piątek, 1 kwietnia 2016

Gromnica





WIECZÓR WSPOMNIEŃ


Gościem kolejnego „Wieczoru na Parkowej” 16.11.2016 r. był autor „Gromnicy” Pan Jerzy Beniamin Zimny, były mieszkaniec Krosna Odrzańskiego dla którego jest to miejsce najwspanialsze do życia 
i dodatkowo, związane z latami młodzieńczymi. Sam autor, bardzo ciepły człowiek,, mocno związany emocjonalnie z naszym miastem, wraz ze swoimi kolegami z dawnych lat i mieszkańcami Krosna „wyczarowali” wspaniały wieczór wspomnień okraszony lirycznymi 
i zabawnymi fragmentami, których nie brakuje w książce. Dziękujemy autorowi za podarowaną naszej bibliotece literaturę 
( zachęcamy do czytania – warto! ) i wspaniały wieczór, który na długo zostanie w naszej pamięci.

Biblioteka Publiczna w Krośnie Odrzańskim






RZEŹBA W SŁOWIE I W KAMIENIU

     Opasłą, liczącą 380 stron książkę „Gromnica”, poznańskiego poety, Jerzego Zimnego, czyta się    z przyjemnością i z zainteresowaniem. Autor postawił na żywą akcję i dialogi. Dzięki temu nie brniemy przez długie opisy przyrody, jak u Orzeszkowej w „Nad Niemnem”, choć krajobraz i pory roku grają w tej opowieści niebagatelną rolę i po lekturze pozostają czytelnikowi pod powiekami barwne ich opisy. Ale też krajobraz i przyroda grają ważną rolę w tej opowieści, często wpływając na stan ducha narratora. 
    Właśnie, jaki gatunek literacki reprezentuje „Gromnica”? Narzuca się słowo „opowieść” jakiego już użyłem, ale można też mówić o prozie autobiograficznej, powieści z kluczem, zbeletryzowanej biografii itp. Jednak po zastanowieniu się powiedziałbym, że jest to powieść na motywach autobiograficznych, a to dlatego, że ma wszelkie cechy prozy artystycznej, a więc przede wszystkim piękny literacki język, świetną kompozycję, która porządkuje opowieść i nie nudzi, doskonałe, z wyczuciem napisane, zindywidualizowane dialogi, które charakteryzują występujące w powieści postacie i pchają akcję do przodu. W dialogach nie ma ani odrobiny fałszu, brzmią bardzo swobodnie, autentycznie, zgodnie z duchem czasu i można podziwiać doskonały słuch literacki autora, a może i jego własną inwencję twórczą oraz pamięć.
Jest to także niemały kawal historii Polski od czasu zakończenia wojny, a zaplanowany aż do dziś. Bohater powieści, jak na syna dróżnika kolejowego  przystało, pisze: „Pierwsze lata mojego życia przebiegały pod znakiem parowozów  Każdy gwizd z oddali podrywał mnie na nogi, podbiegałem do torów i starałem się liczyć przejeżdżające wagony. Z czasem pociągi jeździły coraz częściej, zwłaszcza transporty wojskowe, niekiedy zatrzymywały się na bocznym torze, na wprost naszego domu. Żołnierze rosyjscy wyskakiwali z wagonów za potrzebą, a że były ich setki, każdorazowo po takiej „wizycie” ojciec musiał zaorywać łąkę.”
Bohater powieści, od najmłodszych swoich lat, wie co to praca. Nawet jak w ich rodzinnym gospodarstwie pojawia się rzeźnik, aby ubić świnkę, wówczas wyznaje: „Najpierw z czystej ciekawości byłem jego pomocnikiem, potem już z dużym zaangażowaniem i nabytą wprawą wykonywałem prawie wszystkie czynności, naśladując mistrza. Była to praca ciężka i trudna, ale bardzo ciekawa,, przy której można było się wiele nauczyć”. Ojciec zabiera go też na zarobkową wycinkę drzew  lesie. 
   W późniejszym życiu również wykazuje wiele talentów, gra na trąbce, występuje w kabarecie, cały czas pisze wiersze, w wojsku jest „złotą rączką”, a poza tym statystuje w filmie „Czterej pancerni i pies”, jakiś czas pracuje na kolei, a w dorosłym życiu porzuca prestiżową pracę w państwowym kombinacie, aby zająć się wykonywaniem nagrobków, jako pracą mniej stresującą, a dającą większe dochody. A przy tym facet, co tu dużo mówić, silny i z charakterem. W dodatku sportowiec, posiadacz „żółtego czepka” w pływaniu. Wiele rzeczy potrafi sam zrobić, nie ma dwóch lewych rąk. nietypowy poeta, można powiedzieć. 
   Jednym słowem narrator to chłop na schwał, do bitki i do wypitki, a przy tym w głowie ma dobrze poukładane, wie jak zarobić trochę grosza, a nie żyje tylko marzeniami. Również strzelec wyborowy, postrach peerelowskich strzelnic jarmarczno-odpustowych.
Podczas lektury na myśl przychodziła mi czasem „Pamiątka z Celulozy”, choć bohater powieści Zimnego za socjalizmem nie przepada, a także „Boso ale w ostrogach”, no i opowiadania Londona, bo Hłasko na Zimnego to chyba zbyt płaczliwy i liryczny.. Ale są tam też fragmenty poetyckie, jakby z Prousta. Na pewno nie należą do nich opisy przepustki z wojska, kiedy nasz bohater wysadza w powietrze na wsi kibel przy pomocy materiałów wybuchowych. I jak tu się dziwić, że chłopi wolą za stodołę biegać… Za karę weselnicy pili „na pohybel” temu, co kibel rozwalił. Wzruszające są opisy erotycznych i romansowych przygód z różnymi narzeczonymi w scenerii modnego sanatorium, kawał naszej obyczajowości rodem z PRL. Obraz czasów w lustrze literatury.
Kiedy bohater pracuje jako wykonawca nagrobków, spotyka barwną postać literackiego Poznania, Witka Różańskiego, przyjaciela Edwarda Stachury. Napisał o nim kiedyś Jerzy w internecie arcyciekawą notkę zamieszczoną na portalu Liternet, wspominając wizytę na cmentarzu: 
„W narożnej kwaterze spoczywają rodzice Witka Różańskiego. Do dziś mam w pamięci historię tego nagrobka. W połowie lat osiemdziesiątych, latem spotkaliśmy się na ulicy. Witek o tym co się wydarzyło, kto u niego był, komu coś wyszło, kto dostał po uszach. Rozmowa zeszła na temat grobów, chwastów, i zasychającej gleby na mogiłach. Trza by postawić choć lastriko, mówię. Witek kręci głową- długo trzeba czekać, a ja już nie mogę patrzeć na glebę. Pracowałem wtedy w kamieniarce, w dwa tygodnie nagrobek był gotowy, napis wykułem własnoręcznie, dodatkowo do obelisku, dostawiliśmy pokaźny krzyż, dodając także napis informujący, że tu spoczywa Powstaniec Wielkopolski. Reakcja Witka była iście poetycka, w tłoku przed cmentarzem, nie zważając na społeczność rzucił dziękczynną wiąchę w swoim stylu. Potem wypiliśmy piwo rozważając zagadnienie własnego pochówku. W latach osiemdziesiątych zajmowałem się liternictwem, płaskorzeźbą, wszystkim co można zrobić z kamienia. Moje napisy zdobią tablice pamiątkowe, poświęcone znanym Wielkopolanom, widnieją na obeliskach w Wiedniu, Berlinie. Wykuwane w języku hebrajskim, wczesny i późny gotyk, także cyrylica. Jak dotąd wiersza nie uwieczniłem w kamieniu, poza cytatami z Biblii, i takie tam zachcianki wdów, i innych potomków umarlaków” (24 kwietnia, 2011). I dopisek kilka dni później: „Witek, leży w Alei Zasłużonych na Miłostowie”.
Powieściowa wersja tego zdarzenia jest bardziej zawoalowana, ale prawie wszystko się zgadza. Z postaci literackich, które mają odpowiednik w rzeczywistości, pojawia się też Andrzej Babiński, który w okresie „kartkowym” zaopatruje się w papierosy u naszego bohatera, no bo ten oczywiście potrafi wszystko załatwić. Epilogiem tej opowieści i pointą niech będzie, że Jerzy Zimny niedawno rzucił papierosy i jest z tego dumny.
O swoich pracach literackich, bohater „Gromnicy” pisze: ”Poezja mnie trapi codziennie  za to moje kamieniarskie błoto, zmarnowany czas przy kamieniu. Kamień jest jak moje życie - chłodny i do tego twardy, i taki niespolegliwy. Już się na tym łapię, że zmiany jakowe we mnie zaszły i to bardzo daleko, i teraz już nie jestem ten sam chłopiec, o piwnych oczach, czuły i zawsze wrażliwy na piękno”. 
Jakoś w tę ostatnią deklarację nie chce mi się wierzyć. Zimny jak kamień? - nie wierzę, jako poeta jest ciepły, choć analityczny.
O Jerzym Zimnym napisano na okładce jego książki: Urodzony  w Kargowej (1946) uczęszczał do szkół: w Krośnie Odrzańskim, Sulechowie, Poznaniu, absolwent poznańskiej WSE. Poeta, prozaik, krytyk i recenzent, historyk poezji polskiej. Debiutował w 1970 r. w piśmie studenckim „Merkury”. Wyróżniany i nagradzany w konkursach poetyckich, nominowany do Lubuskiego Wawrzynu 2012, za tom poezji „Rubinosa”. Promotor młodej poezji polskiej (…)”.
   Wracając do „Gromnicy”, to powieść napisana z dużą swadą, nerwem i talentem. Proza artystyczna przebierająca się za dokument, autobiografię, zapis pamiętnikarski. Zimny mówi wprost, zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Książka doskonale kompozycyjnie przemyślana. Bilans jednostkowego życia i bilans epoki. 
Rzeczywiście, imponująca gromnica, jako pomnik życia nienadaremnego. Symbol wiary, wiary w Chrystusa, w życie wieczne. Obrona przed złem. Podobno z gromnicą łatwiej umierać, ale ja czekam na drugi tom powieści, a Jerzemu życzę jeszcze wielu lat życia.
………………………………………………………
Jerzy Beniamin Zimny, Gromnica, Poznań 2015, ss. 380.

Zdzisław Antolski






16 czerwca gościliśmy poetę i prozaika Jerzego Beniamina Zimnego. Pretekstem do spotkania była powieść autobiograficzna pt. ,,Gromnica" wydana w 2015 roku. Ciekawostką jest to, że w książce pan Jerzy wspomina także nasze miasteczko, które poznał w latach siedemdziesiątych, odwiedzając mieszkających tu rodziców swojej żony - Państwa Szpaków. Pan Marian Szpak, teść autora, był w tym okresie dyrektorem Fabryki Maszyn Budowlanych ,,ZREMB". Ówcześni pracownicy jak i mieszkańcy zapamiętali pana Mariana Szpaka, jako bardzo dobrego dyrektora oraz osobę mającą duży wpływ na rozwój Jasienia w sferze: kultury, edukacji i sportu. Z tego powodu na spotkanie przyszło spore grono osób związanych wówczas z FMB ZREMB. Pan Jerzy przyjechał z żoną - Bożeną, oraz córką - Dagmarą. Miłą niespodzianką była również obecność pani Małgorzaty Szpak, wdowy po dyrektorze Marianie Szpaku. Mimo, że Jasień nie był miejscem zamieszkania autora, to pan Jerzy ma wiele wspomnień z nim związanych, o czym można przeczytać w powieści ,,Gromnica". Ciepła atmosfera towarzysząca spotkaniu bardziej przypominała odwiedziny dobrych znajomych niż spotkanie autorskie ale na zakończenie pan Jerzy długo musiał podpisywać swoje książki, a kolejka po autograf wydawała się nie mieć końca.






    Z zaciekawieniem i prawdziwą przyjemnością w ciągu zaledwie cztery dni przeczytałem książkę pana Jerzego Beniamina Zimnego pt. „Gromnica”. Wyszło na to, że każdego dnia pochłaniałem około 95 stron tej autobiograficznej powieści. Mam ten przywilej i tą przyjemność znać osobiście Autora książki, do tego jesteśmy prawie, że rówieśnikami, także przygody i problemy z którymi   zmaga się książkowy bohater „Gromnicy” są mi szczególnie bliskie i ciekawe. Powieściowy narrator jest człowiekiem z krwi i kości, jest on szlachetny, ambitnym i zdolnym młodzieńcem który doświadcza życiowych sukcesów, ale też i rozmaitych porażek. Napisanie takiej wspomnieniowej książki wymagało od Autora sporej odwagi. W każdym szczerym autobiograficznym opowiadaniu jest coś z ekshibicjonizmu, kiedy to autor śmiało ukazuje własne przeżycia i przygody. Nie jest łatwo opowiadać o sobie bez owijania w bawełnę, gdyż wszyscy mamy tą tendencje aby pokazywać innym tylko swoje jasne strony. Jak wiemy młodzi buntują się, bywają nierozważni, a czasami mimo braku doświadczania nazbyt pewni siebie. Tak było jest i będzie. Chyba każdemu z nas rodzice zadawali pytanie - co z ciebie wyrośnie? Jak widać wyrośliśmy nie marnując szansy jaką dało nam życie. Tak to jest, że każda miniona chwila staje się wspomnieniem. Takich wspomnień mamy w życiu bardzo wiele. Zapamiętujemy je lub zapominamy. Na ogół doskonale pamiętamy to, co wzbudziło w nas pozytywne, bądź negatywne emocje, nawet po latach potrafimy o tym opowiadać z przejęciem i szczegółami. Każdy z nas może być autorem powieści z własnego życia, tylko od naszych przeżyć zależy jej fabuła, a od talentu jakość biograficznego dzieła. Czytając książkę Pana Zimnego podziwiam Autora za Jego talent i wspomnianą szczerość. Pan Bóg obdarował nas wszystkich czasem, którym mogliśmy i możemy dysponować wedle własnej woli. Bohater „Gromnicy” nie zmarnował swojej młodości, zdobył wykształcenie i pozyskał serce szlachetnej i pięknej Kobiety, także jest to powieść z happy endem. Dziękuję, za „Gromnicę”, a teraz  czekam na kolejną powieść, jak Bóg dał Autorowi talent, to musi z niego korzystać. 
Kłaninem się nisko Autorowi GROMNICY -  chapeau bas! 


Leonard Jaworski



Ostrołęka, 15 marca 2016 roku

Drogi Jurku, autorze Gromnicy,
Drogi Macieju, Szanowny Panie
Jerzy Grupiński, Szanowni Państwo,

            jest mi niewymownie żal, że nie mogę uczestniczyć w Twoim święcie, Jurku, osobiście – tak jak pierwotnie to zaplanowałem – licząc na poznański marzec w Twoim, Macieja, Państwa ciepłym towarzystwie. Tym bardziej, że klękam przed Gromnicą i mówię o niej bez zbędnych półsłówek: to opus magnum Jurka, jego niekwestionowana powieść życia. Cieszy mnie widok tej książki, bowiem potwierdza cum grano salis prozotwórczą siłę poetów, prawdziwych poetów. Wiem, jak długo powstawała książka, nieraz opowiadałeś mi o latach pracy, a przy kolejnych latach, latach korekty byłem już świadkiem Twojego edytorskiego wysiłku. Tak, pamiętam, jak potrzebowałeś do tego trudu pomocy, jak zaoferowałem Ci swój własny namysł nad książką, ale niestety – ciężar obowiązków przeważył i Gromnicę musiałem odłożyć na skraj stołu. Zadzwoniłem do Ciebie, przepraszając, mam nadzieję, że nie zdawkowo, żarliwie. Żal mi, że czas zwyciężył nad nami, tak jak i dziś – czas i okoliczności nad nami zwyciężają. Ale od tego nasze człowieczeństwo, aby temu, co się opiera, samemu temu, co stawia opór – przeszkodom – swój własny opór postawić. Stąd ów list-studium, który za chwilę prześlę na ręce Maćka Rasia i Twoje, Jurku. Trochę za Norwidem, wybacz strojenie się w patetyczne pióra, ale słowo jest po to, aby je brać, by je podjąć: „Pieśń Ci jak mewę posyłam, o! Janie”.
Wyobrażam sobie, Jurku, że siadasz po raz pierwszy do pracy nad Gromnicą właśnie wtedy, kiedy piszesz tom wierszy Dystans. Czyli jeśli dobrze odliczam lata – w 2008 roku. To oczywiście nieprawda, idea zapisu książki życia, czy może książki z żywą mową życia nawiedziła Cię, napadła, odebrała Ci domowy spokój – o wiele wcześniej. Sam pamiętam, jak wspominałeś rok 2006 bądź 2007. Jednak niezależnie od rzeczywistych uwarunkowań, to Dystans jest dla mnie swego rodzaju prolegomenami – zarówno do dalszych zbiorów Twoich wierszy, jak i do Gromnicy. W Dystansie bowiem, w tomie, od którego zacząłem Cię poznawać, w tomie więc, którego nigdy nie przestanę wyróżniać, ustaliłeś formułę swojej własnej literatury, pisarstwa, zarówno na jej skale poetyckie, jak i prozatorskie. Jak to, Karolu? – zapytasz mnie zdziwiony. Wątpię w tę konsternację, wiedziałbyś od razu, co mam na myśli, lecz mimo wszystko (pozwól) zrekonstruujmy na potrzeby dzisiejszego wieczoru taki niemożliwy-możliwy dialog. – Kiedy? W którym miejscu Dystansu? – zapytałbyś więc. Ja odpowiedziałbym: – Choćby wówczas, tymi słowami: „Pomyśl pomyśl głęboko aż / do wnętrzności swoich może nawet / głębiej tak jak potrafisz i nic, że / na ciebie patrzą teraz te wewnętrzne oczy”.
Bo Państwa obecnych w poznańskim bistro „Cezar” na Osiedlu Bolesława Chrobrego 117, gdzie mocą owej poufnej korespondencji dołączam do Was wszystkich, by świętować, możesz Jurku solennie, a nawet szczerze i gorliwie przekonywać, że Gromnica jest kwiatem wolnostojącym Twojego pisarstwa, że jej korzenie biegną w głąb Twojego życia realnego, życia „syna ziemi”, jak powiedziałby Czesław Miłosz, nie zaś – w głąb Twojej twórczości, choćby przeoranej we wszystkie strony: aktywności poetyckiej. Pozwól, że nie uwierzę w to zapewnienie, nie przystanę na dźwięk tych deklaracji. W literaturze nie ma kwiatów wolnostojących, są jedynie marzenia o wolnym staniu w oparciu wobec burz, nawałnic i huraganów, marzenia o staniu niezależnym i niezłomnym, staniu „gromnicznym” – niczym gromnice w oknie. Ale nie powinniśmy owych marzeń podstawiać pod rzeczywistość literacką, nie będą owe marzenia nigdy dziećmi naszej woli. Dla mnie Gromnica nie jest opowieścią o polskim „Dzikim Zachodzie”, jak łaskawie ów bonmot odnotowała jedna z Twoich pierwszych recenzentek. Niezwykle skądinąd chwytliwy, przyznasz? Tym znaczniejszą rezerwę należałoby wobec niego pielęgnować. Nie jest też dla mnie Gromnica – czego określenia, jak się zdaje, bliska była Aneta Kolańczyk – wielkopolsko-lubuską Sławą i chwałą. Nie musisz się o to, Jurku, troszczyć – czy „sive Iwaszkiewicz”, czy „ego-Iwaszkiewicz”, czy może (do kroćset, ile jeszcze się wymyśli!) „anty-Iwaszkiewicz”. Gromnica dla mnie to przede wszystkim sztuka wiwisekcji w kontemplacji, właściwie efekt nastawienia medytacyjności przeciwko niej samej, tak aby nabrała charakteru, agresji i przede wszystkim – zdobyła sobie dla siebie na zawsze przedmiot swojego opisu. Nie ma w tym niczego z buńczucznej, niegabinetowej tromtadracji, Jurku – jest tu za to Twój dystans. Gromnica jest dla mnie bolesnym owocem „myślenia głęboko aż do wnętrzności swoich” pod strażą „wewnętrznych oczu”, które nas zawstydzają, hamują nasze ruchy, usiłują je poskromić. Gromnica przyszła z cierpienia i jest cierpienia bezpośrednim, literackim skutkiem.
Czym wreszcie jest sam tytuł? Pamiętam, jak długo rachowałeś, Jurku, nad jego wyborem, jak ów moment zaczarowywałeś, odczarowywałeś, zaklinałeś i jak olśniewająca okazała się dla Ciebie chwila, w której raczył nawiedzić Cię, zwiastować Ci się temat gromniczny, a Ty wykrzyknąłeś, wykrzyknąłeś wtedy, że chciałbyś w ten sposób zatytułować całość. Tak, bardzo dobrze się stało, że gromnica wszystko połączyła. Ma przecież w sobie coś i ze słupa milowego, i z pomnikowych obelisków otwierających zabytkowe polskie trasy. Ale jest przede wszystkim znakiem intymnym, wiem to, Jurku, nie zapominam o tym. I wyróżniłbym z tego zaledwie dwa elementy, jeśli pozwolisz: czuwanie przy zmarłym oraz zabezpieczenie domu i obejścia. Gromnica to z jednej strony opowieść o czuwaniu świata literatury przy świecie życia, o podsumowywaniu, ostatecznym określaniu (nie odprawianiu!) świata życia przez świat literatury. Z drugiej strony – to apel do wszystkich instancji pozostających blisko tekstu. Apel o czujność: czuwacie bowiem przy zmarłym, odpominacie czas, zanim jeszcze upadł berliński mur, i musicie ów czas przeszukiwać z uwagą, ostrożnością i czułością. Ten sam nakaz czuwania został skierowany do autora piszącego Gromnicę. Do jego ostrożności, do powściągania jego majestatycznej wizji. Nie tajmy bowiem już tego dłużej: "gromniczność to Jerzego Beniamina Zimnego nowa formuła literatury. Nowa-stara, wiecznotrwała i wiecznoaktualna. Powiada ona właśnie o tym, że historia pisarstwa, że historia książki to historia czuwania przy zwłokach.
Ale powiedziałem także, że gromnica to sposób zabezpieczenia domu i obejścia. Znów więc nie sposób uwolnić się od natrętnego tematu literackiego. Pisarstwo Zimnego jest wzorcem pisarstwa zabezpieczonego. Zabezpieczenie to nie tylko kunszt, cyzelatorstwo, gabinetowość. To także określona praxis literacka, szereg czynności poprzedzających akt twórczy, który aby nie ześlizgnął się w degrengoladę, wymagać będzie przedustawnego wręcz bezpieczeństwa, zaopatrzenia, zaopatrywania, zabezpieczenia zarówno od strony domu, jak i obejścia. Powiecie Państwo: przedustawnego? Czy aby autor tego listu ten raz jeden co najmniej nie przesadził w emfazie? Odpowiem: owszem, tak, przedustawnego. Któż bowiem ma być dla dzieła literackiego bogiem, jeżeli nie sam jego twórca. Z całą świadomością podkreślam jakkolwiek różnicę ontyczną: bóg-twórca, a nie Bóg – Stwórca. Dobrze wiesz, Jurku, że w tym wypadku powinności Boga będą powinnościami gospodarza, który musi swoje twory, jeszcze nie stworzenia zaopatrzyć, zabezpieczyć, wyposażyć w formy przetrwania w czasach marnych, państwach mroków. Wzmocnić dom swojej literatury i wzmocnić jego obejście. Z czułością równą czułości wobec stworzeń, którą dzierży w sobie Bóg – Stwórca. To właśnie mam na myśli, kiedy wyobrażam sobie Twój literacki awatar stawiający w noc nawałnicy w swoim zapłotku płonącą, woskową świecę. To prawdziwa obrona własnej sztuki pisarskiej w imię starych, niezawodzących mądrości. Choćby tych najprostszych, że strzeżonego Pan Bóg strzeże. Poza jego własnym, czystym sumieniem, rzecz jasna. Czystym zaś na ile się da, na ile dozwolą siły od nas przebieglejsze.


Karol Samsel 





      Przeczytałam ostatnio trzy książki: „Czas Beboka" Antoniusa, Klaśnięcie jednej dłoni" Flanagana i "Gromnicę" Jerzego Beniamina Zimnego. Wymieniam je razem, bo coś każe mi dopatrywać się cech wspólnych. Jest ich sporo: dzieciństwo głównych bohaterów przypadające na lata powojenne, trudne dorastanie, wybory, które bardzo często dokonują się same – ot, taki czy inny rzut dziejową kostką. Nieważne czy jest to Śląsk, Poznań, Wiedeń czy Tasmania. Historia to długi łańcuch wzajemnych powiązań, którego częścią jesteśmy my sami. To kim jesteśmy zależy w dużej mierze od tego kim byli nasi przodkowie. To nasze tu i teraz uwarunkowane jest tym, co gdzieś i kiedyś. Coś kończy się, coś zaczyna, a my wciąż zostajemy z otwartym pytaniem: Co dalej? Możemy próbować zaczarować rzeczywistość, przenieść ją w inny wymiar, oswoić, ale nawet wtedy nie pozbędziemy się lęków, przeżytych i przeżywanych traum. 


Zburzenie berlińskiego muru zamknęło na zawsze pewną epokę. Dalej miał być nowy, lepszy świat. Jest coraz ciemniejsze niebo i coraz czarniejsze chmury. 

Postawmy gromnicę w oknie, może ona ochroni nas przed burzą.






Aneta Kolańczyk






    Zwiodła mnie muszę przyznać z początku - i okładka i tytuł. Okno otwarte w pejzaż nad rzeką, oplecione pruskim mostem drogowym. I to hasło pełgające płomykiem w otwartych ościeżach...gromnica. Jeszcze moja babcia wystawiała w oknie zapaloną świecę gdy miało się na burzę. Świecę poświęconą w dniu Matki Boskiej Gromnicznej. Tyle tradycji w jednym słowie – tytule i tyle znaczeń.


Ale ta gromnica w oknie otwartym na pejzaż polskiego „Dzikiego Zachodu” ma głębszy sens. Sens spowiedzi z życia dorastającego za tym oknem, na lubuskich łęgach chłopaka, któremu w głowie ta burza, ten cały napór dorosłego życia i ta gromnica w dłoni matki, za oknem która odda wszystko by to swoje niesforne dziecię między gromami poprowadzić w dorosłość.

Spowiedź mężczyzny z dorastania, bo to chyba najtrafniej określa początek „Gromnicy” przechodzi od tych lat bukolicznych na polach, łąkach i w pobliżu torów kolejowych na coraz szersze pola dorosłości, za których horyzont tak bardzo pragnie zajrzeć młody wówczas autor, na te tory, którymi drezynę swego życia popchnie w dorosłość. Pewnie nie raz nad linijkami swych wspomnień pochylił się ze smutnym do siebie samego pytaniem – dokąd ci było tak spieszno z tego świata? W świat?

Tak. W świat. W świat tego swojego dojrzewania do szkół, do zawodu, do miłości, do małżeństwa i do rodziny zabiera nas Jerzy Zimny. I idziemy za nim oczarowani przez te znane i nieznane nam kąty wielkopolskie i lubuskie, przez te Jego i nasze kochane krajobrazy, wprost w gonitwę Jego myśli, marzeń i pierwszych poważnych refleksji z życia wziętych.

To jest podróż przez życie. A życie, a właściwie Życie, pisze najlepsze scenariusze. Nie dorówna mu Eliot, nie doścignie go Balzac, nie sprosta Hitchcock, i wiedząc o tym doskonale autor się z tym Życiem nie spiera. Idzie mu jedynie w sukurs pisarski okraszając wspomnienia swym specyficznym poczuciem humoru.








Gromniczne światło na drogach Jerzego Beniamina Zimnego

Uznany poeta, autor wielu tomików wierszy, napisał powieść autobiograficzną pt. Gromnica.
Zapragnął pozostawić po sobie ślad, poświęca tę książkę rodzicom. Autor urodził się w Kargowej, na ,,terenach odzyskanych”, tuż po wojnie. Swoją powieść  podzielił na ważne okresy, a mianowicie:
Dyktando z rosyjskiego, Silentium, Powrót, Kwarantanna, Prince Polo, Dom, Warsztat, Macewa.
                                            
Gromnica, którą rozpaliła matka w latach młodzieńczych, pali się nadal, płomień życia jest ciągle żywy, nie gaśnie. Myślę, że tytuł powieści trafny i niesie ze sobą symbolikę życia. Przecież już na początku, na chrzcie, zapalają nam świecę, gdy dom nawiedza jakieś zło, zapalamy gromnicę, ona daje światło, modlimy się przy niej. Gromnica jest też pożegnaniem z czymś co przemija, a autor miał tych pożegnań sporo, przemieszczał się z miejsca na miejsce, żegnał swoich kolegów i swoje miłości, hartował się w samotności, nieraz gubił. W książce pokazuje środowisko wiejskie lat powojennych, ludzi zamieszkałych na ,,ziemiach odzyskanych”, ludzi wschodu, o innej kulturze i obyczajach, życie dzieci z rodzin chłopskich i robotniczych.                                              
To jest mu bliskie. Dorastał na wsi, hartował się w tym otoczeniu, nabył kompleksów pochodzenia, z tego powodu przerwał szkołę. Pierwsza miłość, upór, gonitwa za lepszym życiem, poznawanie świata, dorównywanie innym, samodzielność, odpowiedzialność. Opisuje słabości, nie ukrywa ich, jest postacią autentyczną, wiarygodną. Myślę, że w jego przygodach, nie ma konfabulacji. W książce występuje jednocześnie jako narrator i główny bohater. Pisze językiem zrozumiałym dla szerokiego czytelnika, dialogi z osobami, z którymi się spotyka, różnią się, w zależności od otoczenia w którym przebywa. Inaczej rozmawia z kumplami, a inaczej z dziewczynami na randkach. Tu posługuje się językiem ciepłym. Autor książki często przerywa akcje, przenosi w inne miejsce, różnicuje napięcie, ucieka od monotonności jaka towarzyszy autobiografiom. Może niektóre wątki są zbyt długie, ale na szczęście jest ich niewiele. Podoba mi się opis młodzieńczych miłości, razi zbyt wiele wątków z alkoholem.

  
Ciekawy jest wątek życia dorosłego, upór w dążeniu do celu, godzenie pracy z nauką. Później kiedy założył rodzinę, odpowiedzialność, radość z otrzymania mieszkania, ciężka praca w warsztacie i za granicą.                                               
Nie wspomina nic o swoich wrogach, (czyżby ich nie miał?). To wielka umiejętność współżycia z otoczeniem i pozytywna cecha powieści. Autor przeszedł drogę życia, poszukiwał dla siebie miejsca. Jego wrażliwość jest zrozumiała, ponieważ od młodych lat pisał wiersze i przebywał w otoczeniu ludzi pióra, spotykał się między innymi ze znanym poetą Andrzejem Babińskim. I jeszcze jedno, książka ma walor historyczny, podaje bowiem dużo informacji o stosunkach społecznych, politycznych, ludzkich. Polecam ją młodemu pokoleniu, które nie zna takich domowych opowieści.
Może doczekamy się dalszego światła z gromnicy autora, niech się pali.

                                                                                         
                                                                                          Stanisław Chutkowski



Jerzy Beniamin Zimny
,,Gromnica”
ZLP Poznań 2015




































wtorek, 29 marca 2016

Recenzje rozproszone

 Tęsknota za koronkową chusteczką i zwykłym listem w niebieskiej kopercie.  To wyznanie może być hasłem przewodnim po tomiku wierszy poetki z Kujaw- Bożeny Nowakowskiej. Lektura proponowanej czytelnikowi książki nie sprawia kłopotu, liryka to czysta poprowadzona zrozumiałym językiem, metafory jeśli się pojawiają, mają w sobie klarowny komunikat. Poetka unika symboli i kodów, daleka jest od wybujałych kreacji, mówi w pierwszej osobie, nie posługuje się pomocniczo obcymi podmiotami, co daje w sumie autentyczne obrazy tego wszystkiego, co ją otacza, tego co czuje a także to, czego nie rozumie i nie jest w stanie pojąć, ze świata metafizyki lub jest tajemnicą ukrytą pod  polnym kamieniem. Przyroda Kujaw, słynne piachy niebywałe, Wisła niosąca krople Beskidu aż do Bałtyku, miejsca dorastania, miejsca szczęśliwości a także porażek. Trudno tak wielki bagaż opowiedzieć wprost, udźwignąć prostym słowem – dlatego poetka posłużyła się metaforycznym uniesieniem w stylu swoich wielkich poprzedników na Kujawach - wierszem powiem więcej -  inaczej  nie  potrafię wysłowić  nawet  najprostszych  spraw i zdarzeń, przyroda również, co na swój sposób dostrzega, jest inna wewnątrz, wymaga więc lirycznego przekazu. W istocie nawet martwe tutaj żyje, są również miejsca kultu, innego wyobrażenia jestestwa, nie zawsze adekwatnego do tożsamości. Pojawiają się zwierzęta i domownicy poetki, którzy wiedzą, że jeśli dotkną betlejemskiej gwiazdy znajdą swoją. Jest u Nowakowskiej także miłość,  jak  mówi:  nie  ma  żadnej  definicji,  takie nic  a  jednak   wszystko.  Z niczego coś wielkiego- drugie przesłanie poetki skierowane do czytelnika, to - nic banalne i wszechobecne- u Nowakowskiej jest punktem wyjścia do poetyckiego przekazu. Stara się nam uzmysłowić, że istnieje jakiś ukryty system wartościowania. Nie wszystko jasne, co się świeci, albo jest tak oczywiste, że  nie warto dalej  się  tym  zajmować. Zawsze  coś  odkrywamy w odkrytym, zawsze jest coś warte uwagi, mimo że jest tyle do zrobienia nowego.  Trzeba czasem wracać do miejsc zapomnianych, tam też jest pole lirycznych odkryć, jakby na nowo, tyle że dojrzały już podmiot inaczej postrzega z racji nabytych doświadczeń.
    Nie często sięgam po tomiki tzw. regionalnego obiegu. Nie jestem zwolennikiem poezji mającej swoje źródła w klasycznej formie i języku, jednak doceniam autorów, u których autentyzm jest niepodważalny w przekazie. Zwykle zabiegi językowe kończą się topornym nadrealizmem, tak często spotykanym w natłoku wydawnictw, zalewie rynku pozycjami niewiele mającymi wspólnego z poezją.  Tego zarzutu poetce z Włocławka postawić nie mogę,  ponieważ znalazłem wiele fraz, które bronią ten tomik. A to już dużo w myśl zasady – czasem warto przesiewać piasek, aby znaleźć to,   czego   szukamy.  Tak  jest  z  poezją.  Tutaj   przypomina   mi  się   dialog z pewnym poetą, który zwykł mawiać- jedna metafora może uczynić więcej aniżeli kilka tomów. Daleki jestem od przypisywania Nowakowskiej jakiegokolwiek szeregu, widzę jednak, że stoi na swoim własnym miejscu. Nie ważne czy to miejsce jest widoczne, jak sama mówi: przeznaczenie końca nie ma, więc wszystko może się zdarzyć. A w szczególności kilka wierszy, dla których warto żyć.




czwartek, 4 lutego 2016

Wiersz na koniec tygodnia


Tadeusz Wyrwa-Krzyżański




















Kamień węgielny                                                      


Wszystkiego jestem głodny, prócz sycącego mnie
głodu.
To on mi ten wiersz pisze i nie chce być
uśpioną ciszą.
Ale nie mam szyb zamalowanych
na czarno.
Rzeczywistość kruszy się jak nie porozdzielany
chleb.

Pusty stół jest moim niebem danym mi za darmo.

Nie wolno mi opuścić rąk.
Nie wolno mi opuścić rąk.

Wrażliwa jest kalka
mojej skóry.
Nie czeka na mnie żaden notariusz, kapelan, ani
polityk. Nie jestem sługą ich
mowy.

Manna dnia chuda, jaskółki ciągle są powabne,
ciemność i wieczność - odległe. Trzeba mi tutaj
trwać.
Kamień węgielny domu ma wymiar
spalonej kartki papieru.






Teresa Rudowicz

















Jałta


pewnego dnia obudzę się na plaży w Jałtcie,
znajdę białą daczę, kwitnący sad, może nawet
Irinę, Olgę i Maszę. nie pojedziemy do Moskwy,
ale możemy spakować kufry, wypić wódkę
w hotelu Rosija,  poczekać, aż los zadecydyje
za nas.

miałeś rację, Antoni, ludzie jedzą obiad,
a tymczasem rozstrzyga się ich szczęście,
łamie ich życie, bez względu na konferencje.
traktaty i pakty, sól jest jdnakowo słona.

chociaż jesteśmy krótką chwilę,
jakieś drzwi zawsze są otwarte.
tylko ofiary się nie mylą
i tak rozumieć trzeba Jałtę. 

( z tomu: Błędne ognie, Zaułek Wydawniczy Pomyłka Szczecin, 2014)





 Krystyna Mazur



















Skamieniałe pyski


Burek biegnie przy mnie, merda ogonem i zagląda w oczy.
Odwracam wzrok.
Mruczek plącze się między nogami. Łasi.

Gdy wsiąkam w cień wagonu,
widzę jeszcze nadzieję
w psich i kocich ogonach.

Zabiorą. Znikniemy razem.
Jednak cień zniknął nażarty.
Nie na żarty.

Na peronie zostały twarze Burka i Mruczka
skamieniałe z przerażenia.

(Poemat Kresowy, ZLP Poznań, 2015)




Jakub Sajkowski





















Układy chaotyczne

Najbardziej potycka jest umowa o dzieło,
a dzieło jest układem dynamicznych skojarzeń,
więc jeśli jeż, to korona z cierni,
a jeśli Bóg, to z obrożą-zabawką.

Umowa o "dzieło", a może o "działo"?
Dlaczego, mamusiu, po jednej stronie
ulicy jest tabliczka przystankowa "Armii Poznań"
a na przystanku powrotnym tej tabliczki nie ma?

Tak się czasem zdarza. Lecz nie ma "się zdarza".
Może Bóg zapomniał o okolicy za miedzą,
gdzie ulice bez nazwy i pies bez obroży?
Armia Poznań dotarła tylko do tego momentu,

dalej teren prywatny i prywatne zniszczenia.

(z tomu" Google Translator, Dom Literatury i SPP w Łodzi, 2015 r.)




Beata Patrycja Klary






















7

Na wsi nie ma spożywczego ale są cztery apteki.
My tu wszyscy wciąż się na coś leczymy.
Na brak chęci chodzenia.
Na nadmiar chęci chodzenia.
Na smutek. Na radość czasem też.
Baby niosą zamiast chrustu opakowania po lekach
Tego jest wszędzie pełno.
Siedzibą chorób są snujące konie.
Błądzą między żywymi.
Otwierają w ludziach to co zamknięte. Wtedy zaczyna wypływać
z nich zło. Wedy zaczyna wypływać z nich dobro.
Są puści.

( z tomu: Obiekty totemiczne, Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin,2015)
Nominacja do Lubuskiego Literackiego Wawrzynu 2016




Karol Graczyk

















Małe miejsca


W tych małych miejscach historie są małe:
powietrze godzi się na ptaki, a ziemia na drzewa,
wyżej chmurzy się na burzę niżej ogień milczy
o swoich przyczynach. Miękki rozgrzany asfalt.

W tych małych miejscach historie są małe:
ściana jest sufitem a sufit jest ścianą, polecieć
nie zdołasz. Za oknem nikt nie prowadzi wojen,
ani psów na smyczy, więc psy srają pod furtką.

W tych małych miasteczkach historie są małe,
nie muszą się rozwijać, ważne żeby trwały,
więc ubieramy spokojnie czoła w zmarszczki
i latamy wciąż niżej na coraz cięższych skrzydłach.

W tych małych miasteczkach historie są małe,
a ostatnie słowa są cięższe niż pierwsze.


( z tomu: Przełomy, Instytut Mikołowski, 2015 )
Nominacja do Lubuskiego Literackiego Wawrzynu 2016




Natalia Komarow





























Sobota, bagieta, szarlota


wielka ze mnie fanka
sobotniego poranka

lubię te potłuczone butelki na skraju chodników
i puste paczki po fajkach na skrawkach śmietników
i mokre plamy pod wiatą na przystanku autobusowym
taki wielkomiejski pejzaż namalowany melanżem
streszczenie wczoraj w zaspanych głowach

bo w piątki Warszawa o smaku piwa
do rytmu taksówek się kiwa

(kim ja jestem że
poezję znajduję w
wypchanym śmietniku
a w ojczyźnie - nie?)

z tomu: Gocław, Saska Kępa, Śródmieście, Fundacja Literatury im, Henryka Berezy, Szczecin 2014

czwartek, 14 stycznia 2016

Wiecznie młoda

  
Odeszła w styczniu jak jej koledzy, Marek i Tadeusz, odeszła liryczną drogą, z której nigdy nie schodziła, bardzo kobieca w swoich wierszach, naturalna bez makijażu i wyszukanych kreacji. Energiczna, pełna pozytywnych emocji, zawsze uśmiechnięta. A miała przecież powody do smutku, rozgoryczenia kiedy zmagała się z dolegliwościami, później z chorobą. Ilekroć ją spotykałem  tryskała optymizmem, witalnością i poczuciem humoru, na swój sposób interpretowała otaczającą nas rzeczywistość, emanowało z niej doświadczenie i tolerancja względem odmiennych postaw, jak przystało na poetkę szanowała każdego rozmówcę, bez uprzedzeń i pretensji o cokolwiek, miła niekiedy kokieteryjna ale zawsze z klasą w każdej sytuacji. Odeszła pozostawiając po sobie niemały dorobek twórczy, oraz wiele dokonań społecznych, pedagogicznych i kulturowych. Cześć Jej pamięci.


Studium kobiety 

 Lirykę Jolanty Nowak Węklarowej cechują drobiazgi.  Kobieca natura każe jej dostrzegać wszystko, co ma związek z nią samą. Ale tylko to, co widoczne i namacalne.  Dostrzeżone, sprawdzone i zarejestrowane.  Rejestr czasu widoczny gołym okiem.  Spojrzenie w lustro w nim cała przeszłość - w twarzy kobiety, która młodzieńczo trwa w jesieni.  Ten swoisty spektakl trwa od czasu, kiedy poetka wydała jeden ze swoich najlepszych tomów zatytułowany: Wstępuję w jesień. Biografia Jolanty Nowak Węklarowej jest typowa dla poetów z kręgów Orientacji, określanych mianem „spóźnionych przez Andrzeja K. Waśkiewicza.  Debiutowała na uboczu w zgiełku manifestów Nowej fali. W gorącym okresie rozliczeń, kiedy co niektórzy nadgorliwi decydenci po piórze ogłaszali już bilans zysków i strat okresu Orientacji. Z tych względów jej pierwsza książka była łabędzim śpiewem ginącym w tumulcie nowych deklaracji poezji lat siedemdziesiątych.  Z pewnością był to dla poetki trudny okres. W konsekwencji potrzebowała blisko dziesięciu lat, aby zaistnieć po raz drugi poetycką książką.  Trwająca chwila była pozytywnym skutkiem szczególnej „inkubacji” poetki, kiedy to jej sytuacja liryczna mogła natenczas ulec panującej modzie, lub w pozycji wyczekującej zachować poprzedni status? Wielu przedstawicieli Orientacji doświadczyło tego procesu.  Nielicznym tylko udało się spowodować pewien wyłom w świadomości wydawców i nawiązać do Orientacji jednak poprzez nowe kształty i kreacje czysto własne.  Przykładem może tu być Wojciech Czerniawski.
      Jolanta Nowak Weklarowa przeczekała jednak ten okres. Ale nie bez uszczerbku na przyszłość. Przypadkiem, może z premedytacją podążała do percepcji czytelniczej zawsze u schyłku kolejnych dla poezji okresów. Demonstrowała swój hiatus w martwych okresach, kiedy przebrzmiewały już hasło kolejnych generacji. A były i są to okresy, w których wszelkie „formy obecności” grawitują ku klasyce. Zbiorowa świadomość przestaje być świadomością narzuconą. Triumfują więc propagatorzy nowych kształtów, tacy jak Czerniawski w latach siedemdziesiątych, Tulik i Derdowski „Po sierpniu” i potem od Podsiadły aż do Honeta.  Z tych względów Jolanta Nowak Węklarowa pozostawała zawsze poza układem.  Była to jednak sytuacja wymuszona. Nie mogła, więc poetka deklarować swojego uczestnictwa we wspólnocie programowej, ani odreagować nowym kształtem na obligatoryjnie obowiązujące tropy świadomości zbiorowej. Nic dziwnego, że ucierpiała na tym jej poezja, rewelacyjnie zapowiadająca się na początku lat siedemdziesiątych.
     Credo liryczne Jolanty Nowak Węklarowej to osobiste wzniosłości i upadki. W jednym z wierszy w tomie: Wstępuje w jesień, mówi wprost: jestem nowe studium kobiety, – które mniej więcej przebiega tak:
(…)
naprzeciw twarz moja
(…)
w szyderczym lustrze przemijania
prześwietlona do chłodu
przedśmiertnej maski.

Jej prawda o przemijaniu to nie odwzorowanie wnętrza lub lansowanie określonej kondycji psychicznej. To ciało – kobieca oręż i kobieca bezbronność. To uroda. O urodzie kobiety wstępującej w jesień mówi poetka z Wągrowca.
     
   Liryka osobista bywa zwykle domeną poezji kobiecej. Wyznaniem stanów, dokumentacja porządkująca drobiazgi.  U autorki Trwającej chwili jest czymś więcej? W swoich wyznaniach często antycypuje stany przedśmiertne. A przecież z jej strof bije optymizm i pogoda ducha kobiety czynnej i pełnej życia. Jest to, więc kamuflaż polegający na kreowaniu lirycznej apatii, która jest przeciwieństwem sytuacji obiektywnej podmiotu.  W podobny sposób próbowała dotrzeć do percepcji czytelniczej Anna Janko. Tyle, że w jej wykonaniu była to poza?  Książka Jolanty Nowak-Węklarowej stanowi niepodzielna całość. Książka ta budzi tyle zachwytu, co i zastrzeżeń.  Nadmiar metafor nie zawsze trafnych i zamierzonych. Często przypadkowych. W konsekwencji traci na tym fabuła. Nie czuje się dramaturgii. Chociaż niewątpliwie jest to autentyzm, tyle, że nie zawsze właściwie wkomponowany w poetycki obraz. Prostota wyrazu byłaby właściwym środkiem.  Jednak akcenty lingwistyczne w jej języku są tak mocno zakorzenione, ze trudno wymagać od poetki, aby wyrzekła się tradycyjnych dla niej środków przekazu. Zwłaszcza języka. Próbowanie różnych poetyk dowodzi braku indywidualności. Przekonali się o tym nieliczni z nielicznych poetów tego okresu, dla których „wspólnota” była szansą przetrwania. I końcem własnego głosu.  
  Zasługą poetki z Wągrowca jest dbałość o wiarygodność.  Zabieganie o wyrazistość obrazu. Wspomniane zarzuty nie są aż tak istotne. Bowiem powszechnie wiadomo, że kreowany autentyzm językiem metaforycznym prowadzi do konstruowania wypowiedzi subiektywnej, wyraża indywidualną osobowość, niepowtarzalność przeżyć i doswiadczeń. I nawet, gdy przekazywany jest językiem szablonowym, schematyczną metaforą – nie pomniejsza to wartości artystycznych utworu. Albowiem wszelkie niedociągnięcia są rezultatem konwencjonalizowania się wszelkich zjawisk w indywidualnych poszukiwaniach. Jest to proces nieunikniony. Dlatego tak często mówi się o kryzysie wartości artystycznych i nie tylko.

    W poezji Jolanty Nowak-Węklarowej wyartykułowane jest „ja”. Podmiot występuje tutaj w imieniu własnym. Ale jego racja jest uniwersalna. Dotyczy, niezależnie od zamiarów autorki, zbiorowej świadomości.  I to nie tylko kobiecej. Wyrażona subiektywnie jest udana próbą wyartykułowania indywidualnych spostrzeżeń.  Nowe studiu kobiety – to odkrywanie piękna jesieni kobiety. To przepis jak żyć bez kompleksów, jak przeciwstawić się napastującej niemocy.  Wreszcie jak zabiegać o miłość – tą, która jeszcze tli się - aby całkiem nie wygasła.  Po dwóch poprzednich próbach myślę, że tym razem liryka Jolanty Nowak-Węklarowej, jeżeli nie ostanie, to przynajmniej kilkoma wzruszającymi wierszami utrwali się w pamięci czytelników. W jej zbiorku nie brakuje strof, które są jak lustro, w którym jawi się uniwersalna twarz, ta beztroska w młodości, ta doświadczona przez życie. W jej zbiorku znaleźć można również wyznania odkrywcze:
/…/
Proszę – nie wstydź się czasu
który dopada ciało kobiety
obnoś to co miało przyjść
bo się stało
jako piękno i dostojeństwo.

Gdyby takich strof więcej – zbiorek autorki z Wągrowca na pewno byłby wydarzeniem. A i bez tego, wzrusza i przekonuje. 

(fragmenty z książki: Dzieci Norwida" , która jest w przygotowaniu do druku}

niedziela, 10 stycznia 2016

Przybyła i Starkowska laureatami konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny.

                    

Laureatami 32 edycji konkursu na debiut poetycki roku 2015 im. Kazimiery Iłłakowiczówny zostali: Piotr Przybyła z Karpacza za tom poezji „Apokalipsa After party” Dom Literatury i SPP w Łodzi, 2015
Joanna Starkowska za tom poezji „Ballada o wyrzynarce” Zaułek Wydawniczy Pomyłka w Szczecinie.
                                                    
Do nagrody głównej kandydowali oprócz wyżej wymienionych:

Rafał Rutkowski tomem „Chodzę spać do rzeki” Wyd. Zeszyty Poetyckie w Gnieźnie, 2015
Oliwia Betcher tomem „Poza” Wydawnictwo: Zaułek Wydawniczy Pomyłka w Szczecinie, 2015
Dominika Baraniecka tomem „ Geometria i baśnie” Wyd. TDT Talent w Białymstoku,2015


Kapitułe przewodniczył Jerzy Beniamin Zimny.
Członkowie: Danuta Bartosz, Ares Chadzinikolau.






sobota, 12 grudnia 2015

Opowiastki z prowincji















Wczoraj przed cmentarzem zaczepił mnie podejrzany typ, 
                -Panie jarasz?
Przez moment zastanawiałem się co odpowiedzieć? Był czas, że jarałem fajki, ale mówiło się  inaczej, kopci i już. Podejrzany typ nie spuszczał ze mnie oczu więc burknąłem,
                -A kto nie jara?
Wybieg ten doprowadził typa do furii,
                -Nie pytałem  kto nie jara, pytałem czy pan jara?
               - Obecnie nie jaram.
                -To znaczy, że możesz pan mieć szluga?
               - Mam- odpowiedziałem, ale słabiutkie
                -Daj pan cztery, wezmę naraz.
Dałem mu dwa marlborasy, białe twarde i zniknąłem w bramie. 

    Znicze bardzo opornie odpowiadały na ogień z zapalniczki, wiatr  dołożył swój wydech i powiedziałem do siebie- kurwa. Obok dama w kapeluszu:
               - W takim miejscu  jak można?
               - A można -  odrzekłem, - wszędzie można się wkurwić, ale czy musi pani słuchać?
               - Jeszcze nie jestem głucha,  
             - A ja już. - Odpowiedziałem i udałem się w kierunku studni. Tam jakiś facet pomstował nad tłokiem – panie żeby w takim dniu się zatarło? W jakim dniu – pytam. On wskazał na kopcące znicze    – dymią jak cholera a woda się zakleszczyła w rurze na amen. Po grzyba panu woda - odpowiadam. Daje mi do ręki wiadro mówiąc przy tym- nie widzisz, że puste. A więc trzeba je napełnić?  Tłok tłokiem, nerwy nerwami- rzekłem- idź pan do swojej nieboszczki i powiedz, że nie podlejesz kwiatów, 
    Odszedł z pustym wiadrem w kierunku kaplicy i tyle było go widać, z grobowca obok odlałem sobie z wazonu trochę wody do butelki. Nauczył mnie tego ojciec, więc dla niego ta woda, ściślej dla kwiatów, które byłem łaskaw mu kupić. 
    Odszedł szesnaście lat temu, cichutko odszedł pozostawiając po sobie ogródek działkowy. Wzór sztuki ogrodniczej, czereśnie szczepione łutówkami, śliwy po trzykroć szczepione różnymi odmianami i wino z sadzonek przywiezionych z Węgier. Takiego wina w kraju nikt nie miał. I to wszystko pozostało na łasce losu. Podobno jedyny spadkowicz (imienia nie wymienię) puścił działkę za kilka butelek wódki? Potem mieszkanie otrzymane w spadku. Tak już bywa, że to co łatwo przychodzi jeszcze łatwiej odchodzi.  Ja jako ten, który po ojcu nic nie otrzymał  z wielkiej miłości do niego dbam o nagrobek,  który postawiłem nie prosząc innych o wsparcie finansowe. Nauczono mnie tylko dawać i nie oczekiwać rewanżu. Tam w niebie wszystko jest policzone  i niech tak będzie. 

   Na parkingu ciasno, drzwi w drzwi ustawione auta, zawsze zostawiam sobie duży odstęp ważąc na tuszę. Jednak nic to nie daje, bo parkują obok cieniasy, zanim wsiądę dokładnie obijam drzwiami sąsiada. Obijam całe życie cudze boki. Obecność moja to dym z papierosów, dymek z rury wydechowej i czasem piękne słowa układane w wersy. I kobiety bez słów miłowane. Miejsce zdarzeń intymnych jest obojętne, byle dać upust nieokiełznanej wyobraźni.  



piątek, 11 grudnia 2015

Winna była wyobraźnia






                                       młodzi konferansjerzy pokazali klasę godną mistrzów

                                                    porywający poetycki spektakl,
                                                            rozmowy w kuluarach
                                                   

środa, 9 grudnia 2015

Wyniki X edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Łucji Danielewskiej

PROTOKÓŁ JURY

Jury X edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Łucji Danielewskiej na posiedzeniu w dniu 27.11.2015 w składzie: Grażyna Wrońska, Ivana Prakaturovic, Jerzy Beniamin Zimny, Stanisław Szwarc, Dragan Markovic, Jerzy Grupiński (Przewodniczący), po przeanalizowaniu 149 nadesłanych w regulaminowym terminie prac, postanowiło nagrodzić następujące osoby:
Laureat – Jolanta Nawrot ze Słupcy, godło:  „Skrzydełko” za wiersz „ *** Ciągle stoję gdzieś w korkach, posuwam się powoli”
Rzeźbę autorstwa poznańskiej artystki Marioli Kalickiej ufundowaną przez Annę Woźniak;
Nagrodę pieniężną w wysokości 1000 zł ufundowaną przez Grupę 3000 – Oferta Poznańskich Pośredników Nieruchomości, Juliusza Wilczyńskiego, Annę Woźniak;
Nagrodę Klubu Artystycznego PoemaCafe w postaci wieczoru z pełną oprawą promocyjną ufundowaną przez Teresę i Agatę Wawrzyniak,
Nagrodę Specjalną Apteki pod Złotym Lwem ufundowaną przez właściciela dr. Jana Majewskiego;
Dodatkowo Adam Nowak ufundował Laureatowi Konkursu nocleg w pokoju 2-osobowym ze śniadaniem na poznańskim Stary Rynku w „Naszym Klubie” przy ul. Woźnej 10.
Wyróżnieni kolejno:     
1.       Dorota Ryst z Warszawy, godło: „Adlerhorst” za wiersz „neon”
Obraz autorstwa poznańskiego artysty plastyka pochodzącego z Bułgarii Ventzislava Piriankova
2.       Michał Witold Gajda z Wrześni, godło: „stanisławowicz” za wiersz „Dlatego”
Obraz autorstwa poznańskiego artysty plastyka pochodzącego z Chorwacji Dragana Markovica
3.       Krzysztof Martyna z Kalisza, godło: „d’Artagnan” za wiersz „pusty kościół w upalne południe”
Nagrody książkowe ufundowane przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu;

Nagrody dla 3 osób wyróżnionych:

Nagroda Klubu Artystycznego PoemaCafe w postaci wspólnego wieczoru z pełną oprawą promocyjną ufundowana przez właścicielki Panie Teresę i Agatę Wawrzyniak;
Nagrody książkowe ufundowane przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu;
Nagrody książkowe autorstwa Łucji Danielewskiej ufundowane przez Rodzinę Poetki.                                                                                           

Laureat został wybrany większością głosów. Zgłoszono votum separatum (Grażyna Wrońska) podczas głosowania nad wyborem Laureata. Protokołowała Anna Woźniak.
Jerzy Grupiński (Przewodniczący)

 Grażyna Wrońska
 Ivana Prakaturovic
 Jerzy Beniamin Zimny
 Stanisław Szwarc
 Dragan Markovic