środa, 2 lipca 2014

Manifesty i profanacje



 Szukając artykułów o Ratoniu - na półkach natknąłem się na dziewiąty numer Poezji z 1981 roku. Cały numer poświęcony był poetom przeklętym (poetes maudits) Józef Giello, przyjaciel Ratonia, umieścił w tym numerze artykuł zatytułowany: manifesty i profanacje.  Treść jakby wyjęta z teraźniejszości, mimo że minęło kilka dekad, zagadnienie grafomanii ma podobne, jeśli nie te samo podłoże egzystencji. Pozwolę sobie zacytować obszerny fragment tego artykułu.
Zapis 21. O zalewie grafomanii
   Zjawisko grafomanii – jeśli nie przybiera groźnych dla literatury rozmiarów – powinno być traktowane z przymrużeniem oka, a nawet życzliwością. Dziury w niebie nie będzie jeśli ktoś własnym sumptem wyda w nakładzie dwustu egzemplarzy swoje ukochane wiersze. Każde czasy miały swoich grafomanów, nasze też mają (pisze Giello, i ja powtarzam za nim to samo i podtrzymuję to wszystko co pisze dalej) jeśli tradycyjny grafoman chciał się tylko ogrzać przy ognisku prawdziwej sztuki, to współczesny ( przypisuję aktualność temu stwierdzeniu) chce upiec swoją pieczeń. Podsuwa, wtyka, i wciska jak może kapłanom obsługującym ołtarz swoją baraninę. A nuż wezmą i będzie pieczyste. Najczęściej ( tutaj znów aktualność ) stosowaną zasłoną dymną jest niezrozumiałość poezji nowoczesnej. Sytuację tą wykorzystują legiony nowoczesnych grafomanów ( czyż nie jest to aktualne?) Tak, w tym względzie oblicze grafomanii się nigdy nie zmienia.

   Józef Giello, ponad trzydzieści lat temu odkrył pewną zależność która się nigdy nie zmienia, jest odporna na wszelkie zmiany otoczenia społecznego i politycznego. Chodzi o tzw. gangi wspólnego interesu, jak to określił, które dla zamaskowania prawdziwych celów przybierają nazwy grup poetyckich. Ponieważ jednostka jest zerem, i nie ma żadnej siły przebicia, zbiera się kilka zer obok jedynki i ruszają zdobywać dziewicze tereny. Tutaj pojawia się nowum, o czym Giello nie mógł wiedzieć, polegające na nieograniczonym dostępie do komunikacji. Niepotrzebne są już krzykliwe programy, manifesty, w obszar wkracza socjotechnika, i inne sztuczki stosowane w celu zwrócenia na siebie uwagi. Celem nie jest sztuka słowa, w myśl zasady, że cel uświęca środki. Giello na koniec swojego wywodu stwierdza: aż dziw bierze, że od lat ten haczyk jest niezawodny. Dodam od siebie, że z upływem lat coraz bardziej skuteczny.

Jerzy Beniamin Zimny

6 komentarzy:

  1. Ciekawa jest sama postać Józefa Gielo (nazwisko pisane przez jedno „l”, jeśli miałeś Jerzy na myśli autora tomu „Równiny nadziei”). Poety, jak napisała o nim w swoim szkicu Karolina Ciechońska „poniechanego”, egzystującego gdzieś na „marginesie społecznym i literackim”. Niestety, dziś pamiętanego głównie z anegdoty związanej z Janem Himilsbachem. Otóż, Gielo pożyczył od twórcy „Monidła” starego Remingtona, którego nigdy nie zwrócił, ponieważ po prostu go przepił...Wiele innych wyklętych i zapomnianych nazwisk po drodze: Mariana Ośniałowskiego, Jana Rybowicza, Stanisława Czycza, Andrzeja Babińskiego, czy właśnie Józefa Gielo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oni żyli na marginesie, ich poezja poszła dalej na salony, mimo upływu lat żyją dzięki temu co pisali, choćby Rybowicz, cytowany najczęściej i jeszcze dlugo będzie znany, bo jest wszechpokoleniowy? dzieki Piotr, pozdrawiam Jerzy

      Usuń
  2. Jeśli ktoś jest zainteresowany wydanym pośmiertnie zbiorem wierszy "Przeczucia" Józefa Gielo, to mogę dostarczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak najbardziej, pytanie czy Jego nagrobek w Stoczku Łukowskim ktoś pielegnuje?

      Usuń
  3. W ciągu najbliższego roku powinien się pojawić nowy nagrobek.

    OdpowiedzUsuń
  4. dziękuję za informację, pozdrawiam, Jerzy

    OdpowiedzUsuń