poniedziałek, 8 kwietnia 2019

W niebieskim zielniku.









                                           "bo żywosłowić ciebie jest żywicowanie"

krwawienie łzami nie czując bólu, utrata tchu w biegu odwróconym, nie ufanie słowu, które służy każdemu z osobna. Brać uśmiech za przejaw ironii, mieszkać w ciemnej izbie z malowanymi kamieniami, gdy ze ścian koledzy nieruchomo na twoją śmierć czekają. 

Obudziłem się bez niego ale z jego aurą pozostałą na moment obok, z jego ostatnim słowem w słuchawce uwięzionym, jak napiwek za pół godziny obcowania, ostatniego. Do następnego, niewiadomego, może w maju, może dopiero w raju? A tu kwiecień zaczął się liliami, będę je ścinać niech krwawią, a Ty patrz z góry jako i ja krwawię. Zechciej zważyć słowem swoje ciało, ostatni raz na ziemi kujawskiej, z pałuckim akcentem terapii alfabetu aż do Gammy.
Oni czekają na ciebie za rzeką, JA żegnam ciebie bez czekania, minuty, godziny aż do zamknięcia bramy, która bywa niekiedy lirycznymi skrzydłami? Nic, że rdzewieją odkryte niegdyś znaczenia, patrz idę amfiladą Miłostowa, zmiłowania, po drodze mijam naszych kolegów, mijam prawdosłowne cyklameny, nie zwracam uwagi na kamień, chociaż powinienem, być może na swoim grzbiecie, pod mchem, skrywa moje imię? Tego nie wiesz, oni nie wiedzą i absolut na końcu świata, gdzie końca poezji nie ma. Idź dalej drogą muszli i kamieni, zalesiony po brzegi, zasłowiony że aż wysłowiony, milczenie Twoje brzmi dzisiaj dzwonem, pieśni agonia wśród sarkofagów w równym szeregu.

Nie mogę nic powiedzieć lirycznego bo treny wymagają cierpienia, ślepego pióra, wiecznie poszukującego słowa uniwersalnego, które pomieści wszechświat, wobec poezji wiecznie mały. Nie mogę wymilczeć tej chwili, która nie pozostanie z nami, co było przed momentem za moment się na zawsze oddali, i Twoja postać na tle tych, co na ścianie. Teraz już nie tłem a samym sobą pośród nich. W Wirach wielki wir zawirował, wessał moją pamięć zapoczątkowaną w Sali Kominkowej, i dalej nic, długo nic, aż pojawiła się TRIADA, trzy pokolenia słów, trzy zbiory skończone bez cudzysłowu, z nadmiarem interpunkcji, opuncji i interwałów, potencjałem metafor budowanych jak piramidy Majów, ku słońcu, ku oślepieniu aby mrok się oswoił ze zniczami, ogarkami wiary.

Pożegnanie, a potem czuwanie przy grobie, ktoś odsłoni ten kamień, który urósł do opoki epoki, w malutkim mieszkaniu z gitarą, z duszami od żelazek, podkuwkami z których wypadło szczęście, uwięzione na długie lata w ścianach, aż przyszła pora suszy, nadeszły wiatry olimpijskie, ktoś WIELKI zdmuchnął ZNICZ i zapalił wieczną lampkę. Ostatnia część TRIADY, pierwsza cześć TRYPTYKU o poetyckich przeprawach na tamtą stronę morza martwego. 

Pożegnanie, brzmi krótko, na pamięć spada i spływa w ślepe zaułki mózgu, znak graficzny końca, widoczny już w połowie drogi, kiedy zapala się żółte światło, w oczekiwaniu na czerwone. RÓŻE tymczasem, za chwilę LILIE kredowe jak śmierć. CZEKAJ. na razie jesteś w WYBUDZENIU moim, gdy na szpitalnym korytarzu wypuściły swoje korzonki RÓŻE Z MONTREUX. Ubyło mi krwi wtedy - na te róże, na twoje zatrzymanie na ziemi, dwa lata, długie jak samotność w czterech ścianach. Już niczego nie wybiorę dla Ciebie, nikt ode mnie nie odbierze w kopercie papieru. List do Ciebie był zaproszeniem do słonecznego lata, opublikowany w ostatnim numerze Okolicy, pobrzmiewa w tej chwili jak epilog. 

JBZ   


sobota, 16 marca 2019

W samo południe




Wypić kawę, podaną w papierowym kubku, z Markiem Słomiakiem na Dworcu Zachodnim w Poznaniu, to znak, że coś się dzieje w środowisku poetyckim miasta Merkurego. Marek jak zawsze barwny w wypowiedziach, snujący ciekawe projekty do realizacji. Słucham i analizuję, nie komentuję ponieważ w określonym wieku, każdy może mieć świadomość nieograniczonych predyspozycji do wielkich czynów. Nie należy się temu sprzeciwiać, przynajmniej choć przez chwilę ktoś ma wrażenie swojej niezbywalności i ważnej pozycji w otoczeniu.  Za słowami zawsze idą czyny. Byle szybko, bo z czasem zapał wygasa, człowiekowi przychodzą do głowy nowe pomysły i zaczyna je słownie rozprzestrzeniać. Niekiedy to go zadowala, ale najczęściej poszukuje wsparcia finansowego i nie znajduje odzewu, więc odchodzi z kwitkiem.  Od pewnego czasu, coś takiego obserwuję w bezpośrednim moim otoczeniu.

W połowie marca wykaraskałem się z dokuczliwej choroby, trzy tygodnie zażywania antybiotyków, próby charakteru, odporności na bolesne skutki przewlekłej choroby. Nie takie próby przechodziłem w przeszłości, niedalekiej zresztą, więc teraz ze stoickim spokojem realizuję wszystkie zaległości, w tempie zawrotnym. Z dwa tygodnie ukaże się moja powieść ”Róże z Montreux”, zredagowałem kolejny debiutancki tom poezji, przyglądam się nowym tekstom, powstałym w okresie zimy z doskoku. Kształtuje się kolejny mój tom.  Mimo wszystko poezja jest mi bardziej przyjazna, proza wypruła ze mnie wszystko, co było możliwe. Czuję ulgę, jakby zdjęto ze mnie uprząż i puszczono wolnym w sam raz na wiosnę.

Jak długo można społecznie pracować?  Otóż jest pewna granica wytrzymałości fizycznej i psychicznej, w sytuacji kiedy brakuje wsparcia merytorycznego, gdy człowiek wykonuje wszystko od początku do końca, ponosząc za swoją pracę pełną odpowiedzialność. Na dłuższą metę jest to niemożliwe. To co miało sprawiać przyjemność staje się uciążliwością i zmusza do przedkładania obowiązków społecznych nad własne zdrowie i życie rodzinne. Tak być nie powinno. Nadszedł moment przestawić zwrotnicę.

Od początku marca jestem w cywilu. Poetyckie wojsko odsłużyłem. Bez awansu i blach, których aż zatrzęsienie w środowisku literackim, ale za to, z konkretnymi osiągnięciami, które mnie w pełni satysfakcjonują. Poznań mój zawsze był inny, w każdym okresie, i ludzie mający ze mną kontakt reprezentowali sobą coś ważnego, społecznie akceptowalnego. Co pozwoliło mi przetrwać najgorsze. 

Sobota, 16 marca 2019


poniedziałek, 25 lutego 2019

JKA w Poemie.



                                                     

Dwie dekady na Helu


Nowa prywatność jak powiew nowej fali.
Trudno określić - gorącej czy chłodnej, może
niektórym tylko się zdawało, że jest to
odejście od wspólnoty socjalistycznej,
stąd brak należytej reakcji cenzury.

Krótko potem weszli do salonu inni
z brulionami pod pachą, ale w pojedynkę
już bez fali weszli i zaraz potem runął
mur, nic nie pozostało z przeszłości godnego
dalszej uwagi. Kilka nazwisk musiało
złożyć pokłon poecie, który wrócił z Kanady
z własnym brulionem wierszy napisanych
jeszcze w komunie. Ale tchnących zachodem
od Korei po Hel. I nie przez jeden sezon,
lecz dwie dekady trwały pielgrzymki
do gorących słów, źródeł nowej mowy.


W czwartek, w salonie im. Wincentego Różańskiego w Poznaniu, zostanie podważony kolejny mit. Marek Słomiak, Tadeusz Żukowski, postanowili zmusić mnie do nadludzkiego wysiłku jakim  będzie przedstawienie sylwetki twórczej Jana Krzysztofa Adamkiewicza. Poety zaliczanego do plejady twórców Nowej Prywatności, nurtu, który skupiał poetów zamieszkałych w Gdańsku. W gronie tym znalazło się dwóch poetów z Poznania, nie mających wiele wspólnego z wyzwaniami rzuconym przez inicjatorów tego nurtu? Dzisiaj po latach zastanawiam się nad znaczeniem tego nurtu, trwał krótko, a poeci wyróżniali się każdy na swój sposób odbiegając od założeń deklarowanych przez grupę. W założeniach tak miało być, indywidulane postrzeganie świata, zagadnień i zjawisk. Wpływy polityczne przestały oddziaływać na twórców, nie były inspiracją ani imperatywem pomimo cenzury, która w połowie lat osiemdziesiątych była szczególnie aktywna. Dlatego w drugiej połowie tej dekady indywidualne postrzeganie świata zostało wzbogacone przez poetów Brulionu, wzywających do mówienia wprost, językiem odmetaforyzowanym, językiem takim jakim jest w użytkowaniu ulicznym, środowiskowym, w konflikcie z pięknem i artyzmem, płynącym z przeszłości, nawet bardzo odległej. 

JKA, powraca na Wildę po 33 latach chrystusowych swojej nieobecności. U Witka zagości duchem, pośród ostatnich kolegów chodzących o własnych siłach. Duchem poezji, która już się nie powtórzy, bo kto z młodych zechce tak władać językiem, szlifowanym w szkole Karpowicza, w szkole poznańskich lingwistów, z daleka od awangardy krakowskiej. Ale blisko kogo i czego? Tutaj nie dostrzegam czyjejkolwiek bliskości jego językowym dokonaniom. Nie jestem w stanie wymienić choć jednego nazwiska, zbliżonego do składni i dykcji poety z Wildy. Konia z wozem temu kto się podejmie gruntownej oceny poezji JKA. Czy komukolwiek się zechce to zrobić po tylu latach? Młodzi poeci prą do przodu, Krzysztof też parł z prędkością lukstorpedy i odskoczył prawie o sto lat. Może kiedy nas, jego kolegów już nie będzie, ktoś wnikliwy odkryje tę poezję dla kosmicznego pokolenia. W co nie wątpię.

JBZ
  

poniedziałek, 18 lutego 2019

WIĘKSZE i mniejsze

W sieci języka



Ostatnie książki poetyckie, jakie do mnie dotarły pocztą, przyniosły mi wiele satysfakcji. Zwłaszcza tomy: Macieja Bobuli debiutanta, Anety Kolańczyk, Tomasza Dalasińskiego, Karola Samsela, i Jakuba Sajkowskiego.  Nie tylko te książki otrzymałem, zainteresowanie moje wzbudził debiut Renaty Iwaniec, Macieja Przybylskiego, i kilka innych debiutów, które z pewnością będą się liczyły na rynku literackich nagród i wyróżnień.
Twórczość Tomasza Dalasińskiego interesuje mnie od dawna. Jego poezja odkąd się pojawiła mocno podbudowuje wartości współczesnej liryki. Dykcją, długą frazą, antynomicznością, w skojarzeniach zaskakującymi tropami, no i językiem płynnym, na pozór banalnym ale odkrywającym nowe wartości poznawcze, nie tylko lingwistyczne. Jeśli mowa o języku, poeta z Torunia zauważył coś, czego dotąd inni nie zauważyli: jego niestałość, krótki okres trwania: "każdy język jest martwy, jeżeli go użyć".  Jest jeszcze u niego wysublimowana magiczna poza, poza nie mająca nic wspólnego z mitem, teraźniejsza, poza przecząca i jednocześnie scalająca myśli ukryte w treści. Dalasiński prowokuje, jest przekorny na każdym kroku, jednocześnie zaprasza do swojego wnętrza poznawczego, myślowego, artystycznego, jest jednocześnie widzem i przewodnikiem, prowokuje czytelnika artystycznym grymasem podmiotu, zdarzają mu się metafory nawiązujące do najlepszego okresu poezji Orientacji: “pieprzyki na jej plecach jak wymarłe miasta”, czy opis pustego baru  w godzinach nocnych: ostatni człowiek, ostatni humanista: "bo już nie będzie mowy, żeby była mowa, chociażby o języku, w który weź się ugryź". Takie obrazki sprowadza do prywatnych, uniwersalnych obszarów intymności. Raczej prywatności  naszpikowanej terminami bardzo współczesnymi. Wyjmowanych nie rzadko z sieci. Z sieci handlowych także. Poeta nie unika również terminologii akademickiej, młodzieżowej. Pragnie " być tam, gdzie się nie bywa językiem". i te wiecznie "odchodzące wody", jakby poeta trwał w wiecznym połogu swojej matki, która jest dla niego kluczem otwierającym poetycki świat.  Nie wprost o tym mówi, lecz zmusza go do tego poezja. Ukłon, szacunek za taką  postawę, w tym konkretnym przypadku, nie tylko poetycką. 
Wbrew pozorom, i wbrew temu, co niektórzy piszą,  nie jest to poezja trudna, nie jest też pozbawiona bagażu osobistych doświadczeń, nawet dramatycznych, co nie zawsze owocuje nadmiernymi emocjami, przeciwnie, Dalasiński swoje emocje sprowadza do stanu wyciszenia, robi to bardzo skutecznie, więc w ten sam sposób ustrzega się patosu, nawet  w momentach wyrażania deklaracji, kiedy podmiot musi demonstrować swój stosunek do korzeni, przywiązanie, kiedy doszukuje się materialnego związku z nimi.
Z przyjemnością, odbieram “Większe”, tom do wielokrotnego czytania, delektowania się językiem poety, który od dziesięciu lat moich obserwacji ewoluuje ku doskonałej składni zachowując przy tym  nowatorskość opartą na klasycznych podstawach języka lirycznego. To rzadkość dzisiaj, kiedy tak powszechny jest warsztatowy epigonizm. 
Zachęcam do lektury tej “większej” poezji.
JBZ




sobota, 16 lutego 2019

Dialogi kontrolowane I


          Powiew wiosny



     Poznańskie Konstelacje Literackie stały się faktem, zaistnieniem, rozjaśniły ponure popołudnie lutego w Bibliotece Uniwersyteckiej Poznania. Wielu znakomitych poetów, autorów książek, zebrało się, aby zaprezentować swoje dzieła. Ten wieczór był również poświęcony twórczości Gustawa Herlinga Grudzińskiego. Wiemy, że rok 2019 jest ogłoszony uchwałą Sejmu R.P, rokiem wybitnego pisarza, eseisty, krytyka literackiego jakim bez wątpienia był Gustaw Herling Grudziński.

     Na tę okoliczność wysłuchaliśmy wykładu oraz poetyckich refleksji znanego krytyka literackiego, doktora nauk humanistycznych, wykładowcy UW, Karola Samsela. W swoim wystąpieniu dokonał  retrospekcji osiągnięć literackich autora. Dziennik pisany nocą jest zaliczany do dzieła ponadczasowego, unikalna kronika odniesień do literatury, sztuki, wywiadów historycznych, politycznych, w których autor występuje jako moralista, a nieraz i sędzia. W tym roku przypada setna rocznica urodzin tego autora.

     Wieczór dynamiczny, wypełniony słowem, którego prowadzący Jerzy Beniamin Zimny nazywa wymianą myśli, żywą gazetą, obejmuje również wywiady, prezentacje. Z zainteresowaniem wysłuchaliśmy prezentacji książki Karola Samsela Autodafe 2. Jej autor przenosi nas w inny wymiar i przestrzeń, przeciwstawia się naturze, do której przywykliśmy. Jego liryka stanowi zagęszczenie myśli i odczuć. W pewnym sensie jest kontynuacją pierwszego tomu Autodafe, ale z pewnym rozchwianiem myśli, pomiędzy mrocznymi zakamarkami a pustką. Forma i przekaz jakim posługuje się autor jest nowatorska. Sam uważa, że wymagana jest od czytelnika wytrwałość w zrozumieniu.

     Gościem dialogu był Jakub Sajkowski, który przyniósł swój Zestaw do kaligrafii, książkę z której przebija autoironia, skojarzona na konfrontacji człowieka Zachodu z kulturą chińską. Demaskuje próbę odnalezienia się bohatera w tym świecie. Kaligrafia, to staranność pisania, sztuka porozumiewania, a autor przyznaje, że gubił się w ich autentyczności. Ciekawa i zabawna lektura.

     Wieczór zamknęły trzy poetki, członkinie Oddziału Poznańskiego ZLP, prezentując swoje tomiki wierszy. Ich poetyckie sylwetki przedstawił Zbigniew Gordziej.

     Anna Andrych, poetka, laureatka wielu nagród z dorobkiem siedmiu tomików poetyckich ,pełni obowiązki  Sekretarza Oddziału Poznańskiego ZLP.

W tomiku Archipelag autorka prezentuje wiersze, które jak sama mówi, są jej wyspami. Każda z nich zawiera osobiste przeżycia, obserwacje, wydarzenia i zamienia je w wiersze, tworząc zbiór, archipelag utrwalony słowem w intelektualną całość. Jej wiersze wyróżniają się zwartą konstrukcją i kondensacją myśli, świadczą o bogatym warsztacie literackim autorki.

     Zdzisława Jaskulska-Kaczmarek, absolwentka polonistyki, poetka, wieloletni działacz na rzecz kultury. Posiada znaczny zbiór uznanych tomików wierszy.

W tomiku A imię twoje niepokój autorka pisze wiersze w oparciu o swoje  doznania, przeżycia oraz  z obserwacji otaczającej rzeczywistości. Poetka, która oddycha otoczeniem, jednocześnie podejmuje dialog metafizyczny i dojrzały w rozumieniu nieuchronnego przemijania. Jej książki zyskują uznanie czytelników.


     Zofia Grabowska Andrijew, filolog, polonistka, absolwentka UAM, poetka.

Jej tomik To wszystko człowiek, zaciekawił mnie, porusza problemy współczesnego człowieka, borykającego się z codzienną techniką i jej rozumieniem. Autorka nie stroni od dyskretnej prowokacji życia publicznego, krytyki zjawisk, obojętności i bezduszności. Ciekawa forma przekazu, godna pozazdroszczenia. Myślę, że zaspokoi ciekawość czytelników, jak wiele innych tomików tej autorki.

Wyszedłem tego wieczoru z przekonaniem, że rzeczywiście spędziłem go w gronie portyckich gwiazd i poczułem nadchodzący powiew wiosny.

Stanisław Chutkowski

   

czwartek, 14 lutego 2019

Sposób na motyle czyli wiersze mniejsze.

Sposób na poezję walentynkową

Mężczyzna w wieku 57 lat, powiedzmy w wieku średnim, szuka "sposobu na bezsenność". Ten sam mężczyzna 23 lata później poszukuje sposobu na motyle? Nie ćmy i nie mole, ale motyle, prawdopodobnie motyle grasujące w brzuchu. A więc wewnętrzna chemia, zwłaszcza gdy za oknem pojawiły się dzisiaj czerwone serduszka, poduszki takie same,i słodycze w tym kształcie.
Poeta cierpi z powodu bezsenności i poeta, który nie daje sobie rady z motylami w brzuchu. Jeden  i ten sam poeta z Doliny, wielki poeta czasu nie marnuje, mimo że to dopiero luty i do wiosny jeszcze trochę wtorków i sobót, dni wiele znaczące w życiu poety od czasów stanu wojennego.
Czytałem wiersze napisane wedle przybosiowskiej reguły oszczędności pióra. Czytałem odautorskie posłowie, skutecznie nawiązujące do sukcesów poety z Doliny, była też inna bezsenność innego poety, lecz w odróżnieniu, z innego świata bardziej antycznego. Ale nie o tym dzisiaj w dniu Walentego.
Walenty nie lubi poetów. Poeci nie znoszą tego imienia, nie znam poety o takim imieniu. Walenty kojarzy mi się z sielskością, ciężką robotą, chodzeniem po chatach za okowitą. Co innego Jerzy, jego wielkość artystyczna i militarna nie podlegają dyskusji. Jerzy nigdy się nie jerzy, może jeży na widok erotycznej postawy. Im starszy tym więcej w nim motyli, mnie w tym okresie zawsze dopada alergia, i nie wiem, co mi bardziej szkodzi, miłość czy myślenie o niej, bieganie z serduszkiem po galerii, wieczorem wtrząśnięcie tortowego serduszka, i igraszki w rozgrzanym do czerwoności pokoju.
Cztałem ostatnio “większe" wiersze, czytałem “animalie” wsiowe i skandynawskie, przewaliłem jak skiby gleby poezję nowomowy, zaszyłem się w liryce sylabotonicznej, na koniec wróciłem do poezji zaangażowanej i stwierdziłem, że postęp tak zapiedala, że poetycka nowomowa po kilku latach, nijak się ma do tego, co wokół zmieniło swoje oblicze. Zatem piszcie poeci do przodu, albo spalcie na popiół swoje dotychczasowe dzieła, jak to zrobił poeta z Ostrołęki, obecnie król radykalizmu lirycznego (moje określenie). Albo poeta z Doliny powracający bardzo skutecznie do MOTYLI. Bo te żyją krótko, lecz barwnie i z przytupem.

JBZ


niedziela, 20 stycznia 2019

Dialogi kontrolowane.









Nowy cykl spotkań z literaturą, w ciekawej oprawie organizacyjnej, adresowany do czytelników oraz poetów i prozaików. 
Co dwa miesiące nowy, żywy numer do obejrzenia, wysłuchania, i udziału w sporach o literaturę współczesną. Możliwość spotkania ciekawych autorów, recenzentów, wykładowców. Zapraszam w imieniu organizatorów. 

Jerzy Beniamin Zimny

niedziela, 6 stycznia 2019

Dziesiąta rocznica śmierci Wincentego Różańskiego






Dziesiątka Różańca
/.../ 

Śmierć jest jak cztery pory roku, cztery jej twarze. Zimowa śmierć jest biała jak ściana, przychodzi zwykle o zmroku, wtedy jest bardziej widoczna. Nie ma w ręku kosy ani innego ostrza. Jest kobietą odzianą w szaty i nigdy nie odsłania piersi. Karmi się widokiem poety. Nie wystarczy jej jego błękitna krew, pragnie czegoś więcej - umierania poezji pod jej wskazującym palcem. Wskazuje zawsze na skroń, tam, gdzie najmocniej pulsuje krew.
Są takie miejsca, gdzie powstają najpiękniejsze słowa liryczne, dotlenione rześkim powietrzem prosto z gór, jezior i lasów. Tam najcelniej trafia swoim ostrym palcem wskazującym. Wtedy dociera do wszystkich wiadomość piękniejsza od wszystkich śmierci, wieść o narodzinach wielkiego poety w męczarniach, we własnej krwi, w miłości nieśmiertelnej. Czego ona, biała pani, nigdy nie zrozumie. Nie przypuszcza nawet, że może być powodem narodzin wielkości artystycznej.   


   Przyszła do Witka styczniowego dnia. Nie mógł nic powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, bo głos swój oddał Bogu, na ziemi, w chwili, kiedy był mu ten głos najbardziej potrzebny. Poeta pisze dłonią, a skarży się ustami. Tego dnia poeta niczego nie wyraził, jego dusza przemówiła już po tamtej stronie. Po tej pozostały jedynie ślady jego krwi, na znak pojednania jego duszy z nami. Pojednania wiecznego. Wszystkich naszych pojednań  z nim, przez lata wspólnej wędrówki w wiecznym cieniu. Przyszła do Witka pani wszystkich cnót zrównania nas wszystkich w jedną wielką cnotę. Na podobieństwo naszego stwórcy, który zawsze jest z nami, niezależnie od naszych przekonań. 




Śmierć Wincentego Różańskiego zamknęła najpiękniejszy rozdział poznańskiej poezji. Ryzykowne to stwierdzenie, ale nie bezzasadne. Jeśli się dobrze przyjrzeć, nie było tak wyrazistego poety w Poznaniu od czasów drugiej wojny. Wojciech Bąk, Roman Brandstaetter, Andrzej Babiński, Stanisław Barańczak, Ryszard Krynicki, a nawet Edward Balcerzan – stanowili i stanowią odrębne rozdziały. Pewne rodzaje szkół poetyckich,  często nacechowanych klasyką. Natomiast Witek, samorodny lirycznie osobnik błyszczący słowem, jawi się czytelnikowi jak spadająca gwiazda, im bliżej ziemi, tym mocniej płonie. Poezja jego jest jak pochodnia, im dalej w mrok, tym bardziej jest widoczna. „Poeta prowincji”, może ktoś miał rację, ale prowincja jest bardziej czytelna od metropolii, gdzie widoczny jest tylko skrawek ulicy i mnogość życiorysów wmieszanych w anonimową społeczność. Z tego właśnie biorą się u Witka: lekkość fraz, rytm dnia, powolność nocy i bezgraniczna radość z narodzin: „kry płynęły na wznak, jakby się ktoś narodził, dziecko idące jak włócznia śpiewało”.
Każdemu poecie życzę takiej prowincjonalności.  


   Przed bramą Miłostowa rozmawiam ze Zbyszkiem Gordziejem, zdawaliśmy razem maturę w poznańskiej „czwórce”. Zbyszek jest synem znanej poznańskiej poetki Heleny Gordziej, odziedziczył po niej talent. Pełni obecnie funkcję prezesa w tutejszym oddziale ZLP. Nie widzieliśmy się całe lata, więc do rozmowy dłuższej dojść na cmentarzu nie mogło, ze względu na czas, który nas bardzo goni, odkąd jesteśmy coraz bardziej zaangażowani zawodowo. Wymieniamy tylko adresy, imiona i wiek swoich dzieci, mówimy o książkach, zerkając bez przerwy na zegarki. A więc do zobaczenia, do radośniejszych okoliczności, do naszej muzy, którą trzeba wiecznie obłaskawiać. Do snów o potędze naszej, do potocznego jutra, jeśli zechce nas znów zderzyć w innym miejscu. 

   Zbyszek odjechał do swoich podopiecznych w domu opieki  w Jarogniewicach, a Jurek Grupiński pociągnął mnie za rękaw:

   -  Jedziesz może przez Wildę? – zapytał ciszej niż mógł.
  -  Dla ciebie mogę jechać przez Chwaliszewo a nawet przez centrum i Wildę, tam gdzie nasze rzeczy jeszcze. /.../ 

(fragmenty powieści Róże z Montreux/  Książka ukaże się w lutym 2019.


czwartek, 20 grudnia 2018

Debiuty poetyckie w poznańskim oddziale ZLP



Dagmara Julita Zimna, absolwentka Wydziału Prawa i Administracji UAM w Poznaniu. Debiutowała w wieku 15 lat w piśmie literackim „Gazeta Młodych”. Dwa lata później tj. w 1988 r. wygrała XV Turnieju Wierszy o Poznaniu i Wielkopolsce. Później przyszedł sukces międzynarodowy – pierwsze miejsce w konkursie Jednego Wiersza na XI i XII Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim. W 1988 r. znalazła się w grupie kandydatów do debiutu w ramach projektu „Pokolenie, które wstępuje” pod redakcją Jerzego Leszina-Koperskiego. Z uwagi na młody wiek nie doszło do debiutu.. Tomik ten złożył się na arkusz poetycki, wydany w 1991 r. Publikowała w Almanachu Absolwentów IV LO w Poznaniu, w Almanachu Klubu Literackiego Pałacu Kultury w Poznaniu „Nie w moim imieniu”. Jej wiersze były publikowane w miesięczniku „Nurt” oraz w pismach regionalnych. W latach 1992-2017 nie uczestniczyła w życiu literackim. Niniejszy tom jest jej debiutem książkowym.
Pracuje nad kolejnym tomem wierszy, który ukaże się w przyszłym roku. Pisze poezję konfesyjną, poezję "pierwszego kontaktu", twierdzi, że doświadczenie jest najlepszą inspiracją. Mataforyka jaką tworzy, jest typowa dla  poetów należących do nurtu "życiopisania". Mieszka i pracuje w Poznaniu.  



Wojciech Przybylski, poeta anonimowy, pod każdym względem, dziesięć lat temu pojawił się na portalu Poezja Polska pod nickiem "KOT". Od początku publikował niezwykle dojrzałe wiersze. Trzy lata temu zaproponowałem mu debiut w naszej oficynie. Długo wahał się i dopiero latem tego roku zwrócił się do mnie o pomoc, bez wahania podjąłem się starań o jego rychły debiut. Zasługiwał na to jak mało kto. Przesłał mi czterdzieści wierszy, równych pod względem poziomu artystycznego, dopracowanych językowo bez istotnych błędów. Nigdy nie mieliśmy ze sobą kontaktu na żywo, co nie stanowi żadnej przeszkody teraz i w przyszłości. Wiem, że w przyszłym roku ma zamiar wydać kolejny tom, i  pragnie  zasilić nasze szeregi związkowe. Człowiek skromny, wątpiący w swój talent, ma ogromny dystans do tego co pisze. Nie bierze na serio moich pochwał, wszelkie moje propozycje promocji odrzuca, ponieważ jak twierdzi "pisze nie dla poklasku i sławy. Co nie umniejsza faktu, że jak dotąd jest to zdecydowanie jeden z najlepszych debiutów poetyckich w tym roku.
Pisze poezję najwyższych lotów, dopracował się odrębnej, własnej dykcji, jego rozważania dotyczą zagadnień egzystencji w świecie materii na styku ze światem duchowym. Małe prawdy składające się na prawdę absolutną, poprzez doświadczanie nie tylko własne, podmiot poety bytuje często w świadomości przedstawicieli wszystkich pokoleń, szuka uniwersalizmów, stara się być autentyczny w oczach czytelnika. Mieszka i pracuje w małej miejscowości w województwie łódzkim.

Jerzy Beniamin Zimny

poniedziałek, 26 listopada 2018

Poezja bez granic




Polanica Zdrój zawsze kojarzyła mi się z niedźwiedziem, rannym zwierzęciem, który odkrył leczniczą moc wód zdrojowych. To był mój pierwszy kontakt z tą miejscowością, kiedy rodzice wysłali mnie z siostrą do prewentorium. Dawno, dawno temu, nie powiem jak dawno bo niektórzy moi znajomi posądzą mnie o plagiat wizerunkowy jaki kreślę w sieci. Listopadowa aura postanowiła nas ulgowo potraktować, było słonecznie, ciepło w miarę, piwnie i solankowo, przede wszystkim pod olbrzymią presją poezji, wszelakiego gatunku, płci i profesji, nastrojowo i przaśnie, niekiedy obscenium królowało, zwłaszcza w Hyde Parku, który gościł w przepięknej kawiarni Bohema w budynku pijalni wód. Ale po kolei (kolej w tym też jest), hotel przyjazny wystrojem i obsługą jaką trudno w innych miejscach znaleźć, i sceneria polanickiej przyrody znana mi od lat, tym razem w zupełnie innym wystroju ulic, pawilonów i obiektów turystycznych. Nic dziwnego, tyle lat upłynęło od czasu, kiedy w parku grałem w szachy z przygodnym człowiekiem, nie pamiętam kto wtedy wygrał, ale wiem że w minionym tygodniu wygrała w Polanicy poezja. Wszystko zaczęło się w Teatrze Zdrojowym, gdzie festiwal otworzyła młodzież i dzieci z polanickich placówek edukacyjnych. Miejscowe władze z burmistrzem elektem, dyrektorzy szkół i przedszkoli, ludzie kultury powiatu i województwa. Takiego powitania nigdy nie doświadczyłem, trudno się dziwić ponieważ tegoroczny festiwal był jubileuszowym, ze smutnym podtekstem nieobecności jego inicjatora Andrzeja Bartyńskiego. Odszedł na wieczność w czerwcu tego roku, pozostawiając po sobie olbrzymi dorobek artystyczny, od poezji do muzyki, organizacyjne sukcesy i efekty pracy w wielu dziedzinach życia nie tylko kulturalnego. Wzruszający film o Bartyńskim stworzył Andrzej Walter, było w tym filmie wszystko, łącznie z muzyką i wokalem w wykonaniu nieodżałowanego poety porównywanego z Homerem. Był to moment zadumy i refleksji bardzo mocno wyartykułowany w programie uroczystości.   
Z okazji jubileuszu nagrodom i wyróżnień nie było końca, podziwiałem zaangażowanie miejscowych władz, zainteresowanie mieszkańców festiwalem, który śmiało można powiedzieć, że jest już wizytówką miasta, bardzo rozpoznawalną w  kraju i zagranicą.
Wypada mi pogratulować profesjonalizmu Kazimierzowi Burnatowi, za organizację tej arcyciekawej imprezy, podczas  której nie było czasu na złapanie oddechu - tyle się działo ciekawych rzeczy. Dziękuję za możliwość wystąpienia, przeżyłem trochę tremy ale i satysfakcji na koniec. Było to jedno z najważniejszych wydarzeń poetyckich w kraju w bieżącym roku.



                                                         z Kazimierzem Burnatem

Polanica, 15-17 listopada 2018