środa, 14 maja 2014

XXX rocznica śmierci Andrzeja Babińskiego

Cmentarz Junikowski, największa nekropolia Poznania. Zbieramy się przy bramie głównej, ulica Grunwaldzka przebudowana bez problemu można tutaj się dostać nawet w godzinach szczytu. Ostatni zjawia się Jurek Grupiński, po krótkiej wymianie zdań udajemy się Aleją Zasłużonych w kierunku kaplicy skąd prosto na pole trzynaste gdzie niedawno spoczął Tadeusz Stirmer. Cztery miesiące minęło od jego śmierci, a wydaje mi się, że z alejki wyjdzie potężne chłopisko i delikatnym gestem pośle pozdrowienie w naszym kierunku. Pustka, ludzi prawie nie ma, tylko bujna zieleń i świergoty ptaków nam towarzyszą, Jerzy kostatuje: aż się wierzyć nie chce, że ten bujny park jest miejscem pochówku? Spoczynku - dodaję, spoczynku zasłu żonego, choć nie zawsze przychodzi we właściwym czasie.  Tadeusz mial jeszcze tyle do zrobienia, Andrzej - to już tylko pamięć i wiersze po nim, trudno odtworzyć ostatnie lata jego życia,  strzępy informacji wyrywane z pamięci, książki  i nieliczne fotografie. Pochodził z Podlasia, zakotwiczył w Poznaniu, tutaj żył ze starszym bratem i ojcem. Brat Stanisław wykazywał duże zdolności literackie, podobno dorównywał Andrzejowi. Przez jakiś czas za sprawą Edka Popławskiego organizowano konkursy poetyckie imienia Babińskich.  Odmawiamy modlitwę za Tadeusza i po minięciu trakcji energetycznej udajemy się na pole trzydzieste piąte wypatrując sosny - znaku szczególnego nagrobka Andrzeja. Jest wyższa aniżeli dwa lata temu kiedy Karol Samsel zapalał swoje znicze Andrzejowi. Zauważyłem, że sosna wtedy wygięta ku dołowi, teraz jakby zaczęła się kierować ku niebu? Przez ten czas urosła w znacznym stopniu. Karol Samsel odnalazł grób Babińskiego  podczas gdy ja zastanawiałem się, czy jest to właściwe pole. Przyroda zakamuflowała kwatery w sposób nieprawdopodobny, zieleń pokrywa wszystko, nawet beton, co zauważyłem w niektórych starych alejkach. 

Wspominamy kolegę, przywołujemy z pamięci, każdy od siebie, to co mu utkwiło najbardziej. Jerzy czyta fragmentu protokołu zamykające śledztwo wyjaśniające przyczyny śmierci poety.  Czytamy wiersze Andrzeja, a także testy własne jemu poświęcone. Słońce dzisiaj do południa było ukryte, pojawiło się na cmentarzu w całej krasie. Jest ciepło i przyjemnie, sosna pachnie żywicą, płoną znicze tak hołubione przez Andrzeja, i przestała warczeć suka ziemia. Ta sama, która towarzyszyła Andrzejowemu przyjściu na świat. Zamilkła  wraz z nim, a dalej to już tylko chodzą zegary, zegary zjawisk artystycznych, tylko innym tempem jak zauważył był Andrzej. Zegar arystyczny poety przyspieszył, nabiera tempa dzięki miłośnikom jego poezji, dzięki kolegom, którym przyszło poznać smak przemian ustrojowych o które on sam walczył. I być może przypłacił życiem?  Od siebie mogę dodać - przy modliwie o jego zbawienię - że herbata już nie jest tak dobra i mocna, mimo że nie na kartki, papierosów w brud, lecz nie na kieszeń rencisty, a reszta ? Z resztą kolego sobie radziłeś nie przebierając w słowach, Wersal czy Belweder, a nawet speluna przy Kościelnej, wsio ryba, byle nie ubywało lasów wyrąbywanych na wątpliwej wartości poezję.  Czarna czy czerwona peleryna, z każdej strony można ją na grzbiecie nosić, jak wtedy na dworcu głównym.  A i kryształowy wazon potłuc w hollu wypełniony wątpliwej jakości winem. Się żyło i gniło w majestacie poezji, pani od udręki, czasami nocą podawała swoją czułą dłoń we śnie, rankiem ani śladu po niej, tylko roznosiciele mleka dzwonili na nasz anioł pański, Anioł Poetów.

Jerzy Beniamin Zimny

wtorek, 13 maja 2014

Debiuty 2013



Odkąd sięgam pamięcią, nie było tak obfitego w świetne debiuty roku. A pamięć moja sięga połowy lat siedemdziesiątych, kiedy zacząłem realizować swoją pasję rejestrowania książek debiutanckich w obszarze poezji. Było to bardzo ciekawe zajęcie, pamiętam- Dom Książki usytuowany w pobliżu Okrąglaka, raz w miesiącu dreptałem na drugie piętro gdzie królowała poezja, regały z debiutami były miejscem moich penetracji. Ukazujące się debiuty bez wyjątku trafiały do takich księgarń, na niektóre tytuły obowiązywała subskrypcja, nawet w przypadku znaczących debiutów, których wprawdzie było niewiele, ale rozgłos robił swoje, wydawcy byli bardzo czuli na takie sytuacje, trudno się dziwić a jeszcze dzisiaj zwłaszcza - trudno zrozumieć, że książka może być przedmiotem reglamentacji?  I była, pomimo bardzo dużych nakładów rzędu dziesiątek tysięcy sztuk egzemplarzy? Różnica między dziś a wczoraj jest przepastna. Dlaczego? Odpowiedź tkwi w nieograniczonym dostępie do rynku każdego, kto chce pisać, a nie kupować książki.  To już nagminne i może świadczyć o kurczącej się rzeszy poetów z prawdziwego zdarzenia. Poeci czytali poezję i nadal czytają, ci, co uważają się za poetów nie czytają, bo brakuje im bakcyla, którym nie zdążyli się zarazić, dotyczy to głównie autorów debiutujących w późnym wielu. Możliwość publikacji w Internecie spowodowała prawdziwą erupcję wydawniczą, nie idzie to jednak w parze, z jakością, ilość wydawanych książek rocznie przerasta możliwości finansowe czytelnika i wprowadza dezorientację, jeśli chodzi o wyłowienie wartościowych pozycji.

Ubiegłoroczne debiuty mocno potrząsnęły środowiskiem literackim. Jest to skutek ekspansji młodych, bardzo młodych poetów, którzy sygnalizowali już swoje aspiracje kilka lat temu. Mieli, na kim się wzorować, lecz w odpowiedzi narzucają swoją odmienną osobowość, demonstrują już nie sprzeciw jak to było zawsze, lecz odejście od gruntu wydeptanego przez poprzedników. Grunt nie zawsze twardy i ugruntowany w sposób akademicki. Nie może być mowy o jakichkolwiek eksperymentach, tacy poeci jak Taranek i Brewiński proponują nowomowę upstrzoną muzyką i tańcem, z kanonów czynią zabawę w rytmie swoich ulubionych figur, Do tego w aurze magii oczyszczonej z mistycyzmu prowadzą dialog z potencjalnym czytelnikiem zmuszając go do zwariowanej zabawy kończącej się ekstazą, w najlepszym przypadku szokiem emocjonalnym, niezależnie od wieku, a więc w jakiś sposób sobie tylko wiadomy, uzyskują akceptację a nawet uwielbienie, zwłaszcza u młodych czytelników. Clubbing Brewińskiego i Repetytorium Taranka, śmiało mogę nazwać wydarzeniem poetyckim roku. Nie ukrywam, czekałem na te debiuty albowiem publikacje obu poetów w ostatnich latach, ich, jakość, zapowiadały sukces. Nominacje do Sileliusa, są tego potwierdzeniem, a komu przypadnie palma pierwszeństwa, dla mnie jest obojętne, ponieważ obie książki są znakomite, różnią się od siebie, co świadczy o pojawieniu się odrębnych głosów, jeśli nie nowych indywidualności w świecie poezji polskiej. Z ubiegłorocznych debiutów, trzeba tez wymienić, z obowiązku, Seweryna Górczaka, Szymona Jakucia Domagałę, Martynę Buliżańską, a także poetę z Poznania, Macieja Rasia. Cała czwórka w plebiscycie internetowym zajęła czołowe miejsca. Wśród nominowanych znalazły się debiuty Arkadiusza Kwaczka, Łukasza Kuźniara, Rafała Krause, Szymona Słomczyńskiego, Karoliny Kułakowskiej. Dużo, bardzo dużo dobrych debiutów jak na jeden rok. Raduje się serce i podpowiada, że o przyszłość poezji możemy być spokojni. Korzystając z okazji wspomnę o bezpośrednim zapleczu, na horyzoncie pojawiły się nowe sylwetki młodych, nie mam wątpliwości, że debiuty Patryka Nadolnego i Piotra Jemioły będą również znaczące. Jestem pod wrażeniem ich dojrzałości warsztatowych, zrozumieli, że ja liryczne na jakiś czas przeszło do historii, jeśli kiedyś powróci to na pewno w innym wymiarze znaczeń, a doświadczenia Brewińskiego i Taranka znajdą epigonów, chociaż nie będzie to łatwe. Decyduje osobowość i talent, tego nie da się powtórzyć, co najwyżej powielić w mniej udany sposób. 

Na koniec o debiutach późnych. Było ich sporo, nawet całkiem sporo. Mają tendencję wzrostu pod względem ilości wydawanych tytułów.  Zaryzykuję liczbę około pięćsetki? Z tych, co czytałem na pierwszy plan wybijają się debiuty Bożeny Kaczorowskiej i Łucji Dudzińskiej. Obie poetki publikują od kilku lat, a więc pod mocnym wpływem szeroko pojętej percepcji warsztatowej zorientowanej na konkursy i panujące kanony, modne w określonym czasie. Stąd naleciałości rustykalne u Dudzińskiej, stąd opisowość u Kaczorowskiej. Przy czym Kaczorowska stara się pokazywać swój świat w sposób niebudzący wątpliwości, przywołuje miejsca z pamięci i nadaje im jakby nowe znaczenia semantyczne, to duży plus. Piętna narracyjności trudno się pozbyć, jeśli poeta nie ma za sobą doświadczeń poprzednich okresów uwikłanych w różnych nurtach i sposobach operowania językiem. Myślę, że następne książki Kaczorowskiej będą zdecydowanym krokiem naprzód, bo nie wierzę, aby obojętnie odniosła się do tego, co obserwujemy w ostatnich latach w obszarach poezji. Zwłaszcza, jeśli chodzi o język. Niewątpliwie jest to znaczący debiut i moje wyrokowanie nie tak bardzo mija się z prawdą, jeśli dla porównania posłużę się kolejną książką Darii Dziedzic, wydaną niedawno w Poznaniu. Jestem pod wrażeniem przeobrażeń języka poetki z Dąbrowy Górniczej, tomik szczególny, widoczna w nim dojrzałość, co wróży na przyszłość bardzo mocną jej pozycję. Doświadczenie wynikające z obcowania z poezją na przestrzeni wielu dekad przysłużyło się Aldonie Borowicz, jej najnowszy tom: Cienie na rozwietrze, jest potwierdzeniem wybitnego talentu poetki z Warszawy, wydobyła dla siebie najlepsze cechy poezji powojennej, wiersze znakomite, język i składnia nie dają się odnieść do dokonań innych poetów, porównywalne z poezją Zbigniewa Jerzyny, natomiast dramaturgia odchodząca od natrętnego „ja” tak częstego w poezji dzisiejszej, mimo że poetka mówi od siebie, jest czymś zupełnie nowym, takie żyjące i chodzące alter ego, transformacja materii i ducha na potrzeby treści w taki sposób, aby nie zbanalizować tego, co oczywiste a jednocześnie odkrywane na nowo w sposób odrębny.  Polecam czytelnikom zarówno Crack Darii Dziedzic jak i nowy tom Aldony Borowicz.
Gdyby debiut Lucji Dudzińskiej ukazał się pięć lat temu, byłoby to wydarzenie. Nurt nowego rustykalizmu zapoczątkowany przez Roberta Miniaka i Teresę Radziewicz został zauważony i umocnił pozycję obojga. Dudzińska nie potrafiła się z tym uporać, stąd w tomie: Z Mandragory panuje swoista mieszanka żeby nie powiedzieć mieszanina tropów zaprzęgniętych do nowoczesnego rydwanu z elementami baroku, które nie wiadomo, czemu mają służyć, treści czy aurze niedającej się porównać z żadnym nastrojem, scenerią a jedynie mogą pobudzać huśtawkę stanów emocjonalnych: (…) pierwsza żona gotowała bigos od święta, bo wspólnych wakacji nie pamięta, ale krakanie, krzyki mew i szum skrzydeł (…) albo:, Gdy na mnie patrzysz zamieniam się w szamankę. Gdy dotykasz staję się kotem – wbrew sobie (nie lubię kotów) To znaczy, że mam się łasić przyklejać do ręki, którą podajesz każdemu.(…)  Nie przekonuje mnie ta poezja, wiele takich wyznań w przeszłości zapadło na niepamięć, ja natrętne, ja poszukujące usprawiedliwienia dla siebie w gąszczu niedomówień, ja dyktujące swoje prawdy o znaczeniu uniwersalnym, z mikrokosmosu w makrokosmos i na odwrót, o czym pisze Edyta Kulczak na łamach Latarni Morskiej. Idealizowanie nie prowadzi do czegoś akceptowalnego, przeciwnie, jest kiepskim lakierem surowej powłoki, pod którą kryją się bogactwa Wieży Babel, czyli spuścizna ostatnich lat, w której język schodzi na dalszy plan a liczą się jedynie zabiegi o kreację nowej osobowości twórczej, w klimacie szamańskim, w środowisku wyszukanych rekwizytów tak, aby czytelnik popadł w nastrój tajemniczości. Kiedy to minie, wraca rzeczywistość i nasuwa się pytanie, w jakim celu pisze się poezję? I to, co czytam, czy w ogóle jest poezją. Z niecierpliwością będę wyczekiwał kolejnej książki poznańskiej poetki, nie wątpię, że będzie to poezja najwyższych lotów, ponieważ ambicji i uporu nie można jej odmówić. 


Jerzy Beniamin Zimny

niedziela, 6 kwietnia 2014

Spotkałem szczęśliwych poetów

Poema Cafe - Salon im. Wincentego Różańskiego

czwartek, 10 kwietnia godz 18 30




\
Będę mówił o debiutach 2013. Debiutach poznańskich, zaprezentuję swoje najnowsze wiersze z tomu Boombay. który planuję kiedyś  wydać, nie spiesze się, priorytem jest zbiór recenzji i felietonów pod tytułem: Spotkałem szczęśliwych poetów, oraz prace edytorskie na rzecz innych poetów i wydawców.  Spotkanie poprowadzi Tadeusz Żukowski, przy udziale Jolanty Szwarc, wiersze czytać będą : Agata Wawrzyniak, Dagmara Zimna, Waldemar Szwajca. Informuję że nie będzie turnieju jednego wiersza, będzie za to promocja najlepszych książek poetyckich poznańskich poetów, książek o których głucho w Poznaniu, będzie o poetyckich manowcach, choć w laurach. Zapraszam w czwartek do Cafe Poema.















poniedziałek, 31 marca 2014

Otwarcie Salonu Poetyckiego im. Wincentego Różańskiego



Przed czerwonymi słońca drzwiami



Otwarcie Salonu Poetyckiego im. Wincentego Różańskiego miało uroczysty charakter.  W Poema Cafe zebrali się przyjaciele, członkowie rodziny Witka, miłośnicy poezji - aby obejrzeć m.in. film, dzieło Tadeusza Żukowskiego sprzed ponad dwudziestu lat.  Zebrani raz jeszcze mogli usłyszeć Witka z ekranu, przypomnieć sobie jego wizerunek, charakterystyczny, niepowtarzalny i niezwykle ciepły głos, klimat tamtych czasów, otoczenie bezpośrednie poety, wybrane przez Żukowskiego do zdjęć - podziały na nas jak wiosenny powiew wiatru. 


Fotografia Witka z końca lat szęśćdziesiątych


 wspominam kolegę z najwyższą pokorą, łza się kręci w oku, słowa więzną w gardle, wracaja obrazy z bardzo daleka, nakładają się na atmosferę kawiarni.






Prezes Paweł Kuszczyński mówi o swoich kontaktach  z Witkiem, jak zawsze opanowany i konkretny.



Adamkiewicz, Slomiak, Szwajca,
D. Zimna



Jola Szwarc, znakomite pióro recenzenckie, słucha wypowiedzi koleżanki z radia Merkry, Pani Miczke


Malgosia Różańska, żona poety



        Sprawca filmu Tadeusz Żukowski                               Magdalena Pocgaj


Było czego słuchać i co oglądać, premiera Salonu nadzwyczaj udana, jak zapowiedziała Agata Wawrzyniak, możemy się spodziewać w Poema Cafe,  poezji najwyższych lotów.


poniedziałek, 10 lutego 2014

Z dziennika (17)



Od kilku dni nie wychodzę z domu, mrozu się nie obawiam, ale nie mam powodu ani chęci na spacer, zima nigdy nie była moim sprzymierzeńcem, dlatego teraz mogę wyrazić niechęć do niej, w sytuacji, kiedy już nie jestem obarczony żadnym obowiązkiem. Ludzie podróżują i marzną na peronach, w wagonach, na przystankach, jeśli muszą to zrozumiałe, jeśli nie, to z przyzwoitości mogę tylko współczuć, magnes popularności przyciąga, jest jednak drabinka tej popularności a szczebelkami są dobre książki i obrazy. Styczeń zapisał się dramatem - dzień po dniu odeszli z naszego grona wybitni poeci, trzynastego zmarł Marek Kośmider, dzień później Tadeusz Stirmer. Kośmider poeta natchniony pisał piękną lirykę a w szczególności psalmy, w przeszłości mocno związany z Herbertem, pisał pracę dyplomową na jego temat, pisał długo, ponieważ po studenckim marcu 1968 został usunięty z Uniwersytetu. Moje kontakty z Markiem miały charakter okazjonalny, stąd moja wiedza była do pewnego czasu ograniczona, kilka lat temu spotkaliśmy się w Poznaniu, wręczył mi swoje tomy poezji z minionego okresu. Uzupełniłem sobie wiedzę o tym nietuzinkowym poecie. Nie byłem na pogrzebach, bo nie mogłem, dzień po śmierci Tadeusza w klinice okulistycznej przeszedłem rutynowy zabieg usunięcia zaćmy. Z rutynowego do komplikacji podczas wszczepiania sztucznej soczewki, operacja trwała godzinę i była wyczerpująca. Przez pięć dni brak widzenia, na szósty pierwsze objawy poprawy potem z dnia na dzień zacząłem dostrzegać przedmioty, faszerowany lekami dochodzę do stanu, powiedzmy dobrego. Nie pierwszy to raz choroba pozbawia mnie uczestnictwa w ważnym wydarzeniu. Życie to nie bajka, albo, kto powiedział, że jest łatwe. To opinia sąsiadki, którą szanuję za to, że potrafi zmagać się z problemami nie gorzej od mężczyzn.

Z kraju napływają niepokojące sygnały o trudnościach finansowych organizatorów konkursów. Znikają z mapy prestiżowe imprezy literackie, i nie tylko. Gdzie leży problem takiego stanu rzeczy, wiadomo, ale nie sądzę, że jest to klasyczne zaciskanie pasa w budżetach lokalnych. Owszem, środki na kulturę zawsze były po za priorytetem wydatków, ale były, obecnie nastąpił jakiś globalny przełom podyktowany wyliczeniami korzyści, jakie przynosi każda wydana złotówka. Promocja miasta, regionu to cel nadrzędny, zainteresowanie poezją tylko w kręgach piszących, o masowości trudno mówić, lecz masowość powinna być rozumiana nie, jako uczestnictwo w imprezie, jej zasięg dzięki internetowi jest nieograniczony, kojarzenie z miastem jest bezdyskusyjne. Jak wiadomo, każda władza ma swoją linię polityczną kształtowania świadomości społecznej, zwłaszcza kultura jest pod lupą, edukacja, media itd. Od pewnego czasu dobre jest to, co kiedyś było niepożądane, im więcej zamętu tym więcej pobłażania, przeszłość ma trafić raz na zawsze na śmietnik historii, w tym także idole przeszłości, tacy jak np. Ratoń.

Na koniec  trochę optymizmu,  mróz odpuścił więc ruszyłem w miasto tam gdzie dawno nie byłem – okolice Ławicy i Wysogotowa.  Wiele się tam zmieniło w ostatnich latach, nie ma już pól, zwłaszcza słynnego pola szparagowego. Olbrzymie magazyny, zabudowy przemysłowe i zachodnia obwodnica miasta, okalająca wioskę Skórzewo.  Z wioski zrobiło się osiedle, rolniczy charakter tych terenów całkowicie zniknął.  Polne ścieżki otrzymały status ulic, i tak szparagi przyczyniły się do nazwy Szparagowa, a  niegdysiejszy zakład kamieniarski stoi nadal pod innym szyldem ale przy ulicy Kamiennej.   Spędziłem tutaj   kilka ładnych lat na świeżym powietrzu,  podziwiając pole szparagowe a także dojrzewające nieopodal zboże.  To były ciężkie lata, ale niezwykle ciekawe,  praca, praca, realizacja wielu ciekawych pomysłów,  choćby słynna macewa – dzieło życia z granitu szwedzkiego, wykonane na zamówienie pewnego biznesmena  z Berlina Zachodniego. Stąd chłopaki wyjeżdżali na kontrakty stulecia – Wiedeń, Graz, Seszele,  Karlove Vary.  Polskie rzemiosło było cenione w świecie, szczególnie przy konserwacji zabytkowych obiektów.  Wspomnieniami  żyć  nie wystarczy,  jest granica takich emocji,  jak wszystko inne  ulega weryfikacji czasowej. Unikam takich stwierdzeń jak: za naszych czasów było inaczej, lepiej itd.  To samo słyszałem z ust moich rodziców, wcześniej dziadków. Nie mniej jednak niektóre miasta czasy świetności mają za sobą.  To widać na historycznych zdjęciach.  Mam na myśli znaczenie tych miast w przeszłości  a zwłaszcza  położenie geograficzne,  przemysł, tradycja i kultura.  Postęp prowadzi do migracji, granice emigracji są coraz dalej, społeczeństwa zmieniają swoją mentalność,  wszystko jest dostępne dla młodych, pojawiają się coraz to nowe szanse.  z których trzeba korzystać. 

Coraz cieplej,  coraz więcej słońca, dzisiaj zauważyłem biedronkę, krzewy puszczają pąki,  a najwięcej wiosny w Mlawie, za sprawą Jarosława Trześniewskiego.  Od pewnego czasu zaprasza poetów z najwyższej półki.  Zaczęło się od Piotrka Gajdy,  a skończy zapewne na Dyckim?  Na razie do Mławy zawita Dariusz Dziurzyński, świetny poeta z Warszawy. Ostatnio był tam Kacper Płusa.  Dzięki Ci Jarek za NOWE w Mławie.



piątek, 17 stycznia 2014

In Memoriam Tadeusza Stirmera


Tadeusza Stirmera poznałem na łamach Protokółu Kulturalnego w połowie lat dwutysięcznych. Jurek Grupiński opuszczał Zamek, przenosząc się do Dąbrówki, w spadku otrzymałem od niego kilka książek, bardzo cennych, i egzemplarze wydawanego przez klub periodyków. Wiersze Tadeusza emanowały czyściutkim liryzmem, mimo że Jurek określał Tadka jako chropawego poetę, z czym się nie zgodziłem, ponieważ piękno nie wynika samo z siebie, dobry poeta potrafi je oddać w każdym miejscu, w każdym przedmiocie. To potrafił Tadeusz jak mało, który z piszących. Tadeusz należy do tych poetów, którzy zaistnieli w mojej świadomości  poprzez swoją twórczość. Wiersze wyprzedziły naszą znajomość, i to świadczy o Jego wielkości. Mówię o tym bez cienia wątpliwości, ponieważ moje kontakty z poezją opierają się na ocenie jej wartości. Nasze pierwsze spotkanie miało charakter wirtualny, trafił na jeden z portali literackich i tam zaczęliśmy dyskutować, aż do pierwszego spotkania w realu. niecałe dwa lata temu w jednym z lokali w śródmieściu podczas promocji debiutu lubelskiego poety Grzegorza Jędrka. Przedmiotem rozmowy nie była poezja, były nasze utracone psy. Wielkie chłopisko stało przede mną ze łzami w oczach, to ów późniejszy dąb w wierszu Edyty Kulczak z wnętrzem miękkiego jesionu. Na zewnątrz twardy, wewnątrz kruchy jak to pospolite drzewo. I owoce, liście bezustannie spalane przez życie i siły zewnętrzne, poeta więcej traci aniżeli zyskuje. Tak odczytałem ten wiersz, i tak czytam utwory Tadeusza pozbawione zupełni chropowatości, mimo że  chropowate w nich rekwizyty, i to jest mistrzostwem zmarłego poety. Paiper uczył nas piękna nie w pięknie, bo piękno nie wymaga liryki, samo w sobie jest liryką,  a jeśli poeta to czyni, to powinien to robić inaczej. Inaczej ponazywać kwiaty, jak to sugerował inny zmarły przedwcześnie poznański poeta Wojciech Burtowy. Tadeusz tak własnie pojmował piękno, i robił to z ogromnym wyczuciem. Poniżej jeden z Jego wierszy poświęcony naszym pieskom:

Tadeusz Stirmer

Pamięci Rokiego


Jerzemu Beniaminowi Zimnemu


Jesień za oknem jak Paryż
znowu rozkwitły drzewa
zdurniałe pindrzą się w środku miasta
jak kapelusze pań u pobliskich wód
gdy krwi recitativo
i mroczny zapach korzeni
rodzą czuły zmierzch

Wrzesień -
przepływają ludzie i ptaki
już dwie przeszłe wiosny
smycz waruje u progu
zabliźnia się miejsce w domu
i pamięć jak ząb mądrości

Psy jak poeci
idą wprost do nieba
Bóg jest rodzaju ludzkiego;
wrócił i merda ogonem

Ciechocinek




Ten wiersz kompletnie mnie rozbroił, i wiele innych wierszy Tadeusza, publikowane w internecie, poeta pracujący ciężko od świtu do nocy,  znajduje czas na lirykę, na spotkania literackie, na kontakty z bliskimi po piórze. I to wszystko zostało nagle przerwane, przerwane zostały także wiersze, kolejny tom w kompletowaniu, sprawy do załatwienia, rozpoczęte prace, koncepcje. Za Camusem cytuję, Dżuma zniosła wszystkie sądy wartościujące, nic już się nie liczy,   nic już nie jest ważne, życie - czas tworzenia, śmierć- sekunda drogi do wieczności. Ile w tej sekundzie bólu i cierpienia, ile utraty dla bliskich, wali się dąb, w to miejsce trzeba pokoleń aby nowa okazałość dorównała poprzedniej. Jestem poetą ale w takiej sytuacji wolę popaść w milczenie, aby móc rozważyć sens tego co robię, czy warto się poświęcać kosztem samego siebie, są granice, na miarę możliwości, nikt nie jest do końca panem własnego losu, to co człowiekowi pisane stanie się prędzej czy później, ale śmierć potrafi być piękna  kiedy zaskakuje w najmniej spodziewanym momencie. Piękna śmierć? Czy śmierć może być piękna. Tak, w sytuacji kiedy pęka wrażliwe serce poety, pozory fizyczne są złudne, trzeba człowieka diagnozować po  wnętrzu, nie jest to łatwe, niekiedy kamuflażem słabości wewnętrznej jest  poezja stwarzająca pozory mocnej osobowości autora. Czasem wygląd zewnętrzny. Tadeusza już nie ma wśród nas, pozostawił po sobie kilka książek, pamiątki rozsiane po znajomych. Podczas wigilijnego opłatka w Dąbrówce napisał wiersz na tacce do ciasta, podczas gdy reszta swoje wiersze czytała z kartek, Tadeusz odczytał ze stoickim spokojem swój utwór bezpośrednio z kartonu. Jeden z członków klubu Dąbrówki poprosił o  tę tackę z wierszem. Tadeusz bez wahania podał mu ją. Był to brat przedwcześnie zmarłego poznańskiego poety Jana Krzysztofa Adamkiewicza. Zapamiętałem to zdarzenie, łudząco przypominało słynne serwetki liryczne Wojaczka. A także listy z grafiką jakie otrzymywałem od Witka Różańskiego, Wspomniany Wojciech Burtowy w jakiś sposób dopina ten dramat, albowiem jego kwarantanna przed srebrem i parafrazowane przez Ryśka Daneckiego najzieleniejsze zadać z pytań, wplatają się w twórczość Tadeusza bezwiednie, znaczy to, że cała trójka posiadała w sobie ten sam pierwiastek twórczy, chociaż różnili się w ostatecznym rozrachunku. Sprawcą tego był czas, w którym się zmagali z odmiennym tworzywem twórczym. Chwała im za to. Tadeusz, śpij spokojnie, wiersze nigdy nie są sierotami, w przeciwieństwie nas, którzy Ciebie kochali.

Jerzy Beniamin Zimny   




  

czwartek, 16 stycznia 2014

In Memoriam Marka Kośmidra

Gmach Uniwersytetu w Poznaniu, Listopad Poetycki przed wejściem do auli rozmawiam z Markiem Kośmidrem, spotykamy się od czasu do czasu, trwa to od blisko czterdziestu lat. Marek jak zawsze pełen energii mimo, że porusza się o kulach, mówi o swojej nowej książce, wtrąca wyznanie: z moim zdrowiem jest źle, umrę w okrągłą rocznicę urodzin, siedemdziesiątka stuknie i do Pana odejdę. Nie daję wiary temu wyznaniu, ot jedna z informacji która obróci się w mit, Marek z tego słynie, typowy genetyczny poeta, z szóstym zmysłem, w środowisku w taki sposób akceptowany, i tak też przyjąłem jego wyznanie przed aulą. Podczas opłatka wigilijnego w Dąbrówce, Marek demonstruje swoje poruszanie bez kul - po raz pierwszy o własnych silach, czuję się lepiej, ale podtrzymuję to co powiedziałem wcześniej, to wydarzy się w lutym, po moich urodzinach. Uśmiecham się - jak nie w lutym to w maju, jak nie w maju to kiedyś - Marek spojrzał na mnie ostro - nie nie żartuję, w lutym was pożegnam. Przełamaliśmy się opłatkiem, nie pamiętam czego mu życzyłem, chyba zdrowia i weny twórczej, bo co innego?  I to było nasze ostatnie spotkanie. Wiadomość sprzed kilku dni postawiła mnie na nogi, dosłownie, to co traktowałem jako kolejny mit stało się dramatycznym faktem, kto mógł przypuszczać, że zostanie pochowany w dniu swoich siedemdziesiątych urodzin? Śmierć postanowiła zamknąć ziemski rozdział Marka bardzo precyzyjnie, w pełnym cyklu: siedem dekad?
Marka poznałem na początku lat siedemdziesiątych, aktywnie uczestniczył w Klubie Pałacowym, swoje wiersze czytał wszędzie, nawet na korytarzu pytając o zdanie kolegów. A było ich bez liku, znakomici poeci, na czele z Szatkowskim i Różańskim. W latach osiemdziesiątych wraz z Mariuszem Rosiakiem i Andrzejem Mendykiem byliśmy częstymi gośćmi Marka i jego żony Zofii. Mieszkali niedaleko Parku Kasprzaka (dzisiaj Wilsona, jak przed wojną), opowiadał o studenckim marcu i perypetiach z władzą ludową. Pamiętam, zawsze przed godziną milicyjną (wtedy już nie obowiązywała) wypraszał nas z mieszkania, nie chciał nas narażać - często w godzinach nocnych nękany był rewizjami przez służby polityczne. Dużo na temat Marka może powiedzieć Staszek Neumert, albowiem często go gościł w swoim gospodarstwie, Marek chętnie garnął się do prac w polu, zwłaszcza żniwa były jego ulubionym okresem. Sypiał w stodole na sianie, mimo że u Staszka komnat nie brakowało. Bardzo bogaty życiorys najkrócej Marek przedstawił w taki oto sposób:

Urodzono mnie  17.01.44. w  Lublinie..Wyjeżdżając do ojcowizny do Wągrowca, byłem świadkiem fragmentów walk na dworcu PKP w Poznaniu w dniu 28-29.06.1956.. Byłem na ponownym ślubie rodziców. Ukończyłem Liceum dla Pracujących w Wągrowcu.. Po dostaniu się na polonistykę UAM przyjąłem min do grupy „Próby” Staszka Barańczaka i Ryśka Krynickiego. W październiku 1963 grupę prezentował mgr Edward Balcerzan,w klubie „Bratniak” Po wstępie dr Jerzego Kmity w debiutanckim almanachu: „Imiona powinności”, „introwertycy” Barańczak i Krynicki  oddzielili się od pozostałych. Dwa lata byłem członkiem grupy „Wiry” Jerzego Szatkowskiego.  W marcu 1968 zbierałem postulaty studentów na cokole wieszcza.,,,malowałem plakat...; zostałem oskarżony na kolegium MO . Po 2 miesięcznym areszcie w Śremie, zostałem wydalony z V roku studiów z UAM. Pracowałem jako ambulansjer, bibliotekarz, nauczyciel. Nie mogąc drukować w oficjalnych pismach, brałem udział w konkursach, mam ponad 100 książek pokonkursowych. W 1994 wydałem książki:: „Syn Człowieczy" (ze wstępem Józefa .Ratajczaka), ,Swój Człowiek", "Arka Nienarodzonych", a w 1998: "Czyściec Miłości" i "Matka Ludzka" (ze wstępem Marianny Bocian) oraz w 2003:: "'Dziecko światła", ;Homo Viator", "Świadek epoki", "Człowiek do Ziemi", "Niebo Poetów" oraz wybory:  "Poeta, którego nie ma",. "Istota". Wydałem we własnym zakresie z numerami  ISBN, jako „BIBLIOTECZKA STOWARZYSZENIA UMARŁYCH POETÓW” Moje wiersze zamieszczone są  min.w  "Poezja polska. Antologia Tysiąclecia" ,IBIS. 2002..czy też: „ Cud który trwa”( Papieżowi Poecie – poeci)”. W dn. 8 marca br. otrzymałem od  Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzena Polski za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce oraz za aktywny udział w proteście studenckim w marcu 1968. w obronie praw człowieka. Od  10  lat opiekowałem się mamą,  chorowałem; nie publikowałem, nie brałem udziału w konkursach i spotkaniach, Choruję, obecnie o jednej kuli, o niepełnosprawności znacznej, (leg. 368/ 2011).; pomagają mi siostry zakonne mieszkające w pobliżu).
  Potwierdzam, że jestem autorem nie publikowanych jeszcze powyższych wierszy.. Oczywiście mam więcej tekstów „papieskich” i o pisarzach' i w ostatnim cyklu, ale ograniczony byłem do wyboru tylko 20. Wiem, że moje teksty są trudne, bo bliższa mi jest wieloznaczność przekazu. . Myślę, że może za pięćdziesiąt lat znajdę się choć w portalu www.poecipolscy.pl wśród listy poetów polskich.
                                                          
                                                                 Z serdecznością :

                                                                                       Marek Kośmider.

Sądzę, że zmarły poeta znajdzie się znacznie wcześniej na wspomnianym portalu, i nie tylko tam. Swoją twórczością zasłużył na najwyższe zaszczyty.
Na koniec pozwoliłem sobie umieścić jeden z niepublikowanych wierszy Marka:


PSALM  DO  ZBIGNIEWA  COGITO  HERBERTA
              ARCYMISTRZA  TRUDU  ISTNIENIA


Słowomistrzu uczuć i myśli. Kapłanie wiary
w Człowieka. . W kosmosie żywych elegii..
Gryzłeś trawę w różnych zawodach. Trzy
fakultety, doświadczałeś świat  na głodno.
Talent losu w Strunie wierszy,w świetle Hermesa, 
w studiach Napisu, otwierały zamykane  głowy...
Od  „Jaskiń filozofów” „Rekonstrukcję poety”,  przez
lęki czasu  w „Lalku”,  w  „Drugim pokoju”, w „Mai”.
Dostałem temat o dramatach, Wiedziałem nie kochał Cię
 Władzio i Władza, 
                                   Zacząłem poznawać.
białą laską rozumu i serca. A tu marzec 68,
jak wiersze czytałem petycje. pod. Wieszczem.
„ Moczar na  dziady, ' Dziady na scenę, Wiadomo:
„Prasa kłamie” W pudle w Śremie siedziałem,
a kazali nam chodzić i stać. Kabaryna kochała nas,
„Wychodzimy, aniołowie zostają ciągnąc  za  sobą
cienie  r o g i  skrzydeł. „Więzienie, poezja i dramat
 konieczny wybór  j e s t   świadomą niewolną Wolnością.”

Z wilczym biletem w zębach po niebach
bibliotek, z nosem w głowie w Tobie.. Pisali:
 „Ślepy klasyk, wewnętrzny emigrant, uciekinier
 z utopii,zawsze pod prąd, niedoczytany cyklotymik.”
I obroniłem i Ciebie i siebie. Przyjąłeś mnie
w kwietniu 72 w mieszkaniu Artura M. Między
rzeczami: albumy, słowniki. „Dobrze pan wyczuł,
 że to w Augustowie. Może pan kiedyś wyznać,
słowa Matki w „Lalku” to jest żywa prawda. O,
widzi pan z listów, dawałem myślniki. Tak,
to prawdziwa literatura. Chłopaka zabił pono
przez pomyłkę nieznany milicjant.
                                                    Żona prze-
płynęła w pośpieszny obłoczek. W toalecie
słyszę: „Papier niech pan od środka. bo coś
zapisałem”. Czytałem Cogito: „nie wywijać kikutem/
nad głowami innych/ nie stukać białą laską/
w okna sytych”, „ stworzyć z materii cierpienia/
rzecz albo osobę”. O tekstach mych rzekł: „Niech
pan zostawi zabawki z językiem”. Została świętość
dedykacja z kwiatkiem  „za uczoną pracę”.


„Drugi pokój” nie wyszedł poza jeden spektakl.
Cóż, specjaliści, od Ciebie, Herberta. Ale „Maja”
grana w poznańskiej „Sekundzie” siedemnaście razy.
Przyznaję, były panie Cogito, co maglowały młodzież
Twoimi wierszami. Ja tylko chciałem, by Cię czuli
jak ogórek i rozumieli tak jak słowa pierwsze:
matka, woda, drzewo.  Łączyłeś kulturę i naturę,
przeszłość i rzeczywistość, mit i doświadczenie,
Zachód i Wschód, umysł i serce. Kiedy odszedłeś
Czytałem niewidomej: „ten świat, to właściwie tamten’’
Skoro tamten świat to ten
                                             s t a w a ł  s i ę  kolorem.
Ciekawym, czy spotkałeś bagna i łąki poetów,
nagi okrzyk Marsjasza, gdy bywa katem Apollo?
Czy filozofów, którzy przestali oswajać konieczność?
Czy siedzisz u wrót doliny, na dnie nieba, z córką Poezją
 i patrzysz na niebo Ziemi, jak przed zdobyciem na
Księżyc? Czy skoro „to co tamten świat/ tutaj”, czy
widzisz co się dalej dzieje z Człowiekiem? Jak ścina
zakładników mieczem własnej wiary? Jak siebie
topi w eksplozjach, zabijając istoty innych? Jak
twórcze dusze odchodzą od nas na amen?

W  Lascaux odczułeś: „jestem  obywatelem  Ziemi,
dziedzicem nie tylko Greków i Rzymian,  ale
nieskończoności”. Wieszczyłeś: „Ogień ziemię
wodę/ odżegna rozum”. Pocisk Cogito, który
wystrzeliłeś obiegł kulę ziemską i trafił  Cię
w plecy.  Może  TAM  zabliźnisz  się  z  bogami,
ocalisz nas  od nas samych, 
                                           wyślesz  salwy  cyklonów
przed  którymi  będziemy się  łączyć  w  ludzkość.?
Zabędą:  „w cieniu jednego heksametru?”
„Wilki i łania jastrząb i gołąb?”. „ A ogień
będzie rozmawiał  z wodą bez nienawiści.?”
                                            
                                                          (040925, 081707, 120327,)


 Jerzy Beniamin Zimny






niedziela, 29 grudnia 2013

Dwa debiuty


Koniec roku wypadałoby zakończyć optymistycznym akcentem. Miniony rok sypnął dobrą poezją, liczne debiuty sporo ciekawych książek. O większości informowałem, tutaj i winnych miejscach, dzisiaj przedstawiam Państwu dwóch debiutantów, których dzieli kilka pokoleń. W Zeszytach Poetyckich ukazał się rzutem na taśmę debiutancki tomik Arkadiusza Kwaczka z Warszawy pt: Arkadiament, tomik, który na już swoją warsztatową historię. Arek długo pracował nad tekstami, miał ambicję wydać dobrą książkę w renomowanej oficynie. I to się udało. Drugi debiut (zbiór wierszy rozproszonych, drukowanych w pismach i antologiach regionalnych) jest dziełem konińskiej poetki starszego pokolenia Pani Ireny Szałek. Urodzona w 1928 roku we Włocławku, debiutowała opowiadaniem w tygodniku Zorza. Jej wiersze znalazły się w antologii poezji konińskiej 1976-1996. Działała w klubie literackim przy Miejskiej Bibliotece Publicznej w Turku. Wydany niedawno zbiór jej wierszy pt. Wsłuchani w ciszę przez Wydawnictwo Setidava Miejskiej Biblioteki Publicznej w Koninie jest formalnie debiutem książkowym. Poetka pisze: Moje najdalsze wspomnienia z Konina sięgają lat trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy mój ojciec otrzymał przeniesienie służbowe z Nieszawy do małego naówczas powiatowego miasta. Dzisiaj z perspektywy czasu oceniam tamten okres za najszczęśliwszy, beztroski, radosny. Lubię ciepło przeżytych chwil - pisze w jednym z wierszy - zastanawiam się nad fenomenem tej poezji, która jakby powstała z popiołów pamięci, a ciepło przeżytych chwil nigdy nie wygasło. Wszystko w czasie bardzo oddalone a jednak bliskie, tak jak łąka dzieciństwa, z motylami: wracają wspomnieniem tak bliskim, że tylko się schylić po nie. Poetka nie przywołuje obrazów z przeszłości, przeżywa je na nowo, jakby zdarzenia miały miejsce stosunkowo niedawno, co pozwala zapomnieć o skutkach będących konsekwencją przemijania, u Ireny Szałek wszystko trwa nadal, nic nie przemija. Chylę czoła przed taką postawą liryczną, dlatego przyjąłem ten debiut bez konieczności wnikania w szczegóły natury merytorycznej i nie mam zamiaru dokonywać porównania z tym, co prezentują młodsi poeci obecnie. Wystarczy mi piękny, czyściutki język, jakim posługuje się poetka. A także autentyczność podmiotu lirycznego.

Drugi debiutant, pisze o sobie krótko: mam 23 lata, szukam wiedzy, poezji, inspiracji i czytelników. Przed debiutem książkowym, publikował głównie w internecie, zdradzając nieprzeciętny talent, wgłębiał tajniki wiedzy przy boku starszych kolegów. Wzorów do naśladowania unikał i unika, pragnie na swój sposób ogarnąć poetycki warsztat, dotychczasowe próby wyartykułowania własnego stylu przyniosły efekt w postaci debiutu książkowego. Na blogu pisałem w ubiegłym roku: czytałem niedawno teksty Arka, które znajdą się w debiutanckim tomie, i mogę powiedzieć, że jest to poezja nacechowana polotem, mimo niedużego doświadczenia podmiotu, emanuje dojrzałym spojrzeniem na wszystko będące przedmiotem dociekań. Podmiot zachowuje dystans, niekiedy wciela się w inną postać, aby uwiarygodnić swoje położenie, zarówno w czasie jak i miejscach obcych, nigdy dotąd niepoznanych. To zrozumiałe. Poeta z Warszawy, ma szansę zaistnieć także, jako prozaik, dał już temu dowód pisząc małe formy nacechowane liryzmem, niebanalne w przekazie. Pisząc to, miałem nadzieję rychłego debiutu Arka, ale nie za wszelką cenę, pojął, że czas działa na jego korzyść, cyzelował teksty, poprawiał, uzupełniał i to się opłaciło, zarówno jemu jak i wydawcy.

Dwa debiuty stojące na dwóch biegunach, pomiędzy nimi więcej niż połowa wieku, i jakże odmienne rzeczywistości towarzyszące autorom. Z jednej strony historyczny bagaż doświadczeń, z drugiej świeżość spojrzenia, brak doświadczenia wypełniony kreacjami i bardziej złożonym językiem, w którym metafory, jeśli się pojawiają to dają obraz sytuacyjny.  Obrazy i zdarzenia w czasie przeszłym dokonanym, przedstawić może jedynie język komunikatywny, klasyczny, dlatego oba tomiki mają dla mnie duże znaczenie, mimo że dzieli je językowa, składniowa przepaść (sześć dekad ewolucji poetyckiego języka).   Poniżej pozwoliłem sobie bez zgody autorów zamieścić po jednym wierszu z debiutanckich tomów.


Irena Szałek

Spojrzenie

Jestem jak dzień znużony,
co z białej chusty zmierzchem nić wysnuwa.
i jak ślepiec, gdy w nocy swej mrokach,
szorstkość wyczuje włókna.
Jest obojętność, którą śmierć przywodzi.
W pustym pokoju nieme stoją krzesła,
w kręgu lampy człowieczego znoju.

Arkadiusz Kwaczek

Dziewczynka z shamisenem

dziewczynko z shamisenem, nie zaciskaj zbyt mocno
plektronu w swojej drobnej dłoni. niech trzy struny
nie redukują jeszcze świata do dźwięków płaczliwych
jak skrzypce, a skrywanej miłości do głodu

kiedyś będziesz jakby czwarta żyła instrumentu
- cała z nylonu, lecz dźwięk, który wsiąknie w skórę
nie wypłucze cię z dokonanego wyboru

dziewczynko z shamisenem, popatrz na morwę w ogrodzie
kiedyś jej owoc ubierze cię w kimono, a ty oddzielisz
ciało od kobiety, naprężysz struny, zaśpiewasz o miłości
o tym jak czarne włosy dojrzewają noc.

Zrozumieć życie, jego sens, w kontekście zderzenia materializmu i duchowego bogactwa, to utwierdzać się w przekonaniu absolutnej wyższości humanizmu, to zdobytym przeświadczeniem skrystalizować własne człowieczeństwo, stosunek do drugiego człowieka, jego potrzeb. Patriotyzm jest drugim czynnikiem, bez którego nie pełnej osobowości ludzkiej, wyzwalający najgłębsze odczucia wartości integrujące społeczeństwo na rzecz macierzystego kraju.  Fundamentem życia jest godność osobista i świadomość więzi z ojczystą ziemią. Osłona tych wartości pozwala zachować w różnych sytuacjach równowagę wewnętrzną i szacunek do samego siebie. Pisze we wstępie do swojej książki Irena Szałek. Warto o tym pamiętać. 

Jerzy Beniamin Zimny










czwartek, 12 grudnia 2013

Duży Format 2013

Pierwsza edycja Dużego Formatu przeszła do historii. Tytaniczny wysiłek organizacyjny, mimo problemów dużych i mniejszych, udało się organizatorom przeprowadzić bardzo ambitny program. Na formacie było wszystko, obraz, słowo, muzyka, byli znani poeci, przedstawiciele wszystkich generacji, a także malarze, graficy i muzycy. Tempo spotkań i spektakli było imponujące.
Idea Dużego Formatu zrodziła się dwa lata temu, w małej kawiarence na Ochocie. Rafał Czachorowski twórca portalu Poeci Polscy postanowił coś ciekawego zrobić w wymiarze ogólnopolskim, projekt dojrzewał ponad rok, w końcu zrodził się produkt pod nazwą Duży Format. W założeniach programowych fundacji (taki status prawny przyjęto) jest działalność w zakresie promocji literatury, zwłaszcza poezji, działalność wydawnicza, organizowanie wystaw artystycznych, konkursów na debiut poetycki, książkę poetycką dla autorów z dorobkiem, a także imprezy dla dzieci i młodzieży o charakterze edukacyjnym. Fundacja promować będzie także poetów zasługujących na uwagę czego wyrazem była obecność na festiwalu utalentowanego poety z Krotoszyna, Macieja Rasia. Warto podkreślić, że była to jego pierwsza publiczna promocja od momentu ukazania się debiutanckiej książki Pasmo, wyróżnionej pierwszą nagrodą na Granitowej Strzale w Strzelinie. W gronie zaproszonych znaleźli się także: Konrad Góra, poeta z Wrocławia, autor trzech tomów poezji, na festiwalu czytał wiersze z najnowszego tomu, Siła niższa, Kamil Brewiński z Lublina, tegoroczny debiutant, autor tomu Clubbing, o którym mówi się głośno, że będzie to debiut roku (Marta Podgórnik).  Bardzo możliwe, że tak się stanie, jednakże tegoroczna lista debiutantów jest całkiem spora. W gronie kandydatów  do nagród i wyróżnień może się znaleźć Maciej Raś, także młody debiutant z Wrocławia, Maciej Taranek, jego tom pt. Repetytorium wydany przez Hub Wydawniczy Rozdzielczość Chleba w Krakowie przyjęty został entuzjastycznie przez młode pokolenie, moim zdaniem jest to wydarzenie poetyckie bieżącego roku.     Młodzi w natarciu, coraz trudniej ogarnąć rynek wydawniczy, kiedyś mówiło się o generacjach, pokoleniach, operowano przy tym pojęciem dekady, dzisiaj dwa lata to okres najdłuższy dla tego rodzaju podsumowań, albowiem obserwujemy parcie młodych w kierunku dynamicznego języka, który wkracza w coraz to nowsze obszary poznawcze, poszukuje innych punktów odniesień dla tego co jest powszechnie znane. Do takiego wniosku doszedłem dwa lata temu śledząc z uwagą poczynania młodych poetów oraz debiuty ich starszych kolegów i koleżanek.

Festiwal dostarczył uczestnikom wiele wrażeń i emocji.  Goście mogli swobodnie się przemieszczać po salach, każdy mógł znaleźć coś interesującego dla siebie,  atmosfera sprzyjała dyskusjom kuluarowych, pełna swoboda w wyrażaniu opinii.

Do Galerii Dużego Formatu trafili: Konrad Góra, Kamil Brewiński, Maciej Raś. Za rok trafią następni, będzie problem z wyborem co dobrze świadczy o kondycji poezji polskiej. Mówi się głośno, że w Europie jesteśmy najlepsi, z ostrożnością przyznaję rację optymistom, podzielam także pogląd o rysującej się dominacji młodych twórców, formalnością jest potwierdzenie takiego stanu rzeczy. Czas działa na ich korzyść, oraz poziom jaki prezentują w debiutanckich tomach, to już nie pojedyncze wystrzały a kanonada zmuszająca do respektu. Na Dużym Formacie  poezja uzupełniała malarstwo, malarstwo podpierało sztukę słowa  w oprawie muzycznej. Jestem pod wrażeniem ekspozycji dzieł poszczególnych artystów, myślę że w przyszłości warto się zastanowić nad wydaniem albumu, na równi z almanachem poezji i prozy. Korzystając z okazji, chciałbym podziękować moim rozmówcom na festiwalu, a w szczególności, Jackowi M. Hohensee,  Jarkowi Jabrzemskiemu i chłopakom z Galerii Dużego Formatu, a także organizatorom w osobach. Darii Kompf i Rafała Czachorowskiego. Dziękuję wszystkim.

Jerzy Beniamin Zimny



http://www.youtube.com/watch?v=3MJNWzJ4XUY&feature=share&list=PLrOUhzkhkIA-QoKLfcYbu0jyEt6CgRufI

wtorek, 3 grudnia 2013

A Wierzbak płynie




Poeci nie umierają

          pamięci Ryszarda Daneckiego

Poeci nie umierają
poeci odchodzą na ostatni wieczór autorski
przy świecach.  Drgają płomienie
na odchodzenie duszy,
słowa milkną
pozostaje cisza.

Wypełnia coś więcej niż pokój
i wtedy wraca pytanie
żyć  po co?

Najzieleniejsze z pytań.


02.12.2013