Przy Kominku
Przełomowy rok 1971,
Poznań jak zawsze tryskający zielenią, w centrum przy ulicy Czerwonej Armii
nieopodal banku i poczty, zebrała się grupa młodych ludzi. Stoją w milczeniu
jakby na coś czekali. Nie mają przy sobie żadnych przedmiotów, nie mają zapewne
ulotek, w kraju panuje niepokój ale w poezji trwa sielanka, wszyscy na coś
czekają, jak oni tu przed pocztą przy ulicy Kościuszki która przecina ulicę
Czerwonej Armii. Skrzyżowanie dwóch odległych od siebie epok, jakże innych lecz
w skutkach wyzwoleńczych. Młodzi stojący dzisiaj na historycznym skrzyżowaniu w
głowach mają też wyzwolenie, inne, na miarę współczesności ponieważ zarówno
wolność jak i zniewolenie mogą mieć tą samą twarz.
Grupka młodych się
powiększa, co chwilę ktoś dochodzi, czekają widocznie na kogoś najważniejszego
i oto nadchodzi, sam sprawca tematu, który za kwadrans stanie się faktem, i
będzie kontynuowany przez kilka dekad.
Jerzy Grupiński, były student poznańskiej uczelni UAM, skrzyknął
wszystkich możnych lirycznego pióra i w tej chwili podążają w kierunku Pałacu
Kultury, gdzie ma się odbyć I edycja turnieju poetyckiego o Zieloną Wazę.
W Sali Kominkowej
niektórzy są p oraz pierwszy, w tej liczbie prawie wszyscy znani już młodzi
poeci: Jerzy Szatkowski, Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Marek Słomiak, Wincenty
Różański, Jacek Juszczyk, Andrzej Babiński, Jolanta Nowak-Węklarowa, Antoni
Ryszard Hajczuk. Jerzy Beniamin Zimny ze swoją niedawno poślubioną małżonką
Bożeną.
Wszyscy wyżej wymienieni
znaleźli się w gronie kandydatów do nagrody głównej. Różański jak zawsze
dowcipkuje, jak zaznaczył na konkurs wysłał kilka linijek nocnych wypocin,
zaczyna cytować samego siebie: /…/ kiedy umrę włóżcie mi longplaya do trumny/…/
Tadeusz przerywa mu gestem niezadowolenia, bo podsłuchiwał Jerzego
Szatkowskiego założyciela grupy poetyckiej Wiry, który po studiach zakotwiczył
w tej podpoznańskiej wsi i wykorzystał
jej bardzo poetycką nazwę. Tadeusz mówił
o swoim udomowieniu, zawsze wokół czarnkowskich kominów, z wypadami do Kuźnicy
i Ciszkowa, gdzie często odwiedzał Jolę, ale z tych odwiedzin nic nie wyszło,
dlatego dzisiaj zjawił się w Pałacu ze swoją świtą – młodych pedagogów i
kandydatką na żonę, Jego pewność siebie zdradzała kolejny sukces jak w roku
ubiegłym, w tej samej sali. Tymczasem niedoceniany Andrzej Babiński zjawił się
ze swoją „Nike”, i pokazał że nie
tylko z nazwy jest „zwycięską”, Dodał jej odwagi i wbiegł na scenę z papierosem
w dłoni, wsadził go do kieszeni i nie zważał na tlący się materiał, dopiero gdy
niedopałek wypadł z kieszeni przez dziurę, raczył był go przydeptać i dalej recytował
swój zwycięski wiersz. Witek bez longplaya ale grzebieniem w dłoni postanowił
nieco przyczesać fryzurę małżonce Zimnego, mając nadzieję, że odbierze ten ruch
za dobrą monetę. Tymczasem schodzący ze sceny Babiński, podszedł do niego i
przypomniał że widok wieży kościelnej w Mosinie jest bardziej ubogi od widoku
jaki można ujrzeć we wsi Babina na Podlasiu? Bożena przypomniała Witkowi, że na sali
jest wiele dziewcząt z długimi włosami, więc
powinien się przesiąść.
Wyrwa ten z Wirów i od
Wirów przypomniał sobie, że rok wcześniej jako juror przyznał Zimnemu główną
nagrodę w konkursie poetyckim dla studentów, i że to zadecydowało, że ten,
znalazł się od tamtej pory w środowisku poznańskich poetów.
A co na to wszystko
Grupiński? Z nieskrywaną flegmą wręczył Babińskiemu Zieloną Wazę, i udał się w
stronę drzwi prowadzących do szatni. Przypomniał sobie, że w kieszeni kurtki
pozostawił z trudem zdobytą tabliczkę czekolady, którą miał zamiar wręczyć do podziału
nagrodzonym, Nagrodzeni byli już po kilku głębszych, podziękowali za słodkości,
i gremialnie opuścili salę i udali się w kierunku Rataj gdzie znajdował się
Akademik, tam odbyła się część artystyczna konkursu Zielonej Wazy, już bez
udziału Zimnego i Witka, którzy udali się w przeciwnym kierunku, z zamiarem
odbycia nasiadówki w Parku Górczyńskim. Chyba już wtedy Witek miał świadomość,
że będzie tutaj siedział nawet po śmierci.
A w parku jakby inny
świat, na ławkach siedzą dziewczęta w oczekiwaniu na przygodę i parę groszy.
Witek codziennie gdy nie pada deszcz nie musi oglądać telewizora, z okna ma
widok na reality show w wydaniu przygodnych aktorów, bez imion i nazwisk,
prezentują swoje walory cielesne inni napinają muskuły, dając damom do
zrozumienia ,że nie wszystko pokazują aby być bardziej ciekawym z pierwszym
stopniem do piekła?
Bywało, że obaj ze Stedem
podziwiali poznański folklor, na boku gawędząc o tych co na morzu i w lesie. Poezja była w
nich dlatego wszędzie, była i wszystko nią było, nawet pies w parku
dramatycznie poszukujący swojego pana. Sted wertował strofy Witka ale Witek był
jeden, niepowtarzalny, bardziej pierwiastkowy lirycznie, w przeciwieństwie do
Steda nie wyszukiwał tematów, trudno znaleźć u niego choćby jeden wiersz z
tytułem. Pisał wiecznie niekończący się wiersz.
Do Parku Górczyńskiego
jak dotąd nie wprowadził się żaden budowlaniec, od składowiska złomu do
składowiska materiałów budowlanych, wiodła codzienna trasa Witka gdy udawał się
do pobliskiej piekarni po chleb. Pod koniec kontaktu z parkiem, za chleb
płacił swoimi tomikami, a Sikorski przynosił mu konserwy, po papierosy chodził
sam, z czasem przeniósł się na Rataje do swojej miłości.
W przełomowych latach
70-tych, nikt o nic nie pytał, każdy wiedział gdzie ma iść, z kim spotykać, gdzie czytać wiersze, a gdzie
kupić wódkę, która była na kartki. Takim miejscem kupna spod lady, była
portiernia w akademiku, gdzie? Tego nie zdradzimy, a piwo to tylko przy
Kościelnej, gdzie najbliżej było Babińskiemu, ile razy Zimny musiał zboczyć z
drogi, aby stanąć oko w oko z twórcą Nike, złota ciecz
łagodziła wszystkie stresy wywołane polityką i przepychankami w
środowisku literackim.
CDN

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz