czwartek, 18 września 2014

Melania Fogelbaum

                                                                                                    Słodycz ust potruła maliny


Ogromnym przeżyciem jest pisać o młodej poetce, pięknej kobiecie, którą los potraktował okrutnie. Przyczynkiem jest poezja mojego z nią "spotkania" ściślej zeszyt z wierszami odnaleziony wśród gruzów Łódzkiego Getta, wydany w formie książkowej przez Wydawnictwo Sonar Literacki w Gorzowie Wlkp. Myślę, że jest to hołd oddany poetce, o której przez lata nikt nie słyszał, mało, kto wymieniał je imię i trudno pojąć, dlaczego dopiero teraz jej wiersze ujrzały światło dzienne? Tym większe jest uznanie dla wydawców, ludzi pióra zaangażowanych w projekt. Melania Fogelbaum, próbuję wejść w atmosferę tamtych koszmarnych lat, zgłębić tajemnice, które zabrała ze sobą na tamten świat, rejestr zdarzeń możliwy do uchwycenia w tekstach przez nią napisanych, i stosunek jej, jako człowieka niezależnie od nacji, do działań prześladowców.  Spróbuję zajrzeć do jej wnętrza przy pomocy tekstów nieprawdopodobnie metaforycznych, że aż odczuwalny jest w nich surrealizm, w pierwszym kontakcie tak pojmowany, ale po lekturze wierszy wyłania się taki a nie inny obraz getta, taka właśnie panowała tam codzienna atmosfera. I te same, powtarzające się sceny z tymi samymi rekwizytami. Dlatego tak często powtarzające się w wierszach.  Zadałem sobie trud przekładania słów na obrazy i doznałem wstrząsającego odkrycia, z którego wynika, że wiersze zostały napisane w gettcie, w stosunkowo krótkim okresie. Można zaryzykować stwierdzenie, że ołówek i zeszyt były w gettcie jedynymi dostępnymi środkami artystycznego przekazu dla tej niezwykle uzdolnionej kobiety.       
   Jest, to coś więcej aniżeli zbiór utworów poetyckich, jest to w pewnym sensie dokument zawierający fakty, przekładane przez poetkę za pomocą obrazowych i sytuacyjnych metafor, na poetycki obraz. Tak obraz, jakby odwrócone ekfrazy tyczące nie płócien a widoków z okna kamienicy w gettcie. Ulica jest tutaj jakby płótnem, na którym jawią się zapamiętane i odbierane na żywo dramatyczne sceny. Tamten czas, tamte duże i małe tragedie jakże trudne do wyobrażenia dzisiaj po tylu latach. Empatia, nawet najbardziej czuła nie jest wstanie oddać tego, co przeżywała Melania Fogelbaum, będąc w środku dramatu, czując się ofiarą, przeczuwając nieuchronnie swój koniec. Sposób, w jaki to oddaje jest nieprawdopodobnie zaskakujący. Celowo nie szukam odniesień, zwłaszcza analogii z innymi tragicznymi postaciami poetów tamtego okresu. Nawet gdybym to uczynił, nie znajdę wspólnego mianownika, ponieważ Melania Fogelbaum w swoich szkicach (mam na myśli zeszyt, w którym pisała na bieżąco) zawarła jakby stenogram scen i wydarzeń, rzecz jasna w poetyckim języku, co czyni jej wiersze, autentycznymi, bez konotacji, bez kreowania czegoś, czego nie przeżyła, są co prawda retrospekcje, porównania stanów i uniesień do obszarów spoza getta. Jest to zrozumiałe, jeśli w wierszach zawarte są elementy tęsknoty, nostalgii za wolnym, niczym niedławionym światem.  Z tego co wiadomo, Melania Fogelbaum nie miała dorobku literackiego, wiadomo tylko że pisała poezję, szkice i eseje, jednak więcej malowała.  Teksty zawarte w zeszycie stanowią tę część dorobku która ocalała podczas likwidacji getta,  czy było jeszcze coś więcej, nie wiadomo. 

Z tomu wierszy wybrałem kilkanaście wersów i fraz, ułożyłem z nich sekwencje,  i jawi się obraz getta bardzo czytelny, mimo nadmiaru metafor, niby nadrealne, całkiem obce semantycznie, a jednak mówię to z przekonaniem, że takie było życie w gettcie. Niektóre zwroty krążą jak sępy w głowie poetki, uderza też optymizm i bije w mroku światło jak jutrzenka: nie tracić nadziei, na zgliszczach jasny i twardy dzień budować. 

    Kroki w obcość ulic i w oknie nie moim, serce obłąkany więzień, w białym domu wilcze dni wyją ulicami i w skorupie zatętni serce. Przekształt, bezwymiar, rozszelest brudna getta wśród drutów północna riviera, dni jak słoma zmierzwiona w zawszonym legowisku. Żebrała o trzask karabinu, rozwiał się na wietrze i krwawił miłości buntu ptak, mysz przegryza szlesty a wiatr młody ciagle na nowo. I pełno po piętrach zmeczonego padła, w wargach szukam mojego boga. Na zgliszczach tych nocy twardy i jasny dzień budować, boże nieistny krzyku, niewyrywany milion umarłych bezdzietnie, na szybach mgła ostatnich oddechów. Wilgocią płacze fotografia, ze zgniłych sieni wypełzły po życie trupy, raz dziesięć raz sto na dzień chłepczą kopyta otępiałych szkap. Bezdnomrok, krawędź dachu zatrzymać księżyc i miłość. Ptak drewniany czarny, karawan rozłupiemy noc na słoneczne ulice, będą stać nie słów lecz tej krwi uporem, jeszcze nie pora na siemię snów czarnych. Z gruzów uparta rzucam pieśń.

    Przesłanie Melanii Foglebaum skierowane do przyszłych pokoleń jest najbardziej dramatycznym apelem jaki miał miejsce w minionym stuleciu. Nie ma w nim zrezygnowania, fatalizmu jaki wyrokował T. Borowski: "zostanie po nas złom żelazny i pusty drwiący śmiech pokoleń" nie ma w nim bezradności w warunkach totalnego zniewolenia, jest olbrzymi optymizm trudny do zrozumienia w warunkach getta. Jeśli "poezja nie wyzwala narodów oraz ludu" to czym jest pojedyncze wyzwolenie od strachu, nieuniknionego przeznaczenia do zagłady? Nie jest to pogodzenie z losem, jest to zwycięski bunt poetki wyrażony nieśmiertelnym słowem: niekiedy słowem ułomnym adekwatnym do sytuacji, mocnym w przekazie zła, w aurze mrocznej z powtarzającymi się rekwizytami, kojarzonymi ze śmiercią. Nieuchronność - z drugiej strony nieśmiertelność dumy i słów, bo to co napisane pod wpływem uniesienia, strachu jest odporne na wszystko. Czas nie odegrał tutaj funkcji zapomnienia, odnalezienie rękopisów nie jest jak sądzę dziełem przypadku, ponieważ są dokumentem tego co się działo w odizolowaniu, za murem getta, które również uległo zagładzie. Rękopis odnaleziony w gruzach, za sprawą ludzi dobrej woli, odradza poetkę jak feniks z popiołów. Wraca do nas cała i nienaruszona, zaczyna mówić lirycznym słowem, mówi że wszystko wymaga ofiar aby ludzkość nigdy więcej nie dopuściła  do bestialstw, wobec których (jak w tym przypadku) poezja się oparła, skutecznie. Jakby na potwierdzenie tego, że sztuka jest nieśmiertelna i nie można jej upodlić tak jak człowieka. 

Melania Fogelbaum urodziła się w 1911 r. Nie wiadomo, kiedy trafiła do łódzkiego getta.  Wiadomo natomiast, że w dniu 1 sierpnia 1944 r została wywieziona do Auschwitz i w dniu przyjazdu zginęła w komorze gazowej.  Dzień 2 sierpnia był drugim dniem Powstania Warszawskiego, w którym zginęła inna poetka, Krystyna Krahelska, autorka tekstu słynnego marszu „hej chłopcy bagnet na broń”, trzykrotnie trafiona w pierś niosąc pomoc rannemu koledze jako sanitariuszka. Przed wojną Krahelska „oddała swoją twarz warszawskiej Syrenie”, przeszła do historii literatury z niewielkim dorobkiem, ale jakże znaczącym historycznie. Melania Fogelbaum zginęła w innej walce, walce o godność w warunkach upodlenia, nie miała możliwości walczyć z bronią w ręku, jej bronią był ołówek i świadomość dobra, które zwycięża zło.
     Staraniem dawnych przyjaciół  opublikowano w 2004 roku „Zeszyt z Getta w Łodzi” w którym zawarto  dwadzieścia cztery utwory poetki, które udało się przetłumaczyć. Osiem lat później Markowi Piechockiemu udało się odczytać wszystkie wiersze z „zeszytu” i opublikować w zbiorze pt. "Drzwi otwarte na nicość”.

Jerzy Beniamin Zimny





























List Melanii Fogelbaum

Iza Fietkiewicz-Paszek

dla M.P.


Więcej już nie wypiszę, choć nic przecież nie jest skończone i wciąż rodzą się słowa.
Czuję się słabo, jadę do mamy, na Waikiki. Zeszyt ukryłam bezpiecznie.

Musi minąć zawierucha, sny kamienne i wiele lat, musisz się narodzić,
spojrzeć w żużle moich oczu, pojąć, że jeszcze się ze mnie nie wyziera śmierć,
chociaż nie zmienię już żadnej puenty,

wszystko przesądzone. Mam 33 lata, mam niedokończone wiersze, mam umrzeć.
Ty masz się pokaleczyć odgarniając gruzy.

Jestem tu w samym środku lata i w środku mojego miasta, nie mogę napisać,
że jestem w środku życia. Mogę tylko liczyć na to, że mnie odnajdziesz, uwolnisz
wszystkie niewypowiedziane słowa;

poza nimi nie będzie już nic. Może kilka zdjęć, ważnych dla czułości, dla snów,
dla chwili, w której stracisz wiarę, a ja nie będę umiała ci jej przywrócić
ruchem zasłonki, skrzypieniem schodów.

A może to wszystko jest w zgodzie z planem? Każdy koniec, moje gruzy, twoje
przeczucia, nieskończoność wierszy? Może naprawdę muszę już jechać,
żebyś mógł przejść przez te drzwi, nie wrócić.


6/8 stycznia 2013

 

 







piątek, 22 sierpnia 2014

Protokół Kulturalny

Protokół Kulturalny nr 52


Polecamy bardzo ciekawy numer naszego pisma. Recenzje, felietony, proza, poezja znanych autorów, w oprawie graficznej. Pismo jest dostępne w wersji papierowej. Otwarte dla wszystkich chętnych do współpracy.








Protokół Kulturalny nr 51








„Protokół” w Salonie „Posnania”

W dniu 28 października 2014 roku w reprezentacyjnym Salonie Wydawnictwa Miejskiego „Posnania” przy pl. Wolności odbyła się promocja 50 numeru „Protokołu Kulturalnego”. Prezentowali się autorzy z kręgu tego kwartalnika, jedynego od lat pisma literackiego w Poznaniu. Imprezę prowadziła, z charakterystycznym dla niej wdziękiem, poznańska poetka Edyta Kulczak, autorka niedawno wydanego tomiku „Kołysze się w tobie huśtawka”. Mariola Kalicka zaprezentowała cykl plakiet i dysków ceramicznych, poświęconych pamięci zmarłego poznańskiego poety – Tadeusza Stirmera. Omir Socha obdarował nas poetyckim recitalem, jakby wyjętym ze slamu, wykonanym przy akompaniamencie gitary. Poezję śpiewaną wykonywał Tomasz Kapitańczyk. Przepytywano i Jerzego Grupińskiego „na okoliczność” czasu minionego, inicjatyw edytorskich w Klubie i pism, pisemek – protoplastów „Protokołu”.
Prezentowano także plakat pamiątkowy, wykonany przez Tadeusza Wyrwę-Krzyżańskiego na II Ogólnopolski Mityng Poetów i Krytyków 11 października 1997 roku. Praca ta dokumentuje krąg osób (także i tych, które już wtedy odeszły), współtworzących środowisko poznańskiego Klubu Literackiego w „Zamku”. Na plakacie oglądamy twarze: Jerzego Szatkowskiego (z brodą), Ryszarda Milczewskiego-Bruno, Stanisława Barańczaka, Wincentego Różańskiego, Muzy, Jerzego Grupińskiego, Janusza Porzyckiego, Tomasza Felmanna, Sergiusza Sterny-Wachowiaka, Ireny Szelągiewicz-Ellenikos, Stanisława Piskora, Edwarda Stachury, Andrzeja Babińskiego (w aureoli), Andrzeja Ogrodowczyka, Marka Kośmidra (z rogami), Katarzyny Michalewskiej, Edwarda Balcerzana (w profesorskich sobolach), Barbary Lempki, Kazimierza Rafalika, Barbary Stawickiej, Marka Obarskiego, Grażyny Banaszkiewicz,  Andrzeja Mendyka, Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego, Edwarda Popławskiego oraz Włodzimierza Marczewskiego. Ale wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach. Jedna z postaci, wykonująca kuglarską sztuczkę, ma sześć zamiast pięciu palców. Dlaczego? O tym wie tylko Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, zapewne nie ma tu pomyłki. 
Przypomniano najciekawsze numery kwartalnika, poświęcone między innymi Günterowi Grassowi, Horstowi Bienkowi, Franciszkowi Starowieyskiemu, Salwadora Dali oraz te, które prezentowały twórczość Marioli Kalickiej. Także nazwiska znanych pisarzy publikujących w „Protokole” – Julię Hartwig, Bogusławę Latawiec, o. Wacława Oszajcę, Egona Naganowskiego, o. Józefa M. Bocheńskiego, Mariana Grześczaka, Krzysztofa Kuczkowskiego, Sergiusza Sternę-Wachowiaka. Spośród młodszych publikowali w „Protokole” między innymi: Roman Honet, Karol Maliszewski, Maciej Gierszewski, Radosław Wiśniewski, Marcin Świetlicki, Józef Baran. 
Na prezentację 50. „Protokołu” nie zdążyła laurka pióra Zbigniewa Kresowatego. Oto więc fragmenty przesłanego tekstu:
Z tym niezwykłym czasopismem zacząłem swoje kontakty od 90 roku. To niekwestionowany fenomen, że Jerzy Grupiński tyle lat prowadzi nie tylko Klub, który założył w roku 1970, ale i czasopismo „Protokół Kulturalny”. Kreuje i promuje pisarzy, a jak zjawiają się jakieś zagrożenia, szybko znajduje na nie antidotum, że wspomnę choćby o nowej od roku 2005 siedzibie Klubu Literackiego w Piątkowskim Centrum Kultury. Cóż, czasy takie, ekonomia wypiera sztukę i trzeba było przegrupować się i wyjść z Zamku, gdzie ulokowana została przecież cała 35-letnia bardzo ciekawa historia z legendarnymi osobowościami, to tam wydano almanachy literackie, tomiki, arkusze, tu odbyło się multum spotkań, z jakich byłby dumny niejeden Zamek. Przed 50. laty, kiedy panował w Polsce „zamordyzm”, poeci bardzo zdolni i utalentowani z Nowej Fali nie mogli drukować, potrzebne zawsze było miejsce integracji, potrzebne były druki, choćby w tzw. „drugim obiegu” i to tutaj w Klubie Literackim znaleźli swoje miejsce poeci tzw. „czarnego łańcucha” – od Stachury, Bruna Milczewskiego, Babińskiego, po innych, inaczej ambitnych… którzy podjęli się oddać żywot za słowo. Spotykali się wszyscy z pasją w Sali Kominkowej na Zamku w Poznaniu, to tutaj przeczekali następni… stali się poetami cichymi jak np. wybitny Jerzy Szatkowski. W odzewie na cenzurę powstała awangarda polska. Przyszły pokomunistyczne transformacje ustrojowe – zmieniło się wiele, także w kreacji literackiej. A Jerzy Grupiński trwa z poetami w swoim Klubie Literackim. Dziś jest niekwestionowaną legendą. W nowej, od 2005 roku siedzibie Klubu – „Dąbrówce”, miałem ja tutaj w przeszłości spotkania z pokazem ikon. Z wielką przyjemnością zawsze przyjeżdżam, z atencją piszę i rysuję dla „Protokołu”. Na pewno, duże gratulacje należą się także współpracownikom merytorycznym - współtwórcom, państwu Jolancie i Stanisławowi Szwarcom, pani Barbarze Lempce i innym, którzy pomagają „protokołować”… Jest tak zawsze, że wszystko, co wartościowe, przychodzi z czasem, a kręci się wokół osobowości, które kreują, oddając życie za sprawę. Bo zawsze idzie o naprawianie świata słowem prawdy… Mówi Zbigniew Herbert słowami Cogito: „idź wypowiadaj godnie swoją prawdę, zostałeś wybrany…”. Życzę dalszych 50. numerów „Protokołu”. Ściskam Wam dłonie – Zbyszek Kresowaty.


Sebastian Nowak



„Protokół” po raz pięćdziesiąty


Przypomnijmy, wychodziły w Poznaniu, licząc od II wojny pisma: „Życie Literackie”, „Tygodnik Zachodni”, „Wyboje”, „Nurt”, „Nowy Nurt”, „Pro arte”, „Gazeta Malarzy i Poetów”, „Arkusz”. Po upadku tego ostatniego (prowadzonego przez Bogusławę Latawiec) w roku 2003 – „Protokół Kulturalny” wydawany przez Klub Literacki (wówczas w Centrum Kultury „Zamek”), stał się jedynym (acz edytorsko skromnym) pismem literackim w Poznaniu, jeśli przyjąć, że „Czas Kultury” jest periodykiem kulturalno – naukowym. Strach pisać… w mieście Poznaniu, silnym przecież ośrodku literackim, uniwersyteckim. Bliska Bydgoszcz wydaje dwa periodyki zwrócone w stronę literatury, Wrocław oczywiście, ją przebija.
Wracając do „Protokołu Kulturalnego”, wszystko zaczęło się od białkowego powielacza w Pałacu Kultury, pisma na ośmiu stronach A4 pt. „Spotkania”. W numerze pierwszym publikowali m.in. Irena Szelągiewicz-Ellenikos, Stanisław Piskor, Włodzimierz Paźniewski, Andrzej Mendyk, Tomasz Rzepa i Edward Popławski. Numer 2, datowany 17.05.1976 został zamknięty na zawsze w dyrekcyjnych biurkach Pałacu. Były w nim m.in. wiersze Andrzeja Babińskiego, Wincentego Różańskiego, Kazimierza H. Smuczka, Tadeusza Brzozowskiego, Włodzimierza K. Marczewskiego, Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego; proza Barbary Kęcińskiej (Lempka), Krzysztofa Lisa, proza poetycka Andrzeja Babińskiego.
Nie udała się próba reanimowania „Spotkań” w roku 1992, numerem w którym czytamy teksty m. in. Anny Czujkowskiej, Katarzyny Michalewskiej, Tomasza D. Tomkowiaka, Jarosława Mulczyńskiego, Włodzimierza Jędrzejczaka, Andrzeja Ogrodowczyka i Jerzego Fryckowskiego.
Potem była „Wena” redagowana przez Artura Wrzeciono i Jakuba Chomiczańskiego, a po „Wenie” pismo pt. „W zmowie”, prowadzone przez Tomasza Fellmana, Macieja Kaczyńskiego i Artura Wrzeciono, zawierające w swym pierwszym (a zarazem ostatnim) numerze m. in. Jakoba Boehme – „Sex puncta theosophica”, wiersze Piotra Pawlaka, Lindy Nemec Foster, Marianny Bocian, Charlesa Bukowskiego. Były i teksty: Joanny Rzeszotek, Marty Fox, Bożeny Budzińskiej, Sergiusza Sterny-Wachowiaka i in. Od roku 1995 zaczął wychodzić jako dodatek literacki do „Gazety Zamkowej” – „Protokół Towarzyski”, po trzech latach przekształcony w „Protokół Kulturalny”, wsparty piórami młodych (wówczas) polonistów z UAM, Michała Januszkiewicza i Rafała Kochanowicza.
Wertując numery „Protokołu”, natykam się na egzemplarz poświęcony rzeźbom Marioli Kalickiej, też i na ten wydany w przełom tysiącleci, z wywiadem m.in. z o. Janem Górą. Zakonnik prosił, by dziennikarka umówiona na rozmowę – „żeby mi była dobra laska”. Wysłaliśmy Annę Kokot. Były numery m. in. poświęcone Günterowi Grassowi, Franciszkowi Starowieyskiemu, Horstowi Bienkowi. Publikowali w „Protokole” m .in. Bogusława Latawiec, Ewa Najwer, Julia Hartwig, Wacław Oszajca, Marcin Świetlicki, Dariusz Foks, Krzysztof Kuczkowski, Ryszard K. Przybylski, Sergiusz Sterna - Wachowiak. Z młodszych debiutowali m. in. Roman Bromboszcz, Dawid Jung. Do pisma dołączano debiutanckie arkusze m. in. Anny Czerwińskiej, Bogdana Szutowskiego, zbiorczy „Arkusz 2004”. Przez pewien okres funkcjonował i dodatek młodszej literatury pt. „Okowykolokularny”, prowadzony przez Omira Sochę. Szkoda tej porzuconej inicjatywy, w której partycypowały najciekawsze młode pióra.
„Protokół” bywa chętnie komentowany: „Topos”, „Latarnia Morska”, „Akant”, także w blogach Leszka Żulińskiego i Jerzego Beniamina Zimnego. W necie bywa, że czasem notowany jako nieregularnik, tymczasem od 1988 roku jest regularnym (odpukać w niemalowane) kwartalnikiem. Jedynym w Poznaniu, powtórzmy, pismem konsekwentnie zwróconym w stronę literatury.


Jerzy Grupiński


Protokół Kulturalny nr 49/ rok XIII

     

środa, 20 sierpnia 2014

Debiuty-2014

Jak dotąd godne najwyższej uwagi są następujące tomiki poetyckie.





















,






Maciej Filipek, Rezystory, K.I.T. Stowarzyszenie Żywych Poetów MBP w Brzegu,2014




























Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska, Towarzystwo Słowaków w Polsce, Kraków,2014






























Marta Kapelińska, Poprawiny, WBPiCAK, Poznań, 2014





 Patryk Nadolny  laureat Granitowej Strzały w Strzelinie, 2014 r.






0010-0040-ok_adka_b_sml_120


Rafał Różewicz, debiut w Zeszytach Poetyckich, Gniezno, 2014




















poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Wizytówka poetycka (1)




EDMUND PIETRYK




Urodził się 9 kwietnia 1938 r. w Orańczycach W roku 1960 ukończył Wydział Aktorski PWST i F w Łodzi. Po ukończeniu Wydział Reżyserskiego PWST w Warszawie pracował kolejno w teatrach stołecznych, Szczecina, Lublina, Kielc, Opola. Przez 36 lat był aktorem Teatru Polskiego i Teatru Nowego w Poznaniu. Do najważniejszych ról (ok. 50) należy zaliczyć: Wygodnickiego w Klubie Kawalerów M. Bałuckiego (Teatr Powszechny w Łodzi 1960), Leona Birbanckiego i Doktora Hugo w Dożywociu A. Fredry (Teatr Polski w Poznaniu 1962), Wróżbity w Juliuszu i Cesarze W. Szekspira (Teatr Polski w Poznaniu 1994). Reżyserował m. in. tak ważne spektakle teatralne jak: Tango S. Mrożka (Teatr im. A. Mickiewicza w Częstochowie oraz Teatr Ziemi Opolskiej 1967), Zbójcy F.Schillera (Teatr Współczesny w Szczecinie 1967) Wieczór białych tańców (spektakl autorski w Teatrze im. S. Żeromskiego Kielce - Radom 1968), Czarująca szewcowa F.G. Lorca (Teatr Ziemi Opolskiej 1969) Dwa teatry J. Szaniawskiego (Teatr im. A. Mickiewicza w Częstochowie 1970), Śluby panieńskie A.Fredry (Teatr im. Osterwy w Lublinie 1970), Chłopcy z placu broni F. Molnara (adaptacja i reżyseria -Teatr Nowy w Poznaniu 1973). Edmund Pietryk pracował, jako asystent reżysera z E. Axerem (sztuka J. Roszkiewicza Przychodzę opowiedzieć - Teatr Współczesny w Warszawie 1965), z A. Bardinim (sztuka W. Hanley'a Pani Dolly ma kochanka - Teatr Współczesny w Warszawie 1965) z J. Szajną (sztuka W. Wandurskiego Śmierć na gruszy - Teatr Ateneum w Warszawie 1966). Przez 18 lat był dziennikarzem, pracującym w Expresie Poznańskim (1972-1978), Tygodniku Kulturalnym (1977, 1979-1983), Wprost (1983-1986), Dzienniku Poznańskim (1994-1999), Poznaniaku (1994-1999).
Wiersze, opowiadania, fragmenty powieści publikował wielokrotnie w najważniejszych czasopismach kulturalnych (Kamena, Tygodnik Kulturalny, Nurt, Gazeta Kulturalna, Kultura, Życie literackie, Akant, Twórczość, Dialog, Odra, Przegląd Kulturalny).
Twórczość literacką E. Pietryka recenzowali znani krytycy. Są to m.in. F. Fornalczyk (Gazeta Pomorska - 1966, Miesięcznik literacki, Nurt 1972, Fakty 1978, R. Krynicki (Nurt 1966), J. Ratajczak (Współczesność 1966). Z. Jerzyna (Kultura 1967,1968), B. Zadura (Twórczość 1968), L. Bugajski (Nurt 1980), E. Biela (Nadodrze 1978), T. Olszewski (Życie literackie 1985), E. Bednarz (Miesięcznik Literacki 1988), S. Chyczyński i A. Reiman (Akant 2009).

Piotr Kuncewicz w Leksykonie polskich pisarzy współczesnych (Warszawa 1995) na str. 109 pisze o twórczości E. Pietryka: "nad wszystkimi dominuje atmosfera moralitetu, przesłanie Pietryka ma wymiar uniwersalny". O autorze jest też informacja w opracowaniu Współcześni polscy pisarze i badacze literatury (tom szósty N-P, str. 353-355, WSiP Warszawa 1999).
    Edmund Pietryk jest autorem - 18 książek poetyckich, wśród których najbardziej znaczącymi są: Ikonowe dzieci (Wydawnictwo Poznańskie 1965), Słone źródła (Wyd. Lubelskie 1971), Szept brzoskwiniowy (Wyd. Poznańskie 1974), Palenie wrzosów (Wyd. Poznańskie 1974), Twarze (Biblioteka Publiczna MiG w Nowym Tomyślu 1996), Zegar czasu 9 wyd. własne 2007), Azyl w Woroneżu (wyd. własne 2007), Zmierzch (wyd. własne 2009), Cisza (2010).
   Szesnaście książek prozatorskich m.in. Szczerbate koleiny (LSW Warszawa 1967), Chilijska ostroga (LSW Warszawa 1970), Złota uliczka (Wyd. Poznańskie 1974), Natychmiast szczęście (Wyd. Poznańskie 1977), Maraton sprintera (Wyd. Poznańskie 1978), Stały fragment gry (Wyd. Poznańskie 1981), Człowiek, który jest poniedziałkiem (Wyd. Poznańskie 1986).
   Osiem sztuk teatralnych w tym: Trzy i pół człowieka (prapremiery w 3 teatrach, w tym w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie. prapremiera w teatrze Ateneum w Warszawie 1962 i w teatrach Koszalina 1965), Po północy nie opłaczę (prapremiera w Teatrze im. Osterwy w Gorzowie 1966), Wieczór białych tańców (prapremiera w Teatrze im. S. Żeromskiego w Kielcach - Radomiu 1968), Hotel (prapremiera w Teatrze Ziemi Opolskiej 1970).
  Dwadzieścia słuchowiska radiowe emitowane w Programach I i II Polskiego Radia oraz Radiu Merkury (m.in. Renta prezydenta 1976, Koniec sezonu 1978, Sypnięcie 1979, Boję się dobrej samotności 1981, Ballady o białym worku 1983, Mongolski salon 1991, Preludia 1991).

Otrzymał nagrody:
Nagroda w krakowskim konkursie dramaturgicznym za sztukę Dziesiątka (1961).
Pierwsza nagroda w III konkursie debiutów dramaturgicznych Teatru Ateneum w Warszawie za sztukę Trzy i pół człowieka (1962).
Laureat konkursu poetyckiego Czerwonej Róży, konkursu nowelistycznego miesięcznika Nurt, nowelistycznego miesięcznika Czas Kultury, na opowiadanie miesięcznika Arkusz.
Nagroda w konkursie na utwór dramatyczny - Wiosna Opolska za sztukę Hotel (1969), prapremiera w Teatrze Ziemi Opolskiej.
Nagroda im. Stanisława Piętaka za zbiór opowiadań Chilijska ostroga (1971).
Nagroda TVP i Poltelu w konkursie na współczesny scenariusz filmowy na utwór Nabój, Młotek, ten trzeci, ten trzeci i co pozostali (1989).
Nagroda ogólnopolskiego konkursu na słuchowisko radiowe (1995)
Nagroda im. Władysława Reymonta za całokształt twórczości literackiej (1998).
Grand Prix w konkursie dramaturgicznym TESPIS 2000 za sztukę Mokre widzenie (Poznań 2001), która miała prapremierę w Scenie na Piętrze ( z Grażyną Barszczewską i Zdzisławem Wardejnem) oraz premiery w Teatrze Woli im. T. Łomnickiego (2001) oraz w Teatrze Polonijnym w Wiedniu.
II nagroda w dziedzinie poezji na VII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Stanisława Grochowiaka 2006.
Nagroda XXX Międzynarodowego Listopada Poetyckiego za najlepszą książkę poetycką roku -Zegar czasu (2007).
Otrzymał Honorową Odznakę m. Poznania i Srebrny Krzyż Zasługi.
Członek Związku Literatów Polskich od roku 1968. Mieszka w Poznaniu.



Światła ubogiej nocy 

…Być sobą czy szturmować małe pomniki konformizmu? czy można na własne oczy zobaczyć to Wielkie Późno? Gdy trzeba jeszcze tylko wstawać żyć, gdy trzeba… Wstawać żyć. Wstawać do walki. W obronie własnej przed czymś i przed kimś. Nierzadko przed samym sobą.
  Są wśród nas ludzie urodzeni do wiecznych zwycięstw. Nawet ich klęski po pewnym czasie przekuwają się w zwycięstwa. Ale nie ma „zwycięzców” Niekiedy „trzeba zabić uśmiech – znak miłości i śmierci, żeby ocalić siebie od szaleństwa” Jest wreszcie wygodny azyl: „Planeta mamucia” i najprostsza ku niej droga, którą też iść nie warto, bowiem jest to „ślepy odwet” – jak wyznaje jeden z bohaterów E. Pietryka – za wszelkie niedostatki, jakie niesie nam rzeczywistość. Takich wyznań znajdujemy w „Planecie mamuciej” więcej. Muszą one bulwersować czytelnika. Ale na krótko. Bo oto jak w zwierciadle dostrzega on patologie własnego oblicza. Na nic zdają się etykiety. Prawdziwy sens życia (poza biologicznym) jest nieuchwytny. O tym zdają się mówić wielcy i mali bohaterowie opowiadań E. Pietryka. 
  Czy istnieją wartości, dla których warto poświęcać życie? Po lekturze opowiadań zaczynamy wątpić w ich istnienie. Prowincja życia, swoisty rezerwat, w którym role są podzielone, lecz można się nimi zamieniać, ale nie można stąd wyjść – gdzie trzeba mieć „serce z żelaza, aby wytrzymać taką miłość i taką nienawiść” Konsekwencja, z jaką autor rozwiewa wszelkie złudzenia, co do celowości sławy, zaszczytów i bogactwa – każe mi poprzestać na tym, kim jestem i co posiadam. Ale nie zrobię tego. Choćby, dlatego, że z lektury jego opowiadań wynoszę wskazówki, które (jak sądzę) pozwolą mi uniknąć losu bohaterów „Planety mamuciej”.
  Bohaterowie Pietryka to w większości ludzie słabi zagubieni. Przytłacza ich nawet sława. Nie są oni reprezentantami (w szerokim pojęciu) naszej społeczności. Pochodzą z różnych warstw społeczno-zawodowych, ich losy nie są jednak typowe, ale unaoczniają przecież patologie, które zataczają coraz większy krąg. 
  Nie po raz pierwszy autor informuje nas o tym. I trzeba przyznać – robi to przekonywująco, oddając głos swoim bohaterom - szczery i otwarty, który brzmi jak przestroga. Autentyzm wypowiedzi bohaterów Pietryka, jest mocną stroną dla tej książki.  Ciekawy styl – ni to relacja, ni zwierzenia z olbrzymim pierwiastkiem lirycznym, tkwiącym w aktorskiej narracji (jakby mówił ze sceny) bezbłędnie dykcyjny monolog – musi docierać do czytelnika, a przy tym (czuje się to) wyprowadzony z autopsji czyni bohaterów autentycznymi. Jakbyś ich znał, jakbyśmy nimi byli.

Po trzydziestu latach, po zmianach ustrojowych i reformach gospodarczych - bohaterowie Pietryka nabrali jeszcze większego znaczenia. Uniersalność o której wspominał Piotr Kuncewicz znajduje swój wyraz w szerszym znaczeniu. Z biegiem lat zatacza coraz szersze koło w społeczności obywatelskiej. Już nie wiadomo co jest w życiu najważniejsze, zatracają się najwyższe wartości moralne, do glosu dochodzi zrezygnowanie niezależnie od warunków egzystencji. Pietryk z postaci scenicznych przenosi do swoich opowiadań ludzkie przymioty o znaczeniu ponadczasowym, Bezdomny z "Końca Europy" (jego rola) - jest tym samym bohaterem "Planety Mamuciej" Zagubionym człowiekiem, który przegrywa wszystkie batalie życiowe, nie z własnej winy, raczej z braku przystosowania do otoczenia. Na koniec osamotnienie, ostatni etap zmagań, wymagający największego wysiłku kiedy zaczyna szwankować zdrowie.    


Edmund Pietryk, Planeta mamucia, Wydawnictwo Łódzkie, 1986, Nurt 267/1987


Spotkanie z Edmundem Pietrykiem  w Ośrodku  Pomocy Społecznej w Michorzewie


Pezentację cyklu wizytówek poetyckich zacząłem od legendy Poznańskiej Bohemy - Edmunda Pietryka. Poeta, prozaik, aktor, reżyser, dziennikarz. Nie wiadomo, które z tych wcieleń bardziej sobie ceni? Zadałem to pytanie wiedząc z góry, że nie uzyskam jednoznacznej odpowiedzi? Ponieważ we wszystkich dziedzinach twórczych Edmund osiągnął znaczne sukcesy. Jednakże poezja jest przy Nim od początku, bo poeci nigdy nie odchodzą na emeryturę, nie można ich wykopać ze sceny, zwolnić z redakcji,  nie można też im czegokolwiek narzucić, Edmund może czuć się komfortowo w każdej sytuacji, ponieważ pióro i papier chodzą za poetą jak każda inna używka, lecz są mniej szkodliwe dla zdrowia?  
Spotkaniu w Michorzewie towarzyszyła piękna, słoneczna pogoda. W scenerii pałacowego parku, spędziliśmy kilka godzin wzruszeni opowieściami Edmunda z minionych lat, nacechowanych pracą która dawała mu wiele satysfakcji, we wszystkich dziedzinach twórczości jakie uprawiał. Teatr przewijal się najczęściej a zwłaszcza pamiętne role na poznańskich scenach. Koniec Europy Janusza Wiśniewskiego - wydarzenie teatralne minionego stulecia - sukcesy tego spektaklu nie przebrzmiały do dnia dzisiejszego. Edmund z racji aktorskiej profesji pamięć ma znakomitą, mimo upływu czasu z precyzją i szczegółami przywołuje wydarzenia sprzed lat. Odżywają postaci wybitnych osób, z którymi wspótworzył ciekawe spektakle. Pojawia się Jan Himilsbach w pamiętnej roli jednego z bohaterów Rejsu, Marka Piwowskiego, kiedy to pewien angielski reżyser po obejrzeniu filmu zaproponował Jankowi wspólpracę pod warunkiem, że ten opanuje język angielski. Janek miał powiedzieć: a co będzie jak się reżyser rozmyśli? Co ja zrobię z tym angielskim?  Kontakty Edmunda z Ireneuszem Iredyńskim, Jarosławem Iwaszkiewiczem często miały charakter towarzyski, przyjacielski. Edmund przypomniał nam wiele zapomnianych nazwisk wybitnych, jego zdaniem prozaików, choćby Bogdan Rutha, Janusz Olczak, Zygmunt Trziszka, Tadeusz Siejak, a także redaktorów Wydawnictwa Poznańskiego, którzy mieli olbrzymi wpływ na jakość wydawnictw z dziedziny poezji i prozy. Przypomniał postać Stanisława Piętaka, tragiczną i bardzo mu bliską choćby z racji nagrody jego imienia, którą Edmund otrzymał za Ostrogę Chilijską. Sporo czasu poświęcił Poznańskiej Bohemie, padały nazwiska poetów, malarzy, aktorów, nazwy miejsc, klubów artystycznych, przypomniał niektóre wystawy w BWA, którym przez pewien czas kierował niezapomniany Mariusz Rosiak - poeta, manszard, wybitny znawca sztuki współczesnej zwłaszcza polskiego abstrakcjonizmu. Wiele ciekawych wątków poruszył Edmund, z których każdy zasuguje na większą uwagę z racji upływu czasu i coraz bardziej ułomnej pamięci. Nic nie trwa wiecznie i nie wszystko zostalo odnotowane w annałach, nawet na pozór błahe sprawy i zdarzenia mają swoją wartość historyczną - co podkreślili na koniec uczestnicy spotkania, Paweł Kuszczyński i Danuta Bartosz. Zdzisława Kaczmarek krajanka Edmunda z okolic Nowego Tomyśla postanowiła zorganizować kolejne spotkanie z poetą w jego ulubionej kawiarni, w mieście gdzie króluje wiklina i poezja, gdzie Edmund spędził swoje dzieciństwo i teraz w pobliskim Michorzewie znalazł swoje kolejne miejsce egzystencji. Do zabaczenia niebawem. Trzymaj się przyjacielu.   




Edmund Pietryk






                 Edmund z Pawłem Kuszczyńskim, Zdzisławą Kaczmarek i Danutą Bartosz










Plakat spektaklu "Koniec Europy" pochodzący z archiwum Teatru Nowego w Poznaniu. 1983 r. 
W artykule wykorzystano informacje biograficzne pochodzące ze strony internetowej ZLP w Poznaniu.







środa, 30 lipca 2014

Gromnica (17)


(...)
 Z tymi kartkami to istny cyrk. Odkąd je wprowadzili, nasze życie stało się ciekawsze. Gdzie tylko jestem, wszyscy o tych kartkach dyskutują? Nic innego nie słyszę. Jedni chwalą sobie te kartki, bo bez kolejki mogą dostać kawałek mięsa. Inni, że mogą kupić w kiosku papierosy a wcześniej tych papierosów nie było. Jeszcze inni zadowoleni są z cukru. Teraz nam wystarcza, mimo że to zaledwie dwa kilogramy. Kawę pijemy gorzką, herbatę bardzo rzadko, jak już to z konfiturą, do której potrzebny jest cukier. O wódce nikt nie mówi. Wódki ciągle jest za mało, nawet gdyby przydział był większy?
           U mnie w domu giełda kartkowa. Co by nie rzec, mamy ciekawe zajęcie? Na początku każdego miesiąca rozkładamy kartki i zaczyna się wyliczanka. Na pierwszy ogień idą papierosy. Ci, co nie palą oddają swoje odcinki palącym. Palący w zamian muszą oddać odcinki na cukier. Potem tematem jest wódka, a na końcu mięso i wędliny. Wychodzi na to, że najwięcej odcinków dostaje się mamie. Mama nie pali i nie pije, więc cukru ma pod dostatkiem i na dokładkę moje i ojca odcinki na mięso, bo my obaj dostajemy wszystkie odcinki na wódkę. Wychodzi na te, że ojciec nie jada mięsa, ale za to, że nie pali, dostaje ode mnie połowę wędlin. I w taki to sposób stałem się jaroszem, takim, któremu daleko do abstynencji. Wstyd się przyznać.
          Dardanele sakramenckie i jeszcze ta Syberia we mnie, której nijak się wyzbyć. Poezja mnie trapi codziennie za te moje kamieniarskie błoto i zmarnowany czas przy kamieniu. Kamień jest jak moje życie chłodny i do tego twardy i taki niespolegliwy. Już się na tym łapię, że zmiany jakowe we mnie zaszły i to bardzo daleko i teraz jestem już nie ten sam, chłopiec o piwnych oczach czuły i wrażliwy na piękno. Takie czasy a nie inne, z bujnych ogrodów pozostały stepy i rzeki brudem zaszły, jak patrzę teraz w lustro to jakbym ojca widział i tego ojca to ja już się nie wyprę, chyba, że moja pamięć jest zawodna, chyba, że to lustro nadali diabli, chyba, że tego lustra nie ma i mnie też już nie ma, jest tylko wyobrażenie i miejsce na to lustro dopiero.
      Dobre czasy dla poetów, tych, co cierpią i nie wiedzą, za co. Bursa pisał, że poeta cierpi za miliony. Ciekawe, kogo miał na myśli. Naród z pewnością. Nie wziął chyba pod rozwagę, że naród może też cierpieć. Dzisiaj naród cierpi zbiorowo a poeta w odosobnieniu, jeżeli jest poetą a nie bywa nim? Poetą jest na pewno Andrzej Babiński. Dzisiaj mnie odwiedził a ja nie wiedziałem, że przyjdzie. Dzwonek u drzwi o tej porze dnia?
                 – Jestem Babiński – przedstawia się mojej żonie.
                 – Wiem, wiem. Pan Andrzej. Pewnie do męża?
                 – Ja tylko na chwilę.
                 – Proszę niech pan wejdzie. Jurek to do ciebie!
                 – To ja zdejmę buty.
                 – Nie, nie trzeba. Proszę wejść.
Andrzej trzymał mnie za słowo i dlatego przyszedł. Kiedyś przelotnie wspomniałem o papierosach, że mogę załatwić, coś w tym stylu. Andrzej widocznie złapał tę propozycję i oto jest w moim domu, a ja nie wiem jak z tego wybrnąć. Będę musiał mu odpalić z własnej puli gromadzonej wypadami na bazar. Nie może odejść z pustymi rękami.
                – Dużo palisz? – z ciekawości zapytałem.
                – Dwie paczki dziennie, czasem więcej, kiedy zarywam noce.
                – Ciężkie czasy dla palaczy?
                – Dla poetów-palaczy.
Andrzeja spotkałem jeszcze kilka razy, potem nasze drogi się rozeszły i dopiero następnego roku w maju dotarła do mnie wiadomość o jego tragicznej śmierci. Było to krótko przed naszą rodzinną tragedią. Straciliśmy dziecko, a żona tylko Bogu zawdzięcza, że z porodu wyszła cało. Bardzo źle z nią było. Wróciła „stamtąd” – jak to określił lekarz – To cud, że żyje, ja takiego przypadku nie pamiętam.    Lekarz, który mi to mówił, czułem wyraźnie, poruszony był wielce i coś jakby przede mną krył. Dopiero żona po powrocie do domu wyjawiła parę faktów, które niewątpliwe były przyczyną naszej rodzinnej tragedii. 

Jeżeli jest sprawiedliwość to na pewno nie tutaj – w moim mieście, w moim kraju. Ja wiem, co to łzy i wiem, co to wściekłość zarazem, kiedy człowiek jest bezsilny, kiedy zwycięża zło a prawda ginie w papierach i ludzie odpowiedzialni za wyrządzoną krzywdę nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. Daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia – pisał kiedyś poeta, a ja teraz mogę poświadczyć  trafność tych słów (.....)

fragment powieści pt. Gromnica.

wtorek, 22 lipca 2014

Ostrołęka Dionizje 2014

Laureatem XXII edycji konkursu im. Dioznizego Maliszewskiego został Radosław Sobotka, Ostrołęczanin obecnie zamieszkały we Wrocławiu. Drugą nagrodę zdobyła Ewa Frączek z Lublina, trzecie miejsce Milena Rytelewska z Płocka, czwarte Olivia Betcher związana z Toruniem, mieszkająca obecnie we Wrocławiu. Ostrołęcki konkurs organizowany jest m.in. w celu promowania młodych poetów. W  tym roku konkurs  poetycki połączono z plenerem malarskim w Łęgu Starościńskim, poeci do wystawionych prac podjęli się trudnej sztuki pisania ekfraz. W scenerii kurpiowskiej przyrody ta konfrontacja wypadła okazale, Wcześniej odbyły się warsztaty poetyckie, których celem było uwypuklenie cech poezji rustykalnej,  z dominującym akcentem kultury regionu kurpiowskiego. Organizatorzy: Urząd Miasta Ostrołeki, Towarzystwo Przyjaciół Ostrołęki, Miejska Biblioteka Publiczna, oraz zrzeszeni w klubie literackim miejscowi poeci, dołożyli starań aby Dionizje nabierały cech ogólnokrajowej imprezy mającej na celu nie tylko promocję regionu, także promocję młodej poezji polskiej, promocję sztuki i muzyki mającej swoje inspiracje w mieście nad Narwią. Wszystkie punkty programu zostały zrealizowane w sposób perfekcyjny. Uroczystego podsumowania dokonał V-ce Prezydent Ostrołęki Pan Grzegorz Płocha. Prezes Towarzystwa Przyjaciół Ostrołęki Pani Jadwiga Nowicka podziękowała władzom miasta za mecenat. Wszyscy uczestnicy Dionizji zaangażowani w plenerze w Łęgu Starościńskim, byli zgodnego zdania, że takich imprez powinno być jak najwięcej,  awizując swoją obecność za rok. Podczas dziewiątego pleneru.




od lewej strony: Sabina Malinowska, dyr MBP w Ostrołęce, pani Maliszewska, Milena Rytelewska, Radek Sobotka, Olivia Betcher. Jerzy B. Zmny, Ewa Frączek. Karol Samsel.




Prezes Zwiazków Twórczych Ziemi Zawkrzeńskiej Jarosław Trześniewski-Kwiecień, z prawej strony Prezes Towarzystwa Przyjaciól Ostrołęki, Pani Jadwiga Nowicka.






Jarka Trześniewskiego zainspirowały kurpiowskie płoty?









Czytanie ekfraz przez poetów


Ewa Frączek i Marcin Tomczak 






nie zabrakło muzyki i wokalu

Nagrodę za najlepszą ekfrazę otrzymał Marcin Tomczak z Ostrołęki,  wiersz pt. halucynogenny las zrobił wrażenie na wszystkich. Marcin jest laureatem m. in. I edycji Konkursu "O Trzos Króla Eryka" w Darłowie. Jeszcze przed debiutem ale to tylko kwestia czasu. 

Dzisiaj  na portalu Liternet ukazały się wiersze bedące efektem ostrołęckich inspiracji, Jarek opisał wyprawę na słynny most kolejowy w Ostrołęce, ja całą wyprawę do Ostrołęki przez Kujawy i Mazowsze. Poniżej wspomniane wiersze.






Jarosław Trześniewski-Kwiecień

nadnarwiańska dekompresja liryczna

leżeliśmy na  zardzewiałych torach
pochylający się cień wiesiołka
w samo południe chłodził twarze
na wyciągnięcie ręki obłok obok

mostu nad ciemną rzeką niesłyszalny
stukot pociągu mijane krwawniki słupy
przekwitających dziewann i  motyle
jakby ze starego klasera wypadające 

rusałka pawik paź admirał modraszek
bielinek kapustnik cytrynek trójwymiarowo
okrążały trupie główki niedźwiedziego czosnku
pachniało pachniało  narwiało narwiało.



Jerzy Beniamin Zimny


Nad Narwią

Upał, sceneria czwartku z rzepakiem
w tle, fermy drobiu, łąki – dużo łodyg.

Nigdy nie pisałem o królowej rzek,
poezja nie jest dorzeczem spływa gdzie popadnie.

Słońce najwierniej oddaje kolory
kiedy zbliża się do widnokręgu.
Ciemność przybliża wszystko.
Słowo zawsze oddala od siebie śmierć.
Rzeka zakolem omija cmentarz.

Miłości tyle ile w niej ryb. Łodygi
podtrzymujące niebo pod wieczór,
fermy drobiu, zatrzęsienie łąk.