piątek, 17 stycznia 2014

In Memoriam Tadeusza Stirmera


Tadeusza Stirmera poznałem na łamach Protokółu Kulturalnego w połowie lat dwutysięcznych. Jurek Grupiński opuszczał Zamek, przenosząc się do Dąbrówki, w spadku otrzymałem od niego kilka książek, bardzo cennych, i egzemplarze wydawanego przez klub periodyków. Wiersze Tadeusza emanowały czyściutkim liryzmem, mimo że Jurek określał Tadka jako chropawego poetę, z czym się nie zgodziłem, ponieważ piękno nie wynika samo z siebie, dobry poeta potrafi je oddać w każdym miejscu, w każdym przedmiocie. To potrafił Tadeusz jak mało, który z piszących. Tadeusz należy do tych poetów, którzy zaistnieli w mojej świadomości  poprzez swoją twórczość. Wiersze wyprzedziły naszą znajomość, i to świadczy o Jego wielkości. Mówię o tym bez cienia wątpliwości, ponieważ moje kontakty z poezją opierają się na ocenie jej wartości. Nasze pierwsze spotkanie miało charakter wirtualny, trafił na jeden z portali literackich i tam zaczęliśmy dyskutować, aż do pierwszego spotkania w realu. niecałe dwa lata temu w jednym z lokali w śródmieściu podczas promocji debiutu lubelskiego poety Grzegorza Jędrka. Przedmiotem rozmowy nie była poezja, były nasze utracone psy. Wielkie chłopisko stało przede mną ze łzami w oczach, to ów późniejszy dąb w wierszu Edyty Kulczak z wnętrzem miękkiego jesionu. Na zewnątrz twardy, wewnątrz kruchy jak to pospolite drzewo. I owoce, liście bezustannie spalane przez życie i siły zewnętrzne, poeta więcej traci aniżeli zyskuje. Tak odczytałem ten wiersz, i tak czytam utwory Tadeusza pozbawione zupełni chropowatości, mimo że  chropowate w nich rekwizyty, i to jest mistrzostwem zmarłego poety. Paiper uczył nas piękna nie w pięknie, bo piękno nie wymaga liryki, samo w sobie jest liryką,  a jeśli poeta to czyni, to powinien to robić inaczej. Inaczej ponazywać kwiaty, jak to sugerował inny zmarły przedwcześnie poznański poeta Wojciech Burtowy. Tadeusz tak własnie pojmował piękno, i robił to z ogromnym wyczuciem. Poniżej jeden z Jego wierszy poświęcony naszym pieskom:

Tadeusz Stirmer

Pamięci Rokiego


Jerzemu Beniaminowi Zimnemu


Jesień za oknem jak Paryż
znowu rozkwitły drzewa
zdurniałe pindrzą się w środku miasta
jak kapelusze pań u pobliskich wód
gdy krwi recitativo
i mroczny zapach korzeni
rodzą czuły zmierzch

Wrzesień -
przepływają ludzie i ptaki
już dwie przeszłe wiosny
smycz waruje u progu
zabliźnia się miejsce w domu
i pamięć jak ząb mądrości

Psy jak poeci
idą wprost do nieba
Bóg jest rodzaju ludzkiego;
wrócił i merda ogonem

Ciechocinek




Ten wiersz kompletnie mnie rozbroił, i wiele innych wierszy Tadeusza, publikowane w internecie, poeta pracujący ciężko od świtu do nocy,  znajduje czas na lirykę, na spotkania literackie, na kontakty z bliskimi po piórze. I to wszystko zostało nagle przerwane, przerwane zostały także wiersze, kolejny tom w kompletowaniu, sprawy do załatwienia, rozpoczęte prace, koncepcje. Za Camusem cytuję, Dżuma zniosła wszystkie sądy wartościujące, nic już się nie liczy,   nic już nie jest ważne, życie - czas tworzenia, śmierć- sekunda drogi do wieczności. Ile w tej sekundzie bólu i cierpienia, ile utraty dla bliskich, wali się dąb, w to miejsce trzeba pokoleń aby nowa okazałość dorównała poprzedniej. Jestem poetą ale w takiej sytuacji wolę popaść w milczenie, aby móc rozważyć sens tego co robię, czy warto się poświęcać kosztem samego siebie, są granice, na miarę możliwości, nikt nie jest do końca panem własnego losu, to co człowiekowi pisane stanie się prędzej czy później, ale śmierć potrafi być piękna  kiedy zaskakuje w najmniej spodziewanym momencie. Piękna śmierć? Czy śmierć może być piękna. Tak, w sytuacji kiedy pęka wrażliwe serce poety, pozory fizyczne są złudne, trzeba człowieka diagnozować po  wnętrzu, nie jest to łatwe, niekiedy kamuflażem słabości wewnętrznej jest  poezja stwarzająca pozory mocnej osobowości autora. Czasem wygląd zewnętrzny. Tadeusza już nie ma wśród nas, pozostawił po sobie kilka książek, pamiątki rozsiane po znajomych. Podczas wigilijnego opłatka w Dąbrówce napisał wiersz na tacce do ciasta, podczas gdy reszta swoje wiersze czytała z kartek, Tadeusz odczytał ze stoickim spokojem swój utwór bezpośrednio z kartonu. Jeden z członków klubu Dąbrówki poprosił o  tę tackę z wierszem. Tadeusz bez wahania podał mu ją. Był to brat przedwcześnie zmarłego poznańskiego poety Jana Krzysztofa Adamkiewicza. Zapamiętałem to zdarzenie, łudząco przypominało słynne serwetki liryczne Wojaczka. A także listy z grafiką jakie otrzymywałem od Witka Różańskiego, Wspomniany Wojciech Burtowy w jakiś sposób dopina ten dramat, albowiem jego kwarantanna przed srebrem i parafrazowane przez Ryśka Daneckiego najzieleniejsze zadać z pytań, wplatają się w twórczość Tadeusza bezwiednie, znaczy to, że cała trójka posiadała w sobie ten sam pierwiastek twórczy, chociaż różnili się w ostatecznym rozrachunku. Sprawcą tego był czas, w którym się zmagali z odmiennym tworzywem twórczym. Chwała im za to. Tadeusz, śpij spokojnie, wiersze nigdy nie są sierotami, w przeciwieństwie nas, którzy Ciebie kochali.

Jerzy Beniamin Zimny   




  

czwartek, 16 stycznia 2014

In Memoriam Marka Kośmidra

Gmach Uniwersytetu w Poznaniu, Listopad Poetycki przed wejściem do auli rozmawiam z Markiem Kośmidrem, spotykamy się od czasu do czasu, trwa to od blisko czterdziestu lat. Marek jak zawsze pełen energii mimo, że porusza się o kulach, mówi o swojej nowej książce, wtrąca wyznanie: z moim zdrowiem jest źle, umrę w okrągłą rocznicę urodzin, siedemdziesiątka stuknie i do Pana odejdę. Nie daję wiary temu wyznaniu, ot jedna z informacji która obróci się w mit, Marek z tego słynie, typowy genetyczny poeta, z szóstym zmysłem, w środowisku w taki sposób akceptowany, i tak też przyjąłem jego wyznanie przed aulą. Podczas opłatka wigilijnego w Dąbrówce, Marek demonstruje swoje poruszanie bez kul - po raz pierwszy o własnych silach, czuję się lepiej, ale podtrzymuję to co powiedziałem wcześniej, to wydarzy się w lutym, po moich urodzinach. Uśmiecham się - jak nie w lutym to w maju, jak nie w maju to kiedyś - Marek spojrzał na mnie ostro - nie nie żartuję, w lutym was pożegnam. Przełamaliśmy się opłatkiem, nie pamiętam czego mu życzyłem, chyba zdrowia i weny twórczej, bo co innego?  I to było nasze ostatnie spotkanie. Wiadomość sprzed kilku dni postawiła mnie na nogi, dosłownie, to co traktowałem jako kolejny mit stało się dramatycznym faktem, kto mógł przypuszczać, że zostanie pochowany w dniu swoich siedemdziesiątych urodzin? Śmierć postanowiła zamknąć ziemski rozdział Marka bardzo precyzyjnie, w pełnym cyklu: siedem dekad?
Marka poznałem na początku lat siedemdziesiątych, aktywnie uczestniczył w Klubie Pałacowym, swoje wiersze czytał wszędzie, nawet na korytarzu pytając o zdanie kolegów. A było ich bez liku, znakomici poeci, na czele z Szatkowskim i Różańskim. W latach osiemdziesiątych wraz z Mariuszem Rosiakiem i Andrzejem Mendykiem byliśmy częstymi gośćmi Marka i jego żony Zofii. Mieszkali niedaleko Parku Kasprzaka (dzisiaj Wilsona, jak przed wojną), opowiadał o studenckim marcu i perypetiach z władzą ludową. Pamiętam, zawsze przed godziną milicyjną (wtedy już nie obowiązywała) wypraszał nas z mieszkania, nie chciał nas narażać - często w godzinach nocnych nękany był rewizjami przez służby polityczne. Dużo na temat Marka może powiedzieć Staszek Neumert, albowiem często go gościł w swoim gospodarstwie, Marek chętnie garnął się do prac w polu, zwłaszcza żniwa były jego ulubionym okresem. Sypiał w stodole na sianie, mimo że u Staszka komnat nie brakowało. Bardzo bogaty życiorys najkrócej Marek przedstawił w taki oto sposób:

Urodzono mnie  17.01.44. w  Lublinie..Wyjeżdżając do ojcowizny do Wągrowca, byłem świadkiem fragmentów walk na dworcu PKP w Poznaniu w dniu 28-29.06.1956.. Byłem na ponownym ślubie rodziców. Ukończyłem Liceum dla Pracujących w Wągrowcu.. Po dostaniu się na polonistykę UAM przyjąłem min do grupy „Próby” Staszka Barańczaka i Ryśka Krynickiego. W październiku 1963 grupę prezentował mgr Edward Balcerzan,w klubie „Bratniak” Po wstępie dr Jerzego Kmity w debiutanckim almanachu: „Imiona powinności”, „introwertycy” Barańczak i Krynicki  oddzielili się od pozostałych. Dwa lata byłem członkiem grupy „Wiry” Jerzego Szatkowskiego.  W marcu 1968 zbierałem postulaty studentów na cokole wieszcza.,,,malowałem plakat...; zostałem oskarżony na kolegium MO . Po 2 miesięcznym areszcie w Śremie, zostałem wydalony z V roku studiów z UAM. Pracowałem jako ambulansjer, bibliotekarz, nauczyciel. Nie mogąc drukować w oficjalnych pismach, brałem udział w konkursach, mam ponad 100 książek pokonkursowych. W 1994 wydałem książki:: „Syn Człowieczy" (ze wstępem Józefa .Ratajczaka), ,Swój Człowiek", "Arka Nienarodzonych", a w 1998: "Czyściec Miłości" i "Matka Ludzka" (ze wstępem Marianny Bocian) oraz w 2003:: "'Dziecko światła", ;Homo Viator", "Świadek epoki", "Człowiek do Ziemi", "Niebo Poetów" oraz wybory:  "Poeta, którego nie ma",. "Istota". Wydałem we własnym zakresie z numerami  ISBN, jako „BIBLIOTECZKA STOWARZYSZENIA UMARŁYCH POETÓW” Moje wiersze zamieszczone są  min.w  "Poezja polska. Antologia Tysiąclecia" ,IBIS. 2002..czy też: „ Cud który trwa”( Papieżowi Poecie – poeci)”. W dn. 8 marca br. otrzymałem od  Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzena Polski za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce oraz za aktywny udział w proteście studenckim w marcu 1968. w obronie praw człowieka. Od  10  lat opiekowałem się mamą,  chorowałem; nie publikowałem, nie brałem udziału w konkursach i spotkaniach, Choruję, obecnie o jednej kuli, o niepełnosprawności znacznej, (leg. 368/ 2011).; pomagają mi siostry zakonne mieszkające w pobliżu).
  Potwierdzam, że jestem autorem nie publikowanych jeszcze powyższych wierszy.. Oczywiście mam więcej tekstów „papieskich” i o pisarzach' i w ostatnim cyklu, ale ograniczony byłem do wyboru tylko 20. Wiem, że moje teksty są trudne, bo bliższa mi jest wieloznaczność przekazu. . Myślę, że może za pięćdziesiąt lat znajdę się choć w portalu www.poecipolscy.pl wśród listy poetów polskich.
                                                          
                                                                 Z serdecznością :

                                                                                       Marek Kośmider.

Sądzę, że zmarły poeta znajdzie się znacznie wcześniej na wspomnianym portalu, i nie tylko tam. Swoją twórczością zasłużył na najwyższe zaszczyty.
Na koniec pozwoliłem sobie umieścić jeden z niepublikowanych wierszy Marka:


PSALM  DO  ZBIGNIEWA  COGITO  HERBERTA
              ARCYMISTRZA  TRUDU  ISTNIENIA


Słowomistrzu uczuć i myśli. Kapłanie wiary
w Człowieka. . W kosmosie żywych elegii..
Gryzłeś trawę w różnych zawodach. Trzy
fakultety, doświadczałeś świat  na głodno.
Talent losu w Strunie wierszy,w świetle Hermesa, 
w studiach Napisu, otwierały zamykane  głowy...
Od  „Jaskiń filozofów” „Rekonstrukcję poety”,  przez
lęki czasu  w „Lalku”,  w  „Drugim pokoju”, w „Mai”.
Dostałem temat o dramatach, Wiedziałem nie kochał Cię
 Władzio i Władza, 
                                   Zacząłem poznawać.
białą laską rozumu i serca. A tu marzec 68,
jak wiersze czytałem petycje. pod. Wieszczem.
„ Moczar na  dziady, ' Dziady na scenę, Wiadomo:
„Prasa kłamie” W pudle w Śremie siedziałem,
a kazali nam chodzić i stać. Kabaryna kochała nas,
„Wychodzimy, aniołowie zostają ciągnąc  za  sobą
cienie  r o g i  skrzydeł. „Więzienie, poezja i dramat
 konieczny wybór  j e s t   świadomą niewolną Wolnością.”

Z wilczym biletem w zębach po niebach
bibliotek, z nosem w głowie w Tobie.. Pisali:
 „Ślepy klasyk, wewnętrzny emigrant, uciekinier
 z utopii,zawsze pod prąd, niedoczytany cyklotymik.”
I obroniłem i Ciebie i siebie. Przyjąłeś mnie
w kwietniu 72 w mieszkaniu Artura M. Między
rzeczami: albumy, słowniki. „Dobrze pan wyczuł,
 że to w Augustowie. Może pan kiedyś wyznać,
słowa Matki w „Lalku” to jest żywa prawda. O,
widzi pan z listów, dawałem myślniki. Tak,
to prawdziwa literatura. Chłopaka zabił pono
przez pomyłkę nieznany milicjant.
                                                    Żona prze-
płynęła w pośpieszny obłoczek. W toalecie
słyszę: „Papier niech pan od środka. bo coś
zapisałem”. Czytałem Cogito: „nie wywijać kikutem/
nad głowami innych/ nie stukać białą laską/
w okna sytych”, „ stworzyć z materii cierpienia/
rzecz albo osobę”. O tekstach mych rzekł: „Niech
pan zostawi zabawki z językiem”. Została świętość
dedykacja z kwiatkiem  „za uczoną pracę”.


„Drugi pokój” nie wyszedł poza jeden spektakl.
Cóż, specjaliści, od Ciebie, Herberta. Ale „Maja”
grana w poznańskiej „Sekundzie” siedemnaście razy.
Przyznaję, były panie Cogito, co maglowały młodzież
Twoimi wierszami. Ja tylko chciałem, by Cię czuli
jak ogórek i rozumieli tak jak słowa pierwsze:
matka, woda, drzewo.  Łączyłeś kulturę i naturę,
przeszłość i rzeczywistość, mit i doświadczenie,
Zachód i Wschód, umysł i serce. Kiedy odszedłeś
Czytałem niewidomej: „ten świat, to właściwie tamten’’
Skoro tamten świat to ten
                                             s t a w a ł  s i ę  kolorem.
Ciekawym, czy spotkałeś bagna i łąki poetów,
nagi okrzyk Marsjasza, gdy bywa katem Apollo?
Czy filozofów, którzy przestali oswajać konieczność?
Czy siedzisz u wrót doliny, na dnie nieba, z córką Poezją
 i patrzysz na niebo Ziemi, jak przed zdobyciem na
Księżyc? Czy skoro „to co tamten świat/ tutaj”, czy
widzisz co się dalej dzieje z Człowiekiem? Jak ścina
zakładników mieczem własnej wiary? Jak siebie
topi w eksplozjach, zabijając istoty innych? Jak
twórcze dusze odchodzą od nas na amen?

W  Lascaux odczułeś: „jestem  obywatelem  Ziemi,
dziedzicem nie tylko Greków i Rzymian,  ale
nieskończoności”. Wieszczyłeś: „Ogień ziemię
wodę/ odżegna rozum”. Pocisk Cogito, który
wystrzeliłeś obiegł kulę ziemską i trafił  Cię
w plecy.  Może  TAM  zabliźnisz  się  z  bogami,
ocalisz nas  od nas samych, 
                                           wyślesz  salwy  cyklonów
przed  którymi  będziemy się  łączyć  w  ludzkość.?
Zabędą:  „w cieniu jednego heksametru?”
„Wilki i łania jastrząb i gołąb?”. „ A ogień
będzie rozmawiał  z wodą bez nienawiści.?”
                                            
                                                          (040925, 081707, 120327,)


 Jerzy Beniamin Zimny






niedziela, 29 grudnia 2013

Dwa debiuty


Koniec roku wypadałoby zakończyć optymistycznym akcentem. Miniony rok sypnął dobrą poezją, liczne debiuty sporo ciekawych książek. O większości informowałem, tutaj i winnych miejscach, dzisiaj przedstawiam Państwu dwóch debiutantów, których dzieli kilka pokoleń. W Zeszytach Poetyckich ukazał się rzutem na taśmę debiutancki tomik Arkadiusza Kwaczka z Warszawy pt: Arkadiament, tomik, który na już swoją warsztatową historię. Arek długo pracował nad tekstami, miał ambicję wydać dobrą książkę w renomowanej oficynie. I to się udało. Drugi debiut (zbiór wierszy rozproszonych, drukowanych w pismach i antologiach regionalnych) jest dziełem konińskiej poetki starszego pokolenia Pani Ireny Szałek. Urodzona w 1928 roku we Włocławku, debiutowała opowiadaniem w tygodniku Zorza. Jej wiersze znalazły się w antologii poezji konińskiej 1976-1996. Działała w klubie literackim przy Miejskiej Bibliotece Publicznej w Turku. Wydany niedawno zbiór jej wierszy pt. Wsłuchani w ciszę przez Wydawnictwo Setidava Miejskiej Biblioteki Publicznej w Koninie jest formalnie debiutem książkowym. Poetka pisze: Moje najdalsze wspomnienia z Konina sięgają lat trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy mój ojciec otrzymał przeniesienie służbowe z Nieszawy do małego naówczas powiatowego miasta. Dzisiaj z perspektywy czasu oceniam tamten okres za najszczęśliwszy, beztroski, radosny. Lubię ciepło przeżytych chwil - pisze w jednym z wierszy - zastanawiam się nad fenomenem tej poezji, która jakby powstała z popiołów pamięci, a ciepło przeżytych chwil nigdy nie wygasło. Wszystko w czasie bardzo oddalone a jednak bliskie, tak jak łąka dzieciństwa, z motylami: wracają wspomnieniem tak bliskim, że tylko się schylić po nie. Poetka nie przywołuje obrazów z przeszłości, przeżywa je na nowo, jakby zdarzenia miały miejsce stosunkowo niedawno, co pozwala zapomnieć o skutkach będących konsekwencją przemijania, u Ireny Szałek wszystko trwa nadal, nic nie przemija. Chylę czoła przed taką postawą liryczną, dlatego przyjąłem ten debiut bez konieczności wnikania w szczegóły natury merytorycznej i nie mam zamiaru dokonywać porównania z tym, co prezentują młodsi poeci obecnie. Wystarczy mi piękny, czyściutki język, jakim posługuje się poetka. A także autentyczność podmiotu lirycznego.

Drugi debiutant, pisze o sobie krótko: mam 23 lata, szukam wiedzy, poezji, inspiracji i czytelników. Przed debiutem książkowym, publikował głównie w internecie, zdradzając nieprzeciętny talent, wgłębiał tajniki wiedzy przy boku starszych kolegów. Wzorów do naśladowania unikał i unika, pragnie na swój sposób ogarnąć poetycki warsztat, dotychczasowe próby wyartykułowania własnego stylu przyniosły efekt w postaci debiutu książkowego. Na blogu pisałem w ubiegłym roku: czytałem niedawno teksty Arka, które znajdą się w debiutanckim tomie, i mogę powiedzieć, że jest to poezja nacechowana polotem, mimo niedużego doświadczenia podmiotu, emanuje dojrzałym spojrzeniem na wszystko będące przedmiotem dociekań. Podmiot zachowuje dystans, niekiedy wciela się w inną postać, aby uwiarygodnić swoje położenie, zarówno w czasie jak i miejscach obcych, nigdy dotąd niepoznanych. To zrozumiałe. Poeta z Warszawy, ma szansę zaistnieć także, jako prozaik, dał już temu dowód pisząc małe formy nacechowane liryzmem, niebanalne w przekazie. Pisząc to, miałem nadzieję rychłego debiutu Arka, ale nie za wszelką cenę, pojął, że czas działa na jego korzyść, cyzelował teksty, poprawiał, uzupełniał i to się opłaciło, zarówno jemu jak i wydawcy.

Dwa debiuty stojące na dwóch biegunach, pomiędzy nimi więcej niż połowa wieku, i jakże odmienne rzeczywistości towarzyszące autorom. Z jednej strony historyczny bagaż doświadczeń, z drugiej świeżość spojrzenia, brak doświadczenia wypełniony kreacjami i bardziej złożonym językiem, w którym metafory, jeśli się pojawiają to dają obraz sytuacyjny.  Obrazy i zdarzenia w czasie przeszłym dokonanym, przedstawić może jedynie język komunikatywny, klasyczny, dlatego oba tomiki mają dla mnie duże znaczenie, mimo że dzieli je językowa, składniowa przepaść (sześć dekad ewolucji poetyckiego języka).   Poniżej pozwoliłem sobie bez zgody autorów zamieścić po jednym wierszu z debiutanckich tomów.


Irena Szałek

Spojrzenie

Jestem jak dzień znużony,
co z białej chusty zmierzchem nić wysnuwa.
i jak ślepiec, gdy w nocy swej mrokach,
szorstkość wyczuje włókna.
Jest obojętność, którą śmierć przywodzi.
W pustym pokoju nieme stoją krzesła,
w kręgu lampy człowieczego znoju.

Arkadiusz Kwaczek

Dziewczynka z shamisenem

dziewczynko z shamisenem, nie zaciskaj zbyt mocno
plektronu w swojej drobnej dłoni. niech trzy struny
nie redukują jeszcze świata do dźwięków płaczliwych
jak skrzypce, a skrywanej miłości do głodu

kiedyś będziesz jakby czwarta żyła instrumentu
- cała z nylonu, lecz dźwięk, który wsiąknie w skórę
nie wypłucze cię z dokonanego wyboru

dziewczynko z shamisenem, popatrz na morwę w ogrodzie
kiedyś jej owoc ubierze cię w kimono, a ty oddzielisz
ciało od kobiety, naprężysz struny, zaśpiewasz o miłości
o tym jak czarne włosy dojrzewają noc.

Zrozumieć życie, jego sens, w kontekście zderzenia materializmu i duchowego bogactwa, to utwierdzać się w przekonaniu absolutnej wyższości humanizmu, to zdobytym przeświadczeniem skrystalizować własne człowieczeństwo, stosunek do drugiego człowieka, jego potrzeb. Patriotyzm jest drugim czynnikiem, bez którego nie pełnej osobowości ludzkiej, wyzwalający najgłębsze odczucia wartości integrujące społeczeństwo na rzecz macierzystego kraju.  Fundamentem życia jest godność osobista i świadomość więzi z ojczystą ziemią. Osłona tych wartości pozwala zachować w różnych sytuacjach równowagę wewnętrzną i szacunek do samego siebie. Pisze we wstępie do swojej książki Irena Szałek. Warto o tym pamiętać. 

Jerzy Beniamin Zimny










czwartek, 12 grudnia 2013

Duży Format 2013

Pierwsza edycja Dużego Formatu przeszła do historii. Tytaniczny wysiłek organizacyjny, mimo problemów dużych i mniejszych, udało się organizatorom przeprowadzić bardzo ambitny program. Na formacie było wszystko, obraz, słowo, muzyka, byli znani poeci, przedstawiciele wszystkich generacji, a także malarze, graficy i muzycy. Tempo spotkań i spektakli było imponujące.
Idea Dużego Formatu zrodziła się dwa lata temu, w małej kawiarence na Ochocie. Rafał Czachorowski twórca portalu Poeci Polscy postanowił coś ciekawego zrobić w wymiarze ogólnopolskim, projekt dojrzewał ponad rok, w końcu zrodził się produkt pod nazwą Duży Format. W założeniach programowych fundacji (taki status prawny przyjęto) jest działalność w zakresie promocji literatury, zwłaszcza poezji, działalność wydawnicza, organizowanie wystaw artystycznych, konkursów na debiut poetycki, książkę poetycką dla autorów z dorobkiem, a także imprezy dla dzieci i młodzieży o charakterze edukacyjnym. Fundacja promować będzie także poetów zasługujących na uwagę czego wyrazem była obecność na festiwalu utalentowanego poety z Krotoszyna, Macieja Rasia. Warto podkreślić, że była to jego pierwsza publiczna promocja od momentu ukazania się debiutanckiej książki Pasmo, wyróżnionej pierwszą nagrodą na Granitowej Strzale w Strzelinie. W gronie zaproszonych znaleźli się także: Konrad Góra, poeta z Wrocławia, autor trzech tomów poezji, na festiwalu czytał wiersze z najnowszego tomu, Siła niższa, Kamil Brewiński z Lublina, tegoroczny debiutant, autor tomu Clubbing, o którym mówi się głośno, że będzie to debiut roku (Marta Podgórnik).  Bardzo możliwe, że tak się stanie, jednakże tegoroczna lista debiutantów jest całkiem spora. W gronie kandydatów  do nagród i wyróżnień może się znaleźć Maciej Raś, także młody debiutant z Wrocławia, Maciej Taranek, jego tom pt. Repetytorium wydany przez Hub Wydawniczy Rozdzielczość Chleba w Krakowie przyjęty został entuzjastycznie przez młode pokolenie, moim zdaniem jest to wydarzenie poetyckie bieżącego roku.     Młodzi w natarciu, coraz trudniej ogarnąć rynek wydawniczy, kiedyś mówiło się o generacjach, pokoleniach, operowano przy tym pojęciem dekady, dzisiaj dwa lata to okres najdłuższy dla tego rodzaju podsumowań, albowiem obserwujemy parcie młodych w kierunku dynamicznego języka, który wkracza w coraz to nowsze obszary poznawcze, poszukuje innych punktów odniesień dla tego co jest powszechnie znane. Do takiego wniosku doszedłem dwa lata temu śledząc z uwagą poczynania młodych poetów oraz debiuty ich starszych kolegów i koleżanek.

Festiwal dostarczył uczestnikom wiele wrażeń i emocji.  Goście mogli swobodnie się przemieszczać po salach, każdy mógł znaleźć coś interesującego dla siebie,  atmosfera sprzyjała dyskusjom kuluarowych, pełna swoboda w wyrażaniu opinii.

Do Galerii Dużego Formatu trafili: Konrad Góra, Kamil Brewiński, Maciej Raś. Za rok trafią następni, będzie problem z wyborem co dobrze świadczy o kondycji poezji polskiej. Mówi się głośno, że w Europie jesteśmy najlepsi, z ostrożnością przyznaję rację optymistom, podzielam także pogląd o rysującej się dominacji młodych twórców, formalnością jest potwierdzenie takiego stanu rzeczy. Czas działa na ich korzyść, oraz poziom jaki prezentują w debiutanckich tomach, to już nie pojedyncze wystrzały a kanonada zmuszająca do respektu. Na Dużym Formacie  poezja uzupełniała malarstwo, malarstwo podpierało sztukę słowa  w oprawie muzycznej. Jestem pod wrażeniem ekspozycji dzieł poszczególnych artystów, myślę że w przyszłości warto się zastanowić nad wydaniem albumu, na równi z almanachem poezji i prozy. Korzystając z okazji, chciałbym podziękować moim rozmówcom na festiwalu, a w szczególności, Jackowi M. Hohensee,  Jarkowi Jabrzemskiemu i chłopakom z Galerii Dużego Formatu, a także organizatorom w osobach. Darii Kompf i Rafała Czachorowskiego. Dziękuję wszystkim.

Jerzy Beniamin Zimny



http://www.youtube.com/watch?v=3MJNWzJ4XUY&feature=share&list=PLrOUhzkhkIA-QoKLfcYbu0jyEt6CgRufI

wtorek, 3 grudnia 2013

A Wierzbak płynie




Poeci nie umierają

          pamięci Ryszarda Daneckiego

Poeci nie umierają
poeci odchodzą na ostatni wieczór autorski
przy świecach.  Drgają płomienie
na odchodzenie duszy,
słowa milkną
pozostaje cisza.

Wypełnia coś więcej niż pokój
i wtedy wraca pytanie
żyć  po co?

Najzieleniejsze z pytań.


02.12.2013

czwartek, 7 listopada 2013

Drzwi



Drzwi prześladują mnie odkąd zacząłem swobodnie chodzić. Bez drzwi nie ma niczego, jest przestrzeń, przelot, poczucie w sobie wiatru, brak czegoś, co zatrzyma, zaprosi, odeśle do diabła albo każe zaglądać, co jakiś czas. Bo drzwi są od tego, z klamką i zamkiem, dzwonek abym nie musiał ich wyważać, są na nich wizytówki, tabliczki z mianem i nazwiskiem kogoś ważnego, wreszcie zwykłe, bezimienne, adresujące sprawę lub sprawy do załatwienie za nimi. Od lat panują niepodzielnie na korytarzach i nie ma w tym nic dziwnego, że są otwarte lub zamknięte. Pojednane z czasem jak żaden inny przedmiot: określone godziny otwarcia, lub chwilowo z przyczyn niezależny od nich, zamknięte. Drzwi mogą być zaporą, wrotami otwartymi na przestrzał, lub uchylone, tajemniczo jakby zachęcały do wejścia lub budziły niepokój, że coś za nimi niezwykłego, strasznego a nawet śmiertelnie niebezpiecznego. Drzwiom nadano status pierwszorzędny i marginalny, w zależności od sytuacji panującej na zewnątrz. Przez drzwi można wylecieć jak ptak lub jak worek kartofli, drzwi można całować jeśli nie mają klamki, na drzwiach można wypisywać różne rzeczy, nad nimi bardziej sprecyzowane o znaczeniu religijnym lub historycznym. Drzwi, wrota nie uratowały Kartaginy, chociaż widniał nad nimi napis: żeglować jest koniecznie, a żyć niekoniecznie. Drzwi chronione były przez Trzech Króli, z czasem nadano im znaczenie obronne, poprzez obicie z blachy, zamki szyfrowe i alarmy.  Na drzwiach można pływać. Uniwersalność drzwi jest niepodważalna jak sposoby ich wyważania. Pierwsze pukanie związane z sercem, następne przyspieszają tętno, potem w grę wchodzi próg związany z przenoszeniem wybranki. Później próg jest świadkiem dramatów: walizki wystawiane, wyrzucanie różnych przedmiotów, przy skrzypiących zawiasach i protestach zamków. Bez Boga ani do proga, za progiem jest inny świat, nie witaj się w progu. Drzwi w takich przypadkach stanowią dowód na to, że coś się dzieje przed progiem i za progiem. Kult mleczny przeszedł do historii dlatego że drzwi o tę jedną czynność są obecnie rzadziej otwierane. Drzwi w wymiarze poetyckim też mają swoje zaszczytne miejsce.  Niebo poetów nie ma drzwi, bramy, tę na plecach niesiemy myśląc że to skrzydła - pisał Janusz Żernicki,  albo drzwi do Zakładu pracy chronionej Barbary Janas Dudek, znajdujące się wśród rekwizytów Teatru w Kaliszu. Nie byłoby Zakładu pracy chronionej bez drzwi, albo na odwrót, drzwi znalazły tam swoje miejsce i dobrze się poetce przysłużyły. Jest to trop ponadczasowy, analogia do bramy Kartaginy, i bramy Żernickiego . Myślę, że poetka z Chorzowa rozgrzeszy mnie za takie właśnie porównanie. Drzwi mogą  być uchylone, jak u Gabrieli Szubstarskiej, otwierane powoli ale nie do końca ponieważ skrywają ulotne wnętrze. Można też patrzeć w stronę drzwi, to ciekawe miejsce, jak to robi traszka Elżbiety Tylendy. Są też drzwi obwąchiwane przez psy, drzwi do piekieł, drzwi obite skórą od wewnątrz, za którymi wypaczano historię, drzwi gabinetowe, także drzwi w gabinetach cieni, drzwi sosnowe, z sękami. Drzwi, drzwi, przepierzenia, ofiary amfiladowe podczas wielkiego kryzysu, drzwi główne i w bocznych wejściach, od tyłu umieszczone i kuchenne. Kocham drzwi, za którymi ktoś na mnie czeka, kocham drzwi rodzinnego domu chociaż nikt tam już nie mieszka, uwielbiam zapach farby olejnej, uwielbiam słuchać jak skrzypią, bo to oznacza, że są jeszcze używane i że ktoś za nimi jeszcze żyje.
O drzwiach można długo i ciekawie opowiadać, w kontekście wydarzeń historycznych, własnego życiorysu i historii stolarstwa. Dzisiaj drzwi zaczynają nowe życie, wkroczyła do nich chemia z czego nie bardzo się cieszą. Dlatego protestują wyrażając słabość ludzkich ulepszeń, niewłaściwe stosowanie materiałów. Miały swój rodowód z natury, mają wątpliwe pochodzenie z procesów chemicznych. Co wymyśli drzwiom nowa epoka, poeci, użytkownicy. Nie wiem, może z wielu zastosowań pozostaną jedynie  cechy najgorsze, piękna i liryzmu nikt im nie przypisze, jedynie lekkość. Większość przywar zaginie bezpowrotnie, tradycja musi się pogodzić z napływem odpowiedników tego co zawsze było kojarzone z człowiekiem i jego naturą. Drzwi do wieczności, te się nie zmienią, bo nie wiadomo z czego są wytworzone, gdyby było wiadomo, wielu z nas już za żywota ustawiłaby się w kolejce, i jeszcze przepychało łokciami. Póki co, kolejki nie widać. Wychodzę frontowymi drzwiami wirtualnymi z nadzieją, że staną się  nie mniej ważne od tych, które codziennie otwieramy i zamykamy.


Jerzy Beniamin Zimny

wtorek, 5 listopada 2013

Poetka z Kuźniczej

Dagmara urodziła się pod znakiem Strzelca, trzy dni przed Wigilią, pamiętam, żartowano wtedy, że jest prezentem pod choinkę. Rozkrzyczany był to prezent ale z czasem wszystko toczyło się właściwym torem. Kiedy zaczęła chodzić samodzielnie, napisałem wiersz zatytułowany jej imieniem, wiersz ten przeleżał kilka lat, znalazł się potem w Almanachu Młodej Poezji Wielkopolskiej. Nie sądziłem że będzie kiedyś przywołany na łamy prasy w okolicznościach zgoła nieoczekiwanych. Na jednym z Listopadów Poetyckich w latach osiemdziesiątych, odwiedził mnie Czesław Mirosław Szczepaniak, poeta z Warszawy, prawie siłą zabrał ze sobą Dagmarę na Turniej Jednego Wiersza. No i dziewczyna,  wówczas piętnastoletnia wygrała ten turniej, pozostawiając w pobitym polu swoich dużo starszych kolegów i koleżanki. Radości było co niemiara, zachęcona sukcesem zaczęła systematycznie pisać wiersze. Kolejny sukces przyszedł podczas Turnieju Wierszy o Poznaniu w 1987 roku. Zdobyła pierwsza nagrodę a Włodek Braniecki w artykule przywołał mój wiersz sprzed czternastu lat na łamy Głosu Wielkopolskiego. 
   

     Dagmara czyta nagrodzony wiersz w Kawiarni Literackiej w Poznaniu. 


    Fragment artykułu Włodzimierza Branieckiego w Glosie Wielkopolskim


           Poczynania Dagmary z uwagą śledził Witek Różański, pamiętam przysłał list z gratulacjami zamieszczając w nim krótki wiersz, który odnalazłem w moim archiwum. Za namową Witka Dagmara wysłała zestaw wierszy do Jerzego Leszina Koperskiego, który redagował serię wydawniczą: Pokolenie które wstępuje. Niestety, odpowiedź była odmowna z uwagi na jej młody wiek, Leszin sugerował późniejsze terminy. Dagmara zawiedziona zaniechała pisania. Staraniem przyjaciół w 1990 r. ukazał się jej debiutancki arkusz poetycki pt. "Turniczka-Dzwonniczka" Od tego czasu zaprzestała pisania poezji. Ukończyła Wydział Prawa na UAM, wychowała i wykształciła córkę, obecnie jest w pełni dojrzałą kobietą i powoli, nieśmiało powraca do pisania. 

      
Wiersz Witka Różańskiego (gratulacyjny) za wygrany konkurs. Dwa ostatnie wersy brzmią             następująco:  
                       na twoim czole rosa wiosenna
                       zrób z niej użytek
mam nadzieję, że nadeszła najwłaściwsza pora, aby córka zrobiła użytek z rosy wiosennej na swoim czole, jak to przed laty zauważył wielki poeta Wincenty Różański.




    Dagmara Zimna



    Mama

   Wstaje wcześnie rano
    kiedy otwieram oczy
    jej latawce uśmiechu
    szybują pod moim niebem
    wszystkie niebezpieczne bramy
    przede mną zamyka
    w pochmurne dni
    otwiera parasol
    mówi że idzie po słońce
    a ja wiem że poza nią
    innego słońca nie ma

    xxx

    Różański mówi o Stedzie
    za oknem świat nie ten
    z Zagubinowa
    utkany kasztanowymi kolcami
    w Witkowym parku
    Słucham jego słów jak listowia
    deszcz drąży ciszę
    Witek życie

    Letnie zapiski

    Na Orlej Perci
    Bóg stwarza możliwości życia
    i śmierci

   Wspinać się na szczyty
    i tam na równinie życia

   Wiatr pastuch moich warkoczy

   Turniczki jak dzwonniczki

    Noc biegnie jasnym korytarzem
    w moim nieszczelnym śnie
    to góry wchłonęły na wieki
    poranek

    xxx

    Ojciec posiwiał mama posępniała
    i to ma być życie
    czas pobiera haracz
    pokryty pudrem i szminką
    wiersze ojca tak pełne
    optymizmu ja muszę pisać inaczej
    mama zerka z niedowierzaniem
    jest jak jest i jutro też
    tak bedzie
    wiersz cóż to samo co obiad
    coraz trudniej zebrać się razem
    przy stole pory nie jednakie
    mama czeka ojciec się spóźnia
    mijamy się w korytarzu

   (wiersze z arkusza poetyckiego pt Turniczka-Dzwonniczka 1990 r.)


    Jerzy Beniamin Zimny

















czwartek, 31 października 2013

Zaduszki 2013


Jesień obrazuje pokolenie Kolumbów, siedzą przy piwie
zdmuchują pianę a wiatr poprawia im czapki. Kiedy nadejdzie
zima będą u siebie przy ogniu wspominać, jak to było
z miłością, honorem i prawdą.  W rozmowach szczeliny
w pieśni odzywa się podrzynane gardło, refren bardzo daleko
dociera, tam gdzie czubki syberyjskich świerków, tam gdzie
bezimienne mogiły pielęgnuje wiatr. Jesień obrazuje lata
na stepach i w sztolniach. Idziemy z tym ciężarem nie wiadomo
dokąd, świat zabudowany szkłem i aluminium, nasze okna
z plastyku, a wnętrza przemeblowane.  Stolik z wazonem,
biurko przepełnione słowami. Sól i cukier, jak zawsze.

Ale nie ma już płócien i matek, które je tkały przez wieki.



sobota, 12 października 2013

Jacek M. Hohensee

Podróże i dystans

Ukazał się kolejny tomik poezji Jacka Marii Hohensee, znanego malarza, scenografa, reżysera, poety, pisarza, satyryka i grafika. Absolwenta Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, autora kilkuset scenografii dla Teatru Telewizji programów rozrywkowych, widowisk poetyckich, programów publicystycznych i filmów. Autora wielu scenariuszy audycji radiowych, filmów i programów telewizyjnych, wielu publikacji prasowych, w tym ilustracji i karykatur. Jacek M. Hohensee brał udział w wielu wystawach malarstwa i pokazach sztuki wideo w Polsce i za granicą. Jest laureatem wielu nagród za twórczość telewizyjną, plastyczną i poetycką (I nagrody w Łódzkiej Wiośnie Poetów (1965), Czerwonej Róży (1967), wydał tomy poezji: Podróże, PAX 1965, Dystans, Iskry 1971, oraz prozę: Opowieści globtrotera, Iskry 1971, Paranoja picture, Iskry 1978, Teatr nonsensacji, Iskry 1980, Imagen sekundaria, Iskry 1981, Po drugiej stronie, Twój Styl 2004. Pisane w hotelu jest powrotem po latach do poezji, pierwszej ze sztuk uprawianych przez poetę (pozostanę przy tej wizytówce), którą podporządkował całemu swojemu życiu artystycznemu, mimo że jako debiutant odniósł spektakularne sukcesy. Na talentach poety zyskał Teatr, zyskało malarstwo, tematyczna proza, film i wiele innych dziedzin wizualnych, poezja była mocnym wejściem i teraz będzie, (w co nie wątpię) równie okazałym zakończeniem zmagań twórczych artysty. Można by rzec ozdobną klamrą spinającą bogaty dorobek. 
Pisane w hotelach, w poczekalniach, niekiedy w windzie z dala od domu, w atmosferze obcych wigilii - to płaszczyzna, na której bohater liryczny poety porusza się w sposób elegancki, płaszczyzna, na której pojawiają się retrospektywne obrazy, znamionujące przenikanie się wzajemne obrazu i słowa. Poeta tworzy jakby ekfrazy do zapamiętanych zdarzeń, ekfrazy do obrazów, które nie istnieją, ponieważ nie da się cofnąć czasu ani usprawiedliwić nieobecności w chwilach, kiedy tak bardzo potrzebny jest kontakt, a nie jest możliwe pokonanie przestrzeni:

Coraz bliżsi bardziej potrzebni
moi zmarli rodzice/.../

Myśli, które mnie opuszczają
myśli bezpowrotne
znajdują mieszkanie w ich milczącym domu.

W milczącym domu udomowiają się myśli, jakby odzyskiwanie straconych dni nieobecności wśród swoich, w sposób transgresyjny:

/.../ Czego nie słychać, co już po za nami
upartym szeptem puka do mieszkania.


Przystań na każdą chwilę, która odchodzi, każdą chwilę traktuj jak przystań, przystań w znaczeniu zatrzymania się, tożsama z jedną z wielu przystani aż do momentu, kiedy wskażesz środek ziemi? Czyli centrum, do którego zmierza twój żywot, z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, dlatego chwal, bierz i doceniaj każdą chwilę, traktuj ją jak przystań, bo może być ostatnią lub, w co wierzysz, może trwać wiecznie niezależnie od świadomości nieuchronnego końca. Bohater liryczny poety zda się mówić prawdę oczywistą, jednakże w odniesieniu do przeszłości, prawda ta ulega weryfikacji o miejsca i zdarzenia, które w jakiś sposób nie dopełniły aspiracji bohatera wierszy. Pisane w hotelu, miejsca - etykiety niemalże, pojmowanego po latach, jako czas niespełniony, stracony, bądź wyrzuty sumienia w kontekście świadomości, że mogło być inaczej, albo taki los był i jest pisany w sposób niezależny od człowieka. Powroty do rodzinnego domu, odnowienie kontaktów z rodzicami, swoisty kontakt dwóch światów poprzez poezję - wszystko zmusza do zadania pytania:, co dalej, jakimi zagadnieniami zajmie się bohater liryczny poety w najbliższej przyszłości. Czym zaowocuje dalej jego twórczość i czy będzie to słowo, zwycięski atrybut artysty, który w przeszłości dokonał wyboru i ma w jakimś sensie dług do spłacenia wobec własnego lirycznego pióra:
Jeśli zostało ci już niewiele słów zamilcz Leżały długo na dnie są gorzkie i nieufne Musiały być cięższe od innych skoro nie ujrzały światła.
Sądzę, że wiele z tych zalegających słów właśnie ujrzało światło. Może, dlatego, że były i są gorzkie i nieufne, i niezbędne do zbilansowania zysków i strat artysty, przez dziesięciolecia. Złożoność aktywów artystycznych jest tak obszerna, że poezja, jako jeden z nich znalazła się jakby rzutem na taśmę bilansując cały dorobek artysty?
Musiałem długo wracać, bo potknąłem się o własną kołyskę. Czuję na plecach nieznane jak tornister, Musiałem coś zrobić, czego nie potrafię.
 Powrót do korzeni, mityczny, nadrealny, poeta sugeruje, że tylko w taki sposób jest możliwy, powrót ten trwa całe życie, aż do śmierci i trzeba się potknąć o własną kołyskę i zawsze człowiek czuje na plecach tornister. Wyjaśnieniem takiego stanu jest świadomość dokonania czegoś ponad siły, ponad możliwości. Niekoniecznie przy pomocy sztuki w każdym z jej obszarów. Jeśli dojrzałość przemawia to zawsze oscyluje w kierunku przebytej drogi. I nie jest to klasyczny rozrachunek, czy nostalgia za minionym. U Jacka Hohensee jest to próba wyłowienia, podsumowania tego, co można było jeszcze w przeszłości dokonać, stąd na plecach czuje tornister, symbol zdobywania wiedzy, doświadczenia. Jest to bieg chłopca z pochodnią, coraz dalej ode mnie, pisze poeta, zanurza się w ciemność i dalej a jednocześnie bliżej, bieg starca ze zwęgloną pochodnią. Nieuchronny koniec w ciemności, wygasające życie, ale zawsze w biegu, aż do wygaśnięcia tlącego się płomienia.

Poetycki debiut Jacka Hohensee przypadł na koniec okresu Orientacji Hybrydy i początek Nowej Fali.  Zrówno tom Podróże jak i wydany pięć lat później Dystans, nie dają odpowiedzi na pytanie o przynależność pokoleniową poety. Jestem skłonny nadać mu miano poety bezgeneracyjnego? Czyli przynależność (zaszufladkowanie) praktycznie żadna. Ale nie można też zaryzykować miana klasyka? Nawet długa przerwa pomiędzy drugim a trzecim tomem (dwadzieścia lat) nie spowodowała jakichkolwiek zmian w ocenie jego twórczości poetyckiej. Najnowszy tom ukazał się w sporym oddaleniu od Dystansu, co jeszcze bardziej utrudnia ocenę warsztatu Jacka Hohensee. Nie mniej jednak po raz drugi zaryzykuję stwierdzenie, że proces klasycyzacji dokonał się samoistnie, o czym świadczą niektóre wiersze pomieszczone w najnowszym tomie. Jedno nie ulega wątpliwości, mianowicie- to, że poeta Dystansem zasygnalizował swoją obecność w nurcie Nowej fali, „oddając" Podróże na półkę Orientacji. Lecz ani tam, ani tutaj, nie zaistniał w społecznościach poetyckich, pojmowanych jako wspólny mianownik. Egzystencja poza nurtami? Nie. Nie sądzę, zważywszy na szerokie spektrum twórcze poety. Powroty do liryki świadczą o jej (mimo wszystko) preferencjach u poety, Zastanawiam się, co już wspominałem wyżej, nad dalszymi krokami autora. Cykliczność wydań? Czy poświecenie reszty życia poezji? Nie ucierpi na tym proza, jedno i drugie można uprawiać równolegle. A może szkice lub esej? Tom Dystans pisany w Hotelu po odbytych Podróżach?   Podsumowanie twórczości lirycznej Jacka Hohensee, w moim przeświadczeniu. Tak to mniej więcej wygląda. Zachęcam do lektury wierszy pisanych w hotelu.

Jacek M. Hohensee, Pisane w hotelu, Poeci Polscy.pl/RTC AG. Wydawnicza, Warszawa 2013








wtorek, 1 października 2013

Skarpetki


Umarł Janek Palony. Kto będzie dla nas kupował na krechę, kto sprowadzi dziewczyny na nocne rozmowy kończące się nad ranem? Janek u Boga a my na łasce losu, teraz to tylko plaża nam pozostanie i nawoływanie echa rozbawionych stad. Jeszcze wczoraj z Jankiem byliśmy na bazarze, jak zwykle ci, co nie umarli byli z nami, na migi, bo nikt już nie gada głupot po tym jak Jankowi przypisali ojcostwo a mnie posądzono o łupież, którego nabawiła się handlująca skarpetami Andzia. Kiedyś nawet miałem ją w notesie, każdy piątek tygodnia, później była to środa, dzień dla Andzi wolny od wizyty pewnego domokrążcy z miasta Łodzi. I w taki sposób nabawiła się syfa, odtąd milczymy jak grób, bo w środowisku najważniejsza jest sztama, choćby kosztowało to języka, sporego wydatku na zastrzyki albo kwiaty.

 Jest lipiec, jakiego nie pamiętam. Cmentarz jak cmentarz z grobami, przepych i nędza. Stroje barwne i łachy nad grobem Janka, jak w Zagłobie w dniu wypłaty fizycznym z wydziału profilowania blach i antykorozyjnych powłok, stoimy i nie możemy doczekać się na stypę. Kapłan marudzi coś o wieczności, nie dociera do mnie taki szmat czasu, każda minuta tutaj jest dłuższa od sznura, na którym można się powiesić albo wykorzystać do wiązania worków z surowcami wtórnymi, to też jest rodzaj podtrzymywania na duchu. Janek milczy na amen, płaczek nie ma, bo nikt już nie płaci za udawanie rozpaczy, może tylko gołębie byłyby skłonne zagruchać chrypliwie, ale na cmentarzu są tylko kruki i wrony, bez wysilania się wydumałem oprawę z ptactwa dla Janka. Najwłaściwsze to gatunki do przeżycia - nie muszą wojować o kawałek ścierwa. My zebrani przy Janku- przeciwnie - nawet o ochłapy walczymy godnie, jakby, komu coś lepszego spadło zaraz goni z tym do ludu, sam nie potrafi się cieszyć, sam nie może spojrzeć sumieniu w oczy, bo na osiedlu jeszcze wiele lat będzie trwała posucha miłosierdzia, zanim nas zrozumieją pozostali z wiernych, teraz nieobecni przy pochówku Janka.

W sobotę Andzia ustawiła stragan pod bukiem, handel nie szedł w upale, więc przystała na moje - pójdziemy nad rzekę. Przystała na kilka butelek chmielu i jedno wino z zapłatą po połowie, wyraziła też chęć na poleżenie w trawie. Byle nie było mrówek i bylem się za bardzo nie przymilał, i miał przy sobie scyzoryk. Jakby, co można kogoś poszczypać, zbyt ciekawskiego, bo nie wiadomo, co będziemy ze sobą robić nad rzeką, w krzakach albo całkiem jawnie, jeśli chmiel zmieszany z upałem poprzestawia nam w głowach. No i namieszał i jeszcze odebrał nadzieję na powrót do domu, do tego doszło ciemno i komary. Gdyby nie dzwon kościelny strona, w którą należało podążyć byłaby inna, wprost na mokradła prowadząca, w których Janek zapuszczał korzenie ilekroć szukała go milicja. Andzia marudzi, że nie było tak jak być powinno, bo i jak być mogło po jej myśli skoro zapodział się korkociąg. Musiałem odbijać dłonią korek, płyn wzburzony w połowie wyleciał, bez należytego podkładu nie było porządnego kochania. A potem to już kostki domina, waliło się wszystko, nie było nic do zbierania.

W niedzielę byłem u Janka, o czymś wcześniej zapomniałem mu powiedzieć, to coś jest na tyle aktualne, że tyczy także zmarłych. Zwłaszcza poetów, którzy nie zabierają do grobu swojego dorobku, miałem nadzieję, że poprzez liście, mowę wiatru, zachowanie się ptaków uzyskam zgodę od Janka na publikację jego dorobku. Wiatr nie pojawił się, liście zwinięte od upału, a ptaków jak na lekarstwo. To też był znak od Janka, że mogę robić z jego wierszami wszystko, co mi się rzewnie podobna. No i tak postanowiłem, jeszcze niedzielnego wieczoru namówiłem Andzię do akcji na rzecz niedojadających, w imieniu koczujących w piwnicy naszego bloku. Będziemy sprzedawać ostatni wiersz Palonego, po dysze jak leci w nieograniczonym nakładzie, dopóki będą chętni i włączą się do akcji sklepikarze, zainteresowani pieniędzmi, które trafią do nich za towary najbardziej potrzebne. Z kilkunastu tekstów wybrałem najbardziej mówiący o sprawach wagi osiedlowej, jako że Janek stał na czele rady piwnicznej, inaczej nie dało się nazwać tego społecznego ciała, wtrącenie całego osiedla do piwnic byłoby nie na miejscu. Wiersz zaczął krążyć po osiedlu i zataczał coraz to szersze kręgi, ludzie chętni rzucali groszem, co łaska. Zebraliśmy całkiem niemałą sumkę, ponieważ hasłem reklamowym była śmierć autora. Wzruszone kobiety nie szczędziły banknotów, między straganami zawsze jest najwięcej grosza, Andzia żartowała, że od każdego kilograma owoców dziesięć groszy, czyli jeden wers, to i tak za mało jak na wartość zmarłego poety. Był przecież figurą w mieście i do tego prześladowany za działalność polityczną. Trzeba było ludziskom przypominać jak to Jankiem wstrząsały prądy, jak go wodą zmywano pod ciśnieniem, ganiano po schodach tam i z powrotem. Coś niecoś dramatycznego dorzucono do życiorysu i tak po śmierci Janek rósł w siłę, jakiej nie miał za żywota. Jeden z gości dając do kapelusza dychę pytał czy to na pomnik zbieramy, bo może dać więcej, ale dopiero w sobotę, bo dzisiaj wydał stówkę na jakiś zbożny cel. I tak przez tydzień Janek był przedmiotem wszelakich dywagacji a nawet obiektem umiłowania przez najbardziej kruche niewiasty na osiedlu.

Straciłem ostatniego kumpla z czasów szkolnych ci, co jeszcze żyją zaszyli się w swoich włościach. Od czasu do czasu docierają do mnie informacje różnego kalibru. A to, że ktoś ma trzecią babę, komuś komornik zabrał wszystko, a jeszcze innego dopadło jakieś choróbsko i porusza się na wózku. Życie niby jednakie a przypadki różnorodne, Janek nie wierzył w przypadki mówił, że chodzą po ludziach, więc ludzie powinni chodzić zygzakiem, czasem na skróty, nierzadko nadkładać drogi zwłaszcza po ciemku. Nikt nie rodzi się z przypadku, więc i żyje podług jakiś zasad, mechanizmów, mechanizmy trzeba sobie dobierać, aby wszystko funkcjonowało jak najdłużej.  Masz dom, po co tobie pałac, masz zdrowe nogi po diabła ci blacha na kółkach. Schody pokonujesz jesteś zdrów, wozisz swój tyłek będziesz miał zakwasy i takie tam paskudztwa, z których cieszy się licho. Zdrowa filozofia Janka nie znalazła zbyt dużo naśladowców. Taki Józek, handlował szmatami na Głównym Targu jeszcze za komuny, potem już w kapitalizmie zbił trochę kasy i poszedł w materiał.  Nie nacieszył się zbyt długo, ponieważ wszystko, co człowiek posiada wymaga utrzymania. Utrzymać izbę, stół i krzesło to jakby na wieczność odciąć się od różnej maści krwiopijców, płacisz za to, co masz, Janek miał niewiele, więc mógł wydawać kasę podług własnej woli, a nie podług kwitów i rachunków, których coraz więcej i coraz wyższe na nich kwoty. Gdyby babcia była dziadkiem? Porzekadło, z którego Janek wyciągnął daleko idące wnioski. Gdybać potrafią wszyscy nieudacznicy, Janek gdybającym rozdawał kuksańce, idź tam gdzie cię oskubali, postaraj się odebrać to, co ci zabrano albo wstąp do klasztoru, pouczał aż do zasranej śmierci, i skutkowało, do tego stopnia, że nikt na bazarze nie podejmował decyzji bez konsultacji z Jankiem. Dzięki temu Andzia do dziś handluje skarpetami rodzimej produkcji, obroty rosną po tym jak rzuciła za radą Janka hasło, że stopy to największy skarb. Będziesz kupował za bezcen skarpety to, co oszczędzisz wydasz na wózek inwalidzki. Poskutkowało, jeszcze jak. Od kilku lat Andzia nie może odpuścić ani jednego dnia na bazarze.

Zbliżał się okrągły jubileusz Andzi na bazarze. Komitet piwniczny postanowił to uczcić. Tylko gdzie, zastanawiano się. Zagłoby już nie ma. W barze mlecznym rezyduje jakaś firma ubezpieczeniowa, nad rzeką można zarobić mandat. Osiedlowe puby takich gości jak my nie tolerują. Więc gdzie? Andzia wpadła na pomysł, aby uderzyć do Proboszcza, mają tam salkę, jest młodzieżowa kapela, tylko problem z prohibicją. Dziewczyny od warzyw podsunęły pomysł, aby butelki z winem umieścić na dziedzińcu w jałowcach. Będziemy wychodzić na fajki, każdy coś sobie pociągnie.  I tak uczyniono. Proboszcz przystał na jubileusz parafianki po tym jak w kopercie znalazła się zrzutka poczyniona na bazarze. Nie powiem, udało się bez zgrzytu, chłopaki pociągali po ciemku z jałowców, jak leci, na jaką trafił butelczynę, ale po kilku godzinach w jałowcach zabrakło butelek. No i się zaczęło gardłowanie. Kto komu podpijał, kto nie mógł znaleźć swojej butelki, najbardziej dostało się tym, co mieli najwięcej w czubie? Znaczy podpijali innym.  Doszło do przepychanek, wtedy gromkim głosem zaznaczyłem swoją obecność powołując się na Janka. On tam z nieba na nas patrzy. Kto chce spać spokojnie niechaj zamilknie? Nie wiecie, że jest On teraz jednym z patronów naszej parafii?  Kobiety od warzyw popadły w płacz, chłopom na spokój przyszło, uklękli jak przystało na wiernych i zerkając w niebo modlili się o zbawienie kolegi. Proboszcz zamykając świetlicę, pobłogosławił nas wszystkich. Gdybym miał więcej takich owieczek? Powiedział na dobranoc.

Jerzy Beniamin Zimny