Kożuch
/.../Zerwał się wiatr, zgasły znicze, pochyliła się tuja nad
grobem, musiałem sięgnąć po zapałki, w alejkach zrobiło się pusto, chociaż
zdawało mi się, że nikogo tam nie było. Z głową pełną zwątpienia wracałem do
domu. Wracałem i wróciłem niezwłocznie w stylu ojca, kiedy jeszcze nie używał
laski. Nie wiem, skąd ją zdobył, i w którym momencie zaczął jej używać. Dopiero
teraz uzmysłowiłem sobie, że niewiele rzeczy pozostało po nim. Tylko te, które
miał ze sobą w szpitalu: portfel, stary jak świat, kalendarzyk z notatkami,
kilkanaście zdjęć, wyciągi bankowe i kwity emerytalne. To wszystko. Laska leży
na regale w piwnicy z mocnym postanowieniem moim o jej przydatności, kiedy
tylko zaniemogę. Mijają lata, a ja wciąż chodzę o własnych siłach, uwikłany w
przeszłość do przesady, bo taka jest potrzeba, książka wprawdzie jest
skończona, ale bez przerwy ją wzbogacam o zapomniane wydarzenia. Laska jest
tego przykładem. I kożuch kupiony w Nowym Targu, podczas pobytu w sanatorium, już nie pamiętam, kiedy
to było. Kożuch oddałem bezdomnemu, tuż przed siarczystymi mrozami. Opatrzność
jest nieobliczalna, oddana człowiekowi./.../
Narodziny poety
/...//Śmierć jest jak cztery pory roku, cztery jej twarze. Zimowa
śmierć jest biała jak ściana, przychodzi zwykle o zmroku, wtedy jest mniej
widoczna. Nie ma w ręku kosy ani innej ostrości. Jest kobietą w szatach i nigdy
nie pokazuje piersi. Karmi się widokiem poety, nie wystarczy jej jego błękitna
krew. Pragnie czegoś więcej, pragnie umierania poezji pod jej wskazującym palcem.
Wskazuje zawsze na skroń, tam, gdzie najmocniej pulsuje krew. Są takie miejsca,
gdzie powstają słowa liryczne, dotlenione rześkim powietrzem płynącym prosto z gór,
jezior i ogrodów. Tam najcelniej uderza swoim ostrym palcem wskazującym.
Wtedy dociera do nas wiadomość o narodzinach wielkiego poety. /.../
Wtedy dociera do nas wiadomość o narodzinach wielkiego poety. /.../
Ostatni z pierwszych
/.../ Śmierć Wincentego Różańskiego zamknęła najpiękniejszy
rozdział powojennej poznańskiej poezji. Ryzykowne to stwierdzenie, ale nie bezzasadne.
Jeśli się dobrze przyjrzeć, nie było tak wyrazistego poety w Poznaniu od czasów
drugiej wojny. Wojciech Bąk, Roman Brandstaetter, Andrzej Babiński, Stanisław
Barańczak, Ryszard Krynicki, Kazimiera Iłłakowiczówna, Krystyna Miłobędzka – stanowili i stanowią
odrębne rozdziały. Pewne rodzaje szkół poetyckich, nacechowanych odmienną dykcją, natomiast Witek,
samorodny lirycznie osobnik błyszczący słowem, jawi się czytelnikowi jak
spadająca gwiazda, im bliżej ziemi, tym mocniej płonie. Poezja jego jest jak
pochodnia, im dalej w mrok, tym bardziej jest widoczna. „Poeta prowincji”, może
ktoś miał rację, ale prowincja jest bardziej czytelna od metropolii, gdzie
widoczny jest tylko skrawek ulicy i mnogość życiorysów wmieszanych w anonimową
społeczność.Z tego właśnie biorą się
lekkość fraz, rytm dnia, powolność nocy i bezgraniczna radość z narodzin: „kra
płynie na wznak jakby się ktoś narodził, dziecko idące jak włócznia śpiewało”. Każdemu
poecie można życzyć takiej prowincjonalności. I zamieszkania w pogodzie na zawsze./.../

