wtorek, 4 lipca 2017

VI Trzos króla Eryka dla Karola Graczyka




PROTOKÓŁ 

z posiedzenia Jury VI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego " O Trzos Króla Eryka" w Darłowie.
Jury w składzie:
Marta Podgórnik- przewodnIcząca
Elżbieta Tylenda - członek
Jerzy B. Zimny - członek
Arkadiusz Sip - sekretarz

po zapoznaniu się z 104 zestawami wierszy przyznało następujące nagrody:
Nagroda Główna - Karol Graczyk z Torunia -godło " betonowy gołąb"
I wyróżnienie - Magdalena Cybulska z Łodzi -godło "POLYGONUM'
II wyróżnienie - Paweł Podlipniak z Radomia -godło "czeski kosmonauta"
III wyróżnienie - Anita Katarzyna Wiśniewska z Warszawy -godło " Cystisus scoparius"

Nagroda Burmistrza Darłowa za wiersz o tematyce morskiej Krzysztof Rejmer z Warszawy -godło "Arbor inversa" tytuł wiersza: "Wyznania Humbaka”.


Ponadto wyróżniono następujące zestawy: Joanna Jakubowska z Dubieninek -godło "Ljubimyj Aktior", Artur Śliwiński z Warszawy - godło "Velvet" , Piotr Zemanek z Bielska-Białej -godło Prince Poetry", Marcin Jurzysta z Torunia -godło "DEXTER MORGAN”.
Ponadto do almanachu Jury proponuje jeszcze dwa wiersze: Lech Lament z Turku -godło “Bryza” wiersz “Latarnik" oraz Grażyna Tatarska z Pruszkowa -godło “Pan Tadzio” wiersz "Etiuda znad Bałtyku”.

Gala VI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego " O Trzos Króla Eryka” odbyła  się 27 maja w Zamku Książąt Pomorskich w Darłowie.


To już szóste wydanie konkursu poetyckiego o "Trzos króla Eryka",  i szósta odsłona dobrej poezji w Darłowie, z udziałem poetów z całego kraju.  Z końcem maja każdego roku, to urocze miasto otwiera swoje podwoje dla ludzi pióra.  Na Zamku Książąt Pomorskich tym razem w roli zwycięzcy pojawił się Karol Graczyk z Torunia w towarzystwie uroczej małżonki.  Przybył także Artur Burszta, szef Biura Literackiego,  oraz pozostali laureaci , ci którym nic nie stanęło na przeszkodzie aby dotrzeć do Darłowa. Z  różnych względów nie przybyli: Magdalena Cybulska, zdobywczyni drugiej nagrody oraz Paweł Podlipniak, trzeci w kolejności nagrodzonych.  Więc jak można się domyśleć, dla niektórych konkurs stanowi sposób na życie.  Bardzo często zdarza się, że laureat nie mógł przybyć, bo w tym samym okresie, odbiera bądź ma odebrać nagrodę w innym miejscu? Samo życie poetyckie - sposób na dodatkowy zarobek, przy okazji kolejny laur do biogramu.  Tyle wstępu do relacji.


Małżeństwo poetyckie Graczyków: Marta Kapelińska i Karol. On pochodzi z Gorzowa Wlkp, Ona z Konina. Poznali się w Toruniu i tam osiedlili, niedawno założyli rodzinę. Poetycką rodzinę? Karol pewnie będzie protestował, ponieważ uważa, że poezji nie wolno łączyć z życiem rodzinnym. Bo poezja to zainteresowanie, sposób na zagospodarowane wolnego czasu. Wreszcie możliwość podbudowania rodzinnego budżetu. Aktywność poetycka małżonków Graczyków jest imponująca, zwłaszcza ich sukcesy na terenie kraju. Karol, laureat "Lubuskiego Wawrzynu", Marta debiutująca w prestiżowej oficynie wydawniczej w Poznaniu. Tej samej, w której debiutował jeden z najlepszych obecnie poetów w województwie Zachodniopomorskim - Dominik Żyburtowicz - poeta z Koszalina, pochodzący z Drawska Pomorskiego. Związki znanych, młodych poetów są zadziwiające. Ich drogi krzyżują się na poetyckich szlakach, gdzie są takie magiczne miejsca jak Darłowo.  Dominik, Karol ,Marta, wcześniej obecny prezes oddziału słupskiego ZLP, Jerzy Fryckowski, i wielu innych znanych poetów,  gościli na zamku w Darłowie.  Pozostawili tutaj trwały swój ślad w postaci wierszy dedykowanych temu uroczemu miastu.

Konkurs darłowski ma jeszcze inny, szczególny wymiar. W Darłowie jak dotąd gościli wybitni polscy poeci, w osobach Andrzeja Sosnowskiego, Karola Maliszewskiego, Macieja Meleckiego. Jurorami byli  między innymi: Krzysztof Kuczkowski, Bogdan Zadura, Lech Jakób, czy obecnie Marta Podgórnik. Wielka poezja rozbrzmiewa na darłowskim zamku, tutaj rodzą się sympatie twórcze, zainteresowania poezją, jej szerokim spektrum. W czasie ostatniej edycji na zamku obecny był jak już wspomniałem, szef Biura Literackiego, Artur Burszta. W swoim wystąpieniu ocenił sytuację na rynku wydawnictw literackich. Zwłaszcza poezji. Od dawna wiadomo, że jest jak jest, bez szczególnych osiągnięć. Książka poetycka nie jest towarem deficytowym i nigdy nie będzie. W przeszłości z pewnymi wyjątkami, też nie była, ponieważ system dystrybucji obejmował obowiązkowo większość bibliotek w kraju.  Stąd znaczne nakłady wydawanych książek. Artur Burszta podkreślił  znaczenie dystrybucji książek, wymienił także nagrody medialne, których to znaczenie jest coraz mniejsze.  Nie mają już takiego wpływu  na preferencje czytelników.  Burszta zwrócił uwagę na zjawisko dyslokacji poezji z dużych miast do małych miejscowości. Niewątpliwie jest w tym spostrzeżeniu dużo prawdy, o czym sam się przekonałem w  ubiegłym roku, w którym to miałem dużo kontaktów z czytelnikami w małych miejscowościach. Jeśli przyjrzeć się geografii poezji pod kątem czytelnika, widać to bardzo wyraźnie, warto jeszcze dodać, że książki poetyckie kupują przede wszystkim ludzie młodzi.

Wieczorem w kafejce przy nabrzeżu portowym długo dyskutowaliśmy z  Arkadiuszem Sipem, dyrektorem Darłowskiego Ośrodka Kultury, na temat kultury na prowincji. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że w dużym mieście można żyć bardziej prowincjonalnie aniżeli w mały miasteczku.  W Darłowie nie brakuje ambitnych imprez kulturalnych.  Cyklicznych, lecz przede wszystkim liczy się to, co się robi na co dzień.  Dla mieszkańców, którzy mają różne zainteresowania, miasto musi wyjść ku temu naprzeciw.  Do późnych godzin, do chłodnej bryzy  wiejącej od morza, trwała nasza biesiada podbudowana pysznymi lodami i piwem.  Poeci recytowali swoje wiersze, ptaki przekrzykiwały spacerowiczów.  Szkoda tylko że tym razem zabrakło w Darłowie, inicjatorki tego pięknego konkursu, Elżbiety Tylendy.  Z powodu choroby nie mogła uczestniczyć w tej szczególnej imprezie. Byliśmy z nią myślami, jak zawsze w trudnych chwilach, które ostatnio przeplatają się z momentami dobrymi. W Darłowie zwłaszcza. Bo to jest miasto, które łączy ludzi wrażliwych na piękno i naturę, niezależnie od pory roku.

Poznań, 3 lipca 2017.


         od lewejj: Karol Graczyk, Marta Kapelińska, Katarzyna Wiśniewska, Bożena Zimny


                                     z prawej strony  dyrektor DOK w Darłowie, Arkadiusz Sip



                                                                   Karol Graczyk


                                         w Darłowie zawsze jest słońce i piękne Panie







wtorek, 27 czerwca 2017

CENA DEBIUTU





     W moim dzienniku od dłuższego czasu niczego nie zanotowałem.  Bo i o czym mam pisać? Wstaję codziennie rano,  kiedy mam na to ochotę, nie sporządzam już listy czynności, ani nie ustalam sobie godzin posiłków. Czas u mnie nie znajdzie już posłuchu, a przestrzeń pokonuję coraz mniejszą. Dawniej - znaczy wczoraj, a jeszcze dawniej - znaczy rok temu. Poezja " klęczy" przede mną, ale jestem niewzruszony. Jak kawaler po przejściach -  na tyle doświadczony, że bez pudła potrafię określić co jest dobre, a co nie. Ale mogę się mylić. Tak, jak pomyliłem się w ocenie twórczości Jurka Grupińskiego, w czasach kiedy dzieliła nas miedza artystyczna. Ile w tym było mojej nieuwagi? Dzisiaj mogę powiedzieć, czytając ostatni projekt poznańskiego poety, że miałem dużo racji. Bo oto, jawi mi się ostatnio, całkiem nowy poeta, jakby po liftingu. Nie mogę oderwać się od lektury jego najnowszych wierszy. Są jak balsam na moją głowę skażoną stertami "twardej" poezji. Tak określam pewien rodzaj formatowania wierszy rozpoznawalnym językiem, zapożyczanym od liderów poezji minionego ćwierćwiecza. Jaskółki w osobach: Przybyły, Jurczaka, Dawida Mateusza (Kasiarza), i kilku innych  młodych poetów - nie utwierdziły mnie w przekonaniu, że wszystko idzie w dobrym kierunku.  Znani poeci, autorzy znakomitych tomików, zaczynają od pewnego czasu zniżać swoje loty (wydawać słabe tomiki). Nie będę wymieniał nazwisk, bo w dużej mierze trudno im się dziwić, bo nie łatwo jest utrzymać formę przez dłuższy okres,  w tak trudnej dyscyplinie jaką jest poezja. Do tego dochodzą problemy z wydawcami. Poezja nigdy nie była komercyjnym zajęciem. W takim stopniu jak to sobie wyobrażają wydawcy. Bez dotacji samorządowych i sponsorów trudno zwrócić się do kogokolwiek o wydanie książki. Jest nie najlepiej, a będzie jeszcze gorzej. Dlatego z radością witam każdy poetycki debiut wydany w prestiżowej oficynie. I mam pewność, że jest to dobry debiut. Doszło do tego, że ufam już  w ciemno.  
Tak było w przypadku Przybyły, Jurczaka i tak jest na ten moment z debiutem Kingi Weroniki de Walla. Wiem od dawna, że jest to duży talent. Szlif tego "diamenciku" trwa już dość długo. Poetka przewijała się na różnych konkursach, często nominowana, nagradzana, ale w ostatecznym rozrachunku zabrakło przysłowiowej kropki nad i. Kiedy dotarła do mnie wiadomość o przyznanym jej stypendium przez Marszałka Województwa Wielkopolskiego,  od razu wiedziałem, że za tym może kryć się  jej rychły debiut. I miałem rację. 
"Twarze niedomknięte", Redaktorem tomu jest Łukasz Jarosz. Poeta znany i bardzo ceniony, laureat wielu prestiżowych nagród. A wydawcą: Fundacja Kultury AFRONT. Nic dodać nic ująć. Wystarczy zajrzeć do książki aby się zorientować, że mamy kontakt z dobrą poezją. Cena debiutu zawsze jest wysoka, czego mają świadomość ci poeci, którzy nie spieszą się z wydaniem swojej debiutanckiej książki. Bo debiut może być przepustką na "salony poetyckie", albo początkiem końca "kariery poetyckiej". Ostatnio obserwuję zgoła odmienną sytuację, polegającą na nowym modelu popularności artysty. Chodzi o popularność medialną: "znany bo często widywany w prasie lub na ekranie, bo często pokazuje swoją twarz i dba o wizerunek". Poezja schodzi na dalszy plan.   Początek sukcesu. Tylko początek, bo trzeba jeszcze potwierdzić swoją wyższość nad innymi. Jest to zagadnienie umowne, ponieważ brakuje dzisiaj "wyroczni" z prawdziwego zdarzenia. Konkursy i nagrody ogólnopolskie nie są już tak respektowane przez czytelnika jak do niedawna to miało miejsce. Muszę przyznać, że tego trudnego zadania podjęli się sami poeci. Doskonale wiedzą gdzie szukać dobrej poezji. I na tym się kończy umowny system wartościowania poezji. Nikt mi nie powie, że tego trudnego zadania podjęli się akademicy? Kilka nazwisk nie stanowi obowiązującej reguły. Rozmawiałem niedawno z bardzo znanym wydawcą książek poetyckich, i w całej rozciągłości potwierdził moje spostrzeżenia. Komu wierzyć a komu nie? Kto namaszcza talenty a kto jest ich grabarzem? A komu nie zależy na opiniowaniu wydawnictw. Obserwuję paradoks polegający na odwróconej proporcji między ceną książki a wartością zawartej w niej poezji. Ceny książek poetyckich są wysokie, a poezja w nich zawarta w większości wydawnictw jest bliska zeru. No może parę złotych warta. Przesada, czy sarkazm z mojej strony. Sam nie wiem co robić, kupować książki poetyckie czy dać sobie z tym spokój? Ostatnio wydałem sporo kasy na długo zapowiadane książki kilku poetów obojga płci. Nie powiem, że żałuję. Raczej nie, ponieważ przekonałem się o swoich racjach, trafnych spostrzeżeniach zarejestrowanych w ostatnich latach. Poeci czegoś wiecznie szukają, pragną za wszelką cenę napisać znakomitą książkę, a zapominają przy tym o swojej poezji, swoim pisaniu, do którego przywykła spora grupa czytelników. W dużej mierze poetów. Im dalej w las tym więcej drzew, im dalej w poezję tym więcej poetyckich krzaków. Brakuje światła w tej wędrówce, a przecież kochamy przestrzeń, w której chcemy się swobodnie poruszać. Niestety coraz gęściej od słów, tak gęsto, że trzeba sobie odpuszczać tę krucjatę, bo nie wiadomo dokąd zmierza?           

Debiut poetki z Nowego Tomyśla zbiegł się z jubileuszem twórczym pewnego poety, który pisze wiersze od bardzo dawna. Jest poetą nietypowym, ta odmienność polega na tym, że nie wydaje on swoich wierszy. Nie widzi w tym sensu. Potrzeba pisania nie musi się wiązać z potrzebą wydawania. Dziwne. Zastanawiałem się długo, jak to jest możliwe. I doszedłem do wniosku,  że nie ma wyraźnego związku poety z jego utworami.  Poeta żyje swoim marnym życiem, wiersze idą w świat, wielki albo mały. Często mały świat jest bardziej wdzięczny poecie od tego, dużego? Znany mi poeta opowiada jakie jest jego życie. Bardziej poetyckie, z roku na rok jego wiersze choć stare wiekiem, są coraz młodsze, znajdują swoich odbiorców tam, gdzie nikt z piszących nie ma pojęcia, że są takie obszary gdzie wrażliwość ludzka na piękno jeszcze trąci zmurszałą strzechą. Niedawno piłem z nim wywar z "mięty". Symbol zdrowia poety, symbol ten ma drażliwy zapach, ale rozpoznawalny jest w poezji. Podobnie "czarny bez", ukoronowany przez Czerniawskiego  w debiutanckiej książce w połowie lat siedemdziesiątych.  A dzisiaj przywołano do liryki "krwawnik"? Zatem poezja krwawi w kolorze "sepii"? Stała się wieloramienną "mantrą", czym jeszcze próbuje być? Wiedzą to, tacy poeci jak Kinga Weronika de Walla, dlatego próbują ją od tego wyzwolić. W Nowym Tomyślu, mieście wikliny i Kapeli Zza Winkla, żyje także Edmund Pietryk, aktor, poeta, prozaik i krytyk literacki. 

Nowy Tomyśl, miasto leżące na moim zachodnim szlaku. Lubię tutaj zaglądać , zwłaszcza latem w czasie wiklinowych żniw, które przypominają mi liryczne żniwa, jeśli takie mają miejsce, lub kiedyś będą miały. Stawiam na Nowy Tomyśl i pamiętam też o mieszkającej tutaj poetce Dorocie Nowak, przy okazji zainteresowania poezją Kingi W. de Walla. Petryka nie muszę rekomendować był, jest i będzie twarzą tego miasta. Jak mój kolega szkolny Andrzej Bobkiewicz, jeden z liderów Kapeli Zza Winkla. I były burmistrz Ryszard Dziamski, też kolega ze szkolnej ławy. Do zobaczenia podczas wiklinowych żniw.  Może poetyckich. 


























czwartek, 15 czerwca 2017

Relacje liryczne


                                                                                                                                                                                                          RELACJE Stanisława Chutkowskiego z poezją polską są więcej niż poprawne.  Poznański poeta, inżynier z wykształcenia zaczął pisać stosunkowo niedawno, po przejściu na emeryturę. Jak wielu innych rodaków, wpadł w wir lirycznego słowa, i w okresie pięciu lat wydał cztery tomy poezji.  Początkowo, traktowałem sympatycznego inżyniera z rezerwą. Lokując jego pisanie w umownym koszyku lirycznych owoców wątpliwej jakości i gatunku. Pojedyncze utwory, które czytałem nie trafiały do mnie, ale moje uwagi kierowane do autora - jak się później okazało, nie trafiły w próżnię. Ostatni tom poezji pt. "Relacje" przyprawił mnie o zakłopotanie - przystąpiłem do niego z dużą rezerwą, a tu olbrzymie zaskoczenie: jest poezja więcej niż poprawna, jest poeta w miarę ukształtowany, jest powód do dumy środowiska, w którym  "dorastał swoim słowem" i w końcu sam może mieć satysfakcję z ogromu pracy włożonej w warsztat poetycki. Własny, odrębny warsztat, trzeba to podkreślić. 

"Dzieci Dąbrówki" z ojcem Jerzym Grupińskim piszą swój odrębny rozdział poezji poznańskiej. Ile przez ten klub literacki przewinęło się nazwisk, wystarczy że wymienię Dariusza Sośnickiego, i Magdę Gałkowską, jeszcze wcześniej - rzesza znanych i uznanych obecnie polskich poetów. Teraz stara się dotrzymać im kroku Stanisław Chutkowski, poeta, politechnik, człowiek pogodnego usposobienia, niezwykle pracowity i szanowany w środowisku. 

W tomie "Relacje" znajduję kilkanaście wierszy wysokich lotów. Bynajmniej nie podniebnych, jak najbardziej przyziemnych, uzbrojonych w słowa potoczne ale po mistrzowsku zestawione w liryczną formę. Poeta ucieka od patosu, obce mu są zawiłe metafory, a jak już, to sytuacyjne metafory, ale nieoderwane od rzeczywistości. Poeta unika bieganiny po podwórkach przeszłości, Nie wraca tam po ograne już tropy, szuka własnych określeń dla rzeczy i przedmiotów prostych, w powszechnym użytkowaniu,. Wspina się na mural szukając tam strof miejskich, ulic i parków gdzie dojrzewają nowe miłości,. Ale miasto staje się coraz mniej liryczne, dlatego stara się je upiększyć swoją oryginalną wyobraźnią: : /.../ "z wiekiem / zostaje fanem tego miejsca / przyzwyczaja się / przeciera ścieżki innego krajobrazu".   

"Inny" krajobraz, w nim te same ścieżki, i na nich inni ludzie. Poezja jest mniej podatna na skutki czasu, może oszukiwać czas, może szybciej kroczyć, i ma zdolności powrotu na chwilę, na spotkanie z kimś kogo już nie ma, na ponowne zobrazowanie dzieciństwa, w sposób odrębny bardziej urzeczywistniony: /.../ " wróciły wspomnienia dziecka / które przy lampie naftowej / ożywiało królika / wyczarowanego z ręki". I na koniec chęć poszukiwania tego, co zatracone w przeszłości. Nie na próżno, lecz jak najbardziej skuteczne mimo zmian i podeszłego już wieku autora: "opuszczam siebie / przekornie /wychodzę z powłoki / i staję nago / tak - nago / jak mnie uformowano / pragnę zacząć od początku / niech wejdę / gdzie nie byłem / pójdę tam po inne".

Nie ma nic ważniejszego dla poety, powinności pięknej i zarazem trudnej do zrealizowania jak - pójść tam, gdzie się nie było,  pójść po inne z tamtego czasu, i skonfrontować z teraźniejszością. Dorobić się statusu poety odrębnego. Chutkowskiemu coraz bliżej do tego, ale musi przyhamować swoje pióro i bardziej przyjrzeć się tekstom, własnym tekstom, tym które wybijają się ponad przeciętność i porównać je z pozostałymi wybranymi do druku. Czy jest tego świadomy? Raczej nie, ponieważ w omawianym tomie obok znakomitych wierszy pomieścił zdecydowanie słabsze. Gdyby tego uniknął tom byłby zdecydowanie lepszy. Jednak z książki na książkę, z wiersza na wiersz - dostrzegam u niego ogromną progresję jakości. Jest na najlepszej drodze do sukcesu,  mimo zaawansowanego wieku i późnego debiutu. Poezja na szczęście uniezależniła się od wszelkich miar, wiek autora i moment debiutu o niczym nie świadczą. Można być starym będąc młodym i na odwrót. Czas i miejsce tworzenia nigdy nie są i nie będą do końca skorelowane. Na tym polega siła tej pięknej sztuki.

Relacje, Stanisław Chutkowski, Wydawnictwo Kontekst, Poznań, 2017.



czwartek, 8 czerwca 2017

CZYTNIK LITERACKI w ramach aktywizacji czytelnictwa, w czytelniach na terenie Poznania.


Spotkanie w Domu Dziennego Pobytu na Osiedlu Piastowskim w Poznaniu.


Trzecia moja wizyta i kolejne nabyte doświadczenie. Tym razem poznańskie "Rataje", i nie Osiedle Młodych ale Osiedle Piastowskie. Położone na drugim brzegu Warty gdzie zamieszkuje znaczna część poznaniaków. Osiedla ratajskie "giną" za kurtyną drzew, które kiedyś sadziliśmy w czynie społecznym. Dzisiaj nie bez trudu odnalazłem "deskę", przy której w dobudówce (niegdyś pawilon handlowy) mieści się obecnie Klub Seniora "Promień". Tutaj każdego dnia seniorzy mogą korzystać z pracowni i sal do różnych zajęć w ramach zadeklarowanych zainteresowań. A także spożyć posiłek. Miejsce jakże potrzebne, usytuowane w środku dużego osiedla na wysokiej skarpie, skąd rozciąga się piękny widok na rzekę. Spotkanie miało charakter informacyjny ponieważ w tak interdyscyplinarnym środowisku jeszcze nie byłem. Jak zawsze "historyczna" część spotkania, przeplatana fragmentami "Gromnicy" dotyczącymi wydarzeń jakie miały miejsce w Poznaniu. Oraz moimi refleksjami dotyczącymi znanych w przeszłości zasłużonych poznaniaków. Podczas spotkania nie mogło zabraknąć poezji (czytałem wiersze z "Rubinosy") a na koniec poprosiłem Seniorów, aby podzielili się ze mną swoimi spostrzeżeniami i pytaniami, jeśli mają jakieś uwagi? Uwagi dotyczące losów bohatera "Gromnicy",  ponieważ jak się okazuje, wielu czytelników z nim się utożsamia, i zdarzają się przypadki, że w przeszłości, niektórzy mieli kontakt z innymi ( w powieści jest ich bardzo dużo) bohaterami mojej powieści? Nic dziwnego, w Gromnicy starałem się o autentyzm w najwyższym stopniu. Dzisiaj na sali było kilka osób, którzy w przeszłości mieli takie kontakty. I to w latach sześćdziesiątych. Tego typu informacje wzbogacą fabułę mojej kolejnej książki, która w zamyśle ma być dalszą częścią "Gromnicy".  
Przyrzekłem sympatycznym paniom i panom, pojawić się tutaj jeszcze raz. Poprzednie spotkania z udziałem naszych literatów, seniorzy bardzo sobie cenią. Zrozumiałem, że nie może to być jednorazowa akcja, Seniorzy zasługują na częstszy kontakt z ludźmi kultury. A nawet kontakt warsztatowy. Czego dowodem są upominki jakie otrzymałem, w postaci rękodzieł artystycznych. Za które z całego serca dziękuję. 







Jak w każdym takim spotkaniu, obdarowałem Seniorów książkami. Przekazałem egzemplarz "Gromnicy" dla biblioteki. I złożyłem przyrzeczenie rychłego, ponownego przybycia. 



Spotkanie z mieszkańcami Domu Pomocy Społecznej przy ulicy Niedziałkowskiego w Poznaniu



  
Poznań, miasto naszych spełnień i miłości. Miasto gdzie pozostawiliśmy tyle dobrych uczynków, pracy i nauki dla dobra młodszych pokoleń. Miasto, które będzie naszym do końca.

Pod tym hasłem spędziłem kilka wzruszających chwil wśród Pań, mieszkanek dzielnicy Wildy.  Trudno przyjąć postawę stosowną do okoliczności. Trema, niepokój, pokonanie muru milczenia, potem przyjacielska pogawędka, a mimo to czuję nutkę nostalgii, niepokój o jutro i z pewnością - dozę nieufności. Staram się stworzyć ciepłą atmosferę, opowiadam o Poznaniu mojej młodości - dostrzegam radość w oczach pań, bo to jest także ich młodość. Ich tamten Poznań, i tamte nieistniejące już miejsca. Ale jest też w moim wyznaniu nowy Poznań. Literacki Poznań i liryczne miejsca, do których trzeba wracać, choćby pamięcią. 

Czas nagli, kolejne zajęcia wynikające z grafiku. Potem kolejny posiłek, kolejna porcja lekarstw. Spojrzenie w okno. Dzisiaj jest dzień pochmurny, od rana padało, chłodniej. Oby jak najmniej takich dni, oby jak najwięcej słońca w życiu  tych pań, które z żalem opuszczam. Pokora i szacunek nakazują mi tutaj powracać. Z dobrą nowiną, z uśmiechem na ustach. 




Spotkanie z mieszkańcami Domu Pomocy Społecznej przy ulicy Ugory w Poznaniu


W ramach terapii zajęciowej seniorzy recytowali teksty ludowe, oraz teksty piosenek. 




Największą radość seniorom sprawiły książki poetyckie, Rozdałem wszystkim bez wyjątku, nawet nieobecnym pensjonariuszom, którzy nie mogli uczestniczyć w spotkaniu. 

Moja obecność w dawnym Domu Weterana po blisko czterdziestu latach, utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie ma spraw ważniejszych od oczekiwań ludzi przebywających w domach opieki społecznej. Nie przypuszczałem, że takie kontakty są dla nich aż tak ważne. Z Domem Weterana łączy mnie stosunek szczególny, tutaj mieszkał i tutaj dokonał żywota brat mojej mamy, powstaniec wielkopolski, Uczestnik Bitwy Warszawskiej, wcześniej żołnierz gen. Hallera. Tutaj w latach siedemdziesiątych często bywałem. Tutaj Wujek otrzymał szlify podporucznika i krzyż powstańczy, na krótko przed śmiercią. Spoczywa na cmentarzu w Zbąszyniu. 

Przyrzekłem seniorom odwiedzać ich częściej, obiecałem też dostarczać im książki, Niestety  nie mogłem przekazać im powieści pt. "Gromnica", fragmenty której czytała moja żona, bo nakład został wyczerpany. Przekazałem tylko jeden archiwalny egzemplarz dla  biblioteki.

Foto Kamil Figas

piątek, 26 maja 2017

Dzień Matki





List do matki


Mamo, czy masz w rękach wrzeciono, igłę
która krwawi, grzebień na te włosy anielskie twoje.

Ja jestem w sobie a noce są już nieziemskie.
Grzech zatrzymuje moje listy do ciebie.

W modlitwach staram się o skrzypce i nuty do nich.
Coraz trudniej o skrzydlate myśli. Jeśli masz wolną

chwilę posłuchaj co u mnie w niedoli. Zajrzyj choć
do snu. Jestem tam rzeczywisty i przestałem pić.

Przestałem też żyć bez ciebie i teraz mam trumnę
wszędzie. Nawet w wierszach stoi otwarta. Każde

słowo jak gwóźdź, każda metafora podobna czaszce
która jeszcze mówi dobranoc. A ja przecież  nie śpię.

Czuwam nad swoim ciałem aby nie ostygło. Zawsze
jest październik w nowiu, pierwszy szron na liściach.



 (z tomu Rubinosa, 2011)

środa, 24 maja 2017

Poezja na Zapiecku




Szynobus zawiózł nas do Gorzowa. Po co? 
Poeci często zadają  takie pytania ale nigdy nie udzielają na nie odpowiedzi.  Nie wiedzą też dlaczego czytają swoje wiersze, nie wiedzą do końca kto ich słucha, 
Jerzy Grupiński należy do nielicznych poetów, którzy wiedzą wszystko. Dlatego wczoraj dał popis jak nie zanudzać słuchaczy, jak nie łapać się przeróżnych sztuczek w celu "kupienia" publiczności, bez klaki, słodyczy, bez wyszukanych metod  - aby w ten sposób zaistnieć w głowach czytelników, i co najważniejsze - nie usypiać ich swoim nudnym występem.  Wczoraj na Zapiecku miałem wrażenie, że jestem w teatrze jednego autora, i że spektakl mógłby trwać o wiele dłużej. 

Nigdy nie byłem świadkiem imprezy, podczas której autor przeczytał tylko cztery wiersze wybrane z najwyższej półki. Wiersze powalające każdego na sali bez względu na wiek i osobiste percepcje. Na Zapiecku w gościnie u Pani Barbary Schroeder spędziliśmy urocze popołudnie. Szkoda tylko, że trzeba było zakończyć spotkanie z powodu braku czasu. Nie było zadawania pytań, nie było dyskusji w kuluarach, Nie było rozmów do późnych godzin nocnych.  To musimy odłożyć do przyszłego roku, w którym będzie kilka okazji po temu. Łącznie z jubileuszem poznańskiego poety rodem z Wronek.

Stworzył swój poetycki świat i ukształtował swoją poetycką osobowość, niegdyś zrównoważony poeta (waga i warga) ukształtowany jak morska fala przez wiatr, zamieszkał w pogodzie - tak było wczoraj na nadwarciańskim bulwarze kiedy Pani Barbara pełniła rolę miejscowej Cicerone przekazując nam ciekawostki  związane w miastem. Potem przy wybornym serniku i aromatycznej kawie daliśmy upust swoim temperamentom w składzie: "ostatniego takiego trio" w Poznaniu, który niespodziewanie zjawił się tutaj. Trzecim do stołu jest Andrzej Haegenbarth, poeta, krytyk sztuki, artysta plastyk, publicysta.  Profesjonał w wielu dziedzinach twórczych, człowiek który nigdy nie pracował w wyuczonych zawodach. Wczorajsze spotkanie było naszym pierwszym spotkaniem po trzydziestu latach. W przeszłości łączył nas poznański "Nurt" i pamiętne spotkanie autorskie w "Sali Kominkowej", które nam zafundował Jerzy, bardzo dawno temu. Byliśmy wtedy młodzi, wczoraj też w młodzieńczym nastroju spacerowaliśmy po Gorzowie w towarzystwie równie młodych (tak przynajmniej odbierałem towarzystwo Pani Barbary, a potem Beaty w towarzystwie Marka, młodzieńca w każdym calu). Nie (sic), i nie (powaga) - moje, raczej przekorna natura publicysty uwikłanego w prozę życia, przeszłą, obecną i przyszłą. Bez czarodziejskiej różdżki i poetyckiej metafory,

Literacki Gorzów ma swoje bogate tradycje, które obecnie kontynuują: Beata Patrycja Klary, Karol Graczyk, Marek Lobo Wojciechowski, Ireneusz Szmidt, Agnieszka Kopaczyńska - Moskaluk, Roman Habdas, Maria Borcz, Władysław Łazuka, Ferdynand Głodzik - spadkobiercy literackich dokonań: Papuszy, Furmana, Dowgielewiczowej, Morawskiego. Starają się pomnażać dorobek swoich poprzedników, na swój sposób, indywidualnie  na miarę posiadanego talentu i materialnej bazy, którą po części zabezpiecza miasto, oraz takie podmioty użyteczności publicznej, jak "Zapiecek".

Na mojej poetyckiej mapie, Gorzów jest epicentrum, nie będę ukrywał, że od wczoraj. Dlaczego? Trudno o jednoznaczną odpowiedź, poezja to jedno, a życie to drugie, dlatego ta dwubiegunowa inspiracja sprawia, że poeta nigdy nie wie kiedy jest poetą, a kiedy zwykłym zjadaczem chleba, choćby takiego jaki dojrzewa na "Zapiecku"? 




Poznań, 24 maja 2017.


piątek, 12 maja 2017

Wybór wierszy z kosza




siła najniższa


Syty czeka głodu, nie czuje bólu ból.
Jest z nim duch czasu, trwania, ciał
pogrzebanych, jest udobruchany Bóg.

Nie będzie żołądka dla chleba i mięsa
z ubitych saren, będzie komin z dymem
do nieba, rozmiękła glina, garnek krwi,
pierze i skrawki skór zimowych.
Milczenie upomni się o język, który
oprawi jagnię, ozdobi bramę Kartaginy.

Idzie głód jawnie a tylko tajemne jego
podziemie, niesie ślinę dla krwi, a ta
dalej płynie i płynie. Jej lustro podnosi
się tak wysoko, że widać w nim Ziemię.

Puszka landrynek




Od MIkołaja dostałem samolot, wyjął z worka zimą
zaraz po wyjeździe z kraju Armii Czerwonej,
furażerkę dał mi oficer, nagana  znalazłem w kanapie,
a swastyka wciśnięta była za kominem na strychu.
Zupa mleczna, mamałyga i tran z Unrry, konie rozdano
weteranom, ojciec szył buty na miarę. Cudowne lata
chałwy i landrynek trwały aż do czerwca, wtedy na placu
poznałem oblicze kraju, flagi i transparenty, butelki
litrowe z czerwoną kartką, galareta była jeszcze w drodze,
domowa od święta mniej się trzęsła i bardziej nadziana,
jak wiadomości w głośniku: tylko marsze i kapela
z Opoczna. O poetach nie mówiono, dlatego pisać
wiersze zacząłem kiedy ojciec kupił radio, z Diory,
piękne, obszywane samodziałem. Fale krótkie trzeszczały,
obce języki za bardzo obce, więc ruski był na świeczniku.

I tak zostało aż do Gierka. Dzisiaj przydałby się nagan,
furażerka z gwiazdką czerwoną i tamta galareta,
byłbym z tymi rekwizytami na wierzchu, w centrali.
Może nawet ktoś by sobie przypomniał chłopca
,w krótkich spodniach z lufą wymierzoną w lustro.

W nim nie ma już tego, co nie miał oporów, żadnych
ograniczeń, okryty chwałą na wieki wieków.


(w dniu św. Jerzego 23.04.2013)



środa, 5 kwietnia 2017

Czas jest wartościa najwyższą. .

   



(...)
     Kurczy się czas przeznaczony na przyszłość (użyłem takiego sformułowania celowo) ponieważ już nie liczę minionych lat, ale zastanawiam się ile czasu mi pozostało do przeżycia. Jerzy Szatkowski powiedział: my już nie możemy czekać, my musimy poza kolejnością wszystko robić  i otrzymywać. Pisać książki szybciej bo przysłowie: „czas to pieniądz”, w naszym wieku nabiera pierwszorzędnego znaczenia. Zmarli w ostatnich latach poeci już nic nie napiszą. Czasy takie, że nikt nie pokusi się o wydawanie tego co pozostawili po sobie.  Pamięć o nich też szybko się zatrze, tylko nieliczni doczekają memoriału, ale jak długo to potrwa? Obserwuję zwycięski marsz po poetyckich trupach, przeraża mnie pomroczna jasność ogarniająca młode pokolenia. Polska jest już odmieniana przez wszystkie przypadki. Szacunek  i uznanie – pojęcia niemodne,  zamiast garniturów robocze ubrania. Kto by pomyślał w niedalekiej przeszłości, że Parnas zostanie zrównany z ziemią a Wieża Babel powstanie z ruin. Kto by pomyślał w przeszłości, że zabraknie podłoża ideologicznego dla procesu powstawania grup poetyckich. Wszyscy są równi wobec słowa, ale słowo poetyckie nie znajduje mechanizmu wartościowania, jedyną dźwignią jest pieniądz. Do marnej gry wchodzą wszystkie instytucje, państwowe i samorządowe, społecznie i charytatywne. Nikt nie zwraca uwagi na co wydaje pieniądze. Może dlatego zaryzykuje stwierdzenie względem swoich planów na przyszłość:  że muszę liczyć się z czasem, ponieważ ma on obecnie wyższą wartość aniżeli poetycki tomik pochłaniający godziny, które powinienem spędzić z przyrodą, poświęcić je na pracę z młodzieżą. Nigdy jednak nie marnotrawić ich na jałowe dyskusje w gronie ludzi, którym się wydaje, że poezja jest wszystkim. 
   Zmarli koledzy i koleżanki już nie mają takiego problemu, a ja powinienem się cieszyć, że ich przeżyłem. Jedna czy dwie książki więcej, nie robi różnicy w ostatecznym rozrachunku. Tylko wykorzystane pory roku w zmaganiu z  przestrzenią w czasie. A nie na odwrót. Siły na zamiary, świadomość zmagająca się z entuzjazmem i euforią. które są skutkiem spontaniczności w działaniu, bez konkretnego celu. Bo większość z celów nawet jeśli nie zostały zrealizowane, to w konfrontacji z dorobkiem życia  w każdej dziedzinie, ich znaczenie jest nieistotne, marginalne jak plewy po odsianiu ziarna.  (...)

( fragment książki pt. Dzieci Norwida )

 





środa, 22 marca 2017

Splot Słoneczny

Świetlisty tydzień.



Przed blokiem operacyjnym na oddziale otolaryngologii, w czwartek 23 lutego 2017 roku, miała miejsce mijanka dwóch łóżek szpitalnych, na których leżeli poznańscy poeci. Jeden po wybudzeniu z narkozy, drugi w głębokim śnie przygotowany do zabiegu - nie mieli pojęcia, że znaleźli się w tym samym czasie i miejscu, z tego samego powodu. Dopiero  następnego dnia spotkali się na korytarzu wyrażając względem siebie zdziwienie.  

Los jest nieobliczalny, los jest naszpikowany niespodziankami, los niekiedy jest kierowany nieziemską ręką. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć tego, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach i miało swój finał w miniony czwartek. Nie będę ujawniał szczegółów ponieważ dotyczą one wyłącznie mojej osoby, a fakty jakie miały miejsce znam z relacji osób postronnych. Są sprawy o których człowiek nie ma żadnego pojęcia, zdarzenia i znaki materialne, których nie da się wytłumaczyć w sposób naukowy. Są sprawy tak wielkie, że przerastają naszą wyobraźnię. Coś takiego miało miejsce w czwartek 23 lutego br.




Epitafium dla Lekarza


Nie wybrzydzam i nie marudzę, nigdy nie piszę ckliwości
jednak dzisiaj muszę zapłakać przez wiersz poraz pierwszy. 
Odeszli moi lekarze leczyć zmarłych kolegów (oni nie umarli) 
pozostało mi liczyć na sprawną rękę anonima, który jest gdzieś 
na końcu tego wiersza i sposobi się do cięcia ostatecznego. 

(Jak poeta do frazy, która pęcznieje jak guz Wortina ). 

Moje guzy lśnią i liczą łzy na twarzy po śmierci lekarza, 
który miał je usunąć, abym mógł spać spokojnie, 
Teraz on śpi a ja odtwarzam esemesa w komórce:
" przyjęcie do szpitala piętnastego lutego, 2017"..

2 stycznia 2017





  Jerzy Szatkowski, redaktor i wydawca "Okolicy Poetów". W takich okolicznościach nasze spotkanie nabrało szczególnego znaczenia, bez względu na konsekwencje pobytu w tym miejscu. Samo życie. Trzeba nam dalej "gryźć to powietrze" każdy na swój sposób.

Jerzy Beniamin Zimny











piątek, 17 lutego 2017

Bez płaszcza

 


     Pierwsze spotkanie w tym roku i nie wykluczone, że ostatnie. Po prezentacjach "Gromnicy" zostały wspomnienia, miłe i wzruszające. Nie dość, że nakład rozszedł się bardzo szybko, to jeszcze otrzymuję zapytania o możliwość nabycia książki. Dlatego drugie wydanie stało się faktem, tak jak kontynuacja książki: druga jej, odrębna tematycznie część. Będzie to fabuła dotykająca okresu transformacji. Bohater, czynny uczestnik procesu przekształceń, uwikłany w sytuacje komiczne, dramatyczne, niezręczne i tajemnicze. Już pracuję nad nią, mam zamiar ukończyć pisanie pod koniec tego roku. Jeśli dopisze mi zdrowie? Padają też zapytania o poezję. Anonsowałem nowy tom rok temu, ale wstrzymałem sie z jego wydaniem. Przyczyna typowa dla mnie - dezaktualizacja tekstu z powodu częstego jego czytania? Błąd to wielki, jednak nic na to nie poradzę, czas powoduje zniekształcenia świadomości, oraz dowartościowuje teksty odrzucone w przeszłości. Sporo dobrych, niepublikowanych tekstów znajduję w starych plikach. Szwankuje u mnie system samooceny - oscyluje zawsze w kierunku negacji własnej pracy? Brakuje wypośrodkowania, z czym sam autor nie jest w stanie sobie poradzić. a recenzenci z boku, nie są już tak mocno zaangażowani w teksty. Pośpiech czyni nas niedoskonałymi. Jak to fajnie określił Tomasz Rębacz-  "jesteśmy jakby niedoistniali" Świetne określenie naszej powierzchowności, która wraz z rozwojem technik informatycznych sieje w nas spustoszenie, w tym względzie.

   Listopad Poetycki kosztował mnie dużo zdrowia i czasu przy sporządzaniu dokumentów. Było to duże przedsięwzięcie logistyczne. Ponad pięćdziesiąt spotkań autorskich w Poznaniu i na terenie województwa. Kilka wydawnictw literackich, w tym "Dzieci Norwida" z promocją w Bibliotece Uniwersyteckiej, spektakl teatralny zespołu "Teatru w Przejściu", kilka paneli dyskusyjnych. I rozstrzygnięcie  konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny, na najlepszy debiut poetycki roku 2016. Laureat, Dawid Mateusz zbiera zewsząd gratulacje i  panuje w kraju powszechna opinia, że był to właściwy wybór.

   Egzemplarze "Dzieci Norwida" znikają z dnia na dzień. Nie będzie promocji. Jedynie w Darłowie i Ostrołęce przewiduję prezentację. Może jeszcze w Gorzowie, w Kaliszu? Na ile zdrowie mi dopisze. Zima zawsze jest dla mnie okresem odrabiania zaległości. Tego roku jest inaczej. Zaległości zaczynają się piętrzyć ,sprawy związkowe zajmują mi sporo czasu, ale nie jest to czas stracony. Plan tegoroczny obfituje w tematy jakich dotąd nie realizowaliśmy. Jesteśmy organizacją pożytku publicznego a to zobowiązuje nas do pracy na rzecz społeczeństwa. W takim klimacie przebiegać będą tegoroczne nasze kontakty z ludźmi.

   Z nadsyłanych lektur najbardziej poruszył mnie tom opowiadań Wandy Szczypiorskiej pt. "Puciszka" Artystka z Otwocka odkrywa przed czytelnikiem karty własnej historii. Bardzo ciekawe karty, obrazujące najbardziej istotne wydarzenia w jej życiu. Co ważne- nie jest to spowiedź ani rozrachunek z przeszłością. Nic z tych rzeczy. Autorka zachowała bezpieczny dystans do materii opowiadań,, jako narratorka wychodzi z tej konfrontacji suchą stopą.  Jest to proza bardzo obrazowa, pastelowa, Szczypiorska jakby łączy w jedno - obraz i słowo, są też dźwięki i sporo kontekstów. Czytelnik spaceruje z narratorką z dużą swobodą i w pewnym momencie odkrywa, że przebywa we własnym ogrodzie? Bardzo znamienne jest opowiadanie pt. "Cienie". Szczypiorska ma kilka swoich małych rozdziałów w dramatycznych wydarzeniach w Polsce powojennej. Nie są one jeszcze zamknięte, syndrom niebieskiego munduru daje o sobie znać po dni współczesne. Polecam "Puciszkę" - jest to proza, do której się wróci, prędzej czy później.

   Z książek poetyckich sygnalizuję kolejny tom Krzysztofa Kleszcza - "Pański płaszcz". Poety bardzo zaangażowanego w sprawy budzące od kilku lat powszechny niepokój. Kleszcz, poeta zaangażowany nie chce być obojętnym widząc dehumanizację życia społecznego. Jednak byłoby błędem dostrzegać w jego poezji tylko te wartości. Słowo przeciw słowu, dobro przeciw złu, zamiast "breloczka z napisem Karaiby, za oknem grusza i wstęga miedzy". Bliższa ciału koszula, i własne korzenie, z których wyrastają kolejne pokolenia. Pokolenia, które w swoich oczach powinny "dostrzegać tabelki Excela" a  "Boga nie powinny traktować  gumką myszką".
    Dobre rady Kleszcza jak sądzę, tak prędko nie trafią na podatny grunt. chociaż powinny, bo jak sam zaobserwował: "Polska jest zaorana traktorami", ale "na górze przekręt, na dole przykręcanie śruby. I tak to się kręci". Musze przyznać - nie brakuje Kleszczowi ironicznego spojrzenia na naszą rzeczywistość, ale z tej ironii emanuje dramatyzm i brak nadziei na pozytywne zmiany, bo grill na trawniku jest symbolem poprawy bytu. Może? W odpowiedzi z pewnością usłyszę: "nie mamy pańskiego płaszcza.I co pan nam zrobi?" Ano nic,  Czas pokaże. Czas zweryfikuje  tezy poety Kleszcza.

Jerzy Beniamin Zimny .


 

   














poniedziałek, 2 stycznia 2017

Nowy Krok jakże zaczął się po śmiertelnemu.




Eptafium dla laryngologa



Nie wybrzydzam i nie marudzę, nigdy nie piszę ckliwości
ani nie rzucam kurwami. Jednak dzisiaj muszę zapłakać
przez wiersz, po raz pierwszy. Odeszli moi lekarze leczyć
zmarłych kolegów (oni nie umarli) pozostało mi liczyć
na sprawną rękę anonima, który jest gdzieś na końcu tego
wiersza i sposobi się do cięcia ostatecznego. Jak poeta do
frazy, która pęcznieje niczym wrzód. Moje wrzody lśnią
i liczą łzy na twarzy po śmierci lekarza, który miał je otworzyć,
abym mógł spać spokojnie, Teraz on śpi a ja odtwarzam
esemesa w komórce: " W polowie lutego, jeśli można"?  

2 stycznia 2017