piątek, 26 maja 2017

Dzień Matki





List do matki


Mamo, czy masz w rękach wrzeciono, igłę
która krwawi, grzebień na te włosy anielskie twoje.

Ja jestem w sobie a noce są już nieziemskie.
Grzech zatrzymuje moje listy do ciebie.

W modlitwach staram się o skrzypce i nuty do nich.
Coraz trudniej o skrzydlate myśli. Jeśli masz wolną

chwilę posłuchaj co u mnie w niedoli. Zajrzyj choć
do snu. Jestem tam rzeczywisty i przestałem pić.

Przestałem też żyć bez ciebie i teraz mam trumnę
wszędzie. Nawet w wierszach stoi otwarta. Każde

słowo jak gwóźdź, każda metafora podobna czaszce
która jeszcze mówi dobranoc. A ja przecież  nie śpię.

Czuwam nad swoim ciałem aby nie ostygło. Zawsze
jest październik w nowiu, pierwszy szron na liściach.



 (z tomu Rubinosa, 2011)

środa, 24 maja 2017

Poezja na Zapiecku




Szynobus zawiózł nas do Gorzowa. Po co? 
Poeci często zadają  takie pytania ale nigdy nie udzielają na nie odpowiedzi.  Nie wiedzą też dlaczego czytają swoje wiersze, nie wiedzą do końca kto ich słucha, 
Jerzy Grupiński należy do nielicznych poetów, którzy wiedzą wszystko. Dlatego wczoraj dał popis jak nie zanudzać słuchaczy, jak nie łapać się przeróżnych sztuczek w celu "kupienia" publiczności, bez klaki, słodyczy, bez wyszukanych metod  - aby w ten sposób zaistnieć w głowach czytelników, i co najważniejsze - nie usypiać ich swoim nudnym występem.  Wczoraj na Zapiecku miałem wrażenie, że jestem w teatrze jednego autora, i że spektakl mógłby trwać o wiele dłużej. 

Nigdy nie byłem świadkiem imprezy, podczas której autor przeczytał tylko cztery wiersze wybrane z najwyższej półki. Wiersze powalające każdego na sali bez względu na wiek i osobiste percepcje. Na Zapiecku w gościnie u Pani Barbary Schroeder spędziliśmy urocze popołudnie. Szkoda tylko, że trzeba było zakończyć spotkanie z powodu braku czasu. Nie było zadawania pytań, nie było dyskusji w kuluarach, Nie było rozmów do późnych godzin nocnych.  To musimy odłożyć do przyszłego roku, w którym będzie kilka okazji po temu. Łącznie z jubileuszem poznańskiego poety rodem z Wronek.

Stworzył swój poetycki świat i ukształtował swoją poetycką osobowość, niegdyś zrównoważony poeta (waga i warga) ukształtowany jak morska fala przez wiatr, zamieszkał w pogodzie - tak było wczoraj na nadwarciańskim bulwarze kiedy Pani Barbara pełniła rolę miejscowej Cicerone przekazując nam ciekawostki  związane w miastem. Potem przy wybornym serniku i aromatycznej kawie daliśmy upust swoim temperamentom w składzie: "ostatniego takiego trio" w Poznaniu, który niespodziewanie zjawił się tutaj. Trzecim do stołu jest Andrzej Haegenbarth, poeta, krytyk sztuki, artysta plastyk, publicysta.  Profesjonał w wielu dziedzinach twórczych, człowiek który nigdy nie pracował w wyuczonych zawodach. Wczorajsze spotkanie było naszym pierwszym spotkaniem po trzydziestu latach. W przeszłości łączył nas poznański "Nurt" i pamiętne spotkanie autorskie w "Sali Kominkowej", które nam zafundował Jerzy, bardzo dawno temu. Byliśmy wtedy młodzi, wczoraj też w młodzieńczym nastroju spacerowaliśmy po Gorzowie w towarzystwie równie młodych (tak przynajmniej odbierałem towarzystwo Pani Barbary, a potem Beaty w towarzystwie Marka, młodzieńca w każdym calu). Nie (sic), i nie (powaga) - moje, raczej przekorna natura publicysty uwikłanego w prozę życia, przeszłą, obecną i przyszłą. Bez czarodziejskiej różdżki i poetyckiej metafory,

Literacki Gorzów ma swoje bogate tradycje, które obecnie kontynuują: Beata Patrycja Klary, Karol Graczyk, Marek Lobo Wojciechowski, Ireneusz Szmidt, Agnieszka Kopaczyńska - Moskaluk, Roman Habdas, Maria Borcz, Władysław Łazuka, Ferdynand Głodzik - spadkobiercy literackich dokonań: Papuszy, Furmana, Dowgielewiczowej, Morawskiego. Starają się pomnażać dorobek swoich poprzedników, na swój sposób, indywidualnie  na miarę posiadanego talentu i materialnej bazy, którą po części zabezpiecza miasto, oraz takie podmioty użyteczności publicznej, jak "Zapiecek".

Na mojej poetyckiej mapie, Gorzów jest epicentrum, nie będę ukrywał, że od wczoraj. Dlaczego? Trudno o jednoznaczną odpowiedź, poezja to jedno, a życie to drugie, dlatego ta dwubiegunowa inspiracja sprawia, że poeta nigdy nie wie kiedy jest poetą, a kiedy zwykłym zjadaczem chleba, choćby takiego jaki dojrzewa na "Zapiecku"? 




Poznań, 24 maja 2017.


piątek, 12 maja 2017

Wybór wierszy z kosza




siła najniższa


Syty czeka głodu, nie czuje bólu ból.
Jest z nim duch czasu, trwania, ciał
pogrzebanych, jest udobruchany Bóg.

Nie będzie żołądka dla chleba i mięsa
z ubitych saren, będzie komin z dymem
do nieba, rozmiękła glina, garnek krwi,
pierze i skrawki skór zimowych.
Milczenie upomni się o język, który
oprawi jagnię, ozdobi bramę Kartaginy.

Idzie głód jawnie a tylko tajemne jego
podziemie, niesie ślinę dla krwi, a ta
dalej płynie i płynie. Jej lustro podnosi
się tak wysoko, że widać w nim Ziemię.

Puszka landrynek




Od MIkołaja dostałem samolot, wyjął z worka zimą
zaraz po wyjeździe z kraju Armii Czerwonej,
furażerkę dał mi oficer, nagana  znalazłem w kanapie,
a swastyka wciśnięta była za kominem na strychu.
Zupa mleczna, mamałyga i tran z Unrry, konie rozdano
weteranom, ojciec szył buty na miarę. Cudowne lata
chałwy i landrynek trwały aż do czerwca, wtedy na placu
poznałem oblicze kraju, flagi i transparenty, butelki
litrowe z czerwoną kartką, galareta była jeszcze w drodze,
domowa od święta mniej się trzęsła i bardziej nadziana,
jak wiadomości w głośniku: tylko marsze i kapela
z Opoczna. O poetach nie mówiono, dlatego pisać
wiersze zacząłem kiedy ojciec kupił radio, z Diory,
piękne, obszywane samodziałem. Fale krótkie trzeszczały,
obce języki za bardzo obce, więc ruski był na świeczniku.

I tak zostało aż do Gierka. Dzisiaj przydałby się nagan,
furażerka z gwiazdką czerwoną i tamta galareta,
byłbym z tymi rekwizytami na wierzchu, w centrali.
Może nawet ktoś by sobie przypomniał chłopca
,w krótkich spodniach z lufą wymierzoną w lustro.

W nim nie ma już tego, co nie miał oporów, żadnych
ograniczeń, okryty chwałą na wieki wieków.


(w dniu św. Jerzego 23.04.2013)



środa, 5 kwietnia 2017

Czas jest wartościa najwyższą. .

   



(...)
     Kurczy się czas przeznaczony na przyszłość (użyłem takiego sformułowania celowo) ponieważ już nie liczę minionych lat, ale zastanawiam się ile czasu mi pozostało do przeżycia. Jerzy Szatkowski powiedział: my już nie możemy czekać, my musimy poza kolejnością wszystko robić  i otrzymywać. Pisać książki szybciej bo przysłowie: „czas to pieniądz”, w naszym wieku nabiera pierwszorzędnego znaczenia. Zmarli w ostatnich latach poeci już nic nie napiszą. Czasy takie, że nikt nie pokusi się o wydawanie tego co pozostawili po sobie.  Pamięć o nich też szybko się zatrze, tylko nieliczni doczekają memoriału, ale jak długo to potrwa? Obserwuję zwycięski marsz po poetyckich trupach, przeraża mnie pomroczna jasność ogarniająca młode pokolenia. Polska jest już odmieniana przez wszystkie przypadki. Szacunek  i uznanie – pojęcia niemodne,  zamiast garniturów robocze ubrania. Kto by pomyślał w niedalekiej przeszłości, że Parnas zostanie zrównany z ziemią a Wieża Babel powstanie z ruin. Kto by pomyślał w przeszłości, że zabraknie podłoża ideologicznego dla procesu powstawania grup poetyckich. Wszyscy są równi wobec słowa, ale słowo poetyckie nie znajduje mechanizmu wartościowania, jedyną dźwignią jest pieniądz. Do marnej gry wchodzą wszystkie instytucje, państwowe i samorządowe, społecznie i charytatywne. Nikt nie zwraca uwagi na co wydaje pieniądze. Może dlatego zaryzykuje stwierdzenie względem swoich planów na przyszłość:  że muszę liczyć się z czasem, ponieważ ma on obecnie wyższą wartość aniżeli poetycki tomik pochłaniający godziny, które powinienem spędzić z przyrodą, poświęcić je na pracę z młodzieżą. Nigdy jednak nie marnotrawić ich na jałowe dyskusje w gronie ludzi, którym się wydaje, że poezja jest wszystkim. 
   Zmarli koledzy i koleżanki już nie mają takiego problemu, a ja powinienem się cieszyć, że ich przeżyłem. Jedna czy dwie książki więcej, nie robi różnicy w ostatecznym rozrachunku. Tylko wykorzystane pory roku w zmaganiu z  przestrzenią w czasie. A nie na odwrót. Siły na zamiary, świadomość zmagająca się z entuzjazmem i euforią. które są skutkiem spontaniczności w działaniu, bez konkretnego celu. Bo większość z celów nawet jeśli nie zostały zrealizowane, to w konfrontacji z dorobkiem życia  w każdej dziedzinie, ich znaczenie jest nieistotne, marginalne jak plewy po odsianiu ziarna.  (...)

( fragment książki pt. Dzieci Norwida )

 





środa, 22 marca 2017

Splot Słoneczny

Świetlisty tydzień.



Przed blokiem operacyjnym na oddziale otolaryngologii, w czwartek 23 lutego 2017 roku, miała miejsce mijanka dwóch łóżek szpitalnych, na których leżeli poznańscy poeci. Jeden po wybudzeniu z narkozy, drugi w głębokim śnie przygotowany do zabiegu - nie mieli pojęcia, że znaleźli się w tym samym czasie i miejscu, z tego samego powodu. Dopiero  następnego dnia spotkali się na korytarzu wyrażając względem siebie zdziwienie.  

Los jest nieobliczalny, los jest naszpikowany niespodziankami, los niekiedy jest kierowany nieziemską ręką. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć tego, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach i miało swój finał w miniony czwartek. Nie będę ujawniał szczegółów ponieważ dotyczą one wyłącznie mojej osoby, a fakty jakie miały miejsce znam z relacji osób postronnych. Są sprawy o których człowiek nie ma żadnego pojęcia, zdarzenia i znaki materialne, których nie da się wytłumaczyć w sposób naukowy. Są sprawy tak wielkie, że przerastają naszą wyobraźnię. Coś takiego miało miejsce w czwartek 23 lutego br.




Epitafium dla Lekarza


Nie wybrzydzam i nie marudzę, nigdy nie piszę ckliwości
jednak dzisiaj muszę zapłakać przez wiersz poraz pierwszy. 
Odeszli moi lekarze leczyć zmarłych kolegów (oni nie umarli) 
pozostało mi liczyć na sprawną rękę anonima, który jest gdzieś 
na końcu tego wiersza i sposobi się do cięcia ostatecznego. 

(Jak poeta do frazy, która pęcznieje jak guz Wortina ). 

Moje guzy lśnią i liczą łzy na twarzy po śmierci lekarza, 
który miał je usunąć, abym mógł spać spokojnie, 
Teraz on śpi a ja odtwarzam esemesa w komórce:
" przyjęcie do szpitala piętnastego lutego, 2017"..

2 stycznia 2017





  Jerzy Szatkowski, redaktor i wydawca "Okolicy Poetów". W takich okolicznościach nasze spotkanie nabrało szczególnego znaczenia, bez względu na konsekwencje pobytu w tym miejscu. Samo życie. Trzeba nam dalej "gryźć to powietrze" każdy na swój sposób.

Jerzy Beniamin Zimny











piątek, 17 lutego 2017

Bez płaszcza

 


     Pierwsze spotkanie w tym roku i nie wykluczone, że ostatnie. Po prezentacjach "Gromnicy" zostały wspomnienia, miłe i wzruszające. Nie dość, że nakład rozszedł się bardzo szybko, to jeszcze otrzymuję zapytania o możliwość nabycia książki. Dlatego drugie wydanie stało się faktem, tak jak kontynuacja książki: druga jej, odrębna tematycznie część. Będzie to fabuła dotykająca okresu transformacji. Bohater, czynny uczestnik procesu przekształceń, uwikłany w sytuacje komiczne, dramatyczne, niezręczne i tajemnicze. Już pracuję nad nią, mam zamiar ukończyć pisanie pod koniec tego roku. Jeśli dopisze mi zdrowie? Padają też zapytania o poezję. Anonsowałem nowy tom rok temu, ale wstrzymałem sie z jego wydaniem. Przyczyna typowa dla mnie - dezaktualizacja tekstu z powodu częstego jego czytania? Błąd to wielki, jednak nic na to nie poradzę, czas powoduje zniekształcenia świadomości, oraz dowartościowuje teksty odrzucone w przeszłości. Sporo dobrych, niepublikowanych tekstów znajduję w starych plikach. Szwankuje u mnie system samooceny - oscyluje zawsze w kierunku negacji własnej pracy? Brakuje wypośrodkowania, z czym sam autor nie jest w stanie sobie poradzić. a recenzenci z boku, nie są już tak mocno zaangażowani w teksty. Pośpiech czyni nas niedoskonałymi. Jak to fajnie określił Tomasz Rębacz-  "jesteśmy jakby niedoistniali" Świetne określenie naszej powierzchowności, która wraz z rozwojem technik informatycznych sieje w nas spustoszenie, w tym względzie.

   Listopad Poetycki kosztował mnie dużo zdrowia i czasu przy sporządzaniu dokumentów. Było to duże przedsięwzięcie logistyczne. Ponad pięćdziesiąt spotkań autorskich w Poznaniu i na terenie województwa. Kilka wydawnictw literackich, w tym "Dzieci Norwida" z promocją w Bibliotece Uniwersyteckiej, spektakl teatralny zespołu "Teatru w Przejściu", kilka paneli dyskusyjnych. I rozstrzygnięcie  konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny, na najlepszy debiut poetycki roku 2016. Laureat, Dawid Mateusz zbiera zewsząd gratulacje i  panuje w kraju powszechna opinia, że był to właściwy wybór.

   Egzemplarze "Dzieci Norwida" znikają z dnia na dzień. Nie będzie promocji. Jedynie w Darłowie i Ostrołęce przewiduję prezentację. Może jeszcze w Gorzowie, w Kaliszu? Na ile zdrowie mi dopisze. Zima zawsze jest dla mnie okresem odrabiania zaległości. Tego roku jest inaczej. Zaległości zaczynają się piętrzyć ,sprawy związkowe zajmują mi sporo czasu, ale nie jest to czas stracony. Plan tegoroczny obfituje w tematy jakich dotąd nie realizowaliśmy. Jesteśmy organizacją pożytku publicznego a to zobowiązuje nas do pracy na rzecz społeczeństwa. W takim klimacie przebiegać będą tegoroczne nasze kontakty z ludźmi.

   Z nadsyłanych lektur najbardziej poruszył mnie tom opowiadań Wandy Szczypiorskiej pt. "Puciszka" Artystka z Otwocka odkrywa przed czytelnikiem karty własnej historii. Bardzo ciekawe karty, obrazujące najbardziej istotne wydarzenia w jej życiu. Co ważne- nie jest to spowiedź ani rozrachunek z przeszłością. Nic z tych rzeczy. Autorka zachowała bezpieczny dystans do materii opowiadań,, jako narratorka wychodzi z tej konfrontacji suchą stopą.  Jest to proza bardzo obrazowa, pastelowa, Szczypiorska jakby łączy w jedno - obraz i słowo, są też dźwięki i sporo kontekstów. Czytelnik spaceruje z narratorką z dużą swobodą i w pewnym momencie odkrywa, że przebywa we własnym ogrodzie? Bardzo znamienne jest opowiadanie pt. "Cienie". Szczypiorska ma kilka swoich małych rozdziałów w dramatycznych wydarzeniach w Polsce powojennej. Nie są one jeszcze zamknięte, syndrom niebieskiego munduru daje o sobie znać po dni współczesne. Polecam "Puciszkę" - jest to proza, do której się wróci, prędzej czy później.

   Z książek poetyckich sygnalizuję kolejny tom Krzysztofa Kleszcza - "Pański płaszcz". Poety bardzo zaangażowanego w sprawy budzące od kilku lat powszechny niepokój. Kleszcz, poeta zaangażowany nie chce być obojętnym widząc dehumanizację życia społecznego. Jednak byłoby błędem dostrzegać w jego poezji tylko te wartości. Słowo przeciw słowu, dobro przeciw złu, zamiast "breloczka z napisem Karaiby, za oknem grusza i wstęga miedzy". Bliższa ciału koszula, i własne korzenie, z których wyrastają kolejne pokolenia. Pokolenia, które w swoich oczach powinny "dostrzegać tabelki Excela" a  "Boga nie powinny traktować  gumką myszką".
    Dobre rady Kleszcza jak sądzę, tak prędko nie trafią na podatny grunt. chociaż powinny, bo jak sam zaobserwował: "Polska jest zaorana traktorami", ale "na górze przekręt, na dole przykręcanie śruby. I tak to się kręci". Musze przyznać - nie brakuje Kleszczowi ironicznego spojrzenia na naszą rzeczywistość, ale z tej ironii emanuje dramatyzm i brak nadziei na pozytywne zmiany, bo grill na trawniku jest symbolem poprawy bytu. Może? W odpowiedzi z pewnością usłyszę: "nie mamy pańskiego płaszcza.I co pan nam zrobi?" Ano nic,  Czas pokaże. Czas zweryfikuje  tezy poety Kleszcza.

Jerzy Beniamin Zimny .


 

   














poniedziałek, 2 stycznia 2017

Nowy Krok jakże zaczął się po śmiertelnemu.




Eptafium dla laryngologa



Nie wybrzydzam i nie marudzę, nigdy nie piszę ckliwości
ani nie rzucam kurwami. Jednak dzisiaj muszę zapłakać
przez wiersz, po raz pierwszy. Odeszli moi lekarze leczyć
zmarłych kolegów (oni nie umarli) pozostało mi liczyć
na sprawną rękę anonima, który jest gdzieś na końcu tego
wiersza i sposobi się do cięcia ostatecznego. Jak poeta do
frazy, która pęcznieje niczym wrzód. Moje wrzody lśnią
i liczą łzy na twarzy po śmierci lekarza, który miał je otworzyć,
abym mógł spać spokojnie, Teraz on śpi a ja odtwarzam
esemesa w komórce: " W polowie lutego, jeśli można"?  

2 stycznia 2017

  

środa, 7 grudnia 2016

Poeci pierwszej zmiany





Wojciech Czerniawski


                                           JACKSON  POLLOCK


pollock na swoich słupach błękitnych przyszedł do mnie
ocean powiedział ocean się wznosi jak gdyby mi się
                                                 wlecze podmywa wszystko
nie miał żadnej nadziei to przebijało z jego słów które były
                                                              jak kołatanie serca
w gęstwinie słupów błękitnych z rozwiniętą spiralą muszli
przywieziony do żył kolumn kartaginy
zagnieździł się w nich
ze zlepkiem drżącym krwi
z płótnem na którym odbiła się twarz nieznanego

zejdźmy w dolinę do tych miast skąpanych
                                    w promieniach kredowego słońca
uważajmy na dzbany rozbite starannie uśpione
by nie przegapić momentu
źrenice oczu sypią się dojrzałe
rozwinięte bandaże rozwinięte krople ciemności
pył skrępowany promieniami roentgena



Beata Patrycja Klary zadała mi niedawno pytanie: "kto moim zdaniem zasługuje na miano najlepszego poety na Środkowym Nadodrzu w minionym stuleciu"? :Po zastanowieniu, kiedy to w głowie przewinęły mi sie znane nazwiska i mniej znane obecnemu środowisku poetów, takie jak: Janusz Koniusz, A.K.Waśkiewicz. Czesław Markiewicz, Czesław Sobkowiak, Anna Tokarska, Zdzisław Morawski, Kazimierz Furman - wymieniłem jednak inne, dwa nazwiska: Wojciech Sroczyński z Gorzowa i Wojciech Edward Czerniawski ze Szprotawy. Dlaczego? 
Wystarczy przeczytać dokładnie powyższy wiersz aby zauważyć, że to co piszą dzisiaj tacy poeci jak. Kacper Płusa, Bartosz Konstrant, Wojciech Roszkowski i wielu innych- zapoczątkował ponad czterdzieści lat temu Wojciech Edward Czerniawski. Powyższy wiersz pochodzi z debiutanckiego tomu pt. Jest już chyba kobietą.  Książka ta ma swoją dramatyczną historię, Zrządzeniem losu przeleżała za szafą kilka lat w pokoju jednego z redaktorów Wydawnictwa Poznańskiego. Dopiero remont pomieszczenia przyczynił się do debiutu znakomitego poety ze Szprotawy, który po upadku poprzedniego systemu politycznego podzielił los swojej książki. W wolnym kraju znalazł sie na marginesie beneficjentów przemian, społecznych i gospodarczych. 
Natomiast o Wojciechu Sroczyńskim słuch zaginął, a przecież w latach siedemdziesiątych wygrał szereg znaczących konkursów poetyckich. Rokował dla siebie świetlaną przyszłość. 

(więcej w Dzieciach Norwida)




czwartek, 1 grudnia 2016

Czerwiec 56







                              młodym aktorom "Teatru w przejściu"


Dzisiaj podczas turnieju jednego wiersza
usłyszałem, że człowiek jest bogaty biedą
a bezsenność to brak pomysłu na dobry wiersz.

Siedzieliśmy z kolegą na twardych krzesłach,
scena uginała się pod stopami aktorów,
grali nasz poznański czerwiec;
jakbym widział Romka Strzałkowskiego
w osobie ucznia tutejszego gimnazjum.
Wtedy miałem dziesięć lat (tutaj na moment)
kiedy on starał się być zrozumianym.

Wyszedłem z tego spektaklu porażony prądem,
a wieczór pisał dalszy scenariusz, według
którego miałem wrócić do domu nad ranem,  
głodny jak robotnik z nocnej zmiany.
Jak Romek , ten chłopak ze sceny

miałem wrócić do domu martwym.



niedziela, 27 listopada 2016

Róża z róży



     Rośliny mają nieograniczone predyspozycje do witalności.  Róża z róży? Tym razem nie jest to banał, ale nowe odniesienie tego pięknego kwiatu do niespotykanej często funkcji, zwłaszcza w domowych warunkach.  Pół roku temu dostałem różę w Bibliotece Raczyńskich podczas uroczystości z okazji jubileuszu Oddziału ZLP w Poznaniu. Róża stała w wazonie blisko pół roku, kwiat zamienił się w klasyczną suszkę, natomiast łodyga i listki nie zmieniły barwy. Zieloniutkie zaciekawiły mnie do tego stopnia, że wyjąłem roślinę z wazonu aby się jej uważnie przyjrzeć. No i okazało się , że łodyga wypuściła maleńkie korzenie. Postanowiłem wsadzić ją do  doniczki. Po trzech tygodniach róża ruszyła ostro w górę. Lada moment na jej wierzchołku otworzy się kwiat, tego samego koloru. 

      Poezja ukryta w przedmiotach, w roślinach nie ma sobie równych. Może to brzmi niepoważnie ale proszę spróbować opisać, uwierszowić zjawisko życia w śmierci? Wyschnięty zupełnie kwiat  na żywej łodydze z delikatnymi pędami korzeni? Róża przeżyła śmierć kliniczną, w jaki sposób tego nikt nie wie, bo ileż to razy więdły kwiaty w wazonach w moim domu, Pamiętam sześćdziesiąt róż, które otrzymałem na sześćdziesiąte urodziny. Wszystkie zwiędły w okresie tygodnia. Wiele innych kwiatów z wazonów trafiło na śmietnik  A ta różą, z maja tego roku dumnie puszcza nowe pędy i zamierza na dobre zagościć w moim domu. Komentarz zbyteczny.