wtorek, 27 czerwca 2017

CENA DEBIUTU





     W moim dzienniku od dłuższego czasu niczego nie zanotowałem.  Bo i o czym mam pisać? Wstaję codziennie rano,  kiedy mam na to ochotę, nie sporządzam już listy czynności, ani nie ustalam sobie godzin posiłków. Czas u mnie nie znajdzie już posłuchu, a przestrzeń pokonuję coraz mniejszą. Dawniej - znaczy wczoraj, a jeszcze dawniej - znaczy rok temu. Poezja " klęczy" przede mną, ale jestem niewzruszony. Jak kawaler po przejściach -  na tyle doświadczony, że bez pudła potrafię określić co jest dobre, a co nie. Ale mogę się mylić. Tak, jak pomyliłem się w ocenie twórczości Jurka Grupińskiego, w czasach kiedy dzieliła nas miedza artystyczna. Ile w tym było mojej nieuwagi? Dzisiaj mogę powiedzieć, czytając ostatni projekt poznańskiego poety, że miałem dużo racji. Bo oto, jawi mi się ostatnio, całkiem nowy poeta, jakby po liftingu. Nie mogę oderwać się od lektury jego najnowszych wierszy. Są jak balsam na moją głowę skażoną stertami "twardej" poezji. Tak określam pewien rodzaj formatowania wierszy rozpoznawalnym językiem, zapożyczanym od liderów poezji minionego ćwierćwiecza. Jaskółki w osobach: Przybyły, Jurczaka, Dawida Mateusza (Kasiarza), i kilku innych  młodych poetów - nie utwierdziły mnie w przekonaniu, że wszystko idzie w dobrym kierunku.  Znani poeci, autorzy znakomitych tomików, zaczynają od pewnego czasu zniżać swoje loty (wydawać słabe tomiki). Nie będę wymieniał nazwisk, bo w dużej mierze trudno im się dziwić, bo nie łatwo jest utrzymać formę przez dłuższy okres,  w tak trudnej dyscyplinie jaką jest poezja. Do tego dochodzą problemy z wydawcami. Poezja nigdy nie była komercyjnym zajęciem. W takim stopniu jak to sobie wyobrażają wydawcy. Bez dotacji samorządowych i sponsorów trudno zwrócić się do kogokolwiek o wydanie książki. Jest nie najlepiej, a będzie jeszcze gorzej. Dlatego z radością witam każdy poetycki debiut wydany w prestiżowej oficynie. I mam pewność, że jest to dobry debiut. Doszło do tego, że ufam już  w ciemno.  
Tak było w przypadku Przybyły, Jurczaka i tak jest na ten moment z debiutem Kingi Weroniki de Walla. Wiem od dawna, że jest to duży talent. Szlif tego "diamenciku" trwa już dość długo. Poetka przewijała się na różnych konkursach, często nominowana, nagradzana, ale w ostatecznym rozrachunku zabrakło przysłowiowej kropki nad i. Kiedy dotarła do mnie wiadomość o przyznanym jej stypendium przez Marszałka Województwa Wielkopolskiego,  od razu wiedziałem, że za tym może kryć się  jej rychły debiut. I miałem rację. 
"Twarze niedomknięte", Redaktorem tomu jest Łukasz Jarosz. Poeta znany i bardzo ceniony, laureat wielu prestiżowych nagród. A wydawcą: Fundacja Kultury AFRONT. Nic dodać nic ująć. Wystarczy zajrzeć do książki aby się zorientować, że mamy kontakt z dobrą poezją. Cena debiutu zawsze jest wysoka, czego mają świadomość ci poeci, którzy nie spieszą się z wydaniem swojej debiutanckiej książki. Bo debiut może być przepustką na "salony poetyckie", albo początkiem końca "kariery poetyckiej". Ostatnio obserwuję zgoła odmienną sytuację, polegającą na nowym modelu popularności artysty. Chodzi o popularność medialną: "znany bo często widywany w prasie lub na ekranie, bo często pokazuje swoją twarz i dba o wizerunek". Poezja schodzi na dalszy plan.   Początek sukcesu. Tylko początek, bo trzeba jeszcze potwierdzić swoją wyższość nad innymi. Jest to zagadnienie umowne, ponieważ brakuje dzisiaj "wyroczni" z prawdziwego zdarzenia. Konkursy i nagrody ogólnopolskie nie są już tak respektowane przez czytelnika jak do niedawna to miało miejsce. Muszę przyznać, że tego trudnego zadania podjęli się sami poeci. Doskonale wiedzą gdzie szukać dobrej poezji. I na tym się kończy umowny system wartościowania poezji. Nikt mi nie powie, że tego trudnego zadania podjęli się akademicy? Kilka nazwisk nie stanowi obowiązującej reguły. Rozmawiałem niedawno z bardzo znanym wydawcą książek poetyckich, i w całej rozciągłości potwierdził moje spostrzeżenia. Komu wierzyć a komu nie? Kto namaszcza talenty a kto jest ich grabarzem? A komu nie zależy na opiniowaniu wydawnictw. Obserwuję paradoks polegający na odwróconej proporcji między ceną książki a wartością zawartej w niej poezji. Ceny książek poetyckich są wysokie, a poezja w nich zawarta w większości wydawnictw jest bliska zeru. No może parę złotych warta. Przesada, czy sarkazm z mojej strony. Sam nie wiem co robić, kupować książki poetyckie czy dać sobie z tym spokój? Ostatnio wydałem sporo kasy na długo zapowiadane książki kilku poetów obojga płci. Nie powiem, że żałuję. Raczej nie, ponieważ przekonałem się o swoich racjach, trafnych spostrzeżeniach zarejestrowanych w ostatnich latach. Poeci czegoś wiecznie szukają, pragną za wszelką cenę napisać znakomitą książkę, a zapominają przy tym o swojej poezji, swoim pisaniu, do którego przywykła spora grupa czytelników. W dużej mierze poetów. Im dalej w las tym więcej drzew, im dalej w poezję tym więcej poetyckich krzaków. Brakuje światła w tej wędrówce, a przecież kochamy przestrzeń, w której chcemy się swobodnie poruszać. Niestety coraz gęściej od słów, tak gęsto, że trzeba sobie odpuszczać tę krucjatę, bo nie wiadomo dokąd zmierza?           

Debiut poetki z Nowego Tomyśla zbiegł się z jubileuszem twórczym pewnego poety, który pisze wiersze od bardzo dawna. Jest poetą nietypowym, ta odmienność polega na tym, że nie wydaje on swoich wierszy. Nie widzi w tym sensu. Potrzeba pisania nie musi się wiązać z potrzebą wydawania. Dziwne. Zastanawiałem się długo, jak to jest możliwe. I doszedłem do wniosku,  że nie ma wyraźnego związku poety z jego utworami.  Poeta żyje swoim marnym życiem, wiersze idą w świat, wielki albo mały. Często mały świat jest bardziej wdzięczny poecie od tego, dużego? Znany mi poeta opowiada jakie jest jego życie. Bardziej poetyckie, z roku na rok jego wiersze choć stare wiekiem, są coraz młodsze, znajdują swoich odbiorców tam, gdzie nikt z piszących nie ma pojęcia, że są takie obszary gdzie wrażliwość ludzka na piękno jeszcze trąci zmurszałą strzechą. Niedawno piłem z nim wywar z "mięty". Symbol zdrowia poety, symbol ten ma drażliwy zapach, ale rozpoznawalny jest w poezji. Podobnie "czarny bez", ukoronowany przez Czerniawskiego  w debiutanckiej książce w połowie lat siedemdziesiątych.  A dzisiaj przywołano do liryki "krwawnik"? Zatem poezja krwawi w kolorze "sepii"? Stała się wieloramienną "mantrą", czym jeszcze próbuje być? Wiedzą to, tacy poeci jak Kinga Weronika de Walla, dlatego próbują ją od tego wyzwolić. W Nowym Tomyślu, mieście wikliny i Kapeli Zza Winkla, żyje także Edmund Pietryk, aktor, poeta, prozaik i krytyk literacki. 

Nowy Tomyśl, miasto leżące na moim zachodnim szlaku. Lubię tutaj zaglądać , zwłaszcza latem w czasie wiklinowych żniw, które przypominają mi liryczne żniwa, jeśli takie mają miejsce, lub kiedyś będą miały. Stawiam na Nowy Tomyśl i pamiętam też o mieszkającej tutaj poetce Dorocie Nowak, przy okazji zainteresowania poezją Kingi W. de Walla. Petryka nie muszę rekomendować był, jest i będzie twarzą tego miasta. Jak mój kolega szkolny Andrzej Bobkiewicz, jeden z liderów Kapeli Zza Winkla. I były burmistrz Ryszard Dziamski, też kolega ze szkolnej ławy. Do zobaczenia podczas wiklinowych żniw.  Może poetyckich. 


























czwartek, 15 czerwca 2017

Relacje liryczne


                                                                                                                                                                                                          RELACJE Stanisława Chutkowskiego z poezją polską są więcej niż poprawne.  Poznański poeta, inżynier z wykształcenia zaczął pisać stosunkowo niedawno, po przejściu na emeryturę. Jak wielu innych rodaków, wpadł w wir lirycznego słowa, i w okresie pięciu lat wydał cztery tomy poezji.  Początkowo, traktowałem sympatycznego inżyniera z rezerwą. Lokując jego pisanie w umownym koszyku lirycznych owoców wątpliwej jakości i gatunku. Pojedyncze utwory, które czytałem nie trafiały do mnie, ale moje uwagi kierowane do autora - jak się później okazało, nie trafiły w próżnię. Ostatni tom poezji pt. "Relacje" przyprawił mnie o zakłopotanie - przystąpiłem do niego z dużą rezerwą, a tu olbrzymie zaskoczenie: jest poezja więcej niż poprawna, jest poeta w miarę ukształtowany, jest powód do dumy środowiska, w którym  "dorastał swoim słowem" i w końcu sam może mieć satysfakcję z ogromu pracy włożonej w warsztat poetycki. Własny, odrębny warsztat, trzeba to podkreślić. 

"Dzieci Dąbrówki" z ojcem Jerzym Grupińskim piszą swój odrębny rozdział poezji poznańskiej. Ile przez ten klub literacki przewinęło się nazwisk, wystarczy że wymienię Dariusza Sośnickiego, i Magdę Gałkowską, jeszcze wcześniej - rzesza znanych i uznanych obecnie polskich poetów. Teraz stara się dotrzymać im kroku Stanisław Chutkowski, poeta, politechnik, człowiek pogodnego usposobienia, niezwykle pracowity i szanowany w środowisku. 

W tomie "Relacje" znajduję kilkanaście wierszy wysokich lotów. Bynajmniej nie podniebnych, jak najbardziej przyziemnych, uzbrojonych w słowa potoczne ale po mistrzowsku zestawione w liryczną formę. Poeta ucieka od patosu, obce mu są zawiłe metafory, a jak już, to sytuacyjne metafory, ale nieoderwane od rzeczywistości. Poeta unika bieganiny po podwórkach przeszłości, Nie wraca tam po ograne już tropy, szuka własnych określeń dla rzeczy i przedmiotów prostych, w powszechnym użytkowaniu,. Wspina się na mural szukając tam strof miejskich, ulic i parków gdzie dojrzewają nowe miłości,. Ale miasto staje się coraz mniej liryczne, dlatego stara się je upiększyć swoją oryginalną wyobraźnią: : /.../ "z wiekiem / zostaje fanem tego miejsca / przyzwyczaja się / przeciera ścieżki innego krajobrazu".   

"Inny" krajobraz, w nim te same ścieżki, i na nich inni ludzie. Poezja jest mniej podatna na skutki czasu, może oszukiwać czas, może szybciej kroczyć, i ma zdolności powrotu na chwilę, na spotkanie z kimś kogo już nie ma, na ponowne zobrazowanie dzieciństwa, w sposób odrębny bardziej urzeczywistniony: /.../ " wróciły wspomnienia dziecka / które przy lampie naftowej / ożywiało królika / wyczarowanego z ręki". I na koniec chęć poszukiwania tego, co zatracone w przeszłości. Nie na próżno, lecz jak najbardziej skuteczne mimo zmian i podeszłego już wieku autora: "opuszczam siebie / przekornie /wychodzę z powłoki / i staję nago / tak - nago / jak mnie uformowano / pragnę zacząć od początku / niech wejdę / gdzie nie byłem / pójdę tam po inne".

Nie ma nic ważniejszego dla poety, powinności pięknej i zarazem trudnej do zrealizowania jak - pójść tam, gdzie się nie było,  pójść po inne z tamtego czasu, i skonfrontować z teraźniejszością. Dorobić się statusu poety odrębnego. Chutkowskiemu coraz bliżej do tego, ale musi przyhamować swoje pióro i bardziej przyjrzeć się tekstom, własnym tekstom, tym które wybijają się ponad przeciętność i porównać je z pozostałymi wybranymi do druku. Czy jest tego świadomy? Raczej nie, ponieważ w omawianym tomie obok znakomitych wierszy pomieścił zdecydowanie słabsze. Gdyby tego uniknął tom byłby zdecydowanie lepszy. Jednak z książki na książkę, z wiersza na wiersz - dostrzegam u niego ogromną progresję jakości. Jest na najlepszej drodze do sukcesu,  mimo zaawansowanego wieku i późnego debiutu. Poezja na szczęście uniezależniła się od wszelkich miar, wiek autora i moment debiutu o niczym nie świadczą. Można być starym będąc młodym i na odwrót. Czas i miejsce tworzenia nigdy nie są i nie będą do końca skorelowane. Na tym polega siła tej pięknej sztuki.

Relacje, Stanisław Chutkowski, Wydawnictwo Kontekst, Poznań, 2017.



czwartek, 8 czerwca 2017

CZYTNIK LITERACKI w ramach aktywizacji czytelnictwa, w czytelniach na terenie Poznania.


Spotkanie w Domu Dziennego Pobytu na Osiedlu Piastowskim w Poznaniu.


Trzecia moja wizyta i kolejne nabyte doświadczenie. Tym razem poznańskie "Rataje", i nie Osiedle Młodych ale Osiedle Piastowskie. Położone na drugim brzegu Warty gdzie zamieszkuje znaczna część poznaniaków. Osiedla ratajskie "giną" za kurtyną drzew, które kiedyś sadziliśmy w czynie społecznym. Dzisiaj nie bez trudu odnalazłem "deskę", przy której w dobudówce (niegdyś pawilon handlowy) mieści się obecnie Klub Seniora "Promień". Tutaj każdego dnia seniorzy mogą korzystać z pracowni i sal do różnych zajęć w ramach zadeklarowanych zainteresowań. A także spożyć posiłek. Miejsce jakże potrzebne, usytuowane w środku dużego osiedla na wysokiej skarpie, skąd rozciąga się piękny widok na rzekę. Spotkanie miało charakter informacyjny ponieważ w tak interdyscyplinarnym środowisku jeszcze nie byłem. Jak zawsze "historyczna" część spotkania, przeplatana fragmentami "Gromnicy" dotyczącymi wydarzeń jakie miały miejsce w Poznaniu. Oraz moimi refleksjami dotyczącymi znanych w przeszłości zasłużonych poznaniaków. Podczas spotkania nie mogło zabraknąć poezji (czytałem wiersze z "Rubinosy") a na koniec poprosiłem Seniorów, aby podzielili się ze mną swoimi spostrzeżeniami i pytaniami, jeśli mają jakieś uwagi? Uwagi dotyczące losów bohatera "Gromnicy",  ponieważ jak się okazuje, wielu czytelników z nim się utożsamia, i zdarzają się przypadki, że w przeszłości, niektórzy mieli kontakt z innymi ( w powieści jest ich bardzo dużo) bohaterami mojej powieści? Nic dziwnego, w Gromnicy starałem się o autentyzm w najwyższym stopniu. Dzisiaj na sali było kilka osób, którzy w przeszłości mieli takie kontakty. I to w latach sześćdziesiątych. Tego typu informacje wzbogacą fabułę mojej kolejnej książki, która w zamyśle ma być dalszą częścią "Gromnicy".  
Przyrzekłem sympatycznym paniom i panom, pojawić się tutaj jeszcze raz. Poprzednie spotkania z udziałem naszych literatów, seniorzy bardzo sobie cenią. Zrozumiałem, że nie może to być jednorazowa akcja, Seniorzy zasługują na częstszy kontakt z ludźmi kultury. A nawet kontakt warsztatowy. Czego dowodem są upominki jakie otrzymałem, w postaci rękodzieł artystycznych. Za które z całego serca dziękuję. 







Jak w każdym takim spotkaniu, obdarowałem Seniorów książkami. Przekazałem egzemplarz "Gromnicy" dla biblioteki. I złożyłem przyrzeczenie rychłego, ponownego przybycia. 



Spotkanie z mieszkańcami Domu Pomocy Społecznej przy ulicy Niedziałkowskiego w Poznaniu



  
Poznań, miasto naszych spełnień i miłości. Miasto gdzie pozostawiliśmy tyle dobrych uczynków, pracy i nauki dla dobra młodszych pokoleń. Miasto, które będzie naszym do końca.

Pod tym hasłem spędziłem kilka wzruszających chwil wśród Pań, mieszkanek dzielnicy Wildy.  Trudno przyjąć postawę stosowną do okoliczności. Trema, niepokój, pokonanie muru milczenia, potem przyjacielska pogawędka, a mimo to czuję nutkę nostalgii, niepokój o jutro i z pewnością - dozę nieufności. Staram się stworzyć ciepłą atmosferę, opowiadam o Poznaniu mojej młodości - dostrzegam radość w oczach pań, bo to jest także ich młodość. Ich tamten Poznań, i tamte nieistniejące już miejsca. Ale jest też w moim wyznaniu nowy Poznań. Literacki Poznań i liryczne miejsca, do których trzeba wracać, choćby pamięcią. 

Czas nagli, kolejne zajęcia wynikające z grafiku. Potem kolejny posiłek, kolejna porcja lekarstw. Spojrzenie w okno. Dzisiaj jest dzień pochmurny, od rana padało, chłodniej. Oby jak najmniej takich dni, oby jak najwięcej słońca w życiu  tych pań, które z żalem opuszczam. Pokora i szacunek nakazują mi tutaj powracać. Z dobrą nowiną, z uśmiechem na ustach. 




Spotkanie z mieszkańcami Domu Pomocy Społecznej przy ulicy Ugory w Poznaniu


W ramach terapii zajęciowej seniorzy recytowali teksty ludowe, oraz teksty piosenek. 




Największą radość seniorom sprawiły książki poetyckie, Rozdałem wszystkim bez wyjątku, nawet nieobecnym pensjonariuszom, którzy nie mogli uczestniczyć w spotkaniu. 

Moja obecność w dawnym Domu Weterana po blisko czterdziestu latach, utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie ma spraw ważniejszych od oczekiwań ludzi przebywających w domach opieki społecznej. Nie przypuszczałem, że takie kontakty są dla nich aż tak ważne. Z Domem Weterana łączy mnie stosunek szczególny, tutaj mieszkał i tutaj dokonał żywota brat mojej mamy, powstaniec wielkopolski, Uczestnik Bitwy Warszawskiej, wcześniej żołnierz gen. Hallera. Tutaj w latach siedemdziesiątych często bywałem. Tutaj Wujek otrzymał szlify podporucznika i krzyż powstańczy, na krótko przed śmiercią. Spoczywa na cmentarzu w Zbąszyniu. 

Przyrzekłem seniorom odwiedzać ich częściej, obiecałem też dostarczać im książki, Niestety  nie mogłem przekazać im powieści pt. "Gromnica", fragmenty której czytała moja żona, bo nakład został wyczerpany. Przekazałem tylko jeden archiwalny egzemplarz dla  biblioteki.

Foto Kamil Figas