środa, 27 października 2021

W siódmym numerze ReWirów

 


POEZJA

51.   Anna E.Zalewska, Pejzaż wspomnień, Rozmowy niedokończone    

53.   Jolanta Stelmasiak, Jeszcze nie czas na biel, Fotograf

67.   Wasyl Hołoborodko, Ptak leci, Lepienie dzbanków

76.   Joanna Słodyczka, Z głową w chmurach, Miłość w dobie Facebooka, Pozorna  

        bierność, Bursztynowy czas, Październikowa refleksja

81.   Irena Tetlak, diagnoza, gdy umilkną dźwięki karetki, z pozycji drogi, jak daleko

        sięga wyobraźnia

89.   Ewa Frączek, styczeń, styczeń bo przeplata, ścieżka dostępu, obca baba nie

        może spać przeze mnie, seneka po grzybkach

95.   Andrzej Sikorski, /***/spocony ślimak, u Marii i Marty w Betanii

98.   Andrzej Sikorski, /***/od rana w błocku, przesiadka w Pleszewie

111.  Maria Świderska-Pelinko, Świat szalonym nie wierzy, Obraz, A jednak, Płacz

117. NAIRA EDIGARYAN, Wiersze bez tytułów

125. Sebastian Chosiński, Ataraksja, Apokryf

131, Andrzej Sikorski, / ***/ ledwie uszeptał porządek przed strzałem

132. Norbert Skuoniewicz, Poemat

PROZA

52.  Stanisław Chutkowski, W dziecięcym krajobrazie

103. Jerzy B. Zimny, Gry wstępne (5)

RECENZJE

49.   Stanisław Chutkowski, Ciężar zmierzchu

57.   Robert Rudiak, W objęciach…aktów miłości i tworzenia

61.   Robert Rudiak, Na przekór starości, czyli jak być znowu małą dziewczynką

65.   Krzysztof Grzechowiak, Poetka na ostrym dyżurze

107. Robert Rudiak, Księżycojajko, czyli jak księżyc poróżnił się z jajkiem

167. Marek Słomiak, „Uczynić ziemię poddaną”, nowy tom Pawła Kamina

SZKICE

4.    Teoria bytu a sztuczna inteligencja, praca zbiorowa

8.    BYT VS NIE „BYT”? SYMBIOZA CZY ANABIOZA?

10.   PRAWO DO KREOWANIA NOWEJ PRZESTRZENI

22.  Tymoteusz Skórka, Automatyczne generowanie poezji na podstawie zbioru    

        tomików poetyckich

26.   Jerzy Beniamin Zimny, Driver liryczny

28.  Tymoteusz Skórka, Co wiemy o języku polskim

30.   Marta Wylegała, Sztuczna inteligencja – czy odnajdzie się w świecie lirycznym?

33.   Irena Naumowicz, Szkic do analizy i interpretacji wiersza polifonicznego

44.   Maria M. Pocgaj, Katedry uskrzydlone

54.   Anna Andrych, Ważna jest pamięć

74.   Michał Piętniewicz, Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski

78.   Czeslaw M. Szczepaniak, Spód Poznania (2)

96.   Dariusz Pawlicki, O eliminowaniu ciszy, a z nią jeszcze czegoś…

113. Jerzy B. Zimny, W Nurcie Odnowy

119. Musa Çaxarxan Czachorowski, Urszuli Benki wędrowanie  po widzialnym                     

        i  niewidzialnym

122. Maria Magdalena Pocgaj, Konkursowe żniwo

141. Zofia Grabowska-Andrijew, Wojenne slajdy zachowane w dziecięcej pamięci

151. Paweł Kuszczyński, Nad wyraz

163. Anna Andrych, Krzysztof Pieczyński – aktor, pisarz, poeta i . . .

164. Zofia Grabowska-Andrijew, Po dwakroć do trzech razy sztuka. o „Podwójnym 

        wahadle” Jacka Podsiadły, nominacja do NIKE 2021

171. Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska, Aleksandra Rogalskiego średniowieczne

        konstelacje. Pani Eguckiej też             

WSPOMNIENIA

101. Krystyna Grys, Moja historia

127. Robert Rudiak, Lubuskie jubileusze

150. Michał Piętniewicz, Przyjaciółka, wspomnienie o śp. Małgorzacie Misiewicz

169. Anna Andrych, Przemysław Bystrzycki /2/

FELIETONY

60.   Krzysztof Grzechowiak, Mądre jajko

84.   Czesław M. Szczepaniak, Nota Bene

87.   Bożydar Gralicki, Targowisko próżności, czyli jak nie zostałem debilem roku

93.   Michal Piętniewicz, Koniec ?

99.   Stanisław Chutkowski, Sierpniowe skojarzenia dźwięków i słów

140. Jerzy B. Zimny, Opowiadania z punktu widzenia

160. Zbigniew Gordziej, Chorzy na duszy, czyli dojrzewanie do miłości

DZIENNIKI

68.   Karol Samsel, Z notesu /2020-2021/

187. ARKUSZ POETYCKI, Marek  Słomiak

 

 

 

wtorek, 19 października 2021

Nowa scena muzyczna w Poznaniu PROCHOWNIA

Dziś o tym co w Posnania Sound wybrzmiało

 

w poznańskim brzmieniu unosi się wir

porywa zachwyca i rwie ku sklepieniu

dzięki wielkiej w jego brzmieniu ekspresji

Posnania Sound ucho słuchacza wciąż ucieszy

 

© Zbigniew Roth

 

         Można dywagować na tematy różnych inicjatyw ale te, które pozwalają nam wrócić do przeszłości i jej kolorowych brzmień są najcenniejsze. Pretekstem do tej podróży w przestrzeni stał się fakt , że do Jeżyckiego Centrum Kultury, dzięki inspiracji pomysłodawcy red. Krzysztofa Wodniczaka , przyjechał lider grupy SBB Józef Skrzek, wcześniej współpracujący między innymi z Czesławem Niemnem. Jest to nowa inicjatywa pt. Posnania Sound , mająca na celu przybliżenie powstałej na przełomie lat 80 – tych i 90tych w Poznaniu lokalnej sceny muzycznej , powołanej do życia przez Stowarzyszenie Muzyki Elektronicznej pod nazwą El muzyka, której Honorowym Prezesem został Czesław Niemen. Zamysł red. Krzysztofa Wodniczaka. poszedł jednak jeszcze w kierunku poezji ilustracyjnej związanej pośrednio treścią lub osobami poetów z Poznaniem , co miało szczególny wyraz w formie i treści. Powstały w ten sposób klimat tego szczególnego koncertu dopełniło wnętrze Starej Prochowni, gdzie na tle prowizorycznej sceny wyświetlane rzutnikiem obrazy tworzyły zjawisko unoszącej się duchowości tego miejsca. Sala pozostawiona w oryginalnej starej fakturze z gołej cegły ,nie była pusta i naga, bo wypełniło ją około 70 osób, koneserów muzyki elektronicznej i fanów Józefa Skrzeka. Oprawę tego uzupełnili zaproszeni goście , recytujący poezję według niżej wymienionego scenariusza. Czytanie poezji przy ilustracji dźwiękowej Danuty i Dariusza Stockich rozpoczął w bloku Wojtek Wardejn czytając wiersz Klub Dziennikarze Ryszarda Podlewskiego i Noc Wincentego Różańskiego, później Zygmunt Dekiert wyrecytował dwa wiersze Jerzego Beniamina Zimnego .Łaźnia miejska i Dzielnica Zachodnia. Na scenie pojawił się Tomasz Szymański czytając wiersz Stanisława Barańczaka Jednym tchem. Po nim swój wiersz Autoportret miasta moich narodzin przeczytał Dominik Górny. Ten blok zakończył Andrzej Błaszczak prezentując wiersz Romana Brandstaettera Panie dlaczego kocham zmierzch. Parafrazując tytuł utworu R. Brandstaetera , inicjatywa ta pokazuje, ze ten projekt prowadzącego wydarzenie, to nie co zwiastuje zmierzch muzyki elektronicznej ale przede wszystkim pokazuje jej rozwój na tle postępu w instrumentarium , którym obecnie i w przeszłości posługiwali się artyści sceniczni. Być może jednym tchem da się wyśpiewać psalm pochwalny z tekstem Stanisława Barańczaka. Można jednym tchem objąć ramionami wyzwolenie i wolność słowa, ale tchu nie może zabraknąć ,by wyśpiewać piękno czasu minionego, zaklętego w poezji wymykającego się w tamtym czasie z ram cenzury. Przecież to w ożywionym recytacją Zygmunta Dekierta mieście z wiersza Jerzego Benjamina Zimnego żyją, tworzą codzienność i umierają wierni jemu mieszkańcy. Żadna zawierucha dziejowa czy wojenna nie zatrzymała poznańskich pyr w działaniu, czego dowodem jest inicjatywa red. Wodniczaka ilustrująca życie muzyczne Poznania z tamtych lat. To nie tylko sposób na ożywienie przeszłości w jej pozytywnym brzmieniu wydobytym z artystycznych scenicznych produkcji zaproszonych gości. Moim zdaniem to próba zbudowania pomostu pomiędzy pokoleniowego dla utrwalenia więzi kulturowych, obyczajowych i między ludzkich mieszkańców naszego regionu. Po tym podsumowaniu czas ożywić głównych aktorów tego wydarzenia w osobach , których obecność była głównym daniem tego wieczoru. W kolejności dającej sygnał do konsumpcji muzyki w wykonaniu muzyków polskiej sceny wystąpił jubilat .Romuald Andrzejewski, którego muzyczne impresje angażowały swoim brzmieniem nawet mnie wyrobionych słuchaczy. Zagrał m.in. Emaizing Grace, melodie z filmów Misja i Polskie drogi Swój krótki recital zakończył wspólną inspiracją z głównym wykonawcą, gwiazdą tej części wieczoru .Józefem Skrzekiem utworem My way. Natomiast wcześniej podziwiany w swojej solowej Dariusz Stocki  zagrał na melodyce  krótkie improwizacje ilustrując  w ten sposób wiersze czytane przez aktorów Swój kilkuminutowy przekaz w tonacjach dur i moll tak ułożył, że na nas pozytywnie działały. Dowolne rejestry czułość dotknięcia tej muzyki w przekrojowej barwie i brzmieniu emanuje wielowarstwowo.

 Józef Skrzek to basista, multiinstrumentalista, kompozytor, jeden z czołowych przedstawicieli polskiego rocka progresywnego i elektronicznego, w ostatnich latach głównie komponujący muzykę sakralną. Urodził się 2 lipca 1948 w Siemianowicach Śląskich. Od dziecka uczył się gry na fortepianie, w 1967 ukończył średnią szkołę muzyczną w Katowicach. Od 1968 współpracował z formacjami Mariolaine & Swinging Soul Corporation, Ślężanie i Ametysty, zaś w 1969 rozpoczął trwającą dwa lata współpracę z popularną grupą  Breakout , z którą zagrał kilkadziesiąt koncertów i nagrał album 70a.
W 1971 Skrzek założył Silesian Blues Band wspólnie z Antimosem Apostolisem (gitara) i Jerzym Piotrowskim (perkusja). W latach 1972-73trio współpracowało z Czesławem Niemenem, uczestnicząc w nagraniu albumów Niemen Vol. 1, Vol. 2, Strange Is the World i Ode to Venus. Od 1973, przyjmując nazwę SBB, grupa nagrała szereg albumów ugruntowujących jej pozycję jako jednego z najciekawszych i najbardziej oryginalnych zespołów polskiego rocka progresywnego. SBB zawiesiło działalność w 1980, reaktywując się z sukcesem w 2000.  W 2005 roku został laureatem Nagrody im. Wojciecha Korfantego, a w2008 – Cegły Janoscha, nagrody przyznawanej przez czytelników katowickiego wydania Gazety Wyborczej za rozsławianie Górnego Śląska. W 2013 roku został laureatem złotego Fryderyka za całokształt osiągnięć artystycznych. W sierpniu 2017 razem z J. Pijarowskim zostali laureatami nagrody ekspresjonistycznej FENIKS im. Tadeusza Micińskiego za ekspresję artystyczną i nowatorstwo formalne w bogatej twórczości muzycznej. 16 października 2017 roku otrzymał złoty medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

 Józef Skrzek główny wykonawca tego koncertu i nasz Poznański Gość został też wyróżniony Medalem Labor omnia Vincit wręczanym Liderom Pracy Organicznej. W jego wykonaniu autorskim usłyszeliśmy utwory instrumentalne jego kompozycji: Szczęśliwi z miasta N, Pamiętnik Karoliny, Pokój Saren, Angelus, Bella Mia, Wojna , utwory śpiewane własnej kompozycji: „o Ziemio Dzieciom Śląska” słowa Alina Skrzek, „z których krwi krew moja” słowa Julian Matej,„Słone Perły” słowa Alina Skrzek, „Toczy się koło historii” słowa Julian Matej, „Muzykowanie kwieciste” słowa Alina Skrzek, , „O Panie przebacz mej Myśli” słowa Karol Wojtyła.

Wykonany z klasą repertuar przez  Skrzeka ,został przyjęty bardzo gorąco przez widownię i doczekał się bisowania, którym wzruszony artysta zakończył swój wyjątkowy poznański koncert Posnania Sound dzięki prowadzącemu , to wydarzenie red. Krzysztofowi Wodniczakowi .

 

                                                             Krzysztof Wodniczak

© Zbigniew Roth

Ławeczka poety

W czwartek 7 października  w Parku Górzyńskim miało miejsce odsłonięcie ławeczki Wincentego Różańskiego. Przybyli: Wiceprezydent Miasta Poznania pan Jędrzej Solarski,  Zastępca Dyrektora Wydziału Oświaty w Urzędzie Miasta Poznania pan Wiesław Banaś, oraz dyrektor Szkoły Podstawowej nr 10 w Poznaniu pani Magdalena Pechorin. Uroczystość uświetnił swoją obecnością poznański rzeźbiarz Roman Kosmala, który jest autorem ławeczki, oraz kilku innych rzeźb umieszczonych na terenie miasta Poznania.   


                              na zdjęciu: pani M. Kosmala, Maria M. Pocgaj druga z prawej strony
            


Młodzież Szkoły Podstawowej nr 10 zaprezentowała krótki program słowno-muzyczny oparty na wierszach Wincentego Różańskiego. Były wspomnienia, opowieści o przeszłości, o bywalcach parku i mieście które się zmienia z roku na rok. Ławeczka przykuwa uwagę spacerowiczów, niektórzy z nich robią sobie selfie z Poetą. A życie toczy się dalej. 
                                                   

sobota, 24 lipca 2021

Zapowiedź wydawnicza na listopad 2021

 


Pół wieku literackiego życia w Poznaniu. Wszystko o ludziach uwikłanych w poezję i ich problemach, wszystko o bezkompromisowym otoczeniu, o literaturze w której nie można już odnaleźć piętna dawnych twarzy. O ambicjach i wydarzeniach pięknych, mniej pięknych i skandalicznych, o sukcesach i porażkach. O tym, co nie powinno się wydarzyć, i o tym, co się nie wydarzyło, a powinno. Pół wieku pewnych miejsc związanych z  literaturą, miejsc magicznych i kultowych obecnie, miejsc politycznie postrzeganych dzisiaj po latach, kiedy coraz więcej pamięci a coraz mniej ludzi pamiętających przeszłość z naszym udziałem.

  1.  /.../ Kto z poetów nie pisał o deszczu. Gałczyński i Tetmajer najwięcej. Dziwne, w moim dorobku próżno szukać takich wierszy. Prędzej śnieg, prędzej grad siekący po dachach, drzewach kwitnących, ale deszcz nie znalazł jak dotąd u mnie uznania. Może na starość jeśli dożyję. Witek Różański lodowatość utożsamiał z życiem: kry lodowe płynęły na wznak, jakby się ktoś narodził. Dziwna metafora i zarazem pojemna w treść, i dalej poeta pisze: dziecko szło i jak włócznia śpiewało. Zderzenie tych dwóch metafor powoduje zdziwienie, bo zwykle śpiew kojarzy się z wiosną, latem, kiedy płynie kra, trudno spotkać na ulicy śpiewające dziecko. Zatem jest to metafora metafor, nadrzędna i można ją interpretować w odniesieniu do samej wyobraźni, tam szukać wyjaśnienia tej sytuacji lirycznej. Skuta rzeka - martwy okres życia, kra płynąca – odwilż, płynąca na wznak – to zwrócona ku niebu – więc jak tu ma nie śpiewać dziecko, które być może się narodzi – jak wiosna – przyjdzie i ożywi świat.

    „Preludium”, zapowiedź czegoś, zapowiedź deszczu, zapowiedź miłości. U mnie także zapowiedź śmierci, może nie zapowiedź lecz memento mori, nie całkiem jednak. Moja poezja to przeciąganie liny, śmierć nie musi się za bardzo wysilać, życie przeciwnie - musi walczyć ze śmiercią każdego dnia, byle tylko dopomóc mu w tej walce. Najczęściej człowiek jest sprzymierzeńcem śmierci, fundując sobie wszystko, co najgorsze, co mu szkodzi. Preludium, zapowiedź miłości przejawia się dreszczem, przyspieszonym biciem serca, niekiedy zatraceniem się w sensie pozytywnym. Trzy fazy miłości w mojej poezji, na początku deklaratywny jej charakter, peany, tkliwości często brak opamiętania. Wracam do tych wierszy i mam niezły ubaw, zastanawiam się jak mogłem być takim rozbrajającym młodzieńcem. Patos królewski, bohaterka liryczna jak księżniczka, i do tego odpowiednia sceneria pośród łąk i do tego umajonych jeszcze. W średnim wieku nastąpił u mnie przełom, zacząłem bardziej zastanawiać się nad sensem życia. W oparciu o tanatologię, pojawiła się pamięć z sylwetką zmarłej matki i potem ojca. Cykl, listy starego dróżnika, był owocem moich rozważań. Grafikę do tomu sprezentował mi Stasys Eidrigevicius, wybitny artysta pochodzenia litewskiego. Tom ten ukazał się w 1991 r. i zawierał wiersze z okresu piętnastu lat, kiedy pisałem dorywczo, między prozą i recenzjami. Redaktorem tomu był Mariusz Rosiak, który swoją aktywność przejawiał w wielu dziedzinach sztuki. Po ukończeniu Kulturoznawstwa zajął się kolekcjonowaniem polskiego abstrakcjonizmu, otworzył galerię w Poznaniu, rozwijał się dynamicznie. Z jego inspiracji powstała „Gazeta Malarzy i Poetów”, jakiś czas był szefem BWA w Poznaniu, plany miał dalekosiężne i konsekwentnie je realizował. O jego sukcesach piszę w dalszej części opracowania, bo Rosiak to instytucja, tak działał do końca swoich dni. /.../

                                                                                                                   /fragment książki/


piątek, 23 lipca 2021

Wersy i fantazje muzyczne

Scena finałowa







                                                                                  Głos Wielkopolski 22.07.2021



  


Słowo i muzyczny takt, muszą współgrać, wzajemnie się uzupełniać, niekiedy zastąpić to, czego nie da się oddać słowem albo taktem muzycznym. Jednym z walorów poezji jest rytm, metafora i parafraza  -dwie siostry - lustrzane odbicie trafiające do ucha, do oczu, do słuchu. Nie ma piękniejszego z doznań, dlatego dziękuję losowi, że mnie skojarzył z wykonawcami, którzy poszukują środków własnego, niepowtarzalnego wyrazu, w dziedzinie muzyki kameralnej i poważnej, a także rozrywkowej.  
W imieniu organizatorów i własnym, serdecznie powitam gości, którzy przybędą do Jankowic. Tym dla których zabraknie miejsca na sali, zapraszam do sieci gdzie koncert zostanie udostępniony do obejrzenia na YouTube.
Jerzy Beniamin Zimny

piątek, 9 lipca 2021

Szósty numer ReWirów

  w szóstym numerze ReWirów 


POEZJA

Andrzej Sikorski, Jerzy Grupiński, Wacław Turek, Ryszard Wasilewski, Anna Baśnik. Dominik Górny, Krzysztof Grzechowiak. 

PROZA

Arkadiusz Olszewski, Aktorka, opowiadanie

Jerzy B. Zimny, Wenecja lubuska

Kryspin Krystek, Rezerwat Krugera

Wanda Wasik, Miejsce na ziemi

Jerzy B. Zimny, Jak Palony swatał kumpla

Barbara Tylman, Inna

SZKICE

Czesław M. Szczepaniak, Spód Poznania (1)

Konrad Sutarski, A Földszellem megidézése (Wierzbakowcy)

 Konrad Sutarski, Przedmowa autorska i apel

Zbigniew Gordziej, Bez  asekuracji

Marian Golka, Przypadki podróżne cz.4

Jerzy B. Zimny, Liryczna kwarantanna

Paweł Kuszczyński, Przywołany Jan Kiliński

Michał Piętniewicz, Czy język?

Małgorzata Osuch, Rapsodia „Spotkań”

Irena Kaczmarczyk, Anioł zza szyby. Sklejanie portretu Zuzanny Ginczanki.

Dariusz Pawlicki, Muzyka Kosmosu

Maria M. Pocgaj, Epitafia Mówią

Czesław M. Szczepaniak, Gołębnik literacki

Zygmunt Dekiert, Ekologia w kontekście miłości do psa i nie tylko.

Anna Andrych, Ocalić w naszej pamięci, Przemysław Bystrzycki

Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska, Nienormalnie normalna, religia medycyny

RECENZJE

Robert Rudiak, Miłość w czasach pandemii

Robert Rudiak, Spowiedź rozrachunkowa Renaty Diaków

Maria M. Pocgaj, Metaforyczne meandry Norberta Skupniewicza

Jerzy B. Zimny, Czarna książeczka bez inwokacji

Jerzy Grupiński, Tylko ta noc, to ciemno

Maria M. Pocgaj, Cień sekundy Jakuba

Michał Piętniewicz, Do Józefa Barana list – impresja o „Słonecznej rulecie”

Paweł Kuszczyński, Pokłon nie tylko górom

Alojzy Kuca, Być artystą

Zofia Grabowska-Andrijew, Między poddaszem świata a Manhattanem

WSPOMNIENIA

Ojciec swojego syna /JBZ/

Przyjaciel Silver Lady, wspomnienie o Dobiesławie Wielińskim /JBZ/

Konrad Sutarski, Sándor Csoóri i jego polskie powiązania

HISTORIA

Krystyna Grys, Spółdzielnia żołnierska w 55. Pułku Piechoty w Lesznie

Jerzy B. Zimny, Dawać słowo

REPORTAŻE

Robert Rudiak, XI Gala ZLP Oddział w Zielonej Górze

Krzysztof Grzechowiak, Zapiski bez przedawnienia

DZIENNIKI

Karol Samsel, Z notesu 2018-2020

Jerzy B. Zimny, Dziennik niecodzienny

POEZJA NA ŚWIECIE

Wiersze rosyjskiej poetki Lidy Jusupowej w przekładzie Jakuba Sajkowskiego

ALBUM  ReWirów


Foto-grafiki Andrzeja Haegenbartha

 

 

 


wtorek, 13 kwietnia 2021

 

W piątym numerze ReWirów 

 

POEZJA - Elżbieta Ewa Podleśna, Jerzy Beniamin Zimny, blok wierszy Pawła Kubiaka, Iza Kalicka, Andrzej Sikorski,  Elżbieta Tylenda, Dagmara Kacperowska. W Galerii ReWirów  powrót Hanny Kacewicz-Sygidus, znanej poznańskiej poetki, oraz w serii Poetyckich Meteorów, przypomnienie sylwetki Dagmary Zimnej, debiutantki w 1991 r.

PROZA -  Urszula M. Benka, opowiadania: Moja Gladys, Lilia, Żwir. Maria M. M. Pocgaj, Między wierszami: Poetą być…, Michał Piętniewicz, Gadający Olbrzym, Jerzy B. Zimny, Gry Wstępne (5)

RECENZJE -  Robert Rudiak, Poetycka historia Wolsztyna, Z. Grabowska-Andrijew, Od słowa do słowa a urodziła się…Lala  J. Dehnela.

SZKICE -  Jerzy B. Zimny, Szkoła ślusarska, Marian Golka, Przypadki podróżne (3),  Karol Samsel, Idealizm śpiącego, Andrzej Haegenbarth, Portrety i rozety,  Paweł Kuszczyński, Poetycka głębia, twórczość Pawła Kubiaka, Zofia Grabowska-Andrijew, Czas bohater czarownego planu, Czarodziejskiej Góry Tomasza Manna, Irena Kaczmarczyk, Z Witkacym i Malinowskim na Cejlon. Aliny Kręcisz,  Anna Andrych, Wyjęta z granic cienia (sylwetka Zdzisławy Kaczmarek),  Jacob Bohme, Auroras w przekładzie Andrzeja Pańty, Jerzy B. Zimny, Powrót z Ziemi Obiecanej, twórczość Elżbiety Tylendy, Maria M. Pocgaj, Wiersze w kolorze sepii, Floriana Jernasa, Zbigniew Gordziej, Bez asekuracji- Poezja a nauka – grzech zaniechania, Dariusz Pawlicki, Przeciw nie-sztuce.

WSPOMNIENIA-  Cz. M. Szczepaniak -  E Ciołek, P. Gintrowski, Z. Kałużyński, Z. Zapasiewicz, A. Asnyk,  Jerzy Beniamin Zimny, autor nieznany: Jak Palony kochał Czeszki, Michał, Piętniewicz, Ganiający Olbrzym.

HISTORIA - Konrad Świtek, Nasz dyrektor, sylwetka wieloletniego dyrektora IV Liceum Ogólnokształcącego w Poznaniu.

ODKRYWANIE ARCHIWUM - Debiut po 43 latach, Eutychiusz Jaśkiewicz, Listy Babińskiego z 1983 roku, dotyczące jego kontaktów z wydawnictwem i cenzorami. 

POEZJA NA ŚWIECIE - Wasyl Hołoborodko, wiersze znanego poety ukraińskiego w znakomitym przekładzie Anety Kamińskiej.

FELIETONY- .Michał Piętniewicz, Felieton osobisty, .Cz. M. Szczepaniak, Krzywym okiem, Natabene, 

TRZECIE OKO PANI EGUCKIEJ – Cirkulus Vitiosus

DZIENNIKI - Karol Samsel, Z notesu (2016-2018)

ALBUM  ReWirów -  Piotr Stasik, foto-grafiki:  Ewa I, Ewa II, Ewa III

                                                                                                                                      Redakcja 

 

 

piątek, 18 grudnia 2020

"GDZIE JESTEŚCIE PRZYJACIELE MOI" ?

 

   Znicze pamięci


 Tadeusz Stirmer                                              Sasza Wacław Tylenda  Tadeusz Wyrwa-Krzyżański      Jerzy Szatkowski  Dobiesław Wieliński    Mariusz Rosiak




Grób Andrzeja Babińskiego na Junikowie




Kwatera Lotników, Cmentarz Miłostowo w Poznaniu
 miejsce spoczynku  komandora Wacława Tylendy. 



R.I.P


czwartek, 5 listopada 2020

36. Konkurs im. Kazimiery Iłłakowiczówny

 


PROTOKÓŁ

 

z posiedzenia Kapituły 36. Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny na debiut roku 2019, w dniu 12.09.2020 w Poznaniu

Kapituła w składzie:

       1. Jerzy Beniamin Zimny – przewodniczący Kapituły, poeta, krytyk, wiceprezes ZLP Oddział  w  Poznaniu

       2.  Zbigniew Gordziej – członek Kapituły, poeta, prozaik, krytyk, publicysta, felietonista, prezes ZLP  Oddział w Poznaniu

       3. dr Karol Samsel – sekretarz Kapituły, poeta, krytyk i historyk literatury polskiej,  dr nauk humanistycznych na UW;

           po rozpatrzeniu zgłoszonych do konkursu 15 książek poetyckich postanowiła przyznać:

          Nagrodę Główną 36. Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny:

Monice  Lubińskiej z Katowic za tom poezji pt. „ Nareszcie możemy się zjadać” Wyd, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Dom Literatury w Łodzi, 2019.  

oraz Piotrowi Jemioło za tom poezji pt. „ NEKROTRIP”  Fundacja KONTENT w Krakowie, 2019.

Ponadto Kapituła postanowiła wyróżnić:

Kaspra Pfeipera  z Katowic za tom poezji pt. „Adblock” Wydawca: Dom  Literatury  w  Łodzi, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, 2019

podpisy: Jerzy Beniamin Zimny, Zbigniew Gordziej, Karol Samsel 



Wyróżnić, czyli wyłączyć.

 

Laudacja 36. Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny

na debiut poetycki 2019 roku: P. Jemioło, Nekrotrip,

M. Lubińska, nareszcie możemy się zjadać

 

            Na początku, jeżeli Państwo oczywiście pozwolą, słowo o idei oraz – jeśli mogę się tak wyrazić – etosie Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny na debiut poetycki. Ażeby ów etos wiernie odzwierciedlić, odwołać pragnąłbym się do nietypowego (i nieoczekiwanego) tutaj z pewnością cytatu, albowiem cytatu z Michela Houellebecqa, skandalicznego artysty-pisarza, autora Uległości oraz Serotoniny. Odbierając Nagrodę Oswalda Spenglera za rok 2018 w Brukseli, pisarz, zupełnie nieoczekiwanie dla swoich słuchaczy, wyraźnie się bowiem odsłaniając, odniósł się do własnego rozumienia literatury. Cóż, nie muszę zapewne tu zaznaczać, że było to rozumienie na wskroś oryginalne i swoiste – że Houellebecq nie mógł nie zaskoczyć, utrzymując, że wierzy w ist-  nienie… doskonałości pisarstwa poza wszelkimi estetyczno-artystycznymi konkurencjami i agonami, uznając je jedynie za wyjątkowo prymitywną biologiczną funkcję gatunku ludzkiego. Wyrafinowanie w wymiarze przetrwania oznaczać powinno zaś coś dalece bardziej złożonego niż stawanie w szranki z reprezentantem tego samego gatunku, bo zdolność ominięcia pułapki ślepego współzawodnictwa. Houellebecq tłumaczy:

            Jeśli chodzi o dobrobyt narodów: najlepszy sposób przeżycia nie sprowadza się do tego, by produkować to samo, co wszyscy i być bardziej konkurencyjnym – najważniejsze, by wytwarzać coś, czego nikt inny nie potrafi. W dziedzinie kultury: jeżeli moje książki przetrwają, nie stanie się tak dlatego, że są lepsze niż inne, ale dlatego, że się od nich różnią. W zapomnienie nie popada ten autor, który pisze książki, jakich nikt inny nie mógł napisać [podkr. moje – K. S.] .

            „Nie dlatego, że są lepsze niż  inne, ale dlatego, że się od nich różnią”, to słowa istotne o  książkach,  mogłyby    z powodzeniem stać się dewizą ambitnego konkursu na debiut. Dodajmy, to zarazem słowa dla debiutanta niezwykle wymagające, o wiele trudniej w mojej opinii wypatrzeć bowiem w debiutach (szczególnie już w debiutach poetyckich, silnie zdominowanych przesłaniem „uprzemysłowionego” rynku nagród) inność artystyczną... aniżeli artystyczną doskonałość. Czy tegoroczni laureaci 36. edycji Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny, Monika Lubińska za tom nareszcie możemy się zjadać oraz Piotr Jemioło za tom Nektrotrip spełniają ten wyśrubowany wymóg? Czy udało im się mimo wszystko wyłamać poza pewien „przemysłowy” (utrzymam tę metaforę) próg osiągania stylistycznej doskonałości?

             Zacznijmy od erudycji. I Lubińska, i Jemioło mają na nią dość sprecyzowany pogląd – nie da się ich w tym względzie pogodzić: w żadnej mierze. Jemioło to młodociany trickster i starzec-ironista o twarzy dwudziestokilkulatka, znakomity w partiach lirycznych, nazbyt łatwo natomiast poddający się w mojej opinii strumieniowi łotrzykowskiej kreacji. Jest zdyscyplinowany, w o wiele mniejszym stopniu grozi mu tautologia artykulacji czy też logorea wypowiedzi aniżeli groziłaby Lubińskiej, dziś świetnej, ale w przyszłości – mogącej łatwo zboczyć na mielizny tzw. transhumanistycznej traktatowości. Co do Jemioły: fraza o młodocianym starcu nie wzięła się u mnie znikąd, to część zeznania podmiotu lirycznego wiersza katastaza w pętli: „wprawiono w ruch za 20-letnim starcem / elejską strzałę ” (gwoli precyzji dodajmy, że w momencie przyjmowania nagrody Iłłakowiczówny – co nie dokona się w swojej zwyczajowej formie z racji trwającej pandemii – Jemioło ma już lat 31).

            Figura „20-letniego starca” jest tu zresztą niezwykle symptomatyczna.  Odsyła bowiem do mitu o puer senex,    a więc legendarnym „chłopcu starcu” przychodzącym na Ziemię w momencie największego jej tragicznego apogeum (to tytułowa „parastaza” Jemioły). Puer senex reprezentuje mityczną nadzieję na nadejście, niejako deux ex machina, pokolenia młodych doświadczonych w cudowny zupełnie sposób ratujących zmartwiały ustrój chylący się z winy starych ku upadkowi (nieprzypadkowo mit ten narodził się w upadającym Imperium Rzymskim). Cóż z młodziutkiego mesjasza jednak, jeśli ten z wiersza Jemioły uchodzi z przeznaczonego sobie planu mesjańskiego, wykorzystując pierwszą nadarzającą  się  ku  temu sposobność? Tak, jak prometejska, zostaje u Jemioły również skompromitowana    i odyseuszowa wizja losu, katabaza poznania, odyseja umysłu poznającego w wierszu Katabaza jako forma joggingu. „Pikować po spirali aż do barysfery: / z dumą pionierów zatknąć flagę na dnie” , sprawozdaje złośliwie podobne ofiarnicze wyprawy Jemioło, ale i ja wobec niego będę złośliwy, odwdzięczając się tym samym.

            „Katabaza jako forma joggingu”, powiadałby z przekąsem poeta? A może jest całkiem odwrotnie? Może „jogging jako forma katabazy”? Frapujące jest u Jemioły to łączenie trasgresyjnych greckich kategorii (wielkich w swoim pierwotnym zamyśle) z bieganiem, tym bardziej, że autor Nekrotripa gotuje nam również „joggingowy” koniec całości książki: „epifanie spaliły się // w słońcu, biegłem” . Trudno uwolnić się od skojarzeń z wierszami Marcina Orlińskiego z tomu Tętno. Jemioło, można by tak chyba powiedzieć, chwytliwie (ale i nieco nazbyt jaskrawo) przepisuje Tętno Orlińsiego na język estetycznej metafizyki: „jogging” jest dla niego odpowiednikiem równie ironicznego stosunku do narzędzi greckiej tragedii – katabazy, katastazy oraz epifanii, co dla romantyka ironicznego „szybowanie”, kpiarskie unoszenie się nad tekstem, „permanentna parabaza” stylu, ujmując rzecz już zupełnie precyzyjnie, jak ujęli to swego czasu  Friedrich Schlegel oraz Paul de Man.

            Lubińska stawia w tomie zaporę wszelkiej intertekstualności, nie tylko tej klasycznej lub śródziemnomorskiej. Gdy pisze w wierszu czym jestem, że „w odróżnieniu od kulistych skupisk / materii zdegenerowanej / świec(i) światłem odbitym / od języków palców mózgów przepon, / innych małych planet” , jest w tym pewna ontologiczna rozrzutność, tak charakterystyczna dla transhumanistycznego artyzmu, mogąca się świetnie kojarzyć z pewnymi dziełami przeszłości, choćby – Pieśniami Maldorora Lautréamonta. Przypomnijmy, Maldoror na pełnym morzu dziko, upajająco i we wzbudzającym przerażenie, niekończącym się zespoleniu spółkował z samicą rekina, pod postacią ośmiornicy zaś oddał się ostatecznej walce –  na śmierć i życie –  z samym Bogiem. Pod  postacią  ośmiornicy,   która  z „serajem czterystu ssawek” stanowić miała dla Lautréamonta istotę doskonałą Ziemi w ogóle („jej dusza jest nierozdzielna z moją” , zwykł powtarzać poeta w uniesieniu).

            Tak, Lautréamont mógłby być znakomitym patronem pisarstwa transhu- manistycznego. Czy jednak młodzi transhumaniści, w szczególności młodzi poeci transhumanistyczni – Lautréamonta czytają? Czy czyta lub czytała go  Lubińska? Nie wiem, nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że bez Pieśni Maldorora nie byłoby współczesnych arcydzieł literatury transhumanistycznej chociażby w rodzaju Możliwości wyspy wspomnianego tu Houellebecqa. Lubińska tymczasem potrafi odnaleźć się zadziwiająco blisko intuicji Lautréamonta, bo jeżeli ośmiornica jest w Pieśniach... symbolem transhumanistycznego uniesienia człowieka, uniesienia, które kosztuje go całą rozkosz autodestrukcji, to czym są u Lubińskiej „ślimaki achatina” pochłaniające u poetki „wiele bibliotek” świata ? Tu właśnie docieramy do istotnej kwestii erudycji Lubińskiej. Zaryzykuję tezę, że ośmiornica Lautréamonta pokonująca Boga, a także ślimaki Lubińskiej zjadające biblioteki świata to jeden i ten sam, w rzeczy samej, gest zanegowania i sprzeciwu względem tradycji humanistycznej w dwóch wariantach oddalonych od siebie w czasie. I doprawdy – nie interesuje mnie, czy Lubińska Lautréamonta zna czy nie. Jej oko nie jest moim okiem, a jej dzieło nie jest moim dziełem, dzisiaj zresztą – czas pewien po jego stworzeniu – Lubińska jest w tym samym stopniu odbiorcą swojego tekstu, co ja.

            Myślę do tego, że dobra laudacja jest krytyką. Jeśli pozostaje afirmacją, widomie dokłada się do „uprzemysłowionego” status quo współczesnej literatury. Co do krytyki Lubińskiej zatem – nie jestem pewien, czy reprezentuje ona model współczesnej poezji transhumanistycznej, raczej widzę w niej poetkę transsomatyczną, neutralizującą i dekonstruującą odyseje, doświadczenia, przygody ciała. Owszem, zabawia się Poświatowską, choćby wówczas, gdy zaświadcza, że „dostała wąskie pęciny umierających saren” , ale to zaledwie kroniki przelotnych literackich znajomości, o wiele więcej w jej tomie Justyny Bargielskiej, a niektóre wiersze, choćby takie, jak ***[urodziłam synka, który jest niezbędny...] równają poziomem do głośnego Dziecka z darów tej autorki, chociaż Lubińska tomu  Bargielskiej nie mogła  zapewne  znać przed wydaniem swego debiutu: nareszcie możemy się zjadać  i Dziecko z darów to równolatkowie, książki z tego samego 2019-ego roku.

            Można ich nazwać za pomocą powszechnie znanych terminów dzisiejszych humanistyki. Ona jest „liberalną ironistką” , a jej „liberalny ironizm” dobrze widać w wierszach, takich jak np. niepokalane poczęcie zaświadczające o osobliwym przeżyciu „znalezienia się w ciąży z fasolką szparagową”. On zaś to złośliwy trictkster sięgający o wiele dalej niż do repertuaru ogrywanych chwytów intelektualno-retorycznych. Mimo wszystko wciąż poruszają się po zastanej matrycy odniesień kulturowych, należy ich toteż demaskować, do tego (m.in.) powinna posłużyć również niniejsza laudacja. W sprawie Jemioły, dajmy na to, nieco drażni mnie łotrzykowska maska jego poetyckiego porte parole w Nekrotripie. Niełatwo mi zgodzić się z Jerzym Jarniewiczem, który zachwala wiersze Jemioły jako literaturę złego i brudnego smaku, tzw. mondo poems . Nie, wedle mojej oceny Jemioło jest daleki od przesady kampu, to zaś, co jest brane w Nekrotripie za kamp, jest typem pewnego dość zwyczajnego łotrzykostwa, czy też – awanturnictwa, dość zwyczajnego jako postawa, nastawienie, ukierunkowanie na świat, artystyczny światopogląd. Nie warto mylić jednego z drugim – szkodząc być może w ten sposób autorowi.

            To zresztą za sprawą pewnych łotrzykowskich ciągot przekaz tekstów Jemioły ulega gdzieniegdzie wykolejeniu, do podobnego wykolejenia, przede wszystkim do infantylizacji imaginarium – kamp by nie doprowadzał, redukcja podobnego rodzaju nie leży w jego naturze. Infantylne są u Jemioły np. kolejne multiplikowane peryfrazy, „karawan / krążownik polskich szos / ulubiony resorak grabarzy”  z Instrukcji dla aspirujących grabarzy bądź też wyliczenia w rodzaju „coaxin, zomiren, perazyna, asertin, inne bobofruty”  z mapy punktów węzłowych. To już zdecydowanie potknięcia, potknięcia poety, któremu trywialna, niezdyscyplinowana swada przesłania w pewnym istotnym jednak stopniu zgoła niebanalny warsztat. Jemioło oczywiście zwycięża, ale dopiero wówczas, kiedy swoje łotrzykowstwo potrafi pożenić z wartościami łotrzykowstwu przeciwstawnymi, dla przykładu – z liryzmem. I gdzieniegdzie, owszem, klimat mondo czytelnikowi się udziela, jak w znakomitym, skatologicznym wierszu Literaturo, o „pewnym” numerze „Literatury na Świecie”, ale to za mało, aby cały tom szczodrze mianować określeniem mondo book. Owo połączenie mondo, liryzmu i łotrzykowskiego nastawienia wybija się na tle innych jakości niezwykle poza tekstem Literaturo, rzadko, i to raczej w pojedynczych wersach, takich jak „posłyszcie swąd wyściółki pod cielskiem spaślaków”  aniżeli w poszczególnych lirycznych całościach.

            Tymczasem Jemioło – jeżeli tylko tego chce – potrafi być niebywale liryczny, lirykiem à rebours jest dla przykładu dedykowany przedwcześnie zmarłemu Mirosławowi Nahaczowi wiersz 89 nie tylko o niepokojącej predylekcji nekrotycznej, lecz już – tej nekrofilskiej, jak mniemam. Wielka szkoda, że owe nekroza, pod pewnymi warunkami już nekrofilia obrazowania muszą w dalszych partiach książki ustąpić funeralizmowi ujęć – jest w tym co prawda jakiś zamysł poetyckiej syntezy, jakoby przemysł pogrzebowy i przemysł literacki stanowiły tu awers i rewers tego samego zdezawuowanego oraz skorumpowanego środowiska, lecz – nieco szkoda konceptu wstępnego.

            Przy Lubińskiej wspominałem o poezji Bargielskiej jako istotnym dla wyzewnętrznień tej akurat autorki literackim intertekście. Przy Jemiole – intertekstualność jest bodaj najważniejszym sposobem spełniania się wszelkich funkcji tekstu poetyckiego, a zatem – najkrócej mówiąc – bez intertekstualności nie ma w Nekrotripie jakiegokolwiek imaginarium: imaginarium jest czymś w rodzaju nie tyle przedstawienia, co raczej – przedstawiającego, międzytekstowego odesłania. Prześledźmy, do jakich tekstów literatury i kultury poeta się odwołuje: mamy jaskrawo widoczne aluzje, czyli Matkę Boską płatnych morderców Fernanda Vallejo, „południowoamerykańskiego Robin Hooda”, Jesúsa Malverdego, Ołeksandra Irwanecia, autora Choroby Libenkrafta, Gombrowicza, czyli w „łotrzykowskiej lekcji” Jemioły, „świętego Witolda herbu Kościesza” . Mamy Europejskiego Poetę Wolności z 2012 roku – Dursa Grünbeina, „tą od mądrości krwi, nie tą łysą” , czyli Flannery O’Connor (nie Sinnead), mamy artystów polskich wpisanych w zjadliwe Jemioły etiudy, a także etiudki z życia polskiego przemysłu literackiego: Podgórniego, Sadulskiego, Taranka bądź Kulikowską, mamy w końcu kpiny z artystycznych, dość sezonowych mód polskich poetów na poliamorię.

            Wiele tego, a to przecież nie koniec, bo poza aluzjami widomymi są jeszcze narzucające się sugestie historyczno- i  krytycznoliterackich odniesień  Jemioły.  Przykładowo: „Poznasz po wylince  moje  prawdziwe  imię”  z wiersza PIG, czy to nie pewna złośliwość lub przynajmniej dwuznaczność sformułowana w kierunku autorki Wylinek, Joanny Mueller? Z kolei refrenicznie ponawiana w wierszu Pionierzy formuła „i szli całą noc”, „szli całą noc”, „nie byli już dziećmi” (w którymś z wierszy pojawi się już wprost motyw krucjaty) – czy nie jest to zakamuflowane odniesienie do ostatniego zdania Bram raju – najsłynniejszej może polskiej antypowieści Jerzego Andrzejewskiego (poza Miazgą tego samego autora), utworu o krucjacie dziecięcej złożonego z jednego ciągnącego się przez cały tom okresu zdaniowego, a także z drugiego esencjonalnego zdania „I szli całą noc” wieńczącego całość strumienia narracji Bram raju, niejako akcentującego i zatrzymującego tej narracji rytm.

            Gdzie Jemioło-erudyta mówi o sobie samym jako poecie? Co do jego samego jako twórcy, poeta nie zgadza się na słynne równanie Arthura Rimbauda „Ja to ktoś inny”, tak jak nie godzi się na bezmyślnie, nowinkarsko przyjmowany pakt antymimetyczny: „ja to nie ja ani nikt inny”, tłumaczy, dodając, „nie wierzę   w nieprzystawalność słów do rzeczy / choć nie chcę skończyć jak czarny strecz / wokół kartonu o podejrzanej zawartości” . Cóż, nie wierzyłbym jego zarzekaniu się przeciwko formułom Rimbauda, w wierszu PIG czytamy już bowiem coś bardzo              z ducha autora Sezonu w piekle: „będąc naraz mordercą, śledczym, ofiarą – / rdzawy rekwizyt wywabiam z luminolem” .

            Przenieśmy się  w  obszar liryki Lubińskiej. Wielkim  atutem jej  pisarstwa jest  jego  językowy  obraz świata,  a właściwie konsekwentne uzyskiwanie efektu rozpadu owego obrazu świata wraz z pogłębianiem się transhumanistycznej perspektywy podmiotu. „Tkanka dla wzrostu / rozłogi dla wzrostu / wszystkim byliny / obojgu zielne / jednemu trawa” , zapisuje poetka w puencie wiersza wiechlinowaci. „Kobieto mężczyzno / poskładajcie wasze łokcie / klik klik do pokrowca i w kosmos” , czytamy z kolei w festiwalu latających ryb. To język naturalnie opuszczający swojego humanistycznego nadawcę. Opuszczenie owo, owa secesja, można rzec, dokonuje się spolegliwie, bez jakiegokolwiek wybiegu, tricku, wymuszenia. Czytając tomy takie, jak nareszcie możemy się zjadać, rzeczywiście przyłapać można się na odczuciu, że na nic wszelkie formalne, pozaformalne eksperymenty, że czasami przeminąć musi kilka pokoleń, aby językowy obraz świata, którego niewolnikiem jest nasz sposób opowiadania, ustąpił  pod  naporem innego  opisu  świata,  np.  mniej  antropocentrycznego. To   bowiem,  co Italo  Calvino  osiąga  z pomocą eksperymentu narracyjnego w Opowieściach kosmikomicznych z 1965 roku (m.in. nakazując przemawiać odnarratorsko pyłowi kosmicznemu), w 2020 roku Lubińska osiąga bez sięgania po jakiekolwiek koncepty, rusztowania czy innowacje. Jej skala depersonalizacji konfesji lirycznej zdecydowanie przewyższa możliwości depersonalizacji opowiadania, którymi jeszcze pół wieku temu dysponował, legitymował się genialny i pomysłowy Calvino. I to nie kwestia warsztatu, bo w nim Calvino Lubińską przekracza po wielokroć, a wrażliwości, świadomości, m.in. tej ekologicznej i czujnej spostrzegawczości. W 2019 roku Lubińska może spostrzec już o wiele więcej aniżeli jeszcze  pięć  lat  wcześniej  Bronka  Nowicka, autorka  nagradzanego  Nakarmić  kamień. I  z  tego  naddatku wiedzy  i czasów – Lubińska czyni stosowny użytek.

            Tym bardziej mam do niej żal o promocję pewnego naiwnego punktu widzenia podmiotu. Z braku lepszego określenia nazwę go russowskim. „Wywlecz z siebie szkielet / kilka układów / z własnych zewnętrzności / zrób sobie dom / taki do którego nikogo nie można zaprosić”, notuje poetka w wierszu ślimaki, brzuchonogi. Owo zbycie się siebie, własnych organów, wnętrzności, hormonów, genów, a także genomów, zbycie się przypominające zeświecczoną formę dawnego religijnego askesis – to przecież utopia, całkowite pomylenie zbywalnego z niezby- walnym, maski z twarzą, kostiumu z ciałem etc. Lubińska tkwi w wielkiej trans- somatycznej utopii, upojona wizją własnego upragnionego askesis, lecz jej tęsknota za przedustawną nieomal jednością świadomości ludzkiej z naturą zdaje mi się tylko sublimacją głębokiej melancholii, reprezentowanej oczywiście nie wprost, przez podmiot liryczny tomu. Ta melancholijna wiara w powrotną, russowską jedność wszystkiego ze wszystkim, w organiczną całość ludzko-zwierzęcych i zwierzęco-ludzkich stopów owocuje liryką – jak już podkreślałem – transsomatyczną, ale nie transhumanistyczną, bowiem do transhumanizmu, takiego, jaki na gruncie polskim reprezentuje Olga Tokarczuk książką Prowadź swój pług przez kości umarłych, na gruncie europejskim natomiast Houellebecq z wymienioną Możliwością wyspy – brakuje Lubińskiej dobrze sformułowanych pytań etycznych i płaszczyzny wewnętrznego dramatu zdolnego przełamać wytworzoną przez autorkę, melancholijną, ale także jednostajną niestety – snutą przez siebie transsomatyczną utopię. Wszystko jednak jeszcze przed nią, tak jak wszystko przed nie gorszym od niej, chociaż chyba bardziej świadomym literacko i tekstualnie Jemiołą.

            „Nagroda za ciałokształt” . Być może ta właśnie metafora Lubińskiej przede wszystkim powinna znaleźć się w finale niniejszej laudacji. Wyraża ona niebywale wiele. Przede wszystkim: perspektywę zwątpienia oraz rozczarowania młodych poetów przemysłem nagród literackich. Po nich: pogardę i protekcjonalność wielu z nich wobec tego, co  uprzemysłowione.  Również  z tego  powodu  niniejsza laudacja  stała  się – poza sobą  samą  – także  i regularną krytyką nagrodzonych tomów. W całkowitej zgodzie z intuicją Michela Houellebecq’a uważamy bowiem, że zadaniem konkursowej kapituły jest / winno być wyłączyć debiutanta z cyrkulacji literackiej rywalizacji oraz współkonkurencji, wyróżnić, czyli wyłączyć – nie zaś w ów obieg włączać, zasilając nim nader ponurą kolejkę następnych „darwinowskich widm”, „widm” literatury. A czy podobnemu zadaniu jesteśmy w stanie sprostać, i to nie jako teoretycy, praktycy, czy też ktoś pomiędzy – lecz jako kapituła określonego, ograniczonego możliwościami konkursu? Pewnie nie, wyzwanie podobnego rodzaju przekracza nieraz ludzkie siły, możliwości, a także kompetencje. Dobrze będzie, jeśli podobną wizją uprawiania literatury, wizją usiłującą ominąć darwinowskie pułapki całej twórczej biologii, chociaż  w pewnym stopniu zdołamy zaintrygować (bo przecież – nie ją upowszechnić). Paradoksalnie rzecz biorąc… to także rodzaj transhumanistycznego heroizmu.

                                                                                                                                Karol Samsel

1.M. Houellebecq, Zachód jest w stanie zapaści [Wystąpienie Michela Houellebecqa z okazji otrzymania Nagrody Oswalda Spenglera za rok 2018, Bruksela, piątek, 19 października], tłum. D. Zańko, „Znak” 2019 nr 5 (768), s. 10.

2. P. Jemioło, katastaza w pętli, [w:] tegoż, Nekrotrip, red. poetycka R. Jurczak, Kraków 2019,

3.Tegoż, Katabaza jako forma joggingu, tamże, s. 20.

4. Tegoż, katastaza w pętli, tamże, s. 40.

5.M. Lubińska, czym jestem, [w:] tejże, nareszcie możemy się zjadać, redakcja serii i tomu: R. Gawin, Łódź 2019, s. 29.

6.Comte de Lautréamont, Les Chants de Maldoror, [w:] tegoż, Oeuvres complètes, edité par J. Corti, Paris 1953, s. 215. Cytuję za: G. Bachelard, Bestiarium Lautréamonta, przeł. H. Chudak,

„Pamiętnik Literacki” 1971 nr 2, s. 196-197 w przekładzie tłumacza Bachelarda.

7. M. Lubińska, ***[pod waszą nieobecność wiele bibliotek…], dz. cyt., s. 62.

8.Tejże, hipoteza braku brzegów, [w:] tamże, s. 41.

9.W rozumieniu Richarda Rorty’ego, autora Przygodności, ironii i solidarności, „liberalna    ironistka” jako projektantka (wyłącznie projektantka, jeszcze nie architektka) „liberalnej utopii” jest przede wszystkim „osobą stawiającą czoła przygodności własnych przekonań i pragnień oraz żywiącą pośród nich nadzieję na to, iż zmaleje cierpienie – i można będzie uniknąć poniżania jednych istot ludzkich przez drugie”. Zob. więcej: M. Kwiek, Richarda Rorty’ego postmodernistyczny świat ironii, „Kultura Współczesna. Teoria – Interpretacje – Krytyka” 1996 nr 1, s. 56-57.

10.M. Lubińska, niepokalane poczęcie, [w:] nareszcie możemy się zjadać, dz. cyt., s. 15.

11.„Piotr Jemioło, orfejski kinofil i amator slasherów, powołuje do życia nowy gatunek wiersza: mondo poems”. Zob. J. Jarniewicz [blurb], [w:] P. Jemioło, dz. cyt., skrzydełko czwartej strony okładki.

12.P. Jemioło, Instrukcje dla aspirujących grabarzy, tamże, s. 16.

13. Tegoż, mapa punktów węzłowych, tamże, s. 31.

14.Tegoż, Instrukcje…, tamże, s. 16.

15.Tegoż, Angażuję się, gdy nie patrzysz – , tamże, s. 19.

16.Tegoż, Żeby nie było dziecka, tamże, s. 24.

17.Tegoż, PIG, tamże, s. 33.

18. Tegoż, Pionierzy, tamże, s. 21. Intrygująco zapowiada ów wiersz puenta wiersza go poprzedzającego, już cytowanej Katabazy jako formy joggingu: „z dumą pionierów zatknąć flagę      na dnie”. Zob. przypis 3., a także jego kontekst.

19.Tegoż, en face, tamże, s. 30.

20.Tegoż, PIG, tamże, s. 33.

21.M. Lubińska, wiechlinowaci, dz. cyt., s. 18.

22.Tejże, festiwal latających ryb, dz. cyt., s. 25.

23.Tejże, ślimaki, brzuchonogi, dz. cyt., s. 45.

24.Tejże, ***[pod waszą nieobecność wiele bibliotek…], dz. cyt., s. 62.