piątek, 12 lipca 2013

Darłowo - 2013, impresje


Maraton Poetycki w Karczmie Rzymskiej

W spotkaniu brali udział znani poeci, krytycy, wydawca oraz początkujący wielbiciele muz Kaliope, Erato i Euterpe. W literackich potyczkach czytali swoje wiersze Beniamin Zimny- znany poznański poeta i krytyk literacki oraz Kazimierz Rink - poeta, krytyk, dziennikarz i animator kultury, zamieszkały w Tucholi. Potyczki poprowadziła Beata Patrycja Klary - poetka, publicystka, recenzentka literacka, animatorka kultury i autorka wielu książek oraz arkuszy poetyckich. Obaj twórcy reprezentują odmienne gatunki poezji. Pojedynek literacki został nierozstrzygnięty. Spotkanie z autorką książki „Rozmowa z piórami" poprowadziła Krystyna Mazur organizatorka w Szczecinku  ogólnopolskiego konkursu poetyckiego p.t. "Malowane Słowem". W turnieju jednego wiersza udział wzięło sześciu początkujących poetów.
Dzięki zjazdowi bliżej poznaliśmy wiersze warszawskiego poety, prozaika i wydawcy Rafała Czachorowskiego, który prezentował własne utwory.
Spotkanie poetów uświetnił muzyką gitarową i wokalem Janusz Waściński wraz z chórkiem dwóch  dziewczynek. W jego piosenkach z własnymi tekstami odnajdujemy dużo miłości  i szacunku do życia. Na miejscu można było nabyć książki, płyty i tomiki wierszy wielu poetów.
Organizatorem Zjazdu Poetów była: Elżbieta Tylenda, a wspomagali ją: Darłowski Ośrodek Kultury im. Leopolda Tyrmanda, Miejska Biblioteka Publiczna im. Agnieszki Osieckiej i Darek Kos.
Darłowski maraton Poetycki poprzedziło dzień wcześniej spotkanie poetów w letniej siedzibie państwa Tylendów w Krągu. Tam m.in. Elżbieta Tylenda promowała swoją najnowszą książkę p.t. „Dzień traszki".  Wieczór przy kominku poświęcono nieżyjącemu poecie Piotrowi Fedorczykowi. Spotkanie miało miejsce nad jeziorem, w cieniu Borejowego Lasu, przy lampce wina i muzyce Yula Rafelda. Prowadzili je poeci: Krystyna Mazur i Jerzy Beniamin Zimny.
O poetyckim Darłowie najlepiej świadczy wypowiedź znanego poznańskiego poety i krytyka Beniamina Zimnego, jaką zamieścił; na swoim blogu: „Darłowo od dwóch lat jest miastem poezji na skalę krajową. Nie ma w tym określeniu przesady, jeśli wziąć pod uwagę organizowany tam konkurs, na który słane są teksty liryczne z całego kraju. Organizacja, klimat imprez, miejsca spotkań- nie mają sobie równych w porównaniu z tym, co od lat obserwuję w innym miastach.  Konkurs darłowski jest młodą imprezą, ambicje organizatorów są duże, prestiż tego wymaga, zaistnienie w najwyższym wymiarze albowiem region nad Wieprzą ma bogate tradycje historyczne, zasoby kultury materialnej, zabytki z różnych okresów politycznych i sztuki budowlanej, no i ludzie, ludzie morza, z którego pokoleniami żyli tworząc nową tradycję mającą swój początek w osadnictwie po drugiej wojnie światowej. Staraniem miejscowych władz dzieje się w Darłowie bardzo dużo, bogaty kalendarz imprez, różnorodność tematyczna, znakomita baza i wspaniali ludzie- animatorzy kultury." (W tekście chodzi m.in. o ogólnopolski poetycki konkurs - "O Trzos Króla Eryka").

 Leszek Walkiewicz  (Echo Darłowa)


GALERIA










(...)
masz czas po którym na włosach jasno a potem zwyczajnie
już gra w zielone bo tak to działa
gdy ona staje chociaż obrazy kołyszą się w ramach
i skrzypią jeszcze rozbujane lampy czekasz spokojnie
na kolejne światło wrzucone przez okno
ze szczytu jabłoni przez tego anioła
co się tam rozsiadł i hałaśliwie razem kwitną (...)




(...)
błysk światła na krótkim ostrzu przez chwilę
z dala od sukienek dywanów i tła
na którym rzeczy zawsze czerwienieją

i to jest ten moment gdy można się unieść
odlecieć jak najdalej

(fragmenty poezji Elżbiety Tylendy z tomu, Dzień traszki )






   Jerzy Beniamin Zimny

   Darłowo

Darz łów, napełnij sieć w dar-morza.
Łowy wszędzie- na freskach, w oczach
modlącej się kobiety, pajęcze w piwnicy.

Prowadzi tu asfalt rozgrzany. Wprost
na nabrzeże, do spichrza,gospody.Śmieją
się organy, w piszczałkach Mozart. Bacha

rozpoznano w muszli parkowej. Darłowo
do rzeczy przez mury i ściany. Sklepienia
podobne do nieba. Ratusz oparty plecami

o świątynię Gryfitów. Czuję atmosferę 
zabawy. Jakby Krąg się tutaj zatoczył,
obdzielił borejami - park, rabatki i groby.

Wędrowna troć rozjaśnia Wieprzę, nocą.

    Potrząsanie trzosem króla Eryka
Darłowo, moje drugie miasto na nawietrznej.
Z solą dla smaku, winem z innej beczki
piwnic króla Eryka. Hansa, ale nie Rostock
i nie abdykacja królowej poezji. Wkrada
się niepokój o bursztyny Komandora, gdzie
ten największy tam miejscowa Safona otrzepuje
z niego piasek a Kolekcja zyskuje blasku
tak dalece, że pojawiają się w niej rybie oczka
z okresu odstępowania lodowca. Jestem ślepy
od jazdy przez Szczecinek, tyle tutaj lirycznej
jaskry, ale pędzę dalej niesiony
wiatrem z jezior, bez żagli, jakiegokolwiek
płótna, marzy mi się postój ale czas liczy
kilometry leżące na drodze, przydrożne krzewy
przezwajają pamięć, tylko barwy zimowe
próbują odwieść mnie od rzeczy. Jedziesz
i płacisz, Darłowo rekompensuje szczecineckie
mandaty. W karczmie, bibliotece, wszędzie cytaty
z historii, znajduję nowy sprzed roku - tych
którzy wskrzesili dla poezji Króla Eryka.
Poznań 12.07.2013







środa, 3 lipca 2013

Poziomkowy cmentarz



Bezsenność


Potomne chodzenie i krzesło. Sam, to więcej
niż o tym nie myśleć, kłęby dymu wieszasz
nad ławką. Nie ma piwa, nie ma spotkać

anty podeszwa, rewers twarzy dziecka.
Galopują gdzieś konie, a to tylko zator
w żyłach, tama tuż przy odnodze prowadzącej

do mózgu skutecznie blokuje wiadomości,
co niektóre przepuszcza. I wtedy zjawiają się zmarli
jeden po drugim w niewielkich odstępach

i jeszcze ciaśniej. Aż do zaniku światła
między nimi, obojętnie, ze świecy czy wprost
z ogniska. Czujesz zapach palonej skóry,

nieustanny, taki wieczny, gdzieś poczęty
po za wymiarem nałożonych na siebie przestrzeni
z których każda jest nieprzeźroczysta.




Pinia


Na wieszaku czerwona smycz,
jestem starszy o kolejny rok.
Każdy następny będzie jak rzemień na szyi,
zaciskany powoli abym pamiętał że jestem.

Święta były, następne będą i nic się
nie zmieni, nie poruszy w kącie,
kolejna generacja pająków poluje na muchy,
okruszki karmy znajduję,
nocami szczekanie za oknem,
budzę się z przekonaniem że nic złego
się nie wydarzyło. Ale po chwili
wracam do wspomnień i dopiero nad ranem
zasypiam. Jak po długim spacerze
przerwanym nagłym deszczem.










wtorek, 25 czerwca 2013

Małe wielkości



Większość jest wielkie Nic i ma ambicje władcze, świat w wymiarze brudu pod paznokciem podaje trunki i wygłasza przy tym morały, o wielkości trutnia, o wezbranej rzece wartości niepodważalnych, które są jak chleb powszedni.  Czytam coraz więcej liryki, i coraz mniej tej liryki, spirala ambicji zbliża się do szczytu, stamtąd albo grób  albo szukanie innej spirali nacechowanej dogmatem, że teraz jestem bogiem, co najmniej wzorem do naśladowania, tylko przez kogo?  Piszących? Zatarła się granica pomiędzy autorem i czytelnikiem. Jedna wielka rozlana magma, w której nic nie wyrośnie, więc martwi idą dalej po trupach, po laury wyimaginowane, po sukces jak tkanka nowotworowa, która rozprzestrzenia się aby w końcu zjeść własny ogon.  Tak to wygląda, i tak to widzę, tak nie widzą inni   w galopie szalonym, w pędzie natchnionym, w przekonaniu wielkości, większej od wyobrażenia własnego. Zatracenie właściwego gruntu na gruncie własnym wyimaginowanym.
Przerost ambicji jak już wspomniałem jest jak tkanka nowotworowa, zżera powoli materię, w końcu sama siebie i pozostaje wydmuszka własnego ego, poeta staje po długiej wędrówce w punkcie wyjścia. W punkcie zerowym w którym odrodzenie jest praktycznie niemożliwe.
Panta Rhei, a także cofka podobna wezbranej rzece przy ujściu. Wyższa, większa woda przytłacza, wzbrania ujścia strudze, która miała być rzeką. Analogia znajdująca swoje potwierdzenie we wszystkich dziedzinach sztuki i nie tylko sztuki. Jakże mi doskwiera brak kontynuacji tego co zapoczątkowane a w realizacji gubione z niewiadomych powodów. Może epigonizm medialny, może ukierunkowanie wszechwiedzących, możnych określonej dziedziny?  Trudno wyrokować bo przecież każdy jest kowalem swojego losu, każdy ma swoją wizję sztuki pisanej, w każdym tkwi pierwiastek liryczny, którego nie wolno ruszać a już samemu decydować się na taki zabieg,  jest samobójstwem. To wiedzą poeci  tego nie wiedzą adepci tej sztuki, kształtujący swoją osobowość twórczą w warunkach  nieograniczonej komunikacji!  Do tego krytyka powszechnie hołubiąca bez miary wartościowania z powodów tolerancji wynikającej z nieograniczonych kontaktów? Najczęściej towarzyskich. Zguba ma wiele oblicz, miała jedno w przeszłości - brak predyspozycji artystycznych - dzisiaj można mówić o całej gamie dezinformacji wpływających na dobre samopoczucie autora.  Możliwości zaistnienia jest bardzo dużo, poza płaszczyzną wartościowania w obszarach nieformalnych windują się persony wierząc w drogę na skróty, w pobłażliwość autorytetów. I przybiera to rozmiar coraz większy, optymiści mówią o nieszkodliwości tego zjawiska zapominając o skutkach ubocznych, które przerodzą się prędzej czy później w stan powszechnej akceptacji, a stąd już tylko krok do upadku wartości ponieważ masowość jest jak potop, w którym trudno dostrzec cokolwiek żywego, nie mówiąc o powrocie do stanu wyjściowego.  Egocentryzm wypiera pokorę i dystans wobec otoczenia, oczywiście jeśli jest to postrzeganie świata  z własnego punktu widzenia przy jednoczesnym absolutyzowaniu własnych doświadczeń, obserwacji i wniosków definiowanych- to  jak najbardziej, ale jeśli do tego dochodzi marginalizowanie opinii innych osób, nie przyjmowanie do wiadomości nawet wtedy kiedy są uzasadnione – to mamy do czynienia z ignorancją, co powinno budzić sprzeciw opinii środowiska, ale tak nie jest? Jestem wielki a kto sądzi inaczej nie ma pojęcia, kieruje się niechęcią personalną, może się podobać lub nie, są gusta i guściki, zawsze można nie czytać, albo przekazać opinię w korespondencji prywatnej. Coraz częściej spotykam się z taką postawą i zastanawiam się czy warto wyrażać swoje zdanie.
Wezbrana fala pochlebstw zaczyna się rozlewać, skutki są coraz bardziej widoczne, bo oto czytam kolejne książki autorów i dostrzegam w nich równię pochyłą,  dostrzegam ingerencje obcych rąk, ogładę warsztatową, cyzelowanie tekstów z pominięciem  pierwiastka lirycznego typowego dla autora w przeszłości. Jeśli chodzi o debiuty najczęstszym grzechem jest epigonizm, opisowość, autorzy mają więcej do opowiedzenia aniżeli do powiedzenia. Retrospektywność bardzo widoczna zwłaszcza w debiutach tzw. spóźnionych. Czytam recenzję i zachodzę do głowy w czym rzecz?  Ołtarze czy wystawki komuś budowane, po takim zabiegu nie trudno nosić głowę wysoko, zastanawiam się co to będzie w niedalekiej przyszłości? Inny grzech dostrzegam u autorów zafascynowanych  rustykalizmem. Jeśli przebija u nich autentyzm,  to dobrze, ale jeśli jest to karykatura tego nurtu, zaczynam protestować.  Jak na lekarstwo poezji, która przeciwstawia się wymaganiom nowoczesności, bez łatwej metafizyki, ideologii, etyki czy polityki. I właśnie w tym tkwi sedno wszelkich rozważań nad wartością poezji współczesnej, dlatego tak mało poetów i jednocześnie tak dużo ich, z aspiracjami do wielkości.




Monidło







Domokrążca z dużą czarną teczką, skórzaną pewnego dnia zawitał do Mamy, to była niespodzianka jak się później okazało. W dniu moich urodzin, otrzymałem prezent w postaci monidła, wykonane z fotografii którą wysłałem Mamie w dowód, że mam się dobrze i mimo młodego wieku (najmłodszy w batalionie)  radzę sobie w sposób zdumiewający. Monidło latami przeleżało w różnych szafach, kilka przeprowadzek, nigdy na widoku ze względu na obciach ( opinia mojej żony) i żadne to dzieło sztuki, ale po latach znalazło swoje miejsce na ścianie przypominając, że był ze mnie kiedyś całkiem urodziwy facet, uprawiający gimnastykę akrobatyczną, skoki do wody, pływanie i strzelectwo. Wspominać o tym żadna frajda w sytuacji kiedy mogę tylko pomarzyć o jakimkolwiek wyczynie wymagającym sprawności. Jedyne co potrafię obecnie, to harować za dwóch przy pracy fizycznej. Efekty przynoszą nie mniejszą satysfakcję aniżeli skok z wieży do basenu, zejście poniżej dziewięciu minut na trzy kilometry, albo piąte miejsce w kraju w biegu na orientację. Każdemu młodzianowi życzę takich osiągnięć, widząc wokół totalny marazm wśród młodzieży, skrzywione kręgosłupy, brak wytrzymałości i niechęć do wysiłku fizycznego.  Do każdej pracy można się przyzwyczaić,  nie ma większej satysfakcji jak widok tego co się wykonało, nawet jeśli jest to pomalowany parkan, skute zmurszałe tynki i nowa elewacja albo kwitnące kwiaty w korytku na balkonie,. Nic nie dzieje się samoczynnie, i nic nie wpada do rąk  przypadkiem. Przekazuję te spostrzeżenia młodym  a oni widzę, kompletnie nie czują zagadnienia. Mój przyjaciel w okresie swoich najlepszych lat zawodowych każdy zarobiony pieniądz lokował w materiały budowlane, postawił wiele obiektów. Dzisiaj otoczony wnukami spokojnie przeżywa swoją starość. Trzeba mieć dużo w głowie aby rękoma kształtować swoje. Tak, w głowie, aby bez zażenowania zakładać kombinezon. Kto nie weźmie łopaty do ręki, kto nie pozna pracy fizycznej ten nie będzie wybitnym w swojej dziedzinie zawodowej, jak mawiał mój ojciec: do pracy trzeba się przytulić jak do kobiety, wtedy są efekty. Czytałem kiedyś książkę pt "Pamiętnik finansisty" nazwiska autora nie pamiętam, to co wyczytałem w tej książce zaowocowało później w moim traktowaniu pracy. Autor pisze: najlepszą inwestycją jest pokrywanie kosztów edukacji młodego utalentowanego człowieka, konstruktor, muzyk, artysta, literat itd. Odnosi się to do wszystkich, w skali pojedynczego finansowania a przede wszystkim - w skali kraju.  Autor Pamiętnika mówi : jeśli nie wiesz co robić to buduj, buduj, buduj.

Klasyczne monidło poszło w zapomnienie, ale nie do końca, bo pojawiła się nowa forma produkcji fotek, wizerunku upiększanego,  w cyfrze, wygładzanie lica, kształtów, profilu a nawet odmładzanie twarzy i figury. Nie wiadomo w imię czego?  Dla zabawy, podbudowania samopoczucia? Jak to mówią wyżej głowy nie podskoczysz, niczego nie cofniesz, nie zmienisz, bo nie da się udobruchać bezwzględnej natury. Z mniejszym lub większym skutkiem człowieka odziera ze złudzeń.  

Bohater opowiadania Jana Himilsbacha bezsprzecznie jest prekursorem akwizycji. Umiejętności perswazji można się od niego uczyć, tym większy mój podziw dla autora Monidła. Nowelę filmową powinno się włączyć do szkoleń w zakresie marketingu. Wszystko zaczęło się od szklanki wody, potem w miarę rozwoju sytuacji "ofiara" konsekwentnie popadała w sidła akwizytora, skończyło się na miesięcznej wypłacie, i jeszcze na honorarium dla "ofiary" w okolicznościach zagrożenia kontraktu. Finał szczęśliwy dla wszystkich: syn ofiary na monidle "dostał" nowe, bardziej bujne włosy, dodano mu kilka lat z czego najbardziej zadowolona była matka, największe zagrożenie kontraktu. Akwizytor stał się przyjacielem domu? Kocham stare monidła, bardziej od tych współczesnych bo są mniej kłamliwe i można je powiesić na ścianie. Samo życie, zwariowane.

Jerzy Beniamin Zimny






Gromnica (8)














Mój pierwszy Sylwester zapowiadał się tajemniczo. Miasto tonęło w świetle kolorowych żarówek. Na Marcinie było ich najwięcej. Poszliśmy z Mietkiem do „Gwarnej”, bo tam teraz była nasza meta. W takiej scenerii wypić kawę to prawdziwa rozkosz a jeszcze przy tej kawie pogadać i pomarzyć. I gadaliśmy dużo jak to koledzy i piliśmy kawę jakby wyborna była. Ale kawa jak kawa. Czarna i z posmakiem goryczki z ręki kelnerki podana na stół. Mietek mówi, że to od kelnerki zależy jak smakuje kawa. Jak ci poda jakaś flądra, to nie dopijesz do końca? Ja jestem innego zdania i zaczynam się z nim przekomarzać. Ty nic tylko o kobietach. Taka, owaka. Zawsze znajdujesz jakiś feler i zawsze ci nie pasuje do czegoś tam? Nieładnie Mieciu. Nieładnie. A on na to:
– A poszedłbyś z taką do łóżka?
– Z jaką, znaczy się?
– Przeciętną, bez wizerunku?
– To zależy – odpowiedziałem wymijająco.
Mietek ciągnął dalej ten temat aż do następnej kawy i nie zamierzał kończyć. Ja wtrącam inny temat, a on dalej drąży to samo i tak do trzeciej kawy aż wreszcie ustał, bo mu fantazji zabrakło.
– Jak będziesz tak przebierał, to nie wybierzesz nigdy – zaśmiałem się.
– Owoce też trzeba przebierać, inaczej się nie da.
Takie gadanie przychodziło nam z nudów. Zawsze, kiedy nic się nie działo. Co innego w szkole. Tam atrakcji nie trzeba było szukać. Pchały się same na widok i niekiedy do śmiechu nam było, aż do zrywania boków i chowania się po kątach, aby nie urazić, kogo i nie wyjść samemu na durnia. Mietek mówił:
–Patrz? Ta, co stoi oparta o poręcz? Widzi mi się, że ma się ku tobie.
Zwykle wybierał dziewczyny słusznej postury albo z dziwaczną fryzurą i takie z daleka, dojezdne i przejęte nauką. Bawiły go moje reakcje, a ja dawałem się sprowokować, ale nie miałem mu za złe, że tak mną pomiata. Odwzajemniałem się przy byle okazji, robiłem to podstępnie i z takim skutkiem, że zdarzały się nieprzyjemne sytuacje i już wkrótce krążyła o nas opinia, że w szkole nie ma większych kpiarzy od nas. 

 Sylwester odbył się w sali sportowej.  Poszliśmy całą paką. Oprócz Marka, alians Widok była z nami Danka ze swoim chłopakiem, od pędzla i plakatów, z przystojnością jak na Dankę dużą.  Poszliśmy, więc do sali sportowej potańczyć i Nowy Rok powitać. Ja na takim balu jeszcze nie byłem i wcale się z tym nie kryję, i docinki Widoka mam gdzieś. A on udaje, że na większych balach bywał a na tym to ustawi się z boku, bo z boku najlepiej widać, kto komu do kieliszka zagląda a kto zagląda gdzie indziej, kiedy mu widelec pod stół upada. Takie to żarty trzymały się Widoka, gdy wchodziliśmy do sali, przez wielkie drzwi z pałatką zawieszoną na pręcie stalowym, co to miała ziąb z dworu zatrzymywać. Wchodziliśmy pojedynczo a Widok trzymał tę pałatkę i każdemu wigoru dodawał pogwizdując jakąś ludowa piosenkę. A kiedy byliśmy już w sali, wybrał dla nas stolik, w sam raz na nasze tyłki i nie za blisko orkiestry.
– Panie po środku a panowie na wylocie – żartobliwie powiedział.
– Nie na wylocie tylko bliżej bufetu – sprostowałem.
Ten od pędzla i plakatów, Danusiny przystojniak postanowił się odezwać.
– Rozejrzyjcie się, samotni panowie, za samotnymi paniami.
– Ja tam się nie będę rozglądał – odpowiedziałem – A ty, Widok, widzisz coś?
– Widzę bufetową, ale nie mam kasy?
– Jak się uśmiechniesz to poleje  na krechę – zażartował ten od pędzla i plakatów.
Orkiestra zagrała pierwszy kawałek i co niektórzy poszli w tany. Ja zacząłem przyglądać się muzykantom i wsłuchiwać się w to, co każdy z nich wyprawiał na swoim instrumencie. Dobrze grali może za dobrze jak na tę budę, ale nie dziwota – muzykowi czas i miejsce zawsze przystoi, jak dobrze gra to nawet podnosi atrakcję lokalu. Ja pamiętam jak pod dworcem grałem, a ludzi było tam więcej niż w niejednej filharmonii. Nie powiem abym był lepszy od tych, co po szkołach. Nie, nie o to chodzi. Gra to gra. Każdy, kto gra jest kimś, nawet na wiejskim weselu i w jednej tonacji zasuwa, ten ktoś, i w jednym tempie, jeżeli dobrze to robi innym nic do tego. Jak nie chcą, to niech nie tańczą.
Widok wygrał sowieckiego szampana. Konkurs czy zgadywanka był, kiedy ja wyszedłem nieco się przewietrzyć. Wróciłem, a on z tym szampanem biega po sali. Nie wiem, czemu biega, więc podchodzę i pytam:
– Korkociągu szukasz?
– Nie korkociągu tylko tej, z którą tańczyłem. Razem wygraliśmy, więc musi napić się ze mną!
– Może ona też korkociągu szuka? Innego niż myślisz? – zażartowałem.
– Że też o tym nie pomyślałem? Poczekaj tutaj, ja jeszcze pobiegam.
Widok dziewczyny nie znalazł, ale odkrył coś za olbrzymią kotarą, która oddzielała salę od zaplecza. Przybiegł zdyszany i zgania nas z krzeseł nadal wymachując zdobycznym szampanem:
– Tam są przyrządy – wskazał na kotarę.
– Przyrządy? Do czego? – zapytałem - A gdzie dziewczyna?
– Dziewczyny nie ma, ale są przyrządy, gimnastyczne!
– Gimnastyki ci się zachciało? – wykrzyknął ten od pędzla i od plakatów – na balu jesteś!
Za przepierzeniem poustawiano sprzęt zgarnięty z sali. Materace tam były, dużo materaców i sztanga do podnoszenia ciężarów. Widok fiknął parę koziołków i nas do tego namawiał, potem wystawił na materac sztangę i sprawdził swoje możliwości. Potem ja dobrałem się do sztangi z większym ciężarem, i tak po kolei podnosiliśmy. Było przy tym sporo hałasu. Ktoś rozsunął kotarę, a mężczyźni na dopingu, po kilku głębszych pozostawiali swoje partnerki solo i szturmem ruszyli do sztangi. Jeden przez drugiego aż się zrobił taki harmider, że orkiestra przestała grać, bo zupełnie nie było jej słychać. I zawody trwały aż do rana. Świtało już kiedy rekordzista, gruby facet z czwartym kółkiem olimpijskim, podnosił ciężar wieczoru, jak to okrzyknięto. Facet podniósł i zgarnął całą pulę: skrzynkę wódki i jeszcze jakieś drobiazgi. Ja w tym czasie swoim mętnym wzrokiem penetrowałem salę i widziało mi się, że właściwie jest po balu, bo nie dostrzegłem muzyków ani ich instrumentów, a przy stolikach większość kobiet ucięła sobie drzemkę. Danusia też kimała na dobre, a ten jej od pędzla i od plakatów próbował przywrócić sobie równowagę przy pomocy ściany, a potem za krzesło się złapał. Krzesło nie ściana, więc w jednej komitywie znaleźli się na sprawiedliwej podłodze. I tam pozostali. U stóp Danusi.
Dopiero po balu kiedy wracaliśmy do domu Widok mi zdradził, że bez mojej wiedzy zapisał mnie na wczasy.
– Byłem w kadrach – mówi – i usłyszałem na boku, że mają dwa skierowania na wczasy zakładowe. Nie ma chętnych, ktoś tak mówił do kadrowej, a ja na to, że może się znajdą. Kadrowa powiedziała, że czemu nie, przynajmniej nie przepadną skierowania. Zapisałem się więc, a na te drugie miejsce zapisałem ciebie.
– Dobrze zrobiłeś. Ja na to jak na lato. Pierwszy w życiu Sylwester i pierwsze wczasy! Tyle dobrego na raz. Nie wiem tylko, czy dostanę urlop. Dopiero pół roku minęło jak z wami pracuję.
– Pomyślałem i o tym – rzekł z zadowoleniem – kadrowa kazała tylko napisać podanie o urlop i uzasadnić, że chodzi o wykorzystanie miejsca, które jest wolne.
– Gdzieś się tego nauczył? – wyraziłem swój podziw.

– Już mnie tak nie wychwalaj, sam miałem jechać na te wczasy? Pomyślałem, że z tobą  będzie ciekawiej Ot i wszystko!

środa, 5 czerwca 2013

Dzień traszki

parę słów prawdy o kobiecie zanim się rozkręci
i zamąci w głowach sensem aberracji
bezsensem zmienności stanów posiadania
których analizy nigdy nie ukończy pełniąc nocne dyżury
dzierga na zamówienie skrzydła kruchym figurkom

aż w licznych pęknięciach rozsunie się ściana
ukazując strefy oznaczone w kadrach stanami skupienia
pomiędzy "było" "nie było" a "będzie"
zawsze jakieś "teraz" i jeśli powiem że to tylko słowa
rzucone przypadkiem na Kominiarskiej kobieta usłyszy
wczesne ostrzeganie i sięgnie po katalog
części zamiennych

w wyznaczonym terminie ostatniego podejścia
ogarnie ze szczytu całą swoją przestrzeń
po napięty horyzont zanim myślą podróżną
przemieści się w rejon objęty umową
jeszcze zagra na liściu
                                                                 jeszcze zagra w zielone

Francuscy symboliści powtarzali: "Sztuka jest odtworzeniem nieskończonego poprzez skończone" i dodawali że 'nieokreślone" jest w sztuce cenniejsze niż "dokładnie" Podobnie Elżbieta Tylenda w zbiorze "Dzień traszki" podsuwa nam obrazy i symbole jako prześwity ku czystej egzystencji. I tak, wesołe miasteczko- symbolizuje toczące się koło losu, widok za oknem - jest wglądem za kulisy świata ludzkiego, a gra - oddaje skrót relacji pomiędzy ludźmi, także kontaktów językowych, mownych. 
W tym względzie nie jest to poezja łatwa, wymaga od czytelnika umiejętności zgłębienia treści przy wrażliwym posługiwaniu się wyobraźnią (....)

(fragment posłowia Jana Zdzisława Brudnickiego)



:../ chciałbyś zatrzymać to czego nie da się pochwycić które- jakim było-  nie jest pozostanie "teraz".../ 





piątek, 31 maja 2013

Poetyckie Darłowo



Zamek Książąt Pomorskich Darłowo, 25.05.2013

Finał II edycji Konkursu poetyckiego o Trzos Króla Eryka



Darłowo jest dla mnie miejscem szczególnym. Tutaj po raz pierwszy w życiu ujrzałem Bałtyk, doświadczyłem natury morza z wszystkimi jej konsekwencjami- smak soli, niebezpieczne prądy. Wytrawny maratończyk jeziorny zapuściłem się daleko od brzegu z pobliskich Dąbek. Za sprawą owych prądów znalazłem się po kilku godzinach na wysokości  Darłowa. Wielkie moje zdziwienie na brzegu gdy usłyszałem z ust spacerującej kobiety, że jestem w Darłowie, a Dąbki, panie, to kilka kilometrów stąd na zachód. Drałowałem deptakiem  resztkami sił  nie mając pojęcia, że otarłem się o śmierć. Młodość i miłość zaślepiają młodego człowieka, i to zaślepienie w moim przypadku trwa do dziś ilekroć tutaj bywam. Trwa trans symbiozy z morzem, albowiem poezja dorzuca swoje emocje, które przekładają się na uległość wobec wielkiej wody.  Na uległość poezji utożsamianej z plażą, która nikogo nie wyróżnia, dla każdego jest wyzwaniem, bo jak inaczej znaleźć się w kąpielówkach otoczony parawanem albo wprost na tyłku piaszczyć swoje delikatne ciało dla zasady? Demokracja? Nie, raczej wtopienie się w ludzkość szukającą kawałka magicznego gruntu, każdy niezależnie od profesji i powagi  stanu wstępuje tutaj do szeregu, świadomie bez marudzenia, że brudno, że głośno.  

Darłowo od dwóch lat jest miastem poezji na skalę krajową. Nie ma w tym określeniu przesady jeśli wziąć pod uwagę  organizowany tam konkurs, na który słane są teksty liryczne z całego kraju. Organizacja, klimat imprez, miejsca spotkań- nie mają sobie równych w porównaniu z tym, co od lat obserwuję w innym miastach.  Konkurs darłowski jest młodą imprezą, ambicje organizatorów są duże, prestiż tego wymaga, zaistnienie w najwyższym wymiarze albowiem region nad Wieprzą ma bogate tradycje historyczne, zasoby kultury materialnej, zabytki z różnych okresów politycznych i sztuki budowlanej, no i ludzie, ludzie morza z którego pokoleniami żyli tworząc nową tradycję mającą swój początek w osadnictwie po drugiej wojnie światowej. Staraniem miejscowych władz dzieje się w Darłowie bardzo dużo, bogaty kalendarz imprez, różnorodność tematyczna, znakomita baza i wspaniali ludzie- animatorzy kultury, 

Trzy dni w Darłowie wypełnione pracą i atrakcjami. Spotkanie z Andrzejem Sosnowskim, finał konkursu poetyckiego, dyskusje podczas wieczornej gali i pobyt w urokliwej herbaciarni przy świecach. Jerzy Fryckowski "zanudzał" anegdotkami, dziewczęta dobierały odpowiednie gatunki herbaty a panowie, każdy przy swoim ulubionym piwie dorzucał ciekawostki z lirycznej mapy osobistych wędrówek. Nazajutrz nikt nie myślał o rozkładzie jazdy: jakoś dojadę do Wilna,  Częstochowa musi mieć jakieś połączenie z Koszalina, Szczecinek po drodze a Poznań nie ucieknie. Jeszcze czeka na nas morze - Klaudia Gruszka nawet  nie myśli o trudach podróży jaka ją czeka, pragnie zobaczyć morze i zamoczyć stopy w słonej wodzie. A nam w głowach Dąbki z jarem, w którym stały autobusy przerobione na domki letniskowe. To było dawno, dzisiaj stoją tam obiekty sanatoryjne bo trzeba wiedzieć że Dąbki od niedawna uzdrowiskiem stoją. Czas płaci, czas traci - za głosem ojca  chodzimy po plaży szukając tropów sprzed czterdziestu kilku lat. Znajduję je w pamięci, tylko tam i może jeszcze w wierszach  pisanych pod presją młodości. Kilka dni tutaj, dobrze nam zrobi- mówię do żony - nie spuszczając oczu z zachodzącego słońca.  Gdyby tak pójść tą świetlistą ścieżką aż do linii horyzontu? Marzenia moje graniczą z iluzją, mistyczne to wszystko co minęło bezpowrotnie. Tylko poezja jest zdolna do wszystkiego. Władna bardziej aniżeli największe insygnia i korony.

Jerzy Beniamin Zimny





Andrzej Sosnowski  i Elżbieta Tylenda








                                                Jerzy Fryckowski i Krystyna Mazur







                                                             Jerzy Fryckowski



                                                               Krystyna Mazur










środa, 22 maja 2013

Dusze jednodniowe


Szczęśliwy Dante

Karol Samsel należy do nielicznego grona najmłodszych poetów, którzy akcentują swoją odmienność, osobność, we wszystkich walorach poezji, jako sztuki. Jest jednak jedynym poetą, który świadomie i udanie próbuje połączyć klasykę ( to, czego dokonały poprzednie pokolenia literackie) z językiem nowoczesnym, tzw. metajęzykiem.  Nie kryje się z tym, podkreśla, że świadomie dokonał tego wyboru, konsekwentnie kroczy własną ścieżką i nazywa to wędrówką w ciemnościach. Oczywiście jest to credo ujęte metaforycznie, pod którym kryje się świat ciężki, ciemny, ale realny. Świat tylko na pozór herbertowski, albowiem Samsel sprzeniewierzył się Herbertowi i wybrał drogę norwidowskiego snu. To, co zrozumiałe nie interesuje Samsela, bardziej świat rozumiejący i niezrozumiały, ale podobnie jak Herbert rozumie realność tego świata, jego wewnętrzny dramat, podobnie jak realista Kotarbiński, a przed nim, Zola, Balzac i Flaubert. Stąd droga realizmu rozumiana, jako droga „ciemności i ciężaru” jest najbliższa Samselowi. W ten sposób deklaruje swój światopogląd oparty na gnozie. Nie uważa siebie za poetę katolickiego w rozumieniu katolicyzmu w pisarstwie, jaki prezentował Jerzy Zawieyski i Roman Brandstaetter. Dlatego, co jest zrozumiałe wolno mu spoglądać pękniętym okiem na Lourdes, Medjugorie, śmierć Marty Robin i Całun Turyński.  Związany naukowo z Uniwersytetem Warszawskim ze znakomitymi skutkami potrafi łączyć zdobycze nauki, zwłaszcza filozofii i socjologii z najwybitniejszym dorobkiem światowej literatury. W swoich wypowiedziach bardzo często podkreśla traktowanie przez siebie książki, jako, artefakt. A więc nieufność zmuszająca do rozważań nad prawdą, procesem jej dochodzenia, który nie ma końca. Ten wywód jak można sądzić, jest podwaliną jego bogatej twórczości. Jakby na potwierdzenie w duszach jednodniowych czytamy: nie było nam dane wierzyć równaniu lśniącemu jak luidor. lgnęliśmy ku światłu prochowni, latarniom nad Auschwitz, szkłom impresjonistów. mówili dobrotliwie. rozkładali stelaż nawet na wilgotnej klepce warsztatu. śpiewali kantyczkę: Sauckel i Hess, Koch i Mengele. jak odejść, gdy ktoś inkantuje elegię i wprowadza ją w tunel, w którym ziarno głosu karmi ziarno ptaka? nie sposób odjąć dłoni rozwieranej przez pierścień. zawrócić samolotu nad wioską. Bo też dusze jednodniowe są próbą odpowiedzi na pytanie zadawane przez najwybitniejsze umysły epoki, dlaczego ludzkość tak łatwo jest podatna na idee jej niesłużące, na fetysze świecące podawane w zamian zamiast prawdy, wreszcie wykorzystywanie laickiego światopoglądu w walce z odmiennym pojmowaniem świata. Jest tu także ocena transformacji języka zmierzającego w kierunku marginalizacji uczuć, piękna, zatracania istoty elegii. Samsel w swoich poprzednich książkach udanie polemizował z Norwidem, Miłoszem, Herbertem, próbował jakby znaleźć klucz do wspólnego domu, w którym mogłaby egzystować różnorodność tych trzech wielkich postaci świata literatury. Najnowszy tom: Dusze jednodniowe jest propozycją, jakiej dotąd w powojennej poezji nie było. Tom ten jest podsumowaniem rozważań poety, jakie miały miejsce w Dormitoriach i w Abiectum Altissimum- tomach wydanych wcześniej i tak przychylnie przyjętych przez krytykę. Zwraca się uwagę na współczesne trendy poezji, w których dominuje ekstrawagancja, nonszalancki język, utwory często pozbawione są treści. Samsel udanie próbuje przełamać te stereotypy (już powszechnie panujące) przy tym mówi o sobie, że nie jest bynajmniej znakiem czasu, nie zamierza usadowić się w centrum jakichkolwiek rozważań, mimo takich deklaracji, jest jednym z niewielu przedstawicieli młodego pokolenia poezji polskiej, którzy starają się wnieść wiele nowych wartości do tego gatunku literatury. Dlatego w pełni świadom jego dokonań,  posiadanej wiedzy (filolog, filozof, związany z Uniwersytetem Warszawskim, badacz poezji Norwida, krytyk literacki, historyk literatury)   konsekwencji, z jaką wnika w zagadnienia i problemy współczesnej poezji (nie tylko poezji), rekomenduję tom Dusze jednodniowe, czytelnikom.
Jerzy Beniamin Zimny  

niedziela, 12 maja 2013

Poetycki połów








Jurek Grupiński wyciągnął szczupaka.
Bez puenty z masą ości i paszczą
w której zmieściła się głowa lalki
porcelanowej z czasów pozytywizmu.

Jurek pozytywnym jest nad wodą, kiedy
zwija kołowrotek z napiętą żyłką,
na haczyku złoty środek poezji
potem na rożnie brązowieje, aż popada

w czarną rozpacz wszystkich przodków
piszących z wolnej ręki. Poemat Rodos
jest niespokojny ale po kilku amforach
wina trudno się dziwić Jurkowi.

Sypiał wtedy pod gołym niebem,
spadały z niego oliwki, cykady
stadami mąciły wątki. O żegludze,
nawigacji gwiezdnej poety z Wildy

mówiono długo, i pewnie jeszcze dłużej
pisano, gdyby nie szczupak w piątek.

07.05.2013

poniedziałek, 6 maja 2013

Ogródek Poetycki Marii Magdaleny Pocgaj






W trzecią niedzielę kwietnia po raz czwarty spotkaliśmy się w Ogródku Poetyckim. Za każdym razem daje nam to możliwość poznawania różnorakich nowinek z kalendarza przyrody, odmienności światów poetyckich zapraszanych twórców, a także zasłuchania się w coraz to inne brzmienie muzyki, wykonywanej w miarę możliwości na różnych instrumentach. Coraz więcej też osób zagląda do „Ogródka”, jako że kultura odbierana „na żywo” dystansuje w sposób oczywisty wegetowanie przed domowym telewizorem. I tym razem Agata Ożarowska – Nowicka zaproponowała konkurs z odsłuchu, polegający na rozpoznaniu głosów słowika rdzawego i szarego, bowiem tylko te dwa gatunki występują na obszarze naszego kraju. Poznaliśmy też istotne różnice w ich brzmieniu, a także przyjrzeliśmy się bliżej tym romantycznym piewcom przestworzy, ukazanym na barwnych ilustracjach. Tym samym mogliśmy nabrać pewności, że długo oczekiwana wiosna tuż tuż. W części poetyckiej wystąpił Zbigniew Gordziej, poeta i prozaik, pełniący w latach 2007 – 2010 funkcję prezesa Poznańskiego Oddziału ZLP. Ale zaprezentował się nam nie tylko jako autor wielu książek poetyckich i opowiadań,  na co dzień bowiem  obcuje z cierpieniem innych, będąc nie tylko dyrektorem Domu Pomocy Społecznej w Jarogniewicach, ale terapeutą, opiekunem i przyjacielem przebywających tam pensjonariuszy. To także zagorzały miłośnik gór i pasjonat medycyny. Te trzy płaszczyzny wzajemnie się dopełniają, znajdując odzwierciedlenie w Jego twórczości. W swoim słowie przytaczał niejednokrotnie refleksje i przemyślenia wybitnych chirurgów i kardiochirurgów; godne zapamiętania jest zwłaszcza to, że odczytywanie zdjęć rentgenowskich może mieć dla lekarza wymiar  szczególnej, osobistej modlitwy.  Zbigniew Gordziej dzielił się też wrażeniami z samotnych wypraw w Tatry, nie zawsze obfitujących w zaplanowane zdobywanie szczytów, ale w pokonywanie samego siebie, co często bywa wyczynem dalece trudniejszym. Ze swadą wypowiadał się też na temat sensu pisania poezji, jej percepcji, czasem i przeceniania własnych twórczych możliwości, wreszcie - nie zawsze rzetelnego i uczciwego stanowiska krytyków i recenzentów. W czytaniu wierszy autora wzięła też udział pisząca te słowa. Obecny na spotkaniu ceniony krytyk literacki i poeta, Jerzy Beniamin Zimny, w ślad za nieżyjącymi już, wybitnymi poetami, Wincentym Różańskim, Andrzejem Babińskim, „kolekcjonującymi” cudze metafory, przyznał, że z dzisiejszego spotkania do jego własnej kolekcji pięknych, poetyckich zapożyczeń trafi określenie z książki Zbigniewa Gordzieja: „spojrzeć w niebieskie podniebienie ziemi”. Pochodzi ono z pozycji „Piórem po żebrach anatomii”, mianowanej Najlepszą Poetycką Książką Roku na XXXV Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim. Cóż, aby całość ogródkowego spotkania wybrzmiała harmonijnie, musiał dojść do głosu instrument nietuzinkowy, z niebanalną muzyką, wymagającą głębszej niż zazwyczaj koncentracji. Wysłuchaliśmy dwóch utworów na saksofon solo, w wykonaniu uczennicy Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia im. Jadwigi Kaliszewskiej, Faustyny Szudry. Młoda muzyczka przywiozła z sobą dwa saksofony: sopranowy i barytonowy. Towarzyszący jej Dyrektor Zespołu Szkół Muzycznych, Wojciech Michalski z pewnością miał powody do satysfakcji, gdyż gra na tym instrumencie wymaga szczególnych umiejętności, talentu i siły, zwłaszcza jeśli grającą jest kobieta. I choć linia melodyczna prezentowanych utworów nie należała do tzw. łatwych i przyjemnych, znakomicie korelowała z usłyszanymi wcześniej poetyckimi frazami. Trzeci utwór, na saksofonie barytonowym, Faustyna Szudra zagrała na wyraźne życzenie obecnych. Reasumując, przy natężeniu takich wrażeń, budziła się z uśpienia nie tylko przyroda, ale i nasza wrażliwość, świadomość własnej wartości, a może i gotowość do osobistych zmagań, pokonywania trudności, stawania się lepszymi dla drugich. A wszystko to zaczęło się od zwyczajnego posłuchania pieśni słowika…

Maria Magdalena Pocgaj