor mówi wprost: nigdy się nie powtórzysz jak stworzenie świata, i dalej:
Od dzieciństwa `mozolę się
nad tym nienapisanym wierszem
i tak mi życie przecieka
przez literatury palce.


Podsumowując tamten okres twórczości, pod koniec lat osiemdziesiątych autor wyznał: pragnę, aby pozostało na papierze to, co w jakimś momencie mojego życia, wydaje się ważne, istotne, godne zapisu, przekazane innym, zatrzymane, przypomniane. Jakże przedwczesne było to wyznanie, i jakże przedwczesna próba rozliczenia i te słowa, które wówczas padły z jego ust: Będzie jakby nigdy nas nie było, wyschłe badyle liter nie zaskrzeczą nad tą szlachetna dziejów pomyłką, może tylko ktoś tu ten ślad po mnie w płomień przemieni. Dzisiaj po latach można powiedzieć, że ten ślad jest jeszcze bardziej widoczny, bardziej dojrzały i został przemieniony w płomień przez samego autora, czego dowodem jest najnowszy jego tom.
Tak jak w pierwszym okresie twórczości Koniusza dominowały przedmioty, tak w drugim dominuje sam podmiot. I to jak? Koncepcji autorowi nie zabrakło, bo oto w omawianym tomie, dostrzegamy dyskurs podmiotu z otoczeniem, zarówno rzeczywistym jak i z przeszłością, do której autor nieustannie powraca porównując obrazy, których już nie ma z tymi, które dostrzega obecnie. Świat, dzieciństwa, świat młodości, wcześniej kreowany, przypominany przez przedmioty, teraz jest rozważany przez sam podmiot w kategoriach filozoficznych, jego otoczka mistyczna, obrazowana archetypami, wprowadza czytelnika w świat rozważań nad sensem bytu doczesnego, nad samą egzystencją w połączeniu materii i ducha. Autor, posuwa się nawet do wizjonerstwa, bo oto w wierszu; Napis na murze, czytamy: Ziemia zapadnie się w ziemię/ woda się utopi/ ogień w ogniu spłonie/ proch się w proch rozsypie/ ukamienuje się kamień/ strach umrze w strachu/ tylko śmierć się nie uśmierci. Wizja takiego końca, jest jak najbardziej realna-, co potwierdzają inne wiersze Koniusza, posadowione w pojęciach naukowego pojmowania wszechświata, ze słońcem jak centrum i Ziemią jako pyłkiem, która istnieje tylko w pojęciu życia i człowieka, który postrzega je poprzez niedoskonałe ciało, i doskonałego ducha.
Bogactwo poetyckiego przekazu, skondensowane w mistrzowski sposób, prostotą przekazu, bez uciekania się do zawiłości językowych i metaforycznych,
wykorzystanie archetypów religijnych, retrospekcje do miejsc dzieciństwa, do korzeni, i wspomnienie w formie rozmowy z matką. Odniosłem wrażenie jakby autor, w tej jednej książce, z determinacją godną podziwu, starał się pomieścić całe swoje życie, doświadczenia, nie tylko literackie, a także przekazać to wszystko, co jego zdaniem jest najważniejsze, czytelnikowi. Stąd wiersze o życiu, o starości, o przemijaniu, a także o stworzeniu i końcu Ziemi. Są także wątki historyczne, rodzinna Niwka koło Sosnowca, w „trójkącie trzech cesarzy” gdzie zbiegały się granice trzech zaborów. Rozmowa tam z matką, są odwiedziny rodzinnego miasta, oraz bezwzględna samotność i rządząca starym człowiekiem- fizjologia.
Prawie w każdym wierszu można dostrzec pierwiastek rozrachunku, swoistego podsumowania a nawet próby poetyckiego testamentu, w którym literatura nie jest przedmiotem rozważań, z natury rzeczy niezależna, dla Koniusza znaczy tyle ile słowo, które się uchowa w świadomości dziedzictwa pokoleń, tak długo jak istnieć będzie ludzkość. A więc, choć jedno słowo doskonałe, ponadczasowe, warte całego pisania. To autor, wielokrotnie powtarza w swoich książkach.
Ostatnim słowem poety jest śmierć, czytamy w jednym z wierszy:
…. Po utracie łuski ciała
zatracisz się w złotym runie Ziemi,
To będzie twoje ostatnie słowo.
Nieco dalej, autor dodaje, że będzie to śmierć bez konsekwencji. Jakich, można tylko rozważać, bo w przesłaniu tym jest prawie wszystko, o czym nie wiemy, a czego się dowiemy, tam? Tu autor jest świadom drogi Hioba, a także spuścizny krzyża, na którym nawet łotry znajdują swoje zbawienie, nie bez udziału człowieka, świadka życia i śmierci. Zaiste, można równie dobrze zwątpić w to, co mówi autor, i równie dobrze zaufać doświadczeniu, cienka linia wszelkich rozważań staje się coraz bardziej wyraźna w momencie, kiedy zaczynamy myśleć o ziemi, miejscu gdzie wszystko zaczyna się i kończy w podobny sposób. :
…tylko ostatnia sosna Sosnowca
zatrzeszczy nade mną
jak stempel pod zawałem.
Twórczość Janusza Koniusza, poety i prozaika, jednak bardziej poety, podzielić można na dwa okresy. Nie są one determinowane czasem, zawodowym lub literackim życiem, ale przemianami w świadomości samego poety. Pierwszy okres, to okres penetracji obszarów wartych poezjowania, istotnych dla podmiotu spraw i rzeczy, z których to przedmioty, są sposobem kreowania świata, jaki poeta widzi lub chce pokazać czytelnikowi. Drugi okres, poeta zamyka omawianą książką, i nie jest to bynajmniej ostanie słowo, jak sugeruje, bo przy okazji tomu „ z Kaina i Abla” miałem podobne odczucie czytając niektóre pomieszczone tam wiersze. Kreacja życia, w równym stopniu kreacja śmierci, uczyniły z poety swoistego niewolnika własnych wizji, bez których nie może się obejść podkreślając to na każdym kroku. Można tylko podziwiać przekonanie, z jakim autor trafia do czytelnika, za każdym razem w podobny, lecz inny sposób, i ja to odbieram jako swoistą grę ze śmiercią, bez konsekwencji, jak to wyznaje w jednym z wierszy. Kokieteria prowadzona w mistrzowski sposób, przy użyciu poetyckiego języka, w którym autor jest mistrzem, bo nie trudno tutaj dostrzec szkoły Karpowiczowskiej. Na koniec znajduję w tej poezji coś odkrywczego, wyrażone frazą; trzeci stan skupienia. Znaczenia, semantyki tego”skupienia” powinno się szukać w podręczniku fizyki, ale tak nie jest. Po pierwsze skupienie jako poetycki stan, z którego rodzą się wiersze, po drugie, skupienie prochów w ziemi- trzeci stan człowieka we wszechświecie. A może trzeci stan skupienia to modlitwa, ostatnia modlitwa i ostatnie słowo, które stanowi akt fizycznej śmierci. Jednoznacznej interpretacji u Koniusza nie znajdujemy, więc należy opowiedzieć sobie samemu na to retoryczne, acz metafizyczne pytanie.
Przy lekturze tej książki, czytelnik znajdzie wiele odpowiedzi na odwieczne pytania dotyczące sensu życia jednostki w okazałym i bezwzględnym świecie zjawisk, stosunków i determinantów z różnych dziedzin. W szczególności czas, jest tutaj wyartykułowany najbardziej, i to w sposób odbiegający od stosowanych powszechnie miar. Autor uzmysławia pojęcie przemijania przy pomocy miejsc i przedmiotów charakterystycznych dla każdego okresu życia pomiotu. Widzimy tutaj przedmioty i narzędzia górnicze, obiekty a także klimat towarzyszący wszystkiemu, co jest związane z procesem poznawania, dojrzewania, wreszcie rozrachunku z tym wszystkim. Charakterystyka jak i język są przekonywające do tego stopnia, że jawi nam się obraz za obrazem, układają się one w zamkniętą całość, i wyłania się klimat dramaturgii miejsca i czasu.
Biblijna arka, nie jest tą arką, z której wyszli nasi protoplasci, aby kontynuować egzystencję ludzkości po czasy dzisiejsze. Autor, co dostrzegam, kreuje postać Noego w osobie każdego z nas, a arka to nic innego jak życie dryfujące pośród różnorodnej doczesności, a owe biblijne wyjście to nic innego jak wejście do wieczności, w trzeci stan skupienia, tym razem niezniszczalny? Zatem książka jest jedną wielką metaforą, w której jak w Arce, odbywa się mityczna podróż pośród meandrów rzeczywistości aż do końca, który jak mówi poeta jest równie mityczny, bo symbolizowany przez nicość. Pozostają tylko słowa liryczne i to nie wszystkie, i to ostatnie wyrażone przez śmierć.
Lektura omawianego tomu wierszy, to niezwykła wędrówka po biografii autora. Istotą tej wędrówki jest zmieniającą się świadomość podmiotu w zależności od sytuacji lirycznej, i gromadzonych doświadczeń. Wycieczka w czasie, ale nie exodus, doświadczanie dobra i zła, radości i cierpienia, i mimo wszystko dostrzegalny, optymizm- co dociera do czytelnika jaskrawo i dźwięcznie, a przede wszystkim, wiarygodnie. Można odnieść wrażenie, że poeta pisze jeden niekończący się wiersz, którego tematem jest historyczne spojrzenie w ludzkość poprzez pryzmat osobistych doświadczeń, poszukiwanie tożsamości, niekiedy mitologizowanie jej, w końcu jakby rezygnacja i oddanie się w ręce stwórcy, z wiarą lub bez, do wieczności lub w nicość z nadzieją, że nie wszystek umrę, bo pozostanie, choć jedno żywe słowo, zachowane przez potomnych.



Janusz Koniusz, „Po wyjściu z arki” wyd. Organon, 2007 r. Zielona Góra.












poniedziałek, 20 lutego 2012

Kulki rtęci na Gare Saint-Lazare



Tytuł artykułu naszedł mnie w nocy, za sprawą impresjonizmu, który jak cień kładzie się na poezji W. Roszkowskiego. Wymyślili kolory które nie istnieją, może jedynie jaskrawa jest czerwień ścian katedry, albo  nalot dmuchawców na Paryż, wtedy pachniesz tak, że nie można żyć. Celowo przytoczyłem dwa wersy innego Wojtka podobnie zainspirowanego sztuką farb, z tą różnicą, że Roszkowskiemu bliższy jest impresjonizm, Czerniawski gustował w surrealistach, zwłaszcza Bosch był aniołem jego inspiracji, Monet Roszkowskiego jest bardzo dzisiejszy, może dlatego jego bohater wymyślił kolory które nie istnieją. I w wolnych chwilach. kopiuje płótno mistrza

Co robią kulki rtęci na słynnym paryskim dworcu. Znalazły się tutaj przypadkiem, może to jedyne miejsce gdzie można zaistnieć nie będąc tutaj nigdy? Zawsze będziemy mieli swój Paryż. Bo tutaj można kraść turyńskie pocałunki, a dziewczyny noszą t-shirty z podobizną madonny,  natomiast  prawda dojrzewa w winie. Nie wykluczone, że w paryskich kafejkach podawanym. Jest jeszcze coś z Vermeera u Roszkowskiego, gra świateł którymi poeta posługuje się w taki sposób, jakby poszukiwał najistotniejszych cech w tym co widzi, to co chce podkreślić i to, co trzeba ukryć, przed okiem człowieka ponieważ może być źródłem fałszywego osądu. Jeden z brudnych aniołów wpełza mi pod stopy, kradnie palestynę, może za wcześnie, a może za późno na cokolwiek, na łatanie dziur w krzyżu, w dłoniach i zębach. ropne przetoki od kości, plamy- tak ma wyglądać chustka weroniki?  Tak, jak Vermeer posługiwał się światłem aby skrywać to co zamierzał, tak Roszkowski posługuje się językiem, oszczędną metaforą, używa tropów nie wprost, lecz buduje z nich obrazy nie przejaskrawione, językiem delikatnym czystym, pozbawianym patosu, moralitetu, swój podmiot ogranicza do roli narratora.


(........)


Dwie książki poetyckie, jedna sprzed 36 lat, druga świeżutka, pachnąca jeszcze farbą drukarską. Co je łączy? Sztuka obrazu, fascynacje odnoszone do stolicy artystycznego świata, Paryża? Nie sądzę. Ale inspiracje stamtąd, jak najbardziej, tyle że przemycone do naszej rzeczywistości w kraju nad Wisłą. Jest jeszcze jeden element tego porównania, bardziej istotny od przyczynku powstania tych książek. Otóż debiut Czerniawskiego wbił się jakby klinem w nurt Nowej fali, natomiast Roszkowski zadeklarował swoją odmienność  na dzień dzisiejszy. Trudno o jednoznaczną opinię, czy tak w istocie jest. Dlatego wstrzymam się do czasu, kiedy odwiedzę Dworzec Świętego Łazarza. 

Jerzy Beniamin Zimny


(fragment większej całości)



  



niedziela, 19 lutego 2012

Beata w Starym Kinie

Jakub był tak przejęty, że Magda wchodziła słowami jak sufler w teatrze dramatycznym. Kukor piwo popijał, Jantarek siedział cicho, w pobliżu Cicho, a w jej przebraniu- Dorota też popijała tyle, że nie piwo. Nie zaglądałem do szkła, ale mogę zaręczyć szlachetność pochodzenia trunku. Ciąg dalszy wielkiej poezji w Starym Kinie, życzę Magdzie i Jakubowi wytrwałości kukorowej, znaczy uniwersalnej na wszystkie pogody i zmory jestestwa, niezależnie od profesji i nastrojów społecznych. Beata przyjechała z Gorzowa, a to przecież poetyckie miasto, oj dzieje się tam dużo, oj mieszają miejscowi w krajowym garnuszku, a i animatorów i bossów sztuki u nich pod dostatek, Za sprawą Czesia Gandy mają się dobrze, coraz lepiej. Tyle mojego nakręcenia w temacie Beaty. Nowy tom wydany w zacnej Oficynie, jednej z najlepszej w kraju. Tak, Zeszyty Poetyckie liczą się. Debiuty tam wydane są bardzo ciekawe, ostatnio czytałem kilka, wymienię: Agnieszki Gałązka, Jakuba Sajkowskiego, no i pojawił się Kukorowski, postać bardzo kontrowersyjna, dla mnie przynajmniej, i tak go lubię jak i nie cierpię, chociaż pierwej, tośmy wiele układali dobrego. Niech Tagi popłyną w Polskę, a ja będę śledził poczynania moich dawnych znajomych, oj dawno to było. Krzysztof Szymoniak, genialny w swoich reportażach na łamach Nurtu. Nie zapomnę: Tak pięknie lato zaczęło się w Pyzdrach. albo słynne już podróże koleją roboczą na szlaku Poznań- Zbąszynek. Miły wieczór Beaty, i do zobaczenia w Polsce.

JBZ 

Srebrna gra

Wiersze Gabrieli Szubstarskiej próbują zatrzymać lirycznie przemijające- zbyt szybko i łatwo-chwile życia; ktoś w nich odchodzi, ktoś inny z nadzieją czeka, wczoraj na tym drzewie śpiewał ptak, a dzisiaj już go nie słychać, kiedyś przebiegała sarna.
Te wiersze są niczym muzyczne preludia- pomiędzy linijkami można usłyszeć tkliwe krople deszczu, a może łzy, których nie można powstrzymać, dalekie echa dziecięcej modlitwy, cierpienie płonącej gałązki, lub szept spadającej gwiazdy. I tyle w nich kolorów- tutaj uczucia i nastroje mają swoje barwy, jakby na odczarowanie smutku, albo jako magiczne zaklęcia.
Gabriela Szubstarska układa wiersze i ze smutku i lirycznej wrażliwości. Do jej liryki w Srebrnej grze chce się przytulić.
Pisze we wstępie do tomu Aleksander Jurewicz.
W istocie, poezja Szubstarskiej jest lekka jak piórko, barwna nastrojowa, oszczędna w doborze słów, jednocześnie przebogata w treść, obrazy a język- czysty jak kropla rosy porannej na liściu:


lubię las
tam biegnie srebrna
wylizywać rany
drzewa zacierają czerwony ślad


nie
to nie łzy to deszcz
po deszczu zostają niczyje kałuże
i echo dziecięcej modlitwy


ufam drewnianym kapliczkom
rekom składającym przy nich kwiaty
opowiedz im swój sen


O sobie poetka pisze tak:

nie potrafię mówić
cudzym głosem
lubię słowa 
które przylegają do ciała 
jak woda


biegnę od chwili do chwili
niczym szachowy konik
bez wędzidła


Jest to jak sądzę, poetyckie credo Szubstarskiej. Czytałem wszystkie tomy poetki, uderza w nich konsekwencja z jaką kreuje swój poznany świat, i to wszystko co istnieje a dostrzec nie można gołym okiem.

(fragmenty większej całości)