niedziela, 24 grudnia 2017
życzenia świąteczne
Niechaj gwiazda wigilijna nigdy nie zagaśnie,
niech poezja padnie tego dnia na kolana
jak strapiona losem swojego dziecka - matka,
Niechaj trwa kolęda nocka na wysokościach
a Pasterka zakończy się odnalezieniem siebie
po latach tułaczki, po latach szukania drogi
prowadzącej do nieustannego szczęścia.
24.12.2017
sobota, 9 grudnia 2017
Cisza gwałtowna
/..../
Lato
przeleciało jak jaskółka. Czarny sztylecik z piosenki Stana Borysa, Z mojej
piosenki wylatują szpaki czerwonodziobe, awanturnicze jak mieszkańcy hotelu
robotniczego w Podjebradach.
To powiedzonko chodzi za mną od czasu pobytu w Czechach nad Łabą u szwagra, kiedy to port tam
budował, budował z niemałym skutkiem a my oboje z żoną, maluchem gnaliśmy z niesprawnym
sprzęgłem na wakacje. Tamte lato, z tym poznańskim wiele ma wspólnego - zrobiło
ze mnie turystę handlowego, bo gdziekolwiek teraz jeździmy z Jankiem, zaglądam
do swojej pamięci i doszukuję się związków w przeszłości z miejscowościami
leżącymi na trasie przejazdu. Jakoś na
naszych trasach handlowych zabrakło: Ciechocinka, Aleksandrowa Kujawskiego, chociaż
zaglądamy często do Włocławka. Nawet nie myślę o Łucji po tym, jak mnie
potraktowała, nie myślę o Stedzie, ale czytam, co jakiś czas "Całą
jaskrawość". Zachodzę w głowę,
jakim cudem Witek nigdy nie był w Zdroju? Tak pięknie umocowany w klimacie ciechocińskiej
warzelni soli. Sól jakby cukier w tej powieści, cukier zmieszany z mułem
wodnym i papierosowym dymem, znaczącym obecność poetów na tym padole. Podłym
jak talerz niskokalorycznej zupy podczas fizycznej pracy: w lesie, nad stawem,
na łące. Wszędzie gdzie poeta zarabia na życie, i gdzie tytułują go: "Pan
poeta", tak jak tytułują mieszkańcy Lasków Odrzańskich, Mietka Warszawskiego, "naszego
poetę, naszego pismaka", który pisze podania do urzędów lepiej od niejednego
prawnika.
Lato przeleciało jak migrena żony, bez znieczulenia, bez epitetów
politycznych, zwyczajnie jak poemat o kwitnących ogrodach, od wiosny aż do
jesieni. Tak żyją poeci, kwitnąc wielorako, wielobarwnie kwitną niezależnie od pory roku, ale na czarno
umierają, nic w tym względzie od wieków się nie zmieniło. Teraz, kiedy poznaliśmy
kapitalizm, wydaje nam się, że będziemy nieśmiertelni za ten nasz liryczny
socjalizm. Nasz socjalizm? A niby czyj miał być?
Wiara czyni
cuda, cuda zdarzają się bardzo rzadko. Mój cud tej jesieni ma postać wnuczki,
która wita mnie każdego dnia piosenką z mojego dzieciństwa. Rośnie jak sekwoja, dziewoja poznańska,
rośnie dla nas starych już ( tak mówi Janek) za każdym razem kiedy
przejeżdżamy przez Kargowę. Słodkie miasto jak moja wnuczka.
Czas ma swoje zalety, rozglądam się codziennie i dostrzegam zmiany, jak grzyby po deszczu wyrastają nowe obiekty. Sklepy, markety. W naszym domu remont za remontem, życie to jedna wielka budowa i targowisko próżności. Jeśli chodzi o poetów, mógłbym rzec - Rynek Jeżycki gdzie jeszcze królują starocie. Ale nowe przebija się coraz skuteczniej. Tylko patrzeć rewolucji technicznej, poleje się biała krew bezużytecznych przedmiotów.
Czas ma swoje zalety, rozglądam się codziennie i dostrzegam zmiany, jak grzyby po deszczu wyrastają nowe obiekty. Sklepy, markety. W naszym domu remont za remontem, życie to jedna wielka budowa i targowisko próżności. Jeśli chodzi o poetów, mógłbym rzec - Rynek Jeżycki gdzie jeszcze królują starocie. Ale nowe przebija się coraz skuteczniej. Tylko patrzeć rewolucji technicznej, poleje się biała krew bezużytecznych przedmiotów.
Nie wiem,
komu dziękować za demokrację. Janek mówi, że powinienem samemu sobie. Ale z tym
dziękowaniem trzeba uważać, wszystko jest względne, na początku piękne i ma ludzką
twarz, ale z czasem robi się szorstkie jak polerowana powierzchnia kamienia, który wietrzeje. Może właśnie, dlatego upadło w przeszłości tyle systemów
opartych na tradycjach wolnościowych. A systemy dyktatury, jedynowładztwa, całe
imperia monarchistyczne - też z czasem upadały. Czyżby każdy rozwój miał swój
nieuchronny koniec? Przyglądam się mojej cywilizacji opartej na tradycjach
patriotycznych, w jakim jest opłakanym stanie? Jeszcze z rozpędu wspominamy
naszych przodków, a już na horyzoncie pojawiają się inne wartości. Często
zastanawiam się kogo chciałbym jeszcze raz spotkać na swojej drodze? Wujek Michał, uczestnik dwóch wojen światowych. Nigdy nie rozmawiałem z nim dłużej jak
kwadrans, i to na tematy bieżące. Kiedy zamieszkał z żoną w "Domu Weterana" nie
odwiedzałem go zbyt często. Szkoda wielka dla mnie, tematy uciekły wraz z jego
śmiercią. Człowiek mądry po szkodzie, jeszcze mądrzejszy kiedy próbuje naprawić
błędy popełnione w przeszłości. Chciałbym jeszcze spotkać Alicję z krainy
czarów, czarnulę wyjętą żywcem z baśni, i Gustawa, który za Olzą bronił
socjalizmu aby proletariusze kilku krajów nie musieli się rozłączać. Chciałbym
raz jeszcze zobaczyć Zenka w mundurze górniczym spacerującego po Krośnie,
chciałbym mu zasalutować w mundurze pancerniaka. Chciałbym spotkać innego
górnika, Franka z Wałbrzycha. i zagrać z nim na gitarze: "zielone
pola". Jeszcze kogoś czystego jak pierwszy śnieg tej zimy. Płci obojętnej,
bo anioły nigdy nie grzeszą.
W mojej głowie na przemian burze i cisze gwałtowne. Czy cisza może być gwałtowna? Może, w poezji cisza jest najbardziej wymowna milczeniem. Jak miłość bez słów, nieoczekiwana jak śmierć nad ranem, i zmartwychwstanie dla samego siebie kiedy zawiodły wszelkie hamulce przyzwoitości lub rozsądku. To się zdarza poecie, to nie powinno się zdarzać nikomu, ponieważ rozum posiada szczególny dar przewidywania, chyba że jest karmiony używkami. Wtedy nawet rodzona matka nie pomoże. Jesteśmy jakimi nie chcemy być, albo nigdy nie będziemy sobą, nawet w lustrze.
W mojej głowie na przemian burze i cisze gwałtowne. Czy cisza może być gwałtowna? Może, w poezji cisza jest najbardziej wymowna milczeniem. Jak miłość bez słów, nieoczekiwana jak śmierć nad ranem, i zmartwychwstanie dla samego siebie kiedy zawiodły wszelkie hamulce przyzwoitości lub rozsądku. To się zdarza poecie, to nie powinno się zdarzać nikomu, ponieważ rozum posiada szczególny dar przewidywania, chyba że jest karmiony używkami. Wtedy nawet rodzona matka nie pomoże. Jesteśmy jakimi nie chcemy być, albo nigdy nie będziemy sobą, nawet w lustrze.
/......../
(fragment powieści pt. ( "Róże z Montreux" )
środa, 6 grudnia 2017
morskie róże
MLP 2017
Międzynarodowy Listopad Poetycki w Kościanie zawsze ma profesjonalną
oprawę. Centralnym jego miejscem jest
"wielopokoleniowe" Liceum nr I im. Oskara Kolberga. Jak przystało na
patrona, liceum posiada charakter artystyczny (czyli jak podkreślano tutaj -
"ogólnokształcący"). Jako uczestnik, nie spodziewałem się takiej
oprawy, w której było wszystko: poezja, muzyka, piosenka i rysunek a także wokal przy akompaniamencie instrumentów stroikowych i strunowych.
Podczas spektaklu na sali obecni byli członkowie
dyrekcji Liceum, pedagodzy i utalentowana artystycznie młodzież.
Moje spotkanie trwało dwie godziny lekcyjne ( dłużej niż planowano)
ponieważ uczniowie byli dobrze przygotowani tematycznie zwłaszcza w dziedzinie
prozy i krytyki literackiej, zdążyłem przeczytać zaledwie dwa wiersze z mojej
nowej książki pt. "Księga Wyjść".
Uczniowie wybrali kilka moich wierszy
sprzed lat, znalezione w Internecie.
Prelegenci przedstawili historię Międzynarodowego Listopada
Poetyckiego, wybitnych literatów z nim związanych, ocenili jego znaczenie, jako jednego z największych i najważniejszych
nie tylko w kraju. Mimo przeszkód i wymuszonych przerw w latach
osiemdziesiątych minionego stulecia.
Piotr Prokopiak prezentował środowisko literackie w Zespole Szkół
Ponadpodstawowych, Barbara Tylman gościła
w Szkole Podstawowej. Miała ze
sobą swoje książki pisane dla dzieci i
młodzieży. W Bibliotece dyskutowaliśmy o dorobku naszego kolegi, Piotra, który
imponuje wybitną wrażliwością poetycką, z przyjemnością wysłuchałem kilku jego
tekstów pochodzących z ostatniego tomu, który ukazał się latem tego roku.
Kościan, miasto dobrych wypieków, i niegdyś - mleka i masła, także
wędlin i mięsa. Przypomnę zakład tytoniowy i wiele innych, których już nie ma
lub jeszcze funkcjonują w nowych strukturach gospodarczych. O czym mogą
rozmawiać ludzie w "słusznym wieku",
O latach swojej młodości a ta nieodłącznie jest związana z miastem,
ulicą, szczególnymi punktami, które zawsze stanowiły i stanowią jakiś punkt
odniesienia do teraźniejszości. Punkty, których najczęściej już nie ma. Nowe
punkty wyznaczają młodzi ludzie, absolwenci Kościańskiego Liceum, miałem okazję
się przekonać jakie wartości już prezentują. Wzruszony opuszczałem stare mury
Liceum, w których zawsze panowała i panuje - młodość: przyszłość tego miasta.
Jerzy Beniamin Zimny
za I. LO w Kościanie:
„Najpiękniejszą poezją są właśnie takie chwile, jakie spędziłem tutaj"

Te niezwykłe słowa napisał poeta Jerzy Beniamin Zimny w Księdze Pamiątkowej Szkoły po lekcji poetyckiej zorganizowanej w Kolbergu z okazji XL Międzynarodowego Listopada Poetyckiego.
W środę, 8 listopada br. w naszej szkole odbyło się kolejne już spotkanie w ramach Międzynarodowego Listopada Poetyckiego. W tym roku naszą społeczność odwiedził Pan Jerzy Beniamin Zimny - poeta, prozaik, krytyk oraz recenzent, który w tym roku wydał już kolejny tom wierszy pt. „Księga wyjść”.
Uczestnikami tegorocznej lekcji poetyckiej byli uczniowie klas: 1f, 2d, 2f oraz reprezentanci szkolnej gazety “In Abstracto”.
Nasze spotkanie rozpoczęło się odegraniem przez Karinę Dudziak z kl. 1e (klarnet) oraz Zofię Potok z kl. 2f (skrzypce) melodii piosenki „Lubię wracać, tam gdzie byłem”, która idealnie obrazuje, jak bardzo lubimy powracać do naszych corocznych spotkań.
Następnie Daria Nyczka z kl. 2d zaprezentowała swoją interpretację wiersza Tadeusza Wywrockiego „Jak nie kochać jesieni”.
Poznaliśmy historię Międzynarodowych Listopadów Poetyckich, które są uznawane za największą i najbardziej elegancką imprezę literacką nie tylko w skali krajowej, lecz w wymiarze europejskim, a w tym roku przypada już ich XL edycja.
Kolejnym punktem spotkania były: gra na flecie - uczennica klasy 2d Irmina Stasik oraz
interpretacja wierszy samego poety - uczennice z tej samej klasy: Klaudia Pawlak oraz Agnieszka Chomska. Pan Zimny był niezwykle zaskoczony, zaciekawił go wybór wierszy, stwierdził, że „widać tu zainteresowanie postmodernistyczną literaturą”.
Po artystycznym wstępie rozpoczęła się lekcja poetycka, organizowana już po raz jedenasty w murach naszej szkoły. Poeta przedstawił krótką historię zaprezentowanych utworów muzycznych oraz poetyckich. Wspomniał także o swojej nauce gry na skrzypcach, nawiązując do początku naszego spotkania.
Spotkanie było niezwykle interesujące. Jerzy Beniamin Zimny nawiązał do różnych dziedzin życia. Wytłumaczył nam różnicę między twórczością poety i prozaika. Według naszego Gościa: “Prozaik to osoba autentyczna do bólu. Natomiast poeta jest jak dziecko pełne fantazji, które kreuje postać na zasadzie swojego przeciwieństwa: jeśli poeta jest osobą słabą fizycznie, stara się stworzyć podmiot liryczny jako kogoś silnego”. Dał też radę dla początkujących pisarzy: „Liczy się jakość, nie ilość”, wspomniał o błędach, które pisarze najczęściej popełniają w swych dziełach. Stwierdził również, mówiąc o inspiracji, że “nie ma weny, jest złudne uczucie, pewien stan podświadomości”. Polecił nam także dzieła współczesnego polskiego poety- Romana Honeta.
Pan Zimny zwrócił uwagę na zmieniające się upodobania młodzieży, dotyczące czytania książek- 5 lat temu dużym zainteresowaniem cieszyły się książki J. R. R. Tolkiena, natomiast teraz jest to na przykład dzieło George`a R. R. Martina „Gra o tron”.
Na koniec poeta przeczytał kilka swoich wierszy i odpowiedział na pytania zadane przez uczniów, dotyczące między innymi krytyki w stronę jego dzieł czy inspiracji muzycznych.
Gość otrzymał pamiątkowy portret wykonany przez uczennicę klasy 2d Weronikę Nastawną oraz kwiaty. Spotkanie zakończył występ Adriana Gbiorczyka z klasy 2d i Jakuba Janowicza z klasy 2a. Wykonali oni piosenkę zespołu Lady Pank pt. „Zawsze tam gdzie ty”.
Po pamiątkowych zdjęciach i wpisie do Księgi Pamiątkowej, pożegnaliśmy Pana Zimnego i tym samym zakończyliśmy kolejną lekcję poetycką w ramach Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w naszej szkole.
Ogromne podziękowania należą się Pani Agnieszce Podgórskiej oraz tegorocznym organizatorom spotkania - klasie 2d. Lekcja ta również nie mogłaby mieć miejsca bez współpracy z Miejską Biblioteką Publiczną im. Adama Tomaszewskiego w Kościanie, dzięki której mieliśmy możliwość poznać twórczość Pana Jerzego Zimnego, poszerzyć nasze humanistyczne horyzonty, spędzić czas w miłej atmosferze.
„Poeta jest odporny na wszystko, ale czuje się zażenowany, kiedy spotyka tyle miłości i szacunku na raz. Jeśli Kościan jest poznański, to ja odtąd będę kościański. (...). Najpiękniejszą poezją są właśnie takie chwile, jakie spędziłem tutaj”- Jerzy Beniamin Zimny we fragmencie wpisu do Księgi Pamiątkowej Szkoły.
Dorota Michalska, Weronika Szymanowska, klasa 2d
Zdjęcia: Blanka Kubera, Olga Szlachetka klasa 2d
piątek, 10 listopada 2017
I. konkurs im. Eugeniusza Paukszty, rozstrzygnięty.
Na I. konkurs poznański,
imienia znanego pisarza, Eugeniusza Paukszty, nadesłano
35 prac, z których
większość
dotyczy zagadnienia egzystencji w bezpośrednim środowisku
zamieszkania bohaterów
opowiadań, jak i samych autorów zaangażowanych
w narrację, bardzo często
sięgającą
do retrospekcji, w sposób
sytuacyjny, z udziałem przywoływanych
postaci z przeszłości.
Narracyjne apogeum ( graniczące z mistyfikacją,
przekraczające granicę
konfabulacji) zademonstrowała laureatka głównej
nagrody, Pani Elżbieta Stankiewicz - Daleszyńska,
posługując
się klasyczną
personifikacją dotyczącą
nie tylko świata zwierząt.
U niej żyją
nawet mury, duchem minionego czasu. Ciekawa i pełna
wynurzeń filozoficznych, jest jej miejska
wyprawa do urzędu wymiaru sprawiedliwości
(fabuła opowiadania) w towarzystwie
mitycznych osób, owianych nutką tajemniczości,
w czasie bardzo zróżnicowanym - w zależności
od mijanych szczególnych miejsc i obiektów, z których każdy
ma dla autorki bardzo bogaty bagaż wspomnień
i doświadczeń. Z autopsji i z opowiadań
przodków.
Proza to
wielce wytworna, i tylko na pozór trudna do zrozumienia, metaforyczność jakże wyszukana, są
momenty, w których
czytający ma wrażenie
obcowania z poezją. Zatem można,
a nawet trzeba zaliczyć laureatkę
głównej nagrody, do grona pisarzy
tworzących prozę
artystyczną.
Bez przekraczania cienkiej granicy między
poezją i prozą.
W podobnym
tonie i w fabule zbliżonej wypowiedziała
sią Barbara Kęcińska
- Lempka, laureatka pierwszego wyróżnienia, znana w kręgach
literackich Poznania z publikacji poetyckich i prozatorskich, od wielu, wielu
lat. W nagrodzonym opowiadaniu snuje opowieść
o dawnym Poznaniu w fascynującym dialogu ze swoją
babcią. Podobieństwo
obu nagrodzonych opowiadań jest bardzo wyraźne,
przy czym narracja i język, to już
zupełna odmienność, co zrozumiałe albowiem pani Stankiewicz-Daleszyńska
od dawna bryluje swoją bardzo oryginalną
prozą i jest znana nie tylko w środowisku
poznańskim.
Drugie
wyróżnienie przypadło
autorce z miejscowości Łubowo
w woj. Zachodniopomorskim, Pani Grażynie Wallefeld, za pracę
pt. „ LOSY opowiadania rodzinne”, napisaną z nadzwyczajnym wyczuciem literackim,
jeśli chodzi o język
scalający fragmenty opisowe z fragmentami
relacji odtwarzanych z pamięci, lub z przekazu starszych pokoleń,
zwłaszcza, jeśli
jest mowa o losach ludzi pochodzenia żydowskiego w czasie drugiej wojny światowej.
Autorka starała się
pokazać czytelnikowi inne, nieznane dotąd
oblicze wojny, jaka toczyła się
obok tej nacechowanej śmiercią,
walka o życie miała
charakter pomyślunku, sprytu głównego
bohatera, który wychodził
z każdej opresji dzięki
swoim umiejętnościom
manualnym. „Złota
maszyna” do szycia jest symbolem przetrwania narodu żydowskiego,
mimo skutków zbrodniczej machiny wyniszczającego
holokaustu.
Niezwykle zaskakująca
puenta: „ gdyby
diabeł nie spowodował
tego, że nie jesteśmy
w stanie wejrzeć w swoje życie
byłe i przyszłe,
gdyby ministrowie boży nie wypaczyli dla swoich korzyści
tory, biblii i koranu, nie byłoby tego, co jest na świecie
teraz. Zaś Mojżesz,
Chrystus i Mahomet zastanawiali się gdzie popełnili
błąd”.
Niewątpliwie,
proza Grażyny Wallefeld może
znaleźć się
w szerszych kręgach zainteresowań
czytelników, autorka
pracuje we własnym gospodarstwie rolnym a
literaturę traktuje, jako intelektualne
dowartościowanie osobistego i zawodowego życia. Trzeba mieć
nadzieję, że
na tym nie poprzestanie i to wyróżnienie potraktuje, jako zachętę
do dalszej pracy.
Próżno
wśród nadesłanych
prac szukaliśmy klasycznej prozy poetyckiej, tego co obecnie jest bardzo popularne wśród młodych
poetów, do
których już nie przemawia klasyczne
wersowanie mowy wiązanej,
poszukują oni długiej
frazy, uciekają od metafory, ale znaleźli
dla niej nową funkcję
obrazowania sytuacyjnego, co stanowi – ową - cienką
granicę pomiędzy
prozą i poezją.
Nagrodzeni:
Barbara Tylman, Krzysztof Galas, i Piotr Bagiński
są znani przede wszystkich z pisania
poezji, Bagiński nadesłał
bardzo ciekawy esej, w którym
porusza problem ludobójstwa
będącego
jakby odpryskiem wszystkich zbrodni popełnionych w czasie drugiej wojny światowej
i bezpośrednio po jej zakończeniu. Dwa wątki, retrospekcje z okresu
edukacji, nawiązanie do wybitnych postaci
poetyckich, przedstawicieli okresu Orientacji Hybrydy, okres poznański
Bagińskiego daleki jest od spodziewanych
osiągnięć.
Barbara
Tylman, poetka z Rataj odnalazła się
w prozie z bardzo pozytywnym skutkiem, opowiadanie pt. „Znajda” jest próbą
spuentowania sytuacji, która może się
zdarzyć w każdym
bloku mieszkalnym, gdzie bezdomność przestaje być
problemem po przekroczeniu właściwego
progu. Tylmanowa od dawna publikuje małe formy prozatorskie, od większego
dzieła dzieli ją
już tylko krok, jej poezja na tym nie
ucierpi, bowiem proza umacnia autora w kształtowaniu
własnego języka,
przechodzenie z jednego gatunku do drugiego nie stanowi żadnego
problemu, konkurs w tym przypadku - jego skutek pozytywny dla autorki, jest
sygnałem do nowej drogi. Nic nie stoi na
przeszkodzie, co może potwierdzić
Krzysztof Galas, poeta znajdujący czas na pisanie ciekawych
felietonów i
opowiadań, jego praca konkursowa obrazuje
proces dorastania młodego człowieka
w warunkach wzrokowych ułomności,
bardzo ciekawe studium na temat dochodzenia do obrazu i przekazu przy pomocy
intuicji, bodźców zewnętrznych
i posługiwania się
alfabetem na dotyk. Krzysztof Galas ma duże doświadczenie
dziennikarskie, stoi obecnie przed największym wyzwaniem, jakim będzie
jego dalsza twórczość, w której
proza znajduje coraz więcej miejsca.
Pierwsza edycja konkursu prozatorskiego im.
Eugeniusza Paukszty już za nami. Oczekiwania organizatorów
po części zostały
osiągnięte,
spodziewaliśmy się
jednak tematyki bardziej współczesnej, większego
autentyzmu i bardziej zaczepnego
zaangażowania autorów. Tymczasem obserwujemy bieganie
po podwórkach przeszłości,
wysyłanie bohatera bądź
narratora po wiadomości z drugiej ręki,
popadamy w opisy świata, którego już
nie ma, powracamy w przeszłość
bez przekonania o takiej konieczności? W minionym ćwierćwieczu
- bardzo dynamicznym - znajduje się wiele punktów zaczepienia dla
prozaika, tymczasem obserwujemy u naszych autorów kreowanie metafizycznych
postaw, przywoływanie osób mających
spełniać
wątpliwą
rolę bohatera? Tutaj, w tym miejscu mam najwięcej
wątpliwości
czy oczekiwania organizatorów zostały zaspokojone? Eugeniusz Paukszta
tyle miał do powiedzenia, że
o inspiracje tematyczne nie jest trudno. W nowej rzeczywistości
powinna rodzić się
nowa proza, wszak wraz z otoczeniem zmienia się
także człowiek,
w tym przypadku także czytelnik. Korzystanie z języka
nie kończy się
na jego zasadniczej funkcji przekazu, jest w nim coś
więcej, co nam w jakimś
stopniu umożliwia proza laureatki głównej
nagrody.
Poznań,
7 listopada 2017.
czwartek, 2 listopada 2017
Ostatni tom - wyzwolenie
Księga ucieczek
Oceniać
własną książkę, to posługiwać się tępym ostrzem przy goleniu.
Stoję
przed starym lustrem, które powiesiłem nad umywalką ćwierć wieku temu. Lustro
nie oddaje moich zmarszczek, nie widać w nim uśmiechu, skrzywione usta od bólu
- bo zarost jest coraz twardszy, a pianka zmiękcza jedynie skórę, która przypomina płatki zwiędłego kwiatu.
Tytułem
wstępu zahaczyłem o łazienkę, miejsce gdzie nigdy nie rodzą się moje wiersze.
Bo zmywanie brudu jest zajęciem codziennym, a poezja zawsze była i jest dla
mnie od święta. Wielkiego święta, przy rodzinnym stole, bez fanfar i
poklepywań, zwyczajna jak chleb ciężko wypracowany i szklanka czarnej herbaty,
nad która krążą liryczne słowa wypowiadane coraz częściej w próżnię.
Ucieczka pierwsza - od
młodości , Nie musiałem uciekać, jedynie w początkowej fazie to robiłem, z biegiem
lat przybywało wzniesień wraz z ubywaniem optymizmu mimo zniesionych z
powierzchni ziemi politycznych murów, W tym rozdziale dominuje miłość, która
bez młodości nie może się obejść. Jeśli ktoś wierzy w jej nieśmiertelność, ten
za życia spoczywa w pozycji woskowego wieszcza.
I poszukuje nowych inspiracji, zmienia swoją skórę, aż popada w bezruch i
śmierć nie musi zbytnio się nad nim trudzić.
Ucieczka druga - od
miłości. Jest najdłużej trwającą ucieczką, codzienną próbą charakteru, rozpatrywaniem ofert wyłapywanych przez
podświadomość. Oczy są ślepe, dotyk jest nieczuły, system nerwowy bez
zasilania, tylko kołatanie serca - w poezji
jest to odruch warunkowy, kreacja możliwej sytuacji, lecz zanim dojdzie
do zdarzenia, pojawiają się nowe obrazy, barwniejsze, zachęcające do dalszych
poszukiwań.
Miłość w mojej ostatniej książce jest wiecznie żywa i namiętna, taka od której trzeba uciekać, aby przeżyć, przełożyć na papier kolejne liryczne doświadczenia. Cielesność trafia jedynie do snu, lecz po przebudzeniu nie ma po niej nawet mokrej plamy.
Miłość w mojej ostatniej książce jest wiecznie żywa i namiętna, taka od której trzeba uciekać, aby przeżyć, przełożyć na papier kolejne liryczne doświadczenia. Cielesność trafia jedynie do snu, lecz po przebudzeniu nie ma po niej nawet mokrej plamy.
Miłość i poezja, nigdy nie idą w parze. Zawsze jedno z nich musi być
doskonalsze, kosztem drugiego, Dlatego
po równo - tyle miłości powierzchownej ile poezji doskonałej i na odwrót. Można
się z tym nie zgodzić, w książce zawarłem próbę odpowiedzi na to dręczące od
wieków poetów, pytanie.
Ucieczka trzecia - od
poezji. Wszelkie jej próby na nic się zdają. Dzisiaj zmianom uległy proporcje
między poezją wartościową a jej produktem masowym. Masowość wspierana przez
społeczne zaangażowanie środków. Jest tego bardzo dużo, społeczność martwi się
o wycinane lasy a nie dostrzega drzew w stosach poetyckiej makulatury. Jest też inna
ucieczka od poezji, moja ucieczka człowieka zjadanego przez żarłoczne metafory,
przez formaty języka, przez narrację nacechowaną obscenicznością, przez obowiązujące
kanony nie kolidujące z duchem
czasu, To, co jeszcze pozostało ze mnie,
oddam prozie, bo na to zasługuje, i młodym poetom, którzy muszą się przebić
przez zwały szmiry i tandety.
Ucieczka czwarta - od
samego siebie, od ludzi na ekranie, od myśli zakapturzonych jakąkolwiek ideą,
ucieczka do miasta, powrót do centrum, tramwajem, częste postoje na leśnym
parkingu w drodze do miejsc , które nie
przypominają Wieży Babel. Ucieczka od wieczornych spotkań w zadymionych
pomieszczeniach, gdzie jedynym punktem programu jest zgromadzenie wyrostków
robaczkowych, gdzie gitara brzmi po swojemu, a kawa smakuje bo musi. I tak
dalej.
Ucieczka
czwarta - adresowana jest do każdego poety bez względu na wiek. Aura, otoczka
własnej osobowości, niech ją wiatr rozwieje, dym przegoni sztuczne zapachy, deszcz
przemyje skórę. Jakim jesteś dzisiaj nie
musisz być jutro, jakim byłeś wczoraj - na pewno doskonalszym, bo z wiekiem się
wietrzeje jak wino w otwartej butelce, a słowa giną w powodzi bełkotu.
Ucieczka piąta - z tego świata, wspólnego – najpierw w azyl,
potem w jarzmo atmosfery jedności, a na końcu do sznura lub na tory. Jak
wszystko inne niemodne naśladownictwo, więc trzeba sobie wymyśleć oryginalny
koniec. Z poetyckim orszakiem, odpowiednią przemową, udawaniem ofiary. W moim przypadku śmierć poetycka będzie
bezkrwawa, zwyczajna jak wyjście z domu bez zamiaru powrotu.
Proszę nie
oczekiwać ode mnie świadectwa choroby, ani żółtych papierów. Można być zupełnie
normalnym aby budzić najgorsze podejrzenia. Z wierszy to wszystko wyczytacie,
swoje losy, to co się z nami stanie w przyszłości: // trzeba się pozbyć krwi,
aby napełnić świadomość pięknem. Ofiary wymaga jaskółka, tego samego pragnie
czysty strumień, krwi potrzebuje blada ściana i matowe biurko. Sytuacje
liryczne są różne, ale prowadzą w to
samo miejsce oznaczone czarnym punktem //.
Księga Wyjść,
Wydawnictwo Miejskie Posnania, 2017 r.
niedziela, 29 października 2017
Poeta siedmiu wzgórz
Ostatnie spotkanie z Januszem Koniuszem, zaaranżowałem mając świadomość skutku jego śmiertelnej choroby. Wierzyć trzeba nawet w cud, lecz powinność spoczywa na każdym, kto zdaje sobie sprawę z tego, że może się znaleźć w takiej samej sytuacji - zagrożenia życia. Pojechaliśmy do niego, czekał na nas w Klubie Dziennikarza, już od godziny. Nie mógł się doczekać, bo zawsze tak jest w sytuacji, kiedy człowiek już niczego dobrego się nie spodziewa, a jak już się trafia, to czekanie na to, jest swego rodzaju niezwykłym wydarzeniem, bez krzty przesady. Moja mama w taki sposób przyjmowała nasze odwiedziny, dopiero teraz rozumiem, jakie to jest uczucie, kiedy się na kogoś czeka będąc dotkniętym ciężką chorobą? Dzisiaj jesteśmy jeszcze razem, jutro każdy ze swoimi problemami będzie się zmagał tak długo jak mu wystarczy sił, pomoc też ma swoje granice - mówimy o tym pijąc kawę w otoczeniu młodych ludzi, którzy zaczynają karierę dziennikarską.
Kiedyś panował
tutaj ruch, ludzie miejscowej prasy, literaci spotykali się przeważnie dla
zasady, zwyczaj im nakazywał takie kontakty, wymieniali poglądy i spostrzeżenia
na tematy budzące emocje. Ulicę Niepodległości, zawsze kojarzyłem z Koniuszem,
jest tutaj kościół, park i duży parking, jest za rogiem szpital, na końcu parku
- dom towarowy. Lepszego miejsca nie
trzeba, zawsze zazdrościłem Januszowi takiej lokalizacji, która była powodem
jego przywiązania do Zielonej Góry. Mógł wrócić do Sosnowca, ale nie zrobił
tego, stał się twarzą tego miasta, odkąd sięgam pamięcią, do lat sześćdziesiątych,
w internacie słuchałem jego opowiadań płynących z głośnika wiszącego na korytarzu, już wtedy był
bardzo popularnym pisarzem, obok Eugeniusza Paukszty, z którym był
zaprzyjaźniony.
Odprowadził nas pod sam parking, szliśmy
po zeschniętych liściach w kierunku kamienicy, w której mieszka, za rogiem
szpital nieco dalej dworzec kolejowy, z którego jeszcze niedawno odjeżdżałem do domu w każdą
środę po przepracowanych godzinach w krośnieńskiej fabryce urządzeń
gastronomicznych. Janusz opowiada jak sobie radzi z zastrzykami: "do
wszystkiego można się przyzwyczaić" do choroby też, i do śmierci, nawet
trzeba, bo jest człowiekowi wtedy lżej. ŚMIERĆ JEST KWESTIĄ CZASU,
przypomniałem sobie tę sekwencję sprzed kilku lat, kiedy lekarka skazała mnie
na walkę z nowotworem, którego nie miałem. Janusz nie zdradza niepokoju, nic nie
mówi na temat swojej choroby, tylko o lekach i zastrzykach. Nic mi nie przychodzi do głowy, jedynie
Bożena, moja żona, zmiękcza powagę naszego spotkania i wrzuca do puli
zabawniejsze tematy.
"Zielona Góra i
Janusz, Krosno i ja, Bielsko i Bożena". Takie pary są na miejscu, takie pary są
bardzo liryczne: śpiewam na głos wyjeżdżając z winnego miasta. W inny sposób nie
potrafię stłumić żalu, że wszystko ma swój koniec, że wszystko jest na
zatracenie. Jesteśmy bezsilni, jesteśmy tylko po to, żeby zachować gatunek
ludzki, reszta to produkty uboczne naszej obecności.
(Róże z Montreux)
(Róże z Montreux)
poniedziałek, 2 października 2017
Deszczowy rok
Cały rok mokry jak przysłowiowa kura. Wszędzie czuję wilgoć, nawet w tramwaju, wcześniej na pętli starej jak "Świat Młodych". Pamiętacie to pismo? Wyrastało się z niego i wrastało w "Radar", kto chciał wrastał w inną szpaltę z nadrukiem, na przykład: "Nowy Wyraz" albo wprost w ramiona cenzury i miał na długie lata spokój.
Deszcz ma pazury i drapie po twarzy. Stuka po czaszy parasola. znajdzie sobie koryto ściekania, między szyją a brodą, zatrzymuje się na wargach i tam miesza ze śliną, już bez nikotyny i bez smaku soli, nawet cukru, bom się od tego wszystkiego wyzwolił.
W centrum Poznania rozkopany Marcin, trzeba mi jechać na Cyryla, stamtąd piechotą Ratajczaka kluczyć na Piekary, w końcu w środkowym punktowcu wsiąść do windy i z prędkością światła wylądować, na którymś tam piętrze.
Siedziba jak gniazdo bocianie na żaglowcu. Żeglują tutaj poeci nad dachami miasta, jest spokój i jest herbata bez rumu, wpatruję się w horyzont tak długo, jakbym nie widział nigdy świata z tej wysokości, a przecież poezja to wieczne szybowanie na wysokościach, tutaj na Piekarach szczególnie, w każdy czwartek tygodnia zaglądają tutaj ptaki.
Ptaki poezji o różnym ubarwieniu piór, o wysokich i niskich lotach, o stąpających po ziemi boskich nielotach. Znałem takich kilku. Znałem, bo już ich nie ma, albo chodzą innymi drogami. Nie mają imion więc nazwisk nie wymienię, w panteonie literackim znajdują się zwykle z boku, gdzie jest największe naświetlenie. Ale kto dzisiaj z zewnątrz tam wchodzi? Chyba dozorca. może nocny patrol sprawdza zamknięcia? To rozstrzygnie historia jeśli jej na to pozwolą.
Poznań, tutaj można poznać smak wolności słowa na placu Mickiewicza. Można poznać smak bruku ulicznego na placu Wiosny Ludów. Smak bożego ciała w Farze, a na Starym Rynku dawnych kolegów można spotkać. Te obrazy powiela atmosfera każdego wieczoru, co druga twarz ma poetycki wyraz, zbieram autografy gołębimi piórami pisane na murach.
Na ścianie Reymont z politowaniem patrzy na mnie. Wędrował jego portret po całym mieście za literatami, jak dobry ojciec cierpliwie znosił przeprowadzki. Tutaj na wysokościach wreszcie znalazł spokój. Znam jednak życie które nie znosi zastoju, zwłaszcza ściany mogą powiedzieć najwięcej. Gdyby mogły mówić, zmieniłyby wielkie i nasze małe historie?
Jest już październik - miesiąc porzuconych kochanków i zapomnianych miłości. Miesiąc poezji melancholijnej, jeśli piszę te słowa to najpierw musiałem milczeć miesiącami. Jak pewien gatunek ptaków, kiedy śpiewają wtedy walczą o przetrwanie, a jak milczą, to najgorsze mają już za sobą?
Z centrum miasta można tylko powracać do siebie, bo poeci mieszkają na peryferiach błyszczących wydarzeń. Tą samą drogą, ale nie zawsze w takim samym nastroju wracają jeszcze przed zmrokiem. Bo ostatni etap w życiu przypomina wieczór, październikowy, z zebranymi paździerzami z pola.
Trafić w punkt odniesienia rzeczywistości, i jeszcze się po tym pozbierać.
poniedziałek, 25 września 2017
Poeta przegrany
Od pewnego czasu zastanawiam się nad stereotypem poety przegranego, nie autsajdera i nie z marginesu społecznego, lecz poety sukcesu na starcie a potem odstającego od czołówki z takich czy innych względów. Będę się starał te względy (czynniki niesprzyjające) wyłapać, zwłaszcza w okresie ostatniej dekady. Nie wszystko zależy od autora, czasem zbieg okoliczności lub pasmo niekorzystnych wydarzeń, mają decydujący wpływ na "karierę poetycką", jeśli tak kolokwialnie można nazwać status poety?
Na portalach społecznościowych zaczęły się ostatnio pojawiać posty prowokujące do dyskusji na tematy wydawnicze, posty typu: "mam kolejną zredagowaną książkę, nie wiem czy warto wydawać, nikt już nie chce poezji, wydawnictwa niechętnie rozmawiają z poetami". Autorzy tej treści wpisów liczą na to, że ktoś im podpowie gdzie można korzystnie wydać książkę, liczą też na coś więcej. W gruncie rzeczy jest to potwierdzenie "stanu zawieszenia" na bliżej nieokreślony czas, edycji książek poetyckich, bez względu na obecną pozycję autora, jego dotychczasowe sukcesy z najwyższymi wyróżnieniami włącznie.
W przeszłości przepustką do oficyn wydawniczych był dobry debiut (przynajmniej dwie pochlebne recenzje opublikowane w pismach literackich), natomiast debiut nagrodzony otwierał poecie salony. Dla przykładu poslużę się debiutem Wojciecha Czerniawskiego ( najlepszy debiut w 1976 r.) W konsekwencji, Czerniawski w następnych latach wydał kilka książek poetyckich i prozatorskich. Nie jest to przykład przejaskrawiony, odosobniony, podam przykłady z poznańskiego podwórka, debiutantów którzy zaistnieli na dłużej, dzisiaj po latach ich nazwiska są powszechnie znane, w kręgach literackich uchodzą oni za poetów najwyższego formatu: Jan Krzysztof Adamkiewcz, Roman Chojnacki, Sergiusz Sterna Wachowiak, Wojciech Gawłowski, Krzysztof Kuczkowski, Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Jerzy Szatkowski, Wincenty Różański, Andrzej Babiński, Teresa Tomsia, Anna Kwietniewska, i wielu innych. Jedyną barierą ograniczającą rynek wydawniczy były wtedy finanse. W rocznych planach wydawniczych wydawnictwa przeznaczały na poezję około dziesięć procent posiadanych środków. Oznaczało to, że młodzi poeci mogli wydawać swoje kolejne książki co pięć lat. Z dzisiejszej perspektywy, pięć lat, to nie jest długi okres , w dodatku sprzyjający jakości redagowanej książki, dlatego w przeszłości zdecydowanie większość poetów umacniało swoją pozycję dzięki drugiej książce, książce po debiucie. Nie gorszej, zwykle lepszej, a każda następna była w pewnym sensie wydarzeniem, przynajmniej w środowisku, nie rzadko na skalę krajową.
No więc jaki jest ten stereotyp poety przegranego, z perspektywy ostatnich dziesięciu lat?
Zacznijmy od tego, czym charakteryzuje się twórczość poety począwszy od debiutu. Po pierwsze, gdzie i w jakich okolicznościach miał miejsce ten debiut, kto był "ojcem chrzestnym poety", jak został przyjęty debiutant w szerszych kręgach? A więc konkursy krajowe, te najbardziej prestiżowe. Powiedzmy "Bierezin". A jak Bierezin, to dla przykładu przywołam Magdę Gałkowską. Droga prosta i bardzo znana: Łódź - Gniezno -Tychy, a teraz? No właśnie, pytanie o dalszy kierunek. Najlepiej jakby to była Warszawa albo Kraków. Po Tychach powinna być Gdynia lub "NIKE zwycięska". Mam oczywiście na myśli czwartą książkę. Lecz jest problem? Jeśli wierzyć poznaniance, czy przypadkiem nie blefuje aby zaskoczenie było tym większe, im bardziej narzeka na poszanowanie potencjalnych wydawców. Taki zabieg marketingowy? Intuicja mi podpowiada, że będzie to najlepsza książka poznańskiej poetki.
Od debiutu Magdy minęło dziewięć lat, od debiutu innych poetek i poetów więcej i mniej czasu, a na poetyckim rynku coraz mniejsze zainteresowanie poezją , nawet tą najlepszą? Sygnały płyną z rynku, w sieciach handlowych zaczynają znikać półki z poezją, ostatnio nawet proza polska kurczy się na regałach największych sieci. Już nie poeta pozostaje sierotą, zbliża się powoli do niego prozaik. Czy jest to zjawisko chwilowe? Nie. Trzeba się bacznie przyglądać zmianom, które następują, i wyciągać właściwe wnioski.
Pragnę w tym miejscu posłużyć się terminem : " poetą się bywa". Nic lepszego na dzisiejsze warunki, obecnie lepiej bywać niż być poetą, łatwiej wtedy pogodzić zainteresowanie z pracą zarobkową, i przy tym zachować dystans do poezji. Poddaństwo nie popłaca, cierpliwość przynosi sukcesy, wygrana nie zawsze wygląda jak laur, czasem jest to zwykły spacer po szczęśliwym dniu, wypełnionym zadaniami w interesie rodziny. I od czasu do czasu tomik poezji, przemyślany, adresowany do najwierniejszych czytelników.
Być przegranym poetą, to żaden wstyd. Przegrani poeci powracają do poezji po wygranym życiu.
Ten nadzwyczajny mecz trwa nadal, wynik może się w każdej chwili zmienić. Remis nie wchodzi w rachubę, życiowe zwycięstwo przekłada się na wygraną poezję, prędzej czy później. Trzeba też pamiętać o innym meczu - życie i śmierć w ciągłym zmaganiu, a w tle piękny świat. Piękniejszy od najpiękniejszych strof.
czwartek, 21 września 2017
List z Ursynowa
JBZ
Jerzy Beniamin Zimny urodził
się w 1946 roku w Kargowej (daw. Unrugowo),
której pierwszym właścicielem był Dzierżykraj. Na ziemi lubuskiej po raz
pierwszy zakrztusił się powietrzem. Jest absolwentem Akademii Ekonomicznej w
Poznaniu. Poeta, prozaik, krytyk literacki, laureat wielu konkursów literackich
o zasięgu ogólnopolskim. Autor szczuplutkich tomików poetyckich (Biały goździk na śniegu, 1991) i grubych
książek prozatorskich (Dzieci Norwida,
2016). To jest bardzo ciepły gość. Taki brat łata. Latami prowadził w Poznaniu
firmę kamieniarską i dał się poznać z dobrej roboty. Po raz 1. się spotkaliśmy
w latach 80. XX wieku. Pretekstem był Poznański Listopad Poetycki. Wylądowałem
u Jerzego na ul. Kuźniczej, na 6. piętrze. W bloku z wielkiej płyty. To było
jeszcze w jego okresie kamieniarskim. Piliśmy kawę, zaciągając się mocnym
papierosem. „Myślę, że kawa rozwiąże języki i jeszcze co mocniejszego
przyklepie na amen”, jak pisał. Rozmawialiśmy jak poeci. Używając jego słów:
„Poezja mnie trapi codziennie za to moje kamieniarskie błoto i zmarnowany czas
przy kamieniu. Kamień jest jak moje życie – chłodny i do tego twardy i taki
niespolegliwy”. O kamieniu ma obrobione myśli: „jeździłem po sjenit
przedborowski – niewiele ustępujący jakością granitom szwedzkim, sławniowice
złociste – najpiękniejszy polski marmur, swoją strukturą przebija trawertyny
alpejskie. W latach osiemdziesiątych w całości szedł na eksport i na krajowe
zabytki. Dostać kilka metrów na posadzkę, to była sztuka nie lada. (…)”.
Czasami wpada w malkontenctwo: „(…) nijak nie mogę się otrząsnąć ze
skamieniałości. Może to lata nieodwzajemnionej miłości do kamieni. Możliwe. Jak
wszystko inne, co się wlecze za mną nie proszone. (…)”.
Jerzy, jak przystało na
literata, ma obsesje i tematy, które drąży i smakuje, jak jabłuszko upieczone w
piekarniku. Używając dawnego określenia żeglarskiego, ma „różę wiatrów”, gdzie
go gna (Poznań, Nadodrze, Ostrołęka).
Oto wypowiedź
filumenistyczna, tj. dotycząca etykiet zapałczanych: „W drodze do Polanowa
rozmyślam nad historią produkcji zapałek w Polsce. Bystrzyca Kłodzka, Sianów,
Czechowice, Częstochowa, Błonie i Gdańsk. (…) Ilekroć zapalam znicze na
cmentarzu przypomina mi się okres świetności tego przemysłu.”
Z gromnicą szukać kogoś, kto
pisze o sobie: „(…) pamięć moja sięga połowy lat siedemdziesiątych, kiedy
zacząłem realizować swoją pasję rejestrowania książek debiutanckich w obszarze
poezji. Było to bardzo ciekawe zajęcie, pamiętam: Dom Książki usytuowany w
pobliżu Okrąglaka (domu towarowego) w Poznaniu, raz w miesiącu dreptałem na
drugie piętro, gdzie królowała poezja, regały z debiutami były miejscem moich
penetracji. (…)”. Dzięki temu nabył praw smakosza wierszy. Jest specem od
liryki. Konkretnie – życiopisania, gdzie wszelkie kryteria estetyczne zdają się
psu na budę. Ponieważ od lat obraca się w poznańskim środowisku, więc się nie
nudzi. Pisze sporo, bo taką ma strategię. Wolno się rozkręca i sypie garściami
słów, dopiero kiedy zbliża się do pointy, łagodnieje, jakby zaklejał kopertę.
Jego utwory są w zawieszeniu. Nie domyka ich za wszelką cenę. Nie czeka, żeby
spłonął sad, żeby potem nachapać upieczonych owoców. To jest gawęda literacka,
ni to felieton, ni to esej. Bez pouczania, ale… z zachwytem. Nieobecni znajomi
go ożywiają, więc pisze z przytupem i nie przesadza. Potrafi skrobnąć tekst o
drzwiach, że nie można wyjść z podziwu. Jest autorem błyskotliwego passusu o
zapałkach. Urzeka mnie, że zajmuje się głównie tymi poetami, o których milczą
pisma literackie i jurorzy nagród. Zachowuje się jak „późny wnuk”, którego można nakryć, że czyta
i głębiej zakopuje znaki zapytania. O takich drzewiej mawiano, że to mól
książkowy. Nie wiem czy tym porównaniem się nie narażę, ale jak napisać inaczej
o kimś, co budzi nas grzecznie?
Jerzy żyje na lewym brzegu
Warty i pisze o Poznaniu, który jest nie do poznania. Ja mieszkam z Graszką na Ursynowie, po tej stronie,
gdzie serce, które też ma swój rozum i bije nas. Przez całe życie.
Czesław Mirosław Szczepniak (Ursynów)
Czesław Mirosław Szczepniak (Ursynów)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






