środa, 31 lipca 2019

Dąbrówka .



Po dłuższej przerwie wybrałem się do Dąbrówki, miejsca gdzie my - poznańczycy po piórze - starzejemy się w tempie kilkunastu spotkań rocznie. Nikt tego nie zauważa, jedynie ci, którzy bywają tutaj rzadziej mogą dostrzegać destrukcyjny charakter czasu. Jak ja, posiadający żelazne usprawiedliwienie na wszystkie moje nieobecności. Zawsze byłem i jestem duchem obecny przy Grupińskim. Od 50 lat, jeśli ktoś na mnie patrzy wzrokiem pytającym o tożsamość, nie mam mu tego za złe, jest to dowód na to, że obaj z Jerzym możemy rozmienić kolejną pięćdziesiątkę.

Tradycyjne "witamy", i na marginesie wypowiedzi: "jest z nami Jerzy Beniamin" i dalej kilka słów o "Różach z Montreux" książce bardzo poznańskiej. Mam jednak wątpliwości czy to określenie jest adekwatne do  jej zawartości? Ale wróćmy do wczorajszych gości Jerzego, Stanisław Chutkowski, inżynier z dyplomem i książeczką członkostwa w ZLP, bardzo wzruszony wyczekiwał na swoją kolej, wcześniej promowano malarkę i poetkę w jednej osobie. Piękno barw i urok słów, w jednej książeczce, obrazy i ich ekfrazy, nie wiem co powstało pierwsze, jeśli kolejność jest inna, to czapka z głowy przed autorką. Po części zrobili to recenzenci, a na koniec sama poetka i malarka w monologu podkreśliła swoje artystyczne uzależnienia od kilku znanych malarzy, w tym Beksińskiego. Dobry i wymagający to patron. Każdy ma swojego patrona, warsztatowego przewodnika, w poezji mało kto porusza się w pojedynkę, osobność jest wyjątkiem na miarę geniuszu, a tego trudno szukać obecnie pośród bywalców Dąbrówki. W przeszłości była rotacja, sporo młodych roczników zabiegało o legitymację klubową, stąd wyszło wielu świetnych poetów, obecnie można mówić o końcu pewnej epoki, czymś co się już nigdy nie powtórzy.
Stanisław Chutkowski jest debiutantem, wydał trzy tytuły, dostał się do szeregów ZLP, ale jest wierny Dąbrówce, tutaj stawiał pierwsze kroki literackie, tutaj go spotkałem, tutaj mnie zaczepił i nie odpuścił. Dzięki takiej postawie w krótkim czasie poczynił duże postępy i może obecnie powiedzieć, że wszystko jest jeszcze przed nim. Tom poezji "Oczekiwanie" dał mu przepustkę do świata poezji, jest to książka spójna tematycznie, przemyślana, sprawna językowo, graficznie bez zarzutu. Poecie wypada pogratulować i życzyć dalszych sukcesów.

JBZ

wtorek, 23 lipca 2019

3. Dialogi Kontrolowane



3. Poznańskie konstelacje literackie

    

Dialog kontrolowany:  

Szatkowski i Wyrwa-Krzyżański, razem czy osobno?

   Odpowiedzą, Jerzy Grupiński i Jerzy Beniamin Zimny

 Przywołani do tablicy:

   Maria Magdalena Pocgaj

                  promotorka: Anna Andrych
                           recenzenci: Jerzy Grupiński i Jerzy Beniamin Zimny

Gość Konstelacji:

   Jerzy Grupiński: debiut Agnieszki Pawlak pt. Pst...ryk



Biblioteka Uniwersytecka, 13 sierpnia 2019 r. godz 16 oo            

poniedziałek, 15 lipca 2019

Mentor z Podlasia w Poznaniu




Niespodziewane wizyty zdarzają się niezmiernie rzadko, coraz rzadziej z biegiem wieku mojego, który ma już wymiar historyczny, zważywszy na przepełnienie minionymi wydarzeniami i czymś, co nazywamy - "zmęczeniem materiału". 

Tak. Trzy razy tak. Już bez Nie. Nawet wiele razy, bo jak powtarzał Szatkowski: "nam już wszystko wolno, musimy być poza kolejnością wszelkiego czekania". A więc żadnej kolejki przed nami nie należy stawiać. Żadnej zapory ludzkiej i prawnej. No może z prawem jak z prawą ręką, bardziej przydatną do wszystkiego, zwłaszcza do pisania poezji i czegoś tam jeszcze na boku. 

Niespodziewana wizyta miała miejsce w czwartek, mentor z Podlasia Janusz Taranienko, przybył przeprowadzić ze mną wywiad dla radia w Białymstoku. Tematem wywiadu była magia i pomroczność postaci Andrzeja Babińskiego. W trakcie tego szczególnego memoriału zboczyliśmy do Piły i Antoniewa "rozprawić" się pośmiertnie Tadeuszem Niebieszczańskim  i Jerzym Słowiarzem. 
Z planowanych dwóch godzin nasiadówki zrobiły się trzy, poderwał nas z foteli ostatni autobus, wskazówki zegara ściennego skracały nieubłaganie czas tej ciekawej i bogatej w fakty historyczne rozmowy, przypominającej sentymentalną podróż w przeszłość, aż do początku lat sześćdziesiątych. Prostowałem Janusza, Janusz prostował mnie. Weryfikowaliśmy pewne fakty i materiały publikacyjne. Odkurzaliśmy pamięć, to najbardziej upierdliwe archiwum, czasem bardzo spójne,  niekiedy dziurawe jak ser. A dziury trzeba łatać, bo szybko je wypełni mit, dzisiaj niezmiernie popularny. Żądza sensacji i szerzenie nieprawdy - są w coraz wyższej cenie. Dopóki żyjemy, żadne kłamstwo nie przejdzie, trzeba sumiennie dokumentować przeszłość literacką poetów, których poezja żyje, mimo upływu kilkudziesięciu lat od ich śmierci. 

Janusz podczas studiów na UW praktykował w redakcji "Poezji" gdzie zlecono mu recenzję debiutu Babińskiego, wydanego przez oficynę Jerzego Leszina w serii "Pokolenie które wstępuje". Była to pierwsza i jedna z nielicznych recenzji wierszy Babińskiego opublikowana w tamtym okresie. Ja recenzowałem jego debiut książkowy "Znicze" na zlecenie Andrzeja K. Waśkiewicza, który wówczas kierował działem krytyki w dwutygodniku "Nadodrze". Wróciliśmy do tych wydarzeń nie znajdując w nich nic szczególnego poza faktem tragicznej śmierci, poety mającego związek z Podlasiem i Mazowszem. Mazowszem, o czym dotąd nie było wiadomo, epizod, a może bardzo ważny szczegół w jego biografii? Przeglądając listy Bruna Milczewskiego do Jerzego Szatkowskiego, znalazłem odnotowanie tego faktu. Babiński przez jakiś czas przebywał w Ostrołęce, oczekując na obiecane mieszkanie. Nigdy za życia Andrzej o tym nie wspominał, podobnie jego związki z Podlasiem nie znalazły jaskrawego tropu w twórczości. Nic dziwnego, tworzył przecież kreacje uniwersalne, nie miało znaczenia gdzie i kiedy, kto z kim, kto stoi a kto biegnie. Panta rei, w odniesieniu do przeszłości piętnującej teraźniejszość, wnikającej w sam środek azylu poety. Azylu który nie dał mu skutecznego schronienia. Stał się w ostateczności jego grobem, z którego bardzo szybko zmartwychwstała jego poezja i żyje do dziś.

Odprowadziłem Janusza na przystanek, zielony autobus jak barwy poznańskiej Warty, klubu z tradycjami i wspomnieniami z tętniącej przemysłem Wildy. Żyję tutaj od ponad pół wieku, w coraz młodszym gronie znajomych, bo starsi odeszli, i pojedynczo odchodzą ci nieliczni z tamtej epoki. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte na życie, które nie składa się wyłącznie z atrakcji za którymi goni ludzkość. Trzeba wyprzedzać ruchy, które wykonuje przeznaczenie, bo nic nie jest dziełem przypadku, a wszystko może być skutkiem asekuracyjnych działań. Nie do końca jednak.

JBZ

środa, 3 lipca 2019

SŁÓW-MIARKA

W Klubie NOT w Poznaniu odbyła się premiera" Słów-miarki" projektu będącego wynikiem pomysłu Stanisława Chutkowskiego, poznańskiego poety członka SIMP. Premiera zakończyła się sukcesem, organizatorzy nie przypuszczali, że przebieg imprezy będzie miał niespodziewany przebieg. Scenariusz scenariuszem, a ludzie ludźmi, zwłaszcza gdy okazuje się, że w przeszłości wiele ich łączyło zawodowo. Literatura stała się w tym przypadku tylko pretekstem do spotkania, w rezultacie więcej było ekonomii, technologii i przypomnienia wydarzeń, które miały w skutkach szczególne znaczenie dla naszego poznańskiego środowiska. Dominowała spontaniczność, a przerywniki muzyczne tylko zagęszczały atmosferę zainteresowania tym, co się za moment wydarzy. Stanisław Chutkowski sam był zaskoczony, nie miał wyjścia, musiał podjąć decyzję o kontynuacji tego projektu. Kolejne środowisko zawodowe znajdzie się bliżej poznańskiej literatury. Kwartalny cykl "Słów-miarki" wejdzie w życie. 


Stanisław Chutkowski i Tomasz Bateńczuk


Prezesi, Zbigniew Gordziej i Jacek Mańczak 

Pomysłodawczyni "Demakijażu" Bożena Zimny

Barbara Tylman poetka poznańska

Poznański Oddział ZLP realizuje obecnie trzy projekty związane z aktywizacją czytelnictwa w mieście: "Poznańskie konstelacje literackie" w ramach "Dialogów kontrolowanych", co dwa miesiące, "Ławeczka poetycka", co miesiąc - dofinansowane z budżetu Miasta Poznania, oraz "Słów-miarka", projekt realizowany raz na kwartał.  

JBZ 

sobota, 15 czerwca 2019

Dialogi kontrolowane


Upał nie zniechęcił sympatyków tego programu. Wprawdzie nie dojechał Karol Samsel ale dotarła Ewa Frączek-Biłat, i zaprezentowała się z klasą jak przystało na poetkę, która ma dużo do powiedzenia. Czytelnicy nie szczędzili jej pytań, wiersze z prezentowanego tomu od razu stały się przedmiotem zainteresowania, na koniec poetka złożyła kilka autografów, przy kawie i słodyczach, zakończyliśmy to kolejne udane spotkanie. W bloku przywołań - ciekawie zaprezentowała się nasza koleżanka Barbara Tylman, natomiast Krzysztof Wiśniewski zaprezentował kilka wizualnych wątków z jubileuszu premiery "Siekierezady", temat ten będzie kontynuowany w następnych programach, co ucieszyło przybyłych na spotkanie miłośników twórczości Steda. 

„Konstelacje” będą kontynuowane do końca tego roku, i mają szansę wejść na stałe do kalendarza imprez w przyszłym roku. Biblioteka Uniwersytecka jest bardzo zainteresowana współpracą z nami, jak dotąd stworzono nam idealne warunki do organizacji imprez wizualnych, możemy korzystać ze sprzętu, prezentować filmy i nagrania dźwiękowe, co jeszcze bardziej uatrakcyjni nasze programy.  W planach na najbliższą przyszłość mamy zamiar zaprosić znanych poetów: z Gorzowa Wlkp. Chorzowa, Zielonej Góry, Wrocławia i Łodzi. I jak dotąd będziemy przywoływać poetów z naszego środowiska, przymierzamy się także do organizacji warsztatów poetyckich, adresowanych głównie do młodzieży.


sobota, 25 maja 2019

Kulikowska i Bobula laureatami IŁŁY 2018


 PROTOKÓŁ
  
z posiedzenia Kapituły 35. Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny  na debiut   roku 2018 odbytego w dniu 12.05.2019 w Poznaniu
Kapituła  w składzie:
1. Jerzy Beniamin Zimny , przewodniczący – poeta, krytyk, vice-prezes ZLP/O w Poznaniu
2. Zbigniew Gordziej, członek – poeta, prozaik. prezes Oddziału ZLP w Poznaniu
3. dr Karol Samsel, sekretarz – poeta, krytyk i historyk literatury polskiej, adiunkt na UW.
4. Rafał Różewicz, członek – poeta, recenzent i krytyk literacki z Wrocławia.
po rozpatrzeniu zgłoszonych do konkursu 21 książek poetyckich  postanowiła przyznać nagrodę główną Maciejowi Bobuli z Szalejowa Górnego za tom poezji pt. „Wsie, animalia, miscellanea”, Wydawnictwo Fundacja Duży Format w Warszawie. Oraz Justynie Kulikowskiej za tom poezji pt.  „Hejt i inne bangery” Wydawnictwo Korporacja Ha!art w Krakowie.
Ponadto, kapitula postanowiła wyróżnić:
Michała Domagalskiego z Poznania za tom poezji pt. „Poza sezonem” Wydawca: Biuro Literackie w Stroniu Śląskim. 
podpisy:   
Jerzy Beniamin Zimny
Zbigniew Gordziej
Karol Samsel
Rafał Różewicz    

Poznań, 12 maja 2019 r.  


Karol Samsel

Laudacja

(Nagroda Poetycka 35. Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny
za debiut dla Macieja Bobuli, Justyny Kulikowskiej i Michała Domagalskiego)

„W górach kędy prysnęły lody, / Stu chat zalane już ognisko: / Jeziorami – ogrody! / Brudne fale przez mur cmentarza / Przerzucają trumny ciężkiemi, / Pławią dęby wyrwane z ziemi / Cisza – dwakroć przeraża” – to fragmenty najdojrzalszego wiersza Cypriana Norwida o wsi, wiersza, który poeta musiał cenić, skoro umieścił go w swoim legendarnym cyklu – Vade-mecum. Maciej Bobula swoim tomem wsie, animalia, miscellanea nie odkrywa więc Atlantydy zaginionych tematów polskiej poezji. Być może przede wszystkim uzmysławia po latach zaniedbywania wątku, że wieś polska jest tajemnicą, że w rękach zręcznego i utalentowanego pisarza może stać się polskim „jądrem ciemności”. Tego odkrycia mu życzę – kiedy tylko przekroczy swoją osobistą „smugę cienia”.
Wiersze z wsi, animaliów, miscellaneów zostały wyartykułowane chropawo, lecz nie afatycznie, szorstko, może powściągliwie, ale nie apofatycznie. Nie ma tu bowiem nie tylko metafizycznego, lecz także estetycznego głębinowania tekstu. Bobula nie poszukuje poezji czystej, i to zdaje się jego siłą, to czyni go ciekawym także w perspektywie przyszłości, w której krocząc tą drogą, którą obrał – osiągnie swoje (jak mocno wierzę) heart of darkness. Zanim to nastąpi, możemy delektować się dykcją niepragnącą przypodobać się czytelnikom, co więcej zawadiacko – usiłującą ich obrazić, splunąć im w twarz, spoliczkować. A ten łobuzersko-anarchistyczny wydźwięk tomu Bobuli może spodobać się dalece bardziej niż patos tonu zaangażowanego tak silnie obecny we współczesnej liryce młodego pokolenia. To taki ton bowiem jest dzisiaj intertekstualnie najpłodniejszy, przywodzi najwięcej historycznoliterackich skojarzeń.
Łobuzerstwo we wsi, animaliach, miscellaneach ma bowiem swoje tradycyjne układy odniesień, najczęściej renesansowe i staropolskie. Bobula jest współczesnym sowizdrzałem, w moim przekonaniu w każdym razie o wiele bliżej mu jest do sowizdrzalstwa aniżeli do wierszy Juliana Kawalca czy Tadeusza Nowaka. Żal mi, że nie słyszę u Bobuli aż tak wyraźnie Konopielki Edwarda Redlińskiego, ale wetuję to sobie zabawami przypominający mi po trosze Gargantuę i Pantagruela Rabelais’go, albo Colasa Breugnona Romaina Rollanda. Bo trudno powiedzieć, kto w tomie Bobuli przemawia: na pewno nie intelektualista, chociaż i wcale nie prostaczek. Zaczął polonistykę, ale czy skończył polonistykę? Nie mam pojęcia, uciesznie w każdym razie poczyna sobie podmiocik Bobuli z podstawową wiedzą polonistyczną na wsi, tak jak opisuje to w wierszu nowy korbut a serce w bojlerze. Pomysł na „bibliografię polskiej wsi” jest przedni tak zresztą, jak pomysł na arlekinadę w miejscu, w którym dotychczas panowała nostalgia bądź tajemnica.
Nie nazwałbym jednak wsi, animaliów, miscellaneów „przerażającymi” – w tym znaczeniu w każdym razie, jakie „przerażeniu” nadał Norwid w swoim wierszu Wieś. Teksty poetyckie Bobuli z pierwszego rozdziału tomu są na dobrą sprawę współczesnymi roksolankami i z konwencji roksolankowej czerpią (co odróżnia je od tekstów Nowaka czy Kawalca, w których jest transmisja tradycji literackiej, ale nie – jak u Bobuli – transmisja określonych konwencji). Bobula, mówiąc krótko, pisze „roksolankowo” – i mogą być to roksolanki krwawe i okrutne, mogą być to roksolanki „tricksterskie” albo roksolanki szydercze, jak u Michela de Ghelderode’a, ale to cały czas… roksolanki. Zadłużenie Bobuli w konwencjach staropolskich sprawia być może, że tak silnie – gdzieniegdzie – odczuwam nad jego wierszami cień stylu Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego.
Hejt i inne bangery Justyny Kulikowskiej to przypadek całkowicie odmiennej (raczej niezależnej od tradycji literackiej niż w niej zapośredniczonej) stylistyki. Czytam ten tom w kluczu fatalizmu technologicznego, lecz Kulikowska nie odczuwa żadnych zakusów, aby przebierać się w zakurzone kreacje bohaterek archaicznych, na pewno – nie chce stawać się na oczach swojego czytelnika Kasandrą epoki cyfrowej. Nie podąża więc drogą Radosława Jurczaka , który w Pamięci zewnętrznej, aby dać obraz wirtualizacji rzeczywistości, wykorzystuje takie sprawdzone „generatory dramatyzmu”, jakimi są dla przykładu wiersze i wersy skrzydlate z poezji Paula Celana. To dobrze, bo jej technologiczny fatalizm i tak ma w sobie wszystko z konwencji greckiej tragedii i nie potrzebuje – jak mi się wydaje – żadnych intertekstualnych wsporników. Dobrze, że za sprawą tomu Kulikowskiej widzimy, jak może wyglądać poezja tragizmu cyfrowego bez kostiumów, jakie odziedziczyliśmy i odziedziczamy po dziś dzień po modernistach i premodernistach.
Jednym z najdonioślej wybrzmiewających tematów Hejtu i innych bangerów jest wątek perwersji, dewiacji i wykolejeń, jakie są częścią cyfrowego doświadczenia rzeczywistości, w tym – doświadczania rzeczywistości popularnej. „Szanuję // Scootera, chociaż nie karmi piskląt / własną krwią”, pisze Kulikowska w wierszu Z muzyki rozrywkowej, „na youtube oglądałam egzekucję Saddama Husajna, by poczuć brutalność porównania”, dodaje gdzie indziej (w wierszu Liż). Jeżeli Jurczaka, studenta filozofii, kognitywistyki i matematyki na UW interesowały w wierszach aporie poznania cyfrowego, zakłócenia sposobów widzenia, mechanizmy gromadzenia wiedzy, Kulikowska zadaje nam pytania nieco „bardziej ludzkie”, jeśli mogę tak powiedzieć. Pyta o możliwość etyki cyfrowej, a nawet (patrzę w tej chwili na ostatni wiersz tomu, Kurwy) – etyki w świecie postcyfrowym. Last but not least – nie wolno zapominać o tym, że poetkę interesuje w równym stopnia zdegenerowany świat cyfrowy, jak i zdegenerowany świat popularny, zredukowany do kultury „pop-pop-pop-popularnej”, czyli jak ujęła to zręcznie w tytule swojej książki Kulikowska: kultury „bangerowej”.
Mówiąc o Hejcie i innych bangerach nie sposób oczywiście przemilczeć sprawy stylu autorki oraz jej interesującego stosunku do języka poetyckiego. Po pierwsze: sposób zwracania się podmiotki Kulikowskiej do „Ty” lirycznego jest niezwykle afektywny, swoją siłę zawdzięcza swojemu rozedrganiu, więcej należałoby powiedzieć: cały tom dałoby się przeczytać kluczem kategorii neurozy fatycznej, terminu, który niegdyś wykorzystał Ryszard Przybylski, analizując improwizację Konrada z Dziadów drezdeńskich (tak jest!). Oczywiście, celowo podkreślam paradoksy, ażeby uwypuklić tezę o fatalizmie technologicznym Hejtu... Jestem do niej przekonany. Po drugie: Kulikowska nie wierzy w utopię wieży Babel, tj. nie wierzy w to, że można mówić, mieszając ze sobą języki (narracje, dialekty, socjolekty, narzecza etc.). Nie znajdziemy u niej tzw. babelicznej logorei słów i tematów. Po trzecie wreszcie: w stosowanych przez siebie chwytach poetka pozostaje klasycznie awangardowa, jej strategia nienaturalnych segmentacji składniowych, dając efekt „komputeryzacji mowy”, stylu języka przetwarzającego informację – czerpie pełnymi garściami ze legendarnych postulatów Marinettiego, aby „słowa” pozostawiać „na wolności”.
Tom Michała Domagalskiego, Poza sezonem na tle pozostałych dwóch debiutanckich tomów wydaje się książką najbardziej liryczną. Jeżeli styl Macieja Bobuli określiłbym mianem stylu „stopnia zero”, stylu asemantycznego, celowo „przezroczystego”, „przezroczystość” pielęgnującego, styl Kulikowskiej zaś nazwałbym eksperymentalnym, poszukującym, semantycznie transgresyjnym, styl Michała Domagalskiego musiałbym określić klasycznie semantycznym, a więc klasycznie znaczącym. Dominuje tu rodzaj zaangażowanej intymności, a także bardzo wyraźna predylekcja do mówienia intymnym dwu-Ja, bo też każda uprawiana przez Domagalskiego liryka zwrotu do adresata jest tak naprawdę poufną kameralistyką, podmiot czynności twórczych mówi tu bowiem poufnie, w jakimś rodzaju estetycznej kameralistyki, trochę może nawet metafizycznie, bo przecież „poza sezonem”, czy w prześwicie, w platońskiej (pomiędzy sezonami) szczelinie.
Kiedy czytam dla przykładu wiersz poety Po kocie, zwłaszcza zdanie „Przetrawione przez ziemię // cząstki rozeszły się po kościach jednosezonowych / roślin”, trudno mi nie myśleć o Państwie Platona i frazie stamtąd: „Dusze jednodniowe, oto początek nowej wędrówki okrężnej rodu śmiertelnego, wędrówki kończącej się śmiercią”. Szlachetny platoński intertekst przyciąga do siebie Domagalski, wybijając na tytuł tomu tajemnicze „poza sezonem”, mogące ewokować metafizyczne przesłanie całości. Powiedzmy zatem prowokująco, że sam jest sobie winny mojego „platonizowania” na jego temat…
 Żarty jednak na bok, sedno bowiem mojego o książce Poza sezonem przekonania tkwi w eksponowanym cały czas w tomie – temacie zaangażowanym. Zaangażowanie społeczno-polityczne Domagalskiego jest bowiem pełne elegancji, a z racji nie do końca sprecyzowanych tęsknot, melancholii, nostalgii – poniekąd romantyczne i metafizyczne zarazem. Stąd być może cała moja śmiałość, aby tytułowe określenie „poza sezonem” odczytywać w tak niemodnym już dzisiaj kluczu eschatologicznym.
Pora, aby serdecznie Państwa przeprosić za moją nieobecność na tegorocznym przyznaniu Nagrody Poetyckiej 35. już Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny za debiut. Dziękuję Organizatorom za wyrozumiałość, a Nagrodzonej Poetce i Nagrodzonym Poetom z całego serca życzę powodzenia. Radością było dla mnie poznawać Państwa tomy, a także „rozczytywać” i „remodelować” na swój – może nietrafny zupełnie, ale autentyczny – sposób Państwa zbudowane od podstaw dykcje.

Z gorącym pozdrowieniem
i szczerymi gratulacjami,

Karol Samsel.





poniedziałek, 8 kwietnia 2019

W niebieskim zielniku.









                                           "bo żywosłowić ciebie jest żywicowanie"

krwawienie łzami nie czując bólu, utrata tchu w biegu odwróconym, nie ufanie słowu, które służy każdemu z osobna. Brać uśmiech za przejaw ironii, mieszkać w ciemnej izbie z malowanymi kamieniami, gdy ze ścian koledzy nieruchomo na twoją śmierć czekają. 

Obudziłem się bez niego ale z jego aurą pozostałą na moment obok, z jego ostatnim słowem w słuchawce uwięzionym, jak napiwek za pół godziny obcowania, ostatniego. Do następnego, niewiadomego, może w maju, może dopiero w raju? A tu kwiecień zaczął się liliami, będę je ścinać niech krwawią, a Ty patrz z góry jako i ja krwawię. Zechciej zważyć słowem swoje ciało, ostatni raz na ziemi kujawskiej, z pałuckim akcentem terapii alfabetu aż do Gammy.
Oni czekają na ciebie za rzeką, JA żegnam ciebie bez czekania, minuty, godziny aż do zamknięcia bramy, która bywa niekiedy lirycznymi skrzydłami? Nic, że rdzewieją odkryte niegdyś znaczenia, patrz idę amfiladą Miłostowa, zmiłowania, po drodze mijam naszych kolegów, mijam prawdosłowne cyklameny, nie zwracam uwagi na kamień, chociaż powinienem, być może na swoim grzbiecie, pod mchem, skrywa moje imię? Tego nie wiesz, oni nie wiedzą i absolut na końcu świata, gdzie końca poezji nie ma. Idź dalej drogą muszli i kamieni, zalesiony po brzegi, zasłowiony że aż wysłowiony, milczenie Twoje brzmi dzisiaj dzwonem, pieśni agonia wśród sarkofagów w równym szeregu.

Nie mogę nic powiedzieć lirycznego bo treny wymagają cierpienia, ślepego pióra, wiecznie poszukującego słowa uniwersalnego, które pomieści wszechświat, wobec poezji wiecznie mały. Nie mogę wymilczeć tej chwili, która nie pozostanie z nami, co było przed momentem za moment się na zawsze oddali, i Twoja postać na tle tych, co na ścianie. Teraz już nie tłem a samym sobą pośród nich. W Wirach wielki wir zawirował, wessał moją pamięć zapoczątkowaną w Sali Kominkowej, i dalej nic, długo nic, aż pojawiła się TRIADA, trzy pokolenia słów, trzy zbiory skończone bez cudzysłowu, z nadmiarem interpunkcji, opuncji i interwałów, potencjałem metafor budowanych jak piramidy Majów, ku słońcu, ku oślepieniu aby mrok się oswoił ze zniczami, ogarkami wiary.

Pożegnanie, a potem czuwanie przy grobie, ktoś odsłoni ten kamień, który urósł do opoki epoki, w malutkim mieszkaniu z gitarą, z duszami od żelazek, podkuwkami z których wypadło szczęście, uwięzione na długie lata w ścianach, aż przyszła pora suszy, nadeszły wiatry olimpijskie, ktoś WIELKI zdmuchnął ZNICZ i zapalił wieczną lampkę. Ostatnia część TRIADY, pierwsza cześć TRYPTYKU o poetyckich przeprawach na tamtą stronę morza martwego. 

Pożegnanie, brzmi krótko, na pamięć spada i spływa w ślepe zaułki mózgu, znak graficzny końca, widoczny już w połowie drogi, kiedy zapala się żółte światło, w oczekiwaniu na czerwone. RÓŻE tymczasem, za chwilę LILIE kredowe jak śmierć. CZEKAJ. na razie jesteś w WYBUDZENIU moim, gdy na szpitalnym korytarzu wypuściły swoje korzonki RÓŻE Z MONTREUX. Ubyło mi krwi wtedy - na te róże, na twoje zatrzymanie na ziemi, dwa lata, długie jak samotność w czterech ścianach. Już niczego nie wybiorę dla Ciebie, nikt ode mnie nie odbierze w kopercie papieru. List do Ciebie był zaproszeniem do słonecznego lata, opublikowany w ostatnim numerze Okolicy, pobrzmiewa w tej chwili jak epilog. 

JBZ   


sobota, 16 marca 2019

W samo południe




Wypić kawę, podaną w papierowym kubku, z Markiem Słomiakiem na Dworcu Zachodnim w Poznaniu, to znak, że coś się dzieje w środowisku poetyckim miasta Merkurego. Marek jak zawsze barwny w wypowiedziach, snujący ciekawe projekty do realizacji. Słucham i analizuję, nie komentuję ponieważ w określonym wieku, każdy może mieć świadomość nieograniczonych predyspozycji do wielkich czynów. Nie należy się temu sprzeciwiać, przynajmniej choć przez chwilę ktoś ma wrażenie swojej niezbywalności i ważnej pozycji w otoczeniu.  Za słowami zawsze idą czyny. Byle szybko, bo z czasem zapał wygasa, człowiekowi przychodzą do głowy nowe pomysły i zaczyna je słownie rozprzestrzeniać. Niekiedy to go zadowala, ale najczęściej poszukuje wsparcia finansowego i nie znajduje odzewu, więc odchodzi z kwitkiem.  Od pewnego czasu, coś takiego obserwuję w bezpośrednim moim otoczeniu.

W połowie marca wykaraskałem się z dokuczliwej choroby, trzy tygodnie zażywania antybiotyków, próby charakteru, odporności na bolesne skutki przewlekłej choroby. Nie takie próby przechodziłem w przeszłości, niedalekiej zresztą, więc teraz ze stoickim spokojem realizuję wszystkie zaległości, w tempie zawrotnym. Z dwa tygodnie ukaże się moja powieść ”Róże z Montreux”, zredagowałem kolejny debiutancki tom poezji, przyglądam się nowym tekstom, powstałym w okresie zimy z doskoku. Kształtuje się kolejny mój tom.  Mimo wszystko poezja jest mi bardziej przyjazna, proza wypruła ze mnie wszystko, co było możliwe. Czuję ulgę, jakby zdjęto ze mnie uprząż i puszczono wolnym w sam raz na wiosnę.

Jak długo można społecznie pracować?  Otóż jest pewna granica wytrzymałości fizycznej i psychicznej, w sytuacji kiedy brakuje wsparcia merytorycznego, gdy człowiek wykonuje wszystko od początku do końca, ponosząc za swoją pracę pełną odpowiedzialność. Na dłuższą metę jest to niemożliwe. To co miało sprawiać przyjemność staje się uciążliwością i zmusza do przedkładania obowiązków społecznych nad własne zdrowie i życie rodzinne. Tak być nie powinno. Nadszedł moment przestawić zwrotnicę.

Od początku marca jestem w cywilu. Poetyckie wojsko odsłużyłem. Bez awansu i blach, których aż zatrzęsienie w środowisku literackim, ale za to, z konkretnymi osiągnięciami, które mnie w pełni satysfakcjonują. Poznań mój zawsze był inny, w każdym okresie, i ludzie mający ze mną kontakt reprezentowali sobą coś ważnego, społecznie akceptowalnego. Co pozwoliło mi przetrwać najgorsze. 

Sobota, 16 marca 2019


poniedziałek, 25 lutego 2019

JKA w Poemie.



                                                     

Dwie dekady na Helu


Nowa prywatność jak powiew nowej fali.
Trudno określić - gorącej czy chłodnej, może
niektórym tylko się zdawało, że jest to
odejście od wspólnoty socjalistycznej,
stąd brak należytej reakcji cenzury.

Krótko potem weszli do salonu inni
z brulionami pod pachą, ale w pojedynkę
już bez fali weszli i zaraz potem runął
mur, nic nie pozostało z przeszłości godnego
dalszej uwagi. Kilka nazwisk musiało
złożyć pokłon poecie, który wrócił z Kanady
z własnym brulionem wierszy napisanych
jeszcze w komunie. Ale tchnących zachodem
od Korei po Hel. I nie przez jeden sezon,
lecz dwie dekady trwały pielgrzymki
do gorących słów, źródeł nowej mowy.


W czwartek, w salonie im. Wincentego Różańskiego w Poznaniu, zostanie podważony kolejny mit. Marek Słomiak, Tadeusz Żukowski, postanowili zmusić mnie do nadludzkiego wysiłku jakim  będzie przedstawienie sylwetki twórczej Jana Krzysztofa Adamkiewicza. Poety zaliczanego do plejady twórców Nowej Prywatności, nurtu, który skupiał poetów zamieszkałych w Gdańsku. W gronie tym znalazło się dwóch poetów z Poznania, nie mających wiele wspólnego z wyzwaniami rzuconym przez inicjatorów tego nurtu? Dzisiaj po latach zastanawiam się nad znaczeniem tego nurtu, trwał krótko, a poeci wyróżniali się każdy na swój sposób odbiegając od założeń deklarowanych przez grupę. W założeniach tak miało być, indywidulane postrzeganie świata, zagadnień i zjawisk. Wpływy polityczne przestały oddziaływać na twórców, nie były inspiracją ani imperatywem pomimo cenzury, która w połowie lat osiemdziesiątych była szczególnie aktywna. Dlatego w drugiej połowie tej dekady indywidualne postrzeganie świata zostało wzbogacone przez poetów Brulionu, wzywających do mówienia wprost, językiem odmetaforyzowanym, językiem takim jakim jest w użytkowaniu ulicznym, środowiskowym, w konflikcie z pięknem i artyzmem, płynącym z przeszłości, nawet bardzo odległej. 

JKA, powraca na Wildę po 33 latach chrystusowych swojej nieobecności. U Witka zagości duchem, pośród ostatnich kolegów chodzących o własnych siłach. Duchem poezji, która już się nie powtórzy, bo kto z młodych zechce tak władać językiem, szlifowanym w szkole Karpowicza, w szkole poznańskich lingwistów, z daleka od awangardy krakowskiej. Ale blisko kogo i czego? Tutaj nie dostrzegam czyjejkolwiek bliskości jego językowym dokonaniom. Nie jestem w stanie wymienić choć jednego nazwiska, zbliżonego do składni i dykcji poety z Wildy. Konia z wozem temu kto się podejmie gruntownej oceny poezji JKA. Czy komukolwiek się zechce to zrobić po tylu latach? Młodzi poeci prą do przodu, Krzysztof też parł z prędkością lukstorpedy i odskoczył prawie o sto lat. Może kiedy nas, jego kolegów już nie będzie, ktoś wnikliwy odkryje tę poezję dla kosmicznego pokolenia. W co nie wątpię.

JBZ