piątek, 10 listopada 2017

I. konkurs im. Eugeniusza Paukszty, rozstrzygnięty.


    fot. Andrzej Walter



Powroty do przeszłości

     Na I. konkurs poznański, imienia znanego pisarza, Eugeniusza Paukszty, nadesłano 35 prac, z których większość dotyczy zagadnienia egzystencji w bezpośrednim środowisku zamieszkania bohaterów opowiadań, jak i samych autorów zaangażowanych w narrację, bardzo często sięgającą do retrospekcji, w sposób sytuacyjny, z udziałem przywoływanych postaci z przeszłości. Narracyjne apogeum ( graniczące z mistyfikacją, przekraczające granicę konfabulacji) zademonstrowała laureatka głównej nagrody, Pani Elżbieta Stankiewicz - Daleszyńska, posługując się klasyczną personifikacją dotyczącą nie tylko świata zwierząt. U niej żyją nawet mury, duchem minionego czasu. Ciekawa i pełna wynurzeń filozoficznych, jest jej miejska wyprawa do urzędu wymiaru sprawiedliwości (fabuła opowiadania) w towarzystwie mitycznych osób, owianych nutką tajemniczości, w czasie bardzo zróżnicowanym - w zależności od mijanych szczególnych miejsc i obiektów, z których każdy ma dla autorki bardzo bogaty bagaż wspomnień i doświadczeń.  Z autopsji i z opowiadań przodków.
Proza to wielce wytworna, i tylko na pozór trudna do zrozumienia, metaforyczność jakże wyszukana, są momenty, w których czytający ma wrażenie obcowania z poezją. Zatem można, a nawet trzeba zaliczyć laureatkę głównej nagrody, do grona pisarzy tworzących prozę artystyczną.  Bez przekraczania cienkiej granicy między poezją i prozą.
W podobnym tonie i w fabule zbliżonej wypowiedziała sią Barbara Kęcińska - Lempka, laureatka pierwszego wyróżnienia, znana w kręgach literackich Poznania z publikacji poetyckich i prozatorskich, od wielu, wielu lat. W nagrodzonym opowiadaniu snuje opowieść o dawnym Poznaniu w fascynującym dialogu ze swoją babcią. Podobieństwo obu nagrodzonych opowiadań jest bardzo wyraźne, przy czym narracja i język, to już zupełna odmienność, co zrozumiałe albowiem pani Stankiewicz-Daleszyńska od dawna bryluje swoją bardzo oryginalną prozą i jest znana nie tylko w środowisku poznańskim.
Drugie wyróżnienie przypadło autorce z miejscowości Łubowo w woj. Zachodniopomorskim, Pani Grażynie Wallefeld, za pracę pt. „ LOSY opowiadania rodzinne”, napisaną z nadzwyczajnym wyczuciem literackim, jeśli chodzi o język scalający fragmenty opisowe z fragmentami relacji odtwarzanych z pamięci, lub z przekazu starszych pokoleń, zwłaszcza, jeśli jest mowa o losach ludzi pochodzenia żydowskiego w czasie drugiej wojny światowej. Autorka starała się pokazać czytelnikowi inne, nieznane dotąd oblicze wojny, jaka toczyła się obok tej nacechowanej śmiercią, walka o życie miała charakter pomyślunku, sprytu głównego bohatera, który wychodził z każdej opresji dzięki swoim umiejętnościom manualnym.  „Złota maszyna” do szycia jest symbolem przetrwania narodu żydowskiego, mimo skutków zbrodniczej machiny wyniszczającego holokaustu.
Niezwykle zaskakująca puenta: „ gdyby diabeł nie spowodował tego, że nie jesteśmy w stanie wejrzeć w swoje życie byłe i przyszłe, gdyby ministrowie boży nie wypaczyli dla swoich korzyści tory, biblii i koranu, nie byłoby tego, co jest na świecie teraz. Zaś Mojżesz, Chrystus i Mahomet zastanawiali się gdzie popełnili błąd”.
Niewątpliwie, proza Grażyny Wallefeld może znaleźć się w szerszych kręgach zainteresowań czytelników, autorka pracuje we własnym gospodarstwie rolnym a literaturę traktuje, jako intelektualne dowartościowanie osobistego i zawodowego życia.  Trzeba mieć nadzieję, że na tym nie poprzestanie i to wyróżnienie potraktuje, jako zachętę do dalszej pracy.
Próżno wśród nadesłanych prac szukaliśmy klasycznej prozy poetyckiej,  tego co obecnie jest bardzo popularne wśród młodych poetów, do których już nie przemawia klasyczne wersowanie  mowy wiązanej, poszukują oni długiej frazy, uciekają od metafory, ale znaleźli dla niej nową funkcję obrazowania sytuacyjnego, co stanowi – ową - cienką granicę pomiędzy prozą i poezją.
Nagrodzeni: Barbara Tylman, Krzysztof Galas, i Piotr Bagiński są znani przede wszystkich z pisania poezji, Bagiński nadesłał bardzo ciekawy esej, w którym porusza problem ludobójstwa będącego jakby odpryskiem wszystkich zbrodni popełnionych w czasie drugiej wojny światowej i bezpośrednio po jej zakończeniu.  Dwa wątki, retrospekcje z okresu edukacji, nawiązanie do wybitnych postaci poetyckich, przedstawicieli okresu Orientacji Hybrydy, okres poznański Bagińskiego daleki jest od spodziewanych osiągnięć.
Barbara Tylman, poetka z Rataj odnalazła się w prozie z bardzo pozytywnym skutkiem, opowiadanie pt. „Znajda” jest próbą spuentowania sytuacji, która może się zdarzyć w każdym bloku mieszkalnym, gdzie bezdomność przestaje być problemem po przekroczeniu właściwego progu. Tylmanowa od dawna publikuje małe formy prozatorskie, od większego dzieła dzieli ją już tylko krok, jej poezja na tym nie ucierpi, bowiem proza umacnia autora w kształtowaniu własnego języka, przechodzenie z jednego gatunku do drugiego nie stanowi żadnego problemu, konkurs w tym przypadku - jego skutek pozytywny dla autorki, jest sygnałem do nowej drogi. Nic nie stoi na przeszkodzie, co może potwierdzić Krzysztof Galas, poeta znajdujący czas na pisanie ciekawych felietonów i opowiadań, jego praca konkursowa obrazuje proces dorastania młodego człowieka w warunkach wzrokowych ułomności, bardzo ciekawe studium na temat dochodzenia do obrazu i przekazu przy pomocy intuicji, bodźców zewnętrznych i posługiwania się alfabetem na dotyk. Krzysztof Galas ma duże doświadczenie dziennikarskie, stoi obecnie przed największym wyzwaniem, jakim będzie jego dalsza twórczość, w której proza znajduje coraz więcej miejsca.
   Pierwsza edycja konkursu prozatorskiego im. Eugeniusza Paukszty już za nami. Oczekiwania organizatorów po części zostały osiągnięte, spodziewaliśmy się jednak tematyki bardziej współczesnej, większego autentyzmu i bardziej zaczepnego zaangażowania autorów. Tymczasem obserwujemy bieganie po podwórkach przeszłości, wysyłanie bohatera bądź narratora po wiadomości z drugiej ręki, popadamy w opisy świata, którego już nie ma, powracamy w przeszłość bez przekonania o takiej konieczności? W minionym ćwierćwieczu - bardzo dynamicznym - znajduje się wiele punktów zaczepienia dla prozaika, tymczasem obserwujemy u naszych autorów kreowanie metafizycznych postaw, przywoływanie osób mających spełniać wątpliwą rolę bohatera?  Tutaj, w tym miejscu mam najwięcej wątpliwości czy oczekiwania organizatorów zostały zaspokojone? Eugeniusz Paukszta tyle miał do powiedzenia, że o inspiracje tematyczne nie jest trudno. W nowej rzeczywistości powinna rodzić się nowa proza, wszak wraz z otoczeniem zmienia się także człowiek, w tym przypadku także czytelnik. Korzystanie z języka nie kończy się na jego zasadniczej funkcji przekazu, jest w nim coś więcej, co nam w jakimś stopniu umożliwia proza laureatki głównej nagrody.

Poznań, 7 listopada 2017.

  

czwartek, 2 listopada 2017

Ostatni tom - wyzwolenie


Księga ucieczek

Oceniać własną książkę, to posługiwać się tępym ostrzem przy goleniu.
Stoję przed starym lustrem, które powiesiłem nad umywalką ćwierć wieku temu. Lustro nie oddaje moich zmarszczek, nie widać w nim uśmiechu, skrzywione usta od bólu - bo zarost jest coraz twardszy, a pianka zmiękcza jedynie  skórę, która przypomina płatki zwiędłego kwiatu.

Tytułem wstępu zahaczyłem o łazienkę, miejsce gdzie nigdy nie rodzą się moje wiersze. Bo zmywanie brudu jest zajęciem codziennym, a poezja zawsze była i jest dla mnie od święta. Wielkiego święta, przy rodzinnym stole, bez fanfar i poklepywań, zwyczajna jak chleb ciężko wypracowany i szklanka czarnej herbaty, nad która krążą liryczne słowa wypowiadane coraz częściej w próżnię.
Ucieczka pierwsza - od młodości , Nie musiałem uciekać, jedynie w początkowej fazie to robiłem, z biegiem lat przybywało wzniesień wraz z ubywaniem optymizmu mimo zniesionych z powierzchni ziemi politycznych murów, W tym rozdziale dominuje miłość, która bez młodości nie może się obejść. Jeśli ktoś wierzy w jej nieśmiertelność, ten za życia spoczywa w pozycji woskowego wieszcza.  I poszukuje nowych inspiracji, zmienia swoją skórę, aż popada w bezruch i śmierć nie musi zbytnio się nad nim trudzić.
Ucieczka druga - od miłości. Jest najdłużej trwającą ucieczką, codzienną próbą charakteru, rozpatrywaniem ofert wyłapywanych przez podświadomość. Oczy są ślepe, dotyk jest nieczuły, system nerwowy bez zasilania, tylko kołatanie serca - w poezji  jest to odruch warunkowy, kreacja możliwej sytuacji, lecz zanim dojdzie do zdarzenia, pojawiają się nowe obrazy, barwniejsze, zachęcające do dalszych poszukiwań. 
Miłość w mojej ostatniej książce jest wiecznie żywa i namiętna, taka od której trzeba uciekać, aby przeżyć, przełożyć na papier kolejne liryczne doświadczenia. Cielesność  trafia jedynie do snu, lecz  po przebudzeniu nie ma po niej  nawet mokrej plamy. 
Miłość i poezja, nigdy nie idą w parze. Zawsze jedno z nich musi być doskonalsze, kosztem drugiego,  Dlatego po równo - tyle miłości powierzchownej ile poezji doskonałej i na odwrót. Można się z tym nie zgodzić, w książce zawarłem próbę odpowiedzi na to dręczące od wieków poetów, pytanie.
Ucieczka trzecia - od poezji. Wszelkie jej próby na nic się zdają. Dzisiaj zmianom uległy proporcje między poezją wartościową a jej produktem masowym. Masowość wspierana przez społeczne zaangażowanie środków. Jest tego bardzo dużo, społeczność martwi się o wycinane lasy a nie dostrzega drzew w stosach poetyckiej makulatury. Jest też inna ucieczka od poezji, moja ucieczka człowieka zjadanego przez żarłoczne metafory, przez formaty języka, przez narrację nacechowaną obscenicznością, przez obowiązujące kanony nie kolidujące  z duchem czasu,  To, co jeszcze pozostało ze mnie, oddam prozie, bo na to zasługuje, i młodym poetom, którzy muszą się przebić przez zwały szmiry i  tandety.
Ucieczka czwarta - od samego siebie, od ludzi na ekranie, od myśli zakapturzonych jakąkolwiek ideą, ucieczka do miasta, powrót do centrum, tramwajem, częste postoje na leśnym parkingu w drodze do  miejsc , które nie przypominają Wieży Babel. Ucieczka od wieczornych spotkań w zadymionych pomieszczeniach, gdzie jedynym punktem programu jest zgromadzenie wyrostków robaczkowych, gdzie gitara brzmi po swojemu, a kawa smakuje bo musi. I tak dalej. 
Ucieczka czwarta - adresowana jest do każdego poety bez względu na wiek. Aura, otoczka własnej osobowości, niech ją wiatr rozwieje, dym przegoni sztuczne zapachy, deszcz przemyje skórę.  Jakim jesteś dzisiaj nie musisz być jutro, jakim byłeś wczoraj - na pewno doskonalszym, bo z wiekiem się wietrzeje jak wino w otwartej butelce, a słowa giną w powodzi bełkotu.
Ucieczka piąta -  z tego świata, wspólnego – najpierw w azyl, potem w jarzmo atmosfery jedności, a na końcu do sznura lub na tory. Jak wszystko inne niemodne naśladownictwo, więc trzeba sobie wymyśleć oryginalny koniec. Z poetyckim orszakiem, odpowiednią przemową, udawaniem ofiary.  W moim przypadku śmierć poetycka będzie bezkrwawa, zwyczajna jak wyjście z domu bez zamiaru powrotu.
Proszę nie oczekiwać ode mnie świadectwa choroby, ani żółtych papierów. Można być zupełnie normalnym aby budzić najgorsze podejrzenia. Z wierszy to wszystko wyczytacie, swoje losy, to co się z nami stanie w przyszłości: // trzeba się pozbyć krwi, aby napełnić świadomość pięknem. Ofiary wymaga jaskółka, tego samego pragnie czysty strumień, krwi potrzebuje blada ściana i matowe biurko. Sytuacje liryczne są  różne, ale prowadzą w to samo miejsce oznaczone czarnym punktem //.

Księga Wyjść, Wydawnictwo Miejskie Posnania, 2017 r.


niedziela, 29 października 2017

Poeta siedmiu wzgórz




Ostatnie spotkanie z Januszem Koniuszem, zaaranżowałem mając świadomość skutku jego śmiertelnej choroby. Wierzyć trzeba nawet w cud, lecz powinność spoczywa na każdym, kto zdaje sobie sprawę z tego, że może się znaleźć w takiej samej sytuacji - zagrożenia życia. Pojechaliśmy do niego, czekał na nas w Klubie Dziennikarza, już od godziny. Nie mógł się doczekać, bo zawsze tak jest w sytuacji, kiedy człowiek już niczego dobrego się nie spodziewa, a jak już się trafia, to czekanie na to, jest swego rodzaju niezwykłym wydarzeniem, bez krzty przesady. Moja mama w taki sposób przyjmowała nasze odwiedziny, dopiero teraz rozumiem, jakie to jest uczucie, kiedy się na kogoś czeka będąc dotkniętym ciężką chorobą? Dzisiaj jesteśmy jeszcze razem, jutro każdy ze swoimi problemami będzie się zmagał tak długo jak mu wystarczy sił, pomoc też ma swoje granice - mówimy o tym pijąc kawę w otoczeniu młodych ludzi, którzy zaczynają karierę dziennikarską.
Kiedyś panował tutaj ruch, ludzie miejscowej prasy, literaci spotykali się przeważnie dla zasady, zwyczaj im nakazywał takie kontakty, wymieniali poglądy i spostrzeżenia na tematy budzące emocje. Ulicę Niepodległości, zawsze kojarzyłem z Koniuszem, jest tutaj kościół, park i duży parking, jest za rogiem szpital, na końcu parku - dom towarowy.  Lepszego miejsca nie trzeba, zawsze zazdrościłem Januszowi takiej lokalizacji, która była powodem jego przywiązania do Zielonej Góry. Mógł wrócić do Sosnowca, ale nie zrobił tego, stał się twarzą tego miasta, odkąd sięgam pamięcią, do lat sześćdziesiątych, w internacie słuchałem jego opowiadań płynących z  głośnika wiszącego na korytarzu, już wtedy był bardzo popularnym pisarzem, obok Eugeniusza Paukszty, z którym był zaprzyjaźniony.
    Odprowadził nas pod sam parking, szliśmy po zeschniętych liściach w kierunku kamienicy, w której mieszka, za rogiem szpital nieco dalej dworzec kolejowy, z którego jeszcze niedawno odjeżdżałem do domu w każdą środę po przepracowanych godzinach w krośnieńskiej fabryce urządzeń gastronomicznych. Janusz opowiada jak sobie radzi z zastrzykami: "do wszystkiego można się przyzwyczaić" do choroby też, i do śmierci, nawet trzeba, bo jest człowiekowi wtedy lżej. ŚMIERĆ JEST KWESTIĄ CZASU, przypomniałem sobie tę sekwencję sprzed kilku lat, kiedy lekarka skazała mnie na walkę z nowotworem, którego nie miałem. Janusz nie zdradza niepokoju, nic nie mówi na temat swojej choroby, tylko o lekach i zastrzykach.  Nic mi nie przychodzi do głowy, jedynie Bożena, moja żona, zmiękcza powagę naszego spotkania i wrzuca do puli zabawniejsze tematy.

"Zielona Góra i Janusz, Krosno i ja, Bielsko i Bożena". Takie pary są na miejscu, takie pary są bardzo liryczne: śpiewam na głos wyjeżdżając z winnego miasta. W inny sposób nie potrafię stłumić żalu, że wszystko ma swój koniec, że wszystko jest na zatracenie. Jesteśmy bezsilni, jesteśmy tylko po to, żeby zachować gatunek ludzki, reszta to produkty uboczne naszej obecności.

(Róże z Montreux)

poniedziałek, 2 października 2017

Deszczowy rok





Cały rok mokry jak przysłowiowa kura.  Wszędzie czuję wilgoć, nawet w tramwaju, wcześniej na pętli starej jak "Świat Młodych". Pamiętacie to pismo? Wyrastało się z niego i wrastało w "Radar", kto chciał wrastał w inną szpaltę z nadrukiem, na przykład: "Nowy Wyraz" albo wprost w ramiona cenzury i miał na długie lata spokój.

Deszcz ma pazury i drapie po twarzy. Stuka po czaszy parasola. znajdzie sobie koryto ściekania, między szyją a brodą, zatrzymuje się na wargach i tam miesza ze śliną, już bez nikotyny i bez smaku soli, nawet cukru, bom się od tego wszystkiego wyzwolił.

W centrum Poznania rozkopany Marcin, trzeba mi jechać na Cyryla, stamtąd piechotą Ratajczaka kluczyć na Piekary, w końcu w środkowym punktowcu wsiąść do windy i z prędkością światła wylądować, na którymś tam piętrze.

Siedziba jak gniazdo bocianie na żaglowcu. Żeglują tutaj poeci nad dachami miasta, jest spokój i jest herbata bez rumu, wpatruję się w horyzont tak długo, jakbym nie widział nigdy świata z tej wysokości, a przecież poezja to wieczne szybowanie na wysokościach, tutaj na Piekarach szczególnie, w każdy czwartek tygodnia zaglądają tutaj ptaki.

Ptaki poezji o różnym ubarwieniu piór, o wysokich i niskich lotach, o stąpających po ziemi boskich nielotach.  Znałem takich kilku. Znałem, bo już ich nie ma, albo chodzą innymi drogami. Nie mają imion więc nazwisk nie wymienię,  w panteonie literackim znajdują się zwykle z boku, gdzie jest największe naświetlenie. Ale kto dzisiaj z zewnątrz tam wchodzi? Chyba dozorca. może nocny patrol sprawdza zamknięcia? To rozstrzygnie historia jeśli jej na to pozwolą.

Poznań, tutaj można poznać smak wolności słowa na placu Mickiewicza. Można poznać smak bruku ulicznego na placu Wiosny Ludów. Smak bożego ciała w Farze, a na Starym Rynku dawnych kolegów można spotkać. Te obrazy powiela atmosfera każdego wieczoru, co druga twarz ma poetycki wyraz, zbieram autografy gołębimi piórami pisane na murach.

Na ścianie Reymont z politowaniem patrzy na mnie. Wędrował jego portret po całym mieście za literatami, jak dobry ojciec cierpliwie znosił przeprowadzki. Tutaj na wysokościach wreszcie znalazł spokój. Znam jednak życie  które nie znosi zastoju, zwłaszcza ściany mogą powiedzieć najwięcej. Gdyby mogły mówić, zmieniłyby wielkie i nasze małe historie?

Jest już październik - miesiąc porzuconych kochanków i zapomnianych miłości. Miesiąc poezji melancholijnej, jeśli piszę te słowa to najpierw musiałem milczeć miesiącami. Jak pewien gatunek ptaków, kiedy śpiewają wtedy walczą o przetrwanie, a jak milczą, to najgorsze mają już  za sobą?   

Z centrum miasta można tylko powracać do siebie, bo poeci mieszkają na peryferiach błyszczących wydarzeń. Tą samą drogą, ale nie zawsze w takim samym nastroju wracają jeszcze przed zmrokiem. Bo ostatni etap w życiu przypomina wieczór, październikowy, z zebranymi paździerzami z pola.

Trafić w punkt odniesienia rzeczywistości, i jeszcze się po tym pozbierać.


poniedziałek, 25 września 2017

Poeta przegrany

   


  Od pewnego czasu zastanawiam się nad stereotypem poety przegranego,  nie autsajdera i nie z marginesu społecznego, lecz poety sukcesu na starcie a potem odstającego od czołówki z takich czy innych względów. Będę się starał te względy (czynniki niesprzyjające) wyłapać, zwłaszcza w okresie ostatniej dekady. Nie wszystko zależy od autora, czasem zbieg okoliczności lub pasmo niekorzystnych wydarzeń, mają decydujący wpływ  na "karierę poetycką", jeśli tak kolokwialnie można nazwać status poety?

   Na portalach społecznościowych zaczęły się ostatnio pojawiać posty prowokujące do dyskusji na tematy wydawnicze, posty typu: "mam kolejną zredagowaną książkę, nie wiem czy warto wydawać, nikt już nie chce poezji, wydawnictwa niechętnie rozmawiają z poetami". Autorzy tej treści wpisów liczą na to, że ktoś im podpowie gdzie można korzystnie wydać  książkę, liczą też na coś więcej. W gruncie rzeczy jest to potwierdzenie "stanu zawieszenia" na bliżej nieokreślony czas, edycji książek poetyckich, bez względu na obecną pozycję autora, jego dotychczasowe sukcesy z najwyższymi wyróżnieniami włącznie. 

   W przeszłości przepustką do oficyn wydawniczych był dobry debiut (przynajmniej dwie pochlebne recenzje opublikowane  w pismach literackich), natomiast debiut nagrodzony otwierał poecie salony. Dla przykładu poslużę się debiutem Wojciecha Czerniawskiego ( najlepszy debiut w 1976 r.) W konsekwencji, Czerniawski w następnych latach wydał kilka książek poetyckich i prozatorskich. Nie jest to przykład przejaskrawiony, odosobniony, podam przykłady z poznańskiego podwórka, debiutantów którzy zaistnieli na dłużej, dzisiaj po latach ich nazwiska są powszechnie znane, w kręgach literackich uchodzą oni za poetów najwyższego formatu: Jan Krzysztof Adamkiewcz, Roman Chojnacki, Sergiusz Sterna Wachowiak, Wojciech Gawłowski, Krzysztof Kuczkowski, Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Jerzy Szatkowski, Wincenty Różański, Andrzej Babiński, Teresa Tomsia, Anna Kwietniewska, i wielu innych. Jedyną barierą ograniczającą rynek wydawniczy były wtedy finanse. W rocznych planach wydawniczych wydawnictwa przeznaczały na poezję około dziesięć procent posiadanych środków. Oznaczało to, że młodzi poeci mogli wydawać swoje kolejne książki  co pięć lat.  Z dzisiejszej perspektywy, pięć lat, to nie jest długi okres , w dodatku sprzyjający jakości redagowanej książki, dlatego w przeszłości zdecydowanie większość poetów umacniało swoją pozycję dzięki drugiej książce, książce po debiucie. Nie gorszej, zwykle lepszej, a każda następna była w pewnym sensie wydarzeniem, przynajmniej w środowisku, nie rzadko na skalę krajową.

No więc jaki jest ten stereotyp poety przegranego,  z perspektywy ostatnich dziesięciu lat? 

Zacznijmy od tego, czym charakteryzuje się twórczość poety począwszy od debiutu. Po pierwsze, gdzie i w jakich okolicznościach miał miejsce ten debiut, kto był "ojcem chrzestnym poety",  jak został przyjęty debiutant w szerszych kręgach?  A więc konkursy krajowe, te najbardziej prestiżowe. Powiedzmy "Bierezin". A jak Bierezin, to dla przykładu przywołam Magdę Gałkowską.  Droga prosta i bardzo znana: Łódź - Gniezno -Tychy, a teraz? No właśnie, pytanie o dalszy kierunek. Najlepiej jakby to była Warszawa albo Kraków.  Po Tychach powinna być Gdynia  lub "NIKE zwycięska". Mam oczywiście  na myśli czwartą książkę.  Lecz jest problem? Jeśli wierzyć poznaniance, czy przypadkiem nie blefuje aby zaskoczenie było tym większe, im bardziej narzeka na poszanowanie potencjalnych wydawców. Taki zabieg marketingowy? Intuicja mi podpowiada, że będzie to najlepsza książka poznańskiej poetki. 

   Od debiutu Magdy minęło dziewięć  lat, od debiutu innych poetek i poetów więcej i mniej czasu, a na poetyckim rynku coraz mniejsze zainteresowanie poezją , nawet tą najlepszą?  Sygnały płyną z rynku, w sieciach handlowych zaczynają znikać półki z poezją, ostatnio nawet proza polska kurczy się na regałach największych sieci. Już nie poeta pozostaje sierotą, zbliża się powoli do niego prozaik. Czy jest to zjawisko chwilowe? Nie. Trzeba się bacznie przyglądać zmianom, które następują, i wyciągać właściwe wnioski. 

   Pragnę w tym miejscu posłużyć się terminem : " poetą się bywa". Nic lepszego na dzisiejsze warunki,  obecnie lepiej bywać niż być poetą, łatwiej wtedy pogodzić zainteresowanie z pracą zarobkową,  i przy tym zachować dystans do poezji.  Poddaństwo nie popłaca, cierpliwość przynosi sukcesy, wygrana nie zawsze wygląda jak laur, czasem jest to zwykły spacer po szczęśliwym dniu, wypełnionym zadaniami w interesie rodziny. I od czasu do czasu tomik poezji, przemyślany, adresowany do najwierniejszych czytelników. 

   Być przegranym poetą,  to żaden wstyd. Przegrani poeci powracają do poezji po wygranym życiu.
Ten nadzwyczajny mecz trwa nadal, wynik może się w każdej chwili zmienić.  Remis nie wchodzi w rachubę, życiowe zwycięstwo przekłada się na wygraną poezję, prędzej czy później. Trzeba też pamiętać o innym meczu -  życie i śmierć w ciągłym zmaganiu, a w tle piękny świat. Piękniejszy od najpiękniejszych strof. 













czwartek, 21 września 2017

List z Ursynowa



JBZ

Jerzy Beniamin Zimny urodził się w 1946 roku w Kargowej (daw. Unrugowo), której pierwszym właścicielem był Dzierżykraj. Na ziemi lubuskiej po raz pierwszy zakrztusił się powietrzem. Jest absolwentem Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Poeta, prozaik, krytyk literacki, laureat wielu konkursów literackich o zasięgu ogólnopolskim. Autor szczuplutkich tomików poetyckich (Biały goździk na śniegu, 1991) i grubych książek prozatorskich (Dzieci Norwida, 2016). To jest bardzo ciepły gość. Taki brat łata. Latami prowadził w Poznaniu firmę kamieniarską i dał się poznać z dobrej roboty. Po raz 1. się spotkaliśmy w latach 80. XX wieku. Pretekstem był Poznański Listopad Poetycki. Wylądowałem u Jerzego na ul. Kuźniczej, na 6. piętrze. W bloku z wielkiej płyty. To było jeszcze w jego okresie kamieniarskim. Piliśmy kawę, zaciągając się mocnym papierosem. „Myślę, że kawa rozwiąże języki i jeszcze co mocniejszego przyklepie na amen”, jak pisał. Rozmawialiśmy jak poeci. Używając jego słów: „Poezja mnie trapi codziennie za to moje kamieniarskie błoto i zmarnowany czas przy kamieniu. Kamień jest jak moje życie – chłodny i do tego twardy i taki niespolegliwy”. O kamieniu ma obrobione myśli: „jeździłem po sjenit przedborowski – niewiele ustępujący jakością granitom szwedzkim, sławniowice złociste – najpiękniejszy polski marmur, swoją strukturą przebija trawertyny alpejskie. W latach osiemdziesiątych w całości szedł na eksport i na krajowe zabytki. Dostać kilka metrów na posadzkę, to była sztuka nie lada. (…)”. Czasami wpada w malkontenctwo: „(…) nijak nie mogę się otrząsnąć ze skamieniałości. Może to lata nieodwzajemnionej miłości do kamieni. Możliwe. Jak wszystko inne, co się wlecze za mną nie proszone. (…)”.
Jerzy, jak przystało na literata, ma obsesje i tematy, które drąży i smakuje, jak jabłuszko upieczone w piekarniku. Używając dawnego określenia żeglarskiego, ma „różę wiatrów”, gdzie go gna (Poznań, Nadodrze, Ostrołęka).
Oto wypowiedź filumenistyczna, tj. dotycząca etykiet zapałczanych: „W drodze do Polanowa rozmyślam nad historią produkcji zapałek w Polsce. Bystrzyca Kłodzka, Sianów, Czechowice, Częstochowa, Błonie i Gdańsk. (…) Ilekroć zapalam znicze na cmentarzu przypomina mi się okres świetności tego przemysłu.”
Z gromnicą szukać kogoś, kto pisze o sobie: „(…) pamięć moja sięga połowy lat siedemdziesiątych, kiedy zacząłem realizować swoją pasję rejestrowania książek debiutanckich w obszarze poezji. Było to bardzo ciekawe zajęcie, pamiętam: Dom Książki usytuowany w pobliżu Okrąglaka (domu towarowego) w Poznaniu, raz w miesiącu dreptałem na drugie piętro, gdzie królowała poezja, regały z debiutami były miejscem moich penetracji. (…)”. Dzięki temu nabył praw smakosza wierszy. Jest specem od liryki. Konkretnie – życiopisania, gdzie wszelkie kryteria estetyczne zdają się psu na budę. Ponieważ od lat obraca się w poznańskim środowisku, więc się nie nudzi. Pisze sporo, bo taką ma strategię. Wolno się rozkręca i sypie garściami słów, dopiero kiedy zbliża się do pointy, łagodnieje, jakby zaklejał kopertę. Jego utwory są w zawieszeniu. Nie domyka ich za wszelką cenę. Nie czeka, żeby spłonął sad, żeby potem nachapać upieczonych owoców. To jest gawęda literacka, ni to felieton, ni to esej. Bez pouczania, ale… z zachwytem. Nieobecni znajomi go ożywiają, więc pisze z przytupem i nie przesadza. Potrafi skrobnąć tekst o drzwiach, że nie można wyjść z podziwu. Jest autorem błyskotliwego passusu o zapałkach. Urzeka mnie, że zajmuje się głównie tymi poetami, o których milczą pisma literackie i jurorzy nagród. Zachowuje się jak  „późny wnuk”, którego można nakryć, że czyta i głębiej zakopuje znaki zapytania. O takich drzewiej mawiano, że to mól książkowy. Nie wiem czy tym porównaniem się nie narażę, ale jak napisać inaczej o kimś, co budzi nas grzecznie?

Jerzy żyje na lewym brzegu Warty i pisze o Poznaniu, który jest nie do poznania. Ja mieszkam z Graszką na Ursynowie, po tej stronie, gdzie serce, które też ma swój rozum i bije nas. Przez całe życie. 


Czesław Mirosław Szczepniak  (Ursynów) 

wtorek, 19 września 2017

Poetyckie objawienie



Panie siedzące obok Pana, który stoi i czyta swój wiersz, prawdopodobnie nigdzie nieopublikowany, nie wiedzą jeszcze, że są świadkami narodzin "poety spod gwiazdy polarnej". Dosłownie i w przenośni, ponieważ takie są właśnie jego wiersze: (w chłodnej skorupie tkwi gorące jądro).
Te utwory,  na które się natknąłem w sieci zupełnie przypadkowo, mniej więcej tak wyglądają, takimi się jawią w mojej bardzo skompliowanej odtwórczej empatii.
  

Skromność, wstydliwość - to cechy bardzo często spotykane u genetycznych poetów. Zauważylem to od dawna, bowiem panuje obecnie stereotyp twórcy zorietowanego na samouwielbienie, nawet na narcyzm?   To pierwsze (skromność przede wszystkim) dotyczy Andrzeja Szmala ( bo o nim mowa) anonimowego poety, który bardzo często pojawia się w Poznaniu, i pojawia się obok Magdaleny Pocgaj. O drugim stereotypie zamilczę, bowiem nie warto promować takich postaw.

W zderzeniu z ciekawą poezją zawsze wymiękam, mowiąc językiem młodych adeptów poezji. Wymiękam też na brak ciekawej poezji, ktorą trudno wyłowić w wartkim potoku zwanym słowotokiem. Szmal "przybosiowski" , mam nadzieję takim będzie, bo kilka wierszy jeszcze o niczym nie przesądza. jednak aż prosi się w jego przypadku o debiut, bo debiut ten może być wydarzeniem na miarę debiutu Magdy Gałkowskiej, czy ostatnio debiutu Kingi Weroniki de Walla.

Ryzykuję, wiem, ale lepiej wpaść we własną pułapkę aniżeli spokojnie patrzeć, jak się marnuje poetycki talent. Ludzie mówią: wiersze same docierają do czytelnika, nie potrzebna jest do tego książka, ale w powodzi innych grzbietów z nadrukiem, trudno mi trwać w pozycji biernej. Rozesłałem wici, więc do dzieła koleżanki i koledzy.  





piątek, 15 września 2017

Środowisko literackie, którego nie ma






Wybitny poznański poeta Jerzy Grupiński, od czasu do czasu zleca mi zadania domowe. Ostatnio musiałem pisać o poetach niedocenianych, wcześniej o pokoleniu, które nie wstąpiło, teraz dał mi na tapetę temat ,od którego można dostać zawału:  "Poznańskie środowisko literackie, którego nie ma". 
   Zakpił sobie, czy chce mnie ośmieszyć? Ani jedno ani drugie, raczej trzecie, z uwagi na jego zbliżającą się w przyszłym roku rocznicę urodzin, bardzo okrągłą.  Sprytnie sobie wykombinował, że w trakcie zbierania myśli dojdę do wniosku, że jest jedynym żyjącym w naszym gronie  poetą, mającym swoje korzenie literackie w pokoleniu "Współczesności" do czego nigdy się nie przyznawał. Ale teraz w obliczu spotkania z początkiem swojej dziewiątej dekady istnienia, wszystko ma gdzieś, i to, co o nim mówią i  piszą obecnie doskonale wie, że jest bardzo spóźnione, bo on już tak klasyczny jest, jak pomnik wieszcza z brązu.  Nikt i nic mu tej klasyczności nie odbierze. 
   Gadu, gadu czuję dym pachnący. Po kolejnym szperaniu w archiwach, znalazłem coś, co Grupińskiego zadowoli w kwestii :  "nikt już o nich nie pamięta". Tylko my, którzy  z nimi żyli i z nimi nie umarli?  Teraz jeszcze żyjąc, dajemy ich świadectwo tym, którzy nie mają pojęcia jak to kiedyś bywało,  ale żeby wiedzieć jak to jest teraz, muszą - "to teraz" - przekazać swoim następcom,  jeśli pragną być żywymi po swojej śmierci. 
   Taki morał, z którego wynika sztafeta pokoleń. Wynika, bo nie widzę aby nowe pokolenia chętnie odbierały pałeczkę od poprzedników. Może jestem ostatni taki, który wraca do poprzedników, i nie dlatego, że piłem z nimi wódkę, albo inne rzeczy niepospolite robiliśmy, lecz z powodu obowiązku jaki na mnie ciąży, dopóki jeszcze cokolwiek pamiętam. Może się niedługo zdarzyć, że nie będę pamiętał własnego adresu?
   Mariusz Rosiak, nie trafił do "Dzieci Norwida" bo był dzieckiem polskich abstrakcjonistów, mimo że poezja miała dla niego pierwszorzędne znaczenie. Oddał się sztuce ale romansował z liryką,  w okresie choroby przez ostatnie dwa lata pisał jak najęty. Tyle wiem od Marii Rokosz, znanej polskiej malarki, jego  żony, która wydała tom wspomnień o swoim mężu. 
   Wielki projekt realizowany przez Mariusza  w Świnoujściu nie został zrealizowany, śmierć przerwało bogate pasmo jego dokonań, zabrała poetę , którego Różański  porównywał z Andrzejem Bursą. Miał rację, chociaż nieobecni nie mają racji, i środowisko którego nie ma, i ludzie którzy się rozpierzchli z otoczenia artystów, wszystko jest inne, tylko poezja szlaja się po forach internetowych i błaga o chwilę uwagi. Kto tłusty rozgląda się za innym dobrami, kto chudy i zabiedzony marzy o poezji, na którą nie posiada grosza. Nie ma środowiska, nie ma poetów w jednym miejscu, są figury krążące po sieci jak orły i jest w tle poezja, już nie tak poszukiwana jak kiedyś poszukiwany był papier toaletowy, lecz jak wartościowy towar w ofercie bogatej w tandetę. 
   Mariusz śpi spokojnie, a Jurek Grupiński narzeka na swoje plecy, jego  nogi jeszcze pamiętają biegi po zdrowie, podczas protestów społecznych i w trakcie wędkarskich zmagań. 





JBZ,  9/2017


sobota, 9 września 2017

O dwóch takich, którzy zapamiętali słońce.


Poznań jest stolicą poetów niedocenianych, którzy wzięli na swoje barki niedogodności życia pojawiające się na pograniczu dwóch światów:  powinności natury egzystencjalnej i osobistych zainteresowań.

W prywatnym archiwum natknąłem się na kolejne "wspólne" zdjęcie dwóch poetów. To już trzecie takie zderzenie dwóch odmiennych osobowości  nie tylko poetyckich. Dwa przeciwległe bieguny o jakże różnym naładowaniu elektrycznym. Najpierw Grupiński i moja skromna osoba na łamach "Nadodrza" w 1976 roku. Teraz na łamach "Nurtu" sprzed ponad trzydziestu lat: Zbyszek Gordziej  i Piotr Bagiński.
   Co ich łączy ? Na pewno nie bujny zarost, z pewnością nie odpowiedzialność zawodowa, punktualność, czy skłonności do nadużywania używek. Zbyszek pod tym względem jest przeciwieństwem Piotra i te czynniki, dominują w ich poetyckich zapędach. Mają także przełożenie na ich dorobek twórczy: po stronie Piotra zero wydań, tylko pojedyncze publikacje i imponująca liczba wygranych konkursów poetyckich. Aktywa Zbyszka muszą budzić podziw. Więc dalej jest mi niezmierne trudno kontynuować swój monolog, z drugiej strony ciekawość, co z takiego porównania wyniknie, zachęca mnie do dalszych wynurzeń. Bo zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko, co popycha nas do przodu, jest efektem zderzania się przeciwieństw.

   Piotr urodził się w Koszalinie,  ale wiersze zaczął pisać w "Niszawie" (Stachurowej) pobierając nauki w Ciechocinku u miejscowego "Demona"  - Janusza Żernickiego - jednego z założycieli Orientacji-Hybrydy. Tak mówi o sobie i ja mu wierzę, chociaż nie muszę.  Wierzę też w jego skromny dorobek: jeden arkusz poetycki wydany w 'Pałacu", publikacje w almanachach młodej poezji wielkopolskiej, zwłaszcza jego uczestnictwo w gronie autorów zebranych pod jednym poznańskim dachem: "Którzy pamiętali słońce" Tutaj spotkał się ze mną tylko po to, aby zejść mi z oczu na długie lata.  Jak większość poetów znalazł sposób na zarobkowanie, łatwe zarobkowanie i do tego zgodne z poetyckim powołaniem. Jeden z tych, co tak kosił nagrody w latach 1985- 2010.  Ale nie zarobił na samochód, jak to uczyniła znana poetka z Turku, Ela Galoch. Ponieważ wszystko bez reszty przepuścił. Czego się nie wypiera i co kosztowało go wiele życiowych porażek. Obecnie się z tego pozbierał, ale już bez bujnej brody, przestał bujać w obłokach i stąpa twardo po matce ziemi i pragnie odrobić zaległości nie tylko twórcze.
 Mam do tego typa słabość, biorę do siebie wszystkie jego porażki, pojmuję czym jest w rodzinie alkohol, wiem że człowiek goły, prędzej czy później przyjdzie po rozum do głowy i zacznie  na nowo realizować wartości społecznie akceptowalne.

     Wystartował arkuszem pt. : Marzenie o gotyku" . Pragnął strzelistości, wysoko zajść, jak najwyżej. A nie osiągnął nawet baroku, zaledwie baraku z zaprzęgiem konnym na baloniastych oponach.  I wędrował po swoim małym świecie wiecznie nawalony, nadymany jak te balony, bezdrożami  z dala od ludzkich skupisk, mimo że sam kiedyś stał na czele dużej grupy o nazwie:  Koło Młodych.
   Piotr Bagiński mógł wybrzmieć jak Babiński. Zamiast tego "g" jak guzik, mógł przyjąć "b" jak "bagno i hymn"? Co mu z Babińskiego zostało, to niedługo się ujawni w poemacie, który powoli rodzi się przy "stoliku poetyckim" w każdy poniedziałek, ale już bez  Tomasza Rębacza. Obiło mi się o uszy, że "Kielnia Stirmera" znajdzie konkurencję w "Meloniku Resa Mentala"? Ważne, że Piotr myśli poważnie o swoim debiucie książkowym.

Zbigniew Gordziej. Więcej nie muszę dodawać. Do tego, co o nim wiem, a wiem dużo, nawet bardzo, dlatego nie będę taki wylewny jak przy Bagińskim. Zbyszek nie pije, nie pali, nie ćpa, na "nie" jeszcze wiele jest rzeczy u niego, ale na "tak", duże "tak", jest poezja traktowana przez niego jako dopełnienie tego, co robi każdego dnia. Poetyckie życiopisanie, w odwrotności tego, co robili przedstawiciele ukrytego nurtu o nazwie "życiopisanie". Gordziej nie zamierzał się wikłać w azyle przetrwania. Poetyckie, zabójcze konfabulacjami, pozerskie i doświadczane na własnej skórze. Zbyszek jest dla mnie jak anatom poezji, piórem niczym skalpelem dokonuje swoistej wiwisekcji. Tak, jak kiedyś w podobny sposób próbował dociekać jądra poezji, Mieczysław Kurpisz. Obaj poeci w jednej dla mnie roli  się znaleźli, czas jaki ich dzieli dodatnie podziałał na Zbyszka, wiem  że ambitnie myśli o swojej niedalekiej przyszłości. Ma jeszcze coś do wyjawienia kiedy zamknie rozdział pracy zawodowej i będzie miał więcej czasu dla twórczości literackiej.

Poznaliśmy się w "czwórce" pod koniec lat sześćdziesiątych. Ja młody bardzo i Zbyszek z nieco większym mlekiem pod nosem.  Ale rządziliśmy na każdej dużej przerwie, podrywając chłopaków do piłki siatkowej na szkolnym boisku. Zbyszek z fryzurą a la książę Pepi, ja z długimi włosami jak hipis, obaj w ekstrawaganckich strojach: róż i błękit. Stąd wziął się przydomek, z którym Zbyszek musiał przetrwać aż do matury. Nasz wspaniały dyrektor, pan Konrad Świtek nie dawał nam spokoju, tak mu bokobrody, czupryna i spodnie dzwoniaste przypadły do gustu, że każdą lekcję historii zaczynał od przeglądu naszych strojów?

Matura rozdzieliła nas na długie lata. Ale los zesłał mi jego mamę, Helenkę, "Matkę poetów": w poznańskim oddziale literatów. Za jej pośrednictwem słałem pozdrowienia Zbyszkowi do momentu, kiedy spotkaliśmy się ponownie w połowie miniinej dekady nowego wieku.
Zbyszek pisze poezję bezpośredniego kontaktu? "Jedynak" w takim określeniu - poezji wyciskającej soki z każdego zdarzenia, towarzyszącego poecie.  Nakaz chwili albo konieczność utrwalenie tego, co natychmiast przemija. Obcowanie ze śmiercią, towarzyszenie ludziom, którzy żyją już tylko chwilą. Jego "Prokop" żyje między nami, umiera wśród nas i błaga o pamięć, zawierającą jedynie cechy i elementy jego samotności u schyłku życia. Zbyszek w ten sposób nie może błądzić, otoczenie nie pozwala mu na to, jako poecie. Żadna poza ani próby artykułowania fikcji nie wchodzą w rachubę, kiedy przed oczami stoi świat wyrwany z kontekstu życia, w tej części, która jest nasycona smutkiem i  niedostatkiem bytu. To własnie  tutaj poeta składa swoją ikrę, z której wykluwa się wzorcowy bohater poezji, którą można nie tylko usłyszeć, można jej dotknąć i poczuć jej moc.
Dzisiaj "Prokop" a wcześniej żebrak, ludzie z marginesu bytu, obojętność poety mierzona wierszami, nieobojętnymi na krzywdę? Dystans do skracania, co Zbyszek robi od lat, stąd skłonności do wejścia w myślenie autsajdera, niegdyś człowieka sukcesu.
Zawodowe życie równoległe do osobistego, rodzinnego, w przypadku Zbyszka widoczna jest tutaj harmonia, a powinny być nieustanne kolizje. Tak jednak  nie jest, i do tego nigdy nie doszło, za co ojcu, mężowi i poecie chwała. Jest jeszcze w tym wszystkim Helenka, dla której syn i poeta zarazem, musi znaleźć poczesne miejsce obok Prokopa, i pozostałych bohaterów lirycznych, z którymi identyfikują się czytelnicy bez względu na wiek i  pochodzenie.












środa, 6 września 2017

Pokolenie, które nie wstąpiło


Nadejście poety








Jarosław Trześniewski-Kwiecień, poeta nie tylko z Mławy, jest widoczny wszędzie gdzie poezja "popasa", chociaż na chwilę, gdzie próbuje wieczorami panować przez kilka godzin, tam gdzie spotykają się poeci zrzeszeni w różnych grupach. Tam gdzie poezja kotwiczy, tam i On cumuje.

Zmuszony do napisania tego artykułu mejlem z kwietnia bieżącego roku długo zastanawiałem się nad casusem poety, który wybitnością swoją „błąka” się po małym świecie literackim i nie wie o tym, że jest wielkim poetą w małym wymiarze dokonań?

Otóż, wiele razy na szlaku, gdzie tylko słuchałem jego wierszy, zawsze to samo spostrzeżenie towarzyszyło i towarzyszy moim rozmyślaniom: dlaczego, dlaczego tak mało mam na biurku, na regale, jego cudownych wierszy pisanych pod wpływem intelektualnego uniesienia? Jawi mi się poeta z Mławy nie jak Feniks, ale jak Felix - szczęśliwe dziecko poezji. Felicita, śpiewam i nie mogę uronić ani jednej łzy, kiedy wzruszenie bierze górę nad opanowaniem. Dlaczego? Ciepły człowiek nigdy nie będzie egzystował z zimnym, dotykiem chłodu, powiewem opamiętania, mając na względzie zaszczyty jak szczyty najwyższe. Bo jest Trześniewski typem, może wzorem ogłady nie tylko językowym - swego czasu, także potrafi plastycznie obrazować sytuacje i zdarzenia, jakie miały miejsce przed laty.  Jest przy tym wytworny językowo, kiedy ciągnie frazy w nieskończoność, i zamknięcie jednej frazy jest jednocześnie otwarciem następnej, taki zabieg uniemożliwia czytelnikowi nabranie oddechu. Ale nie jest tak dobrze w całej rozciągłości, tylko w nielicznych tekstach pomieszczonych w tomie: „Sonaty i repertoria” cudownie współgra jego język z muzyką klasyczną. Miał okres poetyckiego szczytowania, kiedy buszował po rodzinnych archiwach, kiedy zauroczony mentalnością wybitnych polskich poetów, takich jak: Tkaczyszyn-Dycki, czy wspomniany przez Artura Nowaczewskiego, w artykule opublikowanym w „Toposie” - Czesław Miłosz - ideowi przywódcy poety z Mławy.
Ale nie na długo, bo oto Trześniewski postanowił napisać książkę poetycką, od początku do końca stanowiącą tematyczną całość.  Językowo całkowicie odmienną; jakby antypody swoich dotychczasowych dokonań. Co niejako potwierdza, sankcjonuje mój do niego zarzut, formułowany w przeszłości przy okazji naszych poetyckich spotkań. Na eksperymenty jest już za późno, zwłaszcza w sferze języka, podstawowego tworzywa poetyckiego.  To, że Andrzej Sosnowski cztery lata temu wydał w podobnym tonie, swoje „Sylwetki i cienie”, rzucając czytelnikowi nowe, bardzo trudne wyzwanie, nie oznacza, że należy pójść w jego ślady. Jest to, bowiem karkołomne zadanie, ponieważ można popaść w monotematyczność, co obecnie zarzucam poecie z Mławy, jeśli chodzi o „Nadejście”, książkę wydaną w ubiegłym roku przez Fundację Duży Format w Warszawie.

   Wracając do mejla z kwietnia, pragnę kolegę uspokoić, „Dzieci Norwida” powstały z materiałów publikowanych w latach 1976-1989, oraz z tekstów umieszczanych na blogu, szczególnie w dziennikach. Zrozumiałe, że nie pominąłem poetów młodszych, jak Gałkowska, Jopowicz, którego z pewnością pamiętasz, Fedorczyka i kilkoro innych. Nie mogłem o tobie zapomnieć, ale cokolwiek dobrego napisać, jakąś recenzje lub szkic, nie byłem w stanie z uwagi na brak materiałów źródłowych, o które przy każdej okazji prosiłem. Mławskie mury były na te prośby głuche. Tłumaczę to brakiem czasu, Twoją aktywnością medialną, pilnowaniem nie tylko własnych interesów. Portale społecznościowe absorbują bardziej aniżeli kobiety, których przy Tobie nie brakuje. Ale dajmy spokój otoczce, niech inni się nią zajmują, i wspólnie zastanówmy się nad tym, co dalej?

   Trześniewski fragmentaryczny, Trześniewski balansujący od ideału do mniej atrakcyjnego szczegółu, niezwykle wyrazisty i czuły do bólu, zawsze z dobrym słowem nawet w otoczeniu meneli. Też Trześniewski zupełnie niewidoczny, kiedy próbuje odejść, żeby "nadejść", z czymś innym i gdzie indziej? Jakże mi brakuje „czekoladek Mozarta” jakże tęsknię za językiem płynącym niczym sonaty. z góry lub pod górę. Z Wiednia, do Krems, albo na dworcu w Budapeszcie - podmiot poety z Mławy wyławia swoim czułym uchem szmery i tropy naddunajskie, Franciszka Liszta, żeby przenieść je do pięknych wierszy, z dykcją typową dla niego, rozpoznawalną, i tak układa wersy w strofy. aby brzmiały w odpowiednim zestawieniu, zupełnie jak wybrzmiewa muzyka genialnego kompozytora i skrzypka.

   Są poeci jednego lub kilku wierszy. Są poeci jednej książki.  Trześniewskiego cenię za sonaty, „Nadejście” przeszedłem obok, po przeczytaniu, bez emocji i koniecznego zachwytu. Nie jestem nieomylnym. nie mam prawa wydawać wyroków, jednak, jeśli czytam poezję, to do niej wracam albo odkładam do archiwum, jeśli jest tam jeszcze miejsce?

   Nie ma Trześniewskiego w „Dzieciach Norwida”, ale będzie w mojej najnowszej książce pt. „Róże z Montreux”. Bohater pozytywny, niezwykle witalny, chętnie wędrujący za czosnkiem niedźwiedzim, i zbierający polne kwiaty. namiętny palacz i zjadacz czekoladek, gustowny i charyzmatyczny facet. Gdyby zamiast papierosów z ustnikiem, rzucił się na fajkę i napełniał ją czerwoną amforą, Wtedy niejedna dama pióra częściej zaglądałaby do Mławy. I tam nie miałaby czasu na oglądanie mławskich pomników. Skoro jeden żywy promuje miasto najlepiej jak potrafi. Przedstawiciel „Pokolenia, które nie wstąpiło”, bo upadła sowremienna mu epoka.    

Kiedyś pisałem: Mława jest wieżna i murna, dookólna łąkami, na Mazowszu wybiórcza. Dzisiaj dodam: wybiórcza: Jarkowym pisaniem.