czwartek, 31 października 2013

Zaduszki 2013


Jesień obrazuje pokolenie Kolumbów, siedzą przy piwie
zdmuchują pianę a wiatr poprawia im czapki. Kiedy nadejdzie
zima będą u siebie przy ogniu wspominać, jak to było
z miłością, honorem i prawdą.  W rozmowach szczeliny
w pieśni odzywa się podrzynane gardło, refren bardzo daleko
dociera, tam gdzie czubki syberyjskich świerków, tam gdzie
bezimienne mogiły pielęgnuje wiatr. Jesień obrazuje lata
na stepach i w sztolniach. Idziemy z tym ciężarem nie wiadomo
dokąd, świat zabudowany szkłem i aluminium, nasze okna
z plastyku, a wnętrza przemeblowane.  Stolik z wazonem,
biurko przepełnione słowami. Sól i cukier, jak zawsze.

Ale nie ma już płócien i matek, które je tkały przez wieki.



sobota, 12 października 2013

Jacek M. Hohensee

Podróże i dystans

Ukazał się kolejny tomik poezji Jacka Marii Hohensee, znanego malarza, scenografa, reżysera, poety, pisarza, satyryka i grafika. Absolwenta Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, autora kilkuset scenografii dla Teatru Telewizji programów rozrywkowych, widowisk poetyckich, programów publicystycznych i filmów. Autora wielu scenariuszy audycji radiowych, filmów i programów telewizyjnych, wielu publikacji prasowych, w tym ilustracji i karykatur. Jacek M. Hohensee brał udział w wielu wystawach malarstwa i pokazach sztuki wideo w Polsce i za granicą. Jest laureatem wielu nagród za twórczość telewizyjną, plastyczną i poetycką (I nagrody w Łódzkiej Wiośnie Poetów (1965), Czerwonej Róży (1967), wydał tomy poezji: Podróże, PAX 1965, Dystans, Iskry 1971, oraz prozę: Opowieści globtrotera, Iskry 1971, Paranoja picture, Iskry 1978, Teatr nonsensacji, Iskry 1980, Imagen sekundaria, Iskry 1981, Po drugiej stronie, Twój Styl 2004. Pisane w hotelu jest powrotem po latach do poezji, pierwszej ze sztuk uprawianych przez poetę (pozostanę przy tej wizytówce), którą podporządkował całemu swojemu życiu artystycznemu, mimo że jako debiutant odniósł spektakularne sukcesy. Na talentach poety zyskał Teatr, zyskało malarstwo, tematyczna proza, film i wiele innych dziedzin wizualnych, poezja była mocnym wejściem i teraz będzie, (w co nie wątpię) równie okazałym zakończeniem zmagań twórczych artysty. Można by rzec ozdobną klamrą spinającą bogaty dorobek. 
Pisane w hotelach, w poczekalniach, niekiedy w windzie z dala od domu, w atmosferze obcych wigilii - to płaszczyzna, na której bohater liryczny poety porusza się w sposób elegancki, płaszczyzna, na której pojawiają się retrospektywne obrazy, znamionujące przenikanie się wzajemne obrazu i słowa. Poeta tworzy jakby ekfrazy do zapamiętanych zdarzeń, ekfrazy do obrazów, które nie istnieją, ponieważ nie da się cofnąć czasu ani usprawiedliwić nieobecności w chwilach, kiedy tak bardzo potrzebny jest kontakt, a nie jest możliwe pokonanie przestrzeni:

Coraz bliżsi bardziej potrzebni
moi zmarli rodzice/.../

Myśli, które mnie opuszczają
myśli bezpowrotne
znajdują mieszkanie w ich milczącym domu.

W milczącym domu udomowiają się myśli, jakby odzyskiwanie straconych dni nieobecności wśród swoich, w sposób transgresyjny:

/.../ Czego nie słychać, co już po za nami
upartym szeptem puka do mieszkania.


Przystań na każdą chwilę, która odchodzi, każdą chwilę traktuj jak przystań, przystań w znaczeniu zatrzymania się, tożsama z jedną z wielu przystani aż do momentu, kiedy wskażesz środek ziemi? Czyli centrum, do którego zmierza twój żywot, z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, dlatego chwal, bierz i doceniaj każdą chwilę, traktuj ją jak przystań, bo może być ostatnią lub, w co wierzysz, może trwać wiecznie niezależnie od świadomości nieuchronnego końca. Bohater liryczny poety zda się mówić prawdę oczywistą, jednakże w odniesieniu do przeszłości, prawda ta ulega weryfikacji o miejsca i zdarzenia, które w jakiś sposób nie dopełniły aspiracji bohatera wierszy. Pisane w hotelu, miejsca - etykiety niemalże, pojmowanego po latach, jako czas niespełniony, stracony, bądź wyrzuty sumienia w kontekście świadomości, że mogło być inaczej, albo taki los był i jest pisany w sposób niezależny od człowieka. Powroty do rodzinnego domu, odnowienie kontaktów z rodzicami, swoisty kontakt dwóch światów poprzez poezję - wszystko zmusza do zadania pytania:, co dalej, jakimi zagadnieniami zajmie się bohater liryczny poety w najbliższej przyszłości. Czym zaowocuje dalej jego twórczość i czy będzie to słowo, zwycięski atrybut artysty, który w przeszłości dokonał wyboru i ma w jakimś sensie dług do spłacenia wobec własnego lirycznego pióra:
Jeśli zostało ci już niewiele słów zamilcz Leżały długo na dnie są gorzkie i nieufne Musiały być cięższe od innych skoro nie ujrzały światła.
Sądzę, że wiele z tych zalegających słów właśnie ujrzało światło. Może, dlatego, że były i są gorzkie i nieufne, i niezbędne do zbilansowania zysków i strat artysty, przez dziesięciolecia. Złożoność aktywów artystycznych jest tak obszerna, że poezja, jako jeden z nich znalazła się jakby rzutem na taśmę bilansując cały dorobek artysty?
Musiałem długo wracać, bo potknąłem się o własną kołyskę. Czuję na plecach nieznane jak tornister, Musiałem coś zrobić, czego nie potrafię.
 Powrót do korzeni, mityczny, nadrealny, poeta sugeruje, że tylko w taki sposób jest możliwy, powrót ten trwa całe życie, aż do śmierci i trzeba się potknąć o własną kołyskę i zawsze człowiek czuje na plecach tornister. Wyjaśnieniem takiego stanu jest świadomość dokonania czegoś ponad siły, ponad możliwości. Niekoniecznie przy pomocy sztuki w każdym z jej obszarów. Jeśli dojrzałość przemawia to zawsze oscyluje w kierunku przebytej drogi. I nie jest to klasyczny rozrachunek, czy nostalgia za minionym. U Jacka Hohensee jest to próba wyłowienia, podsumowania tego, co można było jeszcze w przeszłości dokonać, stąd na plecach czuje tornister, symbol zdobywania wiedzy, doświadczenia. Jest to bieg chłopca z pochodnią, coraz dalej ode mnie, pisze poeta, zanurza się w ciemność i dalej a jednocześnie bliżej, bieg starca ze zwęgloną pochodnią. Nieuchronny koniec w ciemności, wygasające życie, ale zawsze w biegu, aż do wygaśnięcia tlącego się płomienia.

Poetycki debiut Jacka Hohensee przypadł na koniec okresu Orientacji Hybrydy i początek Nowej Fali.  Zrówno tom Podróże jak i wydany pięć lat później Dystans, nie dają odpowiedzi na pytanie o przynależność pokoleniową poety. Jestem skłonny nadać mu miano poety bezgeneracyjnego? Czyli przynależność (zaszufladkowanie) praktycznie żadna. Ale nie można też zaryzykować miana klasyka? Nawet długa przerwa pomiędzy drugim a trzecim tomem (dwadzieścia lat) nie spowodowała jakichkolwiek zmian w ocenie jego twórczości poetyckiej. Najnowszy tom ukazał się w sporym oddaleniu od Dystansu, co jeszcze bardziej utrudnia ocenę warsztatu Jacka Hohensee. Nie mniej jednak po raz drugi zaryzykuję stwierdzenie, że proces klasycyzacji dokonał się samoistnie, o czym świadczą niektóre wiersze pomieszczone w najnowszym tomie. Jedno nie ulega wątpliwości, mianowicie- to, że poeta Dystansem zasygnalizował swoją obecność w nurcie Nowej fali, „oddając" Podróże na półkę Orientacji. Lecz ani tam, ani tutaj, nie zaistniał w społecznościach poetyckich, pojmowanych jako wspólny mianownik. Egzystencja poza nurtami? Nie. Nie sądzę, zważywszy na szerokie spektrum twórcze poety. Powroty do liryki świadczą o jej (mimo wszystko) preferencjach u poety, Zastanawiam się, co już wspominałem wyżej, nad dalszymi krokami autora. Cykliczność wydań? Czy poświecenie reszty życia poezji? Nie ucierpi na tym proza, jedno i drugie można uprawiać równolegle. A może szkice lub esej? Tom Dystans pisany w Hotelu po odbytych Podróżach?   Podsumowanie twórczości lirycznej Jacka Hohensee, w moim przeświadczeniu. Tak to mniej więcej wygląda. Zachęcam do lektury wierszy pisanych w hotelu.

Jacek M. Hohensee, Pisane w hotelu, Poeci Polscy.pl/RTC AG. Wydawnicza, Warszawa 2013








wtorek, 1 października 2013

Skarpetki


Umarł Janek Palony. Kto będzie dla nas kupował na krechę, kto sprowadzi dziewczyny na nocne rozmowy kończące się nad ranem? Janek u Boga a my na łasce losu, teraz to tylko plaża nam pozostanie i nawoływanie echa rozbawionych stad. Jeszcze wczoraj z Jankiem byliśmy na bazarze, jak zwykle ci, co nie umarli byli z nami, na migi, bo nikt już nie gada głupot po tym jak Jankowi przypisali ojcostwo a mnie posądzono o łupież, którego nabawiła się handlująca skarpetami Andzia. Kiedyś nawet miałem ją w notesie, każdy piątek tygodnia, później była to środa, dzień dla Andzi wolny od wizyty pewnego domokrążcy z miasta Łodzi. I w taki sposób nabawiła się syfa, odtąd milczymy jak grób, bo w środowisku najważniejsza jest sztama, choćby kosztowało to języka, sporego wydatku na zastrzyki albo kwiaty.

 Jest lipiec, jakiego nie pamiętam. Cmentarz jak cmentarz z grobami, przepych i nędza. Stroje barwne i łachy nad grobem Janka, jak w Zagłobie w dniu wypłaty fizycznym z wydziału profilowania blach i antykorozyjnych powłok, stoimy i nie możemy doczekać się na stypę. Kapłan marudzi coś o wieczności, nie dociera do mnie taki szmat czasu, każda minuta tutaj jest dłuższa od sznura, na którym można się powiesić albo wykorzystać do wiązania worków z surowcami wtórnymi, to też jest rodzaj podtrzymywania na duchu. Janek milczy na amen, płaczek nie ma, bo nikt już nie płaci za udawanie rozpaczy, może tylko gołębie byłyby skłonne zagruchać chrypliwie, ale na cmentarzu są tylko kruki i wrony, bez wysilania się wydumałem oprawę z ptactwa dla Janka. Najwłaściwsze to gatunki do przeżycia - nie muszą wojować o kawałek ścierwa. My zebrani przy Janku- przeciwnie - nawet o ochłapy walczymy godnie, jakby, komu coś lepszego spadło zaraz goni z tym do ludu, sam nie potrafi się cieszyć, sam nie może spojrzeć sumieniu w oczy, bo na osiedlu jeszcze wiele lat będzie trwała posucha miłosierdzia, zanim nas zrozumieją pozostali z wiernych, teraz nieobecni przy pochówku Janka.

W sobotę Andzia ustawiła stragan pod bukiem, handel nie szedł w upale, więc przystała na moje - pójdziemy nad rzekę. Przystała na kilka butelek chmielu i jedno wino z zapłatą po połowie, wyraziła też chęć na poleżenie w trawie. Byle nie było mrówek i bylem się za bardzo nie przymilał, i miał przy sobie scyzoryk. Jakby, co można kogoś poszczypać, zbyt ciekawskiego, bo nie wiadomo, co będziemy ze sobą robić nad rzeką, w krzakach albo całkiem jawnie, jeśli chmiel zmieszany z upałem poprzestawia nam w głowach. No i namieszał i jeszcze odebrał nadzieję na powrót do domu, do tego doszło ciemno i komary. Gdyby nie dzwon kościelny strona, w którą należało podążyć byłaby inna, wprost na mokradła prowadząca, w których Janek zapuszczał korzenie ilekroć szukała go milicja. Andzia marudzi, że nie było tak jak być powinno, bo i jak być mogło po jej myśli skoro zapodział się korkociąg. Musiałem odbijać dłonią korek, płyn wzburzony w połowie wyleciał, bez należytego podkładu nie było porządnego kochania. A potem to już kostki domina, waliło się wszystko, nie było nic do zbierania.

W niedzielę byłem u Janka, o czymś wcześniej zapomniałem mu powiedzieć, to coś jest na tyle aktualne, że tyczy także zmarłych. Zwłaszcza poetów, którzy nie zabierają do grobu swojego dorobku, miałem nadzieję, że poprzez liście, mowę wiatru, zachowanie się ptaków uzyskam zgodę od Janka na publikację jego dorobku. Wiatr nie pojawił się, liście zwinięte od upału, a ptaków jak na lekarstwo. To też był znak od Janka, że mogę robić z jego wierszami wszystko, co mi się rzewnie podobna. No i tak postanowiłem, jeszcze niedzielnego wieczoru namówiłem Andzię do akcji na rzecz niedojadających, w imieniu koczujących w piwnicy naszego bloku. Będziemy sprzedawać ostatni wiersz Palonego, po dysze jak leci w nieograniczonym nakładzie, dopóki będą chętni i włączą się do akcji sklepikarze, zainteresowani pieniędzmi, które trafią do nich za towary najbardziej potrzebne. Z kilkunastu tekstów wybrałem najbardziej mówiący o sprawach wagi osiedlowej, jako że Janek stał na czele rady piwnicznej, inaczej nie dało się nazwać tego społecznego ciała, wtrącenie całego osiedla do piwnic byłoby nie na miejscu. Wiersz zaczął krążyć po osiedlu i zataczał coraz to szersze kręgi, ludzie chętni rzucali groszem, co łaska. Zebraliśmy całkiem niemałą sumkę, ponieważ hasłem reklamowym była śmierć autora. Wzruszone kobiety nie szczędziły banknotów, między straganami zawsze jest najwięcej grosza, Andzia żartowała, że od każdego kilograma owoców dziesięć groszy, czyli jeden wers, to i tak za mało jak na wartość zmarłego poety. Był przecież figurą w mieście i do tego prześladowany za działalność polityczną. Trzeba było ludziskom przypominać jak to Jankiem wstrząsały prądy, jak go wodą zmywano pod ciśnieniem, ganiano po schodach tam i z powrotem. Coś niecoś dramatycznego dorzucono do życiorysu i tak po śmierci Janek rósł w siłę, jakiej nie miał za żywota. Jeden z gości dając do kapelusza dychę pytał czy to na pomnik zbieramy, bo może dać więcej, ale dopiero w sobotę, bo dzisiaj wydał stówkę na jakiś zbożny cel. I tak przez tydzień Janek był przedmiotem wszelakich dywagacji a nawet obiektem umiłowania przez najbardziej kruche niewiasty na osiedlu.

Straciłem ostatniego kumpla z czasów szkolnych ci, co jeszcze żyją zaszyli się w swoich włościach. Od czasu do czasu docierają do mnie informacje różnego kalibru. A to, że ktoś ma trzecią babę, komuś komornik zabrał wszystko, a jeszcze innego dopadło jakieś choróbsko i porusza się na wózku. Życie niby jednakie a przypadki różnorodne, Janek nie wierzył w przypadki mówił, że chodzą po ludziach, więc ludzie powinni chodzić zygzakiem, czasem na skróty, nierzadko nadkładać drogi zwłaszcza po ciemku. Nikt nie rodzi się z przypadku, więc i żyje podług jakiś zasad, mechanizmów, mechanizmy trzeba sobie dobierać, aby wszystko funkcjonowało jak najdłużej.  Masz dom, po co tobie pałac, masz zdrowe nogi po diabła ci blacha na kółkach. Schody pokonujesz jesteś zdrów, wozisz swój tyłek będziesz miał zakwasy i takie tam paskudztwa, z których cieszy się licho. Zdrowa filozofia Janka nie znalazła zbyt dużo naśladowców. Taki Józek, handlował szmatami na Głównym Targu jeszcze za komuny, potem już w kapitalizmie zbił trochę kasy i poszedł w materiał.  Nie nacieszył się zbyt długo, ponieważ wszystko, co człowiek posiada wymaga utrzymania. Utrzymać izbę, stół i krzesło to jakby na wieczność odciąć się od różnej maści krwiopijców, płacisz za to, co masz, Janek miał niewiele, więc mógł wydawać kasę podług własnej woli, a nie podług kwitów i rachunków, których coraz więcej i coraz wyższe na nich kwoty. Gdyby babcia była dziadkiem? Porzekadło, z którego Janek wyciągnął daleko idące wnioski. Gdybać potrafią wszyscy nieudacznicy, Janek gdybającym rozdawał kuksańce, idź tam gdzie cię oskubali, postaraj się odebrać to, co ci zabrano albo wstąp do klasztoru, pouczał aż do zasranej śmierci, i skutkowało, do tego stopnia, że nikt na bazarze nie podejmował decyzji bez konsultacji z Jankiem. Dzięki temu Andzia do dziś handluje skarpetami rodzimej produkcji, obroty rosną po tym jak rzuciła za radą Janka hasło, że stopy to największy skarb. Będziesz kupował za bezcen skarpety to, co oszczędzisz wydasz na wózek inwalidzki. Poskutkowało, jeszcze jak. Od kilku lat Andzia nie może odpuścić ani jednego dnia na bazarze.

Zbliżał się okrągły jubileusz Andzi na bazarze. Komitet piwniczny postanowił to uczcić. Tylko gdzie, zastanawiano się. Zagłoby już nie ma. W barze mlecznym rezyduje jakaś firma ubezpieczeniowa, nad rzeką można zarobić mandat. Osiedlowe puby takich gości jak my nie tolerują. Więc gdzie? Andzia wpadła na pomysł, aby uderzyć do Proboszcza, mają tam salkę, jest młodzieżowa kapela, tylko problem z prohibicją. Dziewczyny od warzyw podsunęły pomysł, aby butelki z winem umieścić na dziedzińcu w jałowcach. Będziemy wychodzić na fajki, każdy coś sobie pociągnie.  I tak uczyniono. Proboszcz przystał na jubileusz parafianki po tym jak w kopercie znalazła się zrzutka poczyniona na bazarze. Nie powiem, udało się bez zgrzytu, chłopaki pociągali po ciemku z jałowców, jak leci, na jaką trafił butelczynę, ale po kilku godzinach w jałowcach zabrakło butelek. No i się zaczęło gardłowanie. Kto komu podpijał, kto nie mógł znaleźć swojej butelki, najbardziej dostało się tym, co mieli najwięcej w czubie? Znaczy podpijali innym.  Doszło do przepychanek, wtedy gromkim głosem zaznaczyłem swoją obecność powołując się na Janka. On tam z nieba na nas patrzy. Kto chce spać spokojnie niechaj zamilknie? Nie wiecie, że jest On teraz jednym z patronów naszej parafii?  Kobiety od warzyw popadły w płacz, chłopom na spokój przyszło, uklękli jak przystało na wiernych i zerkając w niebo modlili się o zbawienie kolegi. Proboszcz zamykając świetlicę, pobłogosławił nas wszystkich. Gdybym miał więcej takich owieczek? Powiedział na dobranoc.

Jerzy Beniamin Zimny









sobota, 28 września 2013

Z dziennika (16)

Lato ma się ku końcowi. Przemarznięte wiosną bociany  zdążyły odchować potomstwo i szykują się do dalekiej drogi na południe. Tego lata prężyłem mięśnie jak nigdy, sporo zaległości nagromadzonych przez kilka ostatnich lat wymagały interwencji. Nic nie jest odporne na czas, murszeje, kruszy się i popada w ruinę jeśli człowiek nie podwinie rękawów i nie weźmie się do roboty. Zawsze powtarzam, pieniądze to nie wszystko,  praca to więcej niż połowa kosztu, zawsze są jakieś zapasy w postaci niewykorzystanej farby, kleju, listew, płytek ceramicznych itd. Tego lata wykorzystałem wszystko, co zalegało w piwnicy, pomysł na zagospodarowanie nie wymaga większego wysiłku umysłu, każdy przedmiot podpowiada co można z nim zrobić. Podobny stosunek mam do ludzi, każdy człowiek posiada coś dobrego w sobie, nie ma ludzi nieprzydatnych, bezwartościowych, nic nie potrafiących, trzeba tylko dać im szansę, dodać otuchy,  podpowiedzieć jeśli czegoś nie robili.

Miałem być w Ostrołęce, nie byłem, miałem się radować  a popadłem w smutek po śmierci w rodzinie. Komentować własną niemoc? Jeszcze tego nie robiłem, chociaż czuję, że jest to możliwe, teraz po wielu latach gdy pewne rozdziały, zdarzenia są już zamknięte. Myślę o pozytywach jeśli tak można nazwać: śluby, narodziny, wesela i rocznice. Do pogrzebów już się przyzwyczaiłem ale nie mogę pogodzić się z brutalną rzeczywistością trzebiącą rodzinne stado. Już nie mam prawie do kogo się odezwać, złożyć wizytę, wypić prozaicznego kielicha. Świadczy to o bliskości tamtego świata, jeśli istnieje? Wiara podsyca jego realność i niech tak zostanie. Nie byłem w Ostrołęce a tak bardzo chciałem zawitać na Kurpiach? Spotkać się z artystami, wymienić doświadczenia z poetami. Karol Samsel bardzo na mnie liczył, z tą świadomością biję się w pierś lecz nie byłem w stanie wsiąść do pociągu a potem swobodnie zaistnieć w tak wielkim gronie.

Pobyt w Kołobrzegu jakby za karę. Dopiero tutaj wzięty w rygor sanatoryjny zdałem sobie sprawę z tego, że moje dotychczasowe postępowanie prowadzi do totalnego wyniszczenia organizmu? Spacery wokół komina  to za mało, praca w ogródku, w domu - niewiele przy tym wysiłku a organizm przyzwyczajony był do harówki? Do tego dodać trzeba wysiadywanie przy internecie. Apeluję do młodszych, skracacie sobie życie jeśli do tego dochodzą fast foody i inne przetwory produkowane na skalę przemysłową. Szybko, tanio z łatwym dostępem, to drogie konsekwencje zdrowotne, to przedwczesna śmierć lub fizyczna wegetacja. Moje pokolenie było bliżej natury, spożywało produkty naturalne, nie było puszek, opakowań foliowych, nie było chemii, przyprawy naturalne, pieczywo z pieców opalanych drewnem a nabiał, wprost od krowy, kozy. Podobnie owoce i warzywa, z gruntu spod słońca i deszczu. W jakimś sensie było to eldorado, nie rozumiem tych, którzy nie doświadczyli czegoś podobnego a wypowiadają się o tamtych czasach z pogardą? Współczuję im albowiem  nigdy nie zaznają smaku natury, ich organizmy nie są już tak odporne jak nasze.

W Ostrołęce odbyła się kolejna Kupiszewiada. Obejrzałem fotoreportaż z tej imprezy, który mnie rozbawił do łez?  Wirus poezji opanował Ostrołękę, nie wszyscy założyli maseczki higieniczne, Karol Samsel z natury wrażliwiec profilaktycznie poddał się tej maskaradzie, o wiele bardziej odporny na wirusy Jarosław Zawkrzeński bez obawy wystawił swoją twarz w poetyckim oknie, a że pogoda dopisała luda zbiegło się co niemiara. Poezja opanowała stolicę Kurpii , kogo zaraziła swoim wirusem  ten za rok będzie z niecierpliwością wyczekiwał kolejnej Kupiszewiady. Sądząc po rekwizytach, na ten czas miastem rządzili młodzi, oczywiście pod nadzorem starszyzny w osobach wspomnianych wyżej poetów. Gwoli ścisłości muszę wspomnieć także o innych rekwizytach, wyjętych jakby z Dusz jednodniowych, choćby marionetka w łóżku przed budynkiem na ulicy, do złudzenia przypominająca wszystkie swoje oblicza z ilustracji tomu Samsela. Tak mi się to widzi, i niech tak zostanie. Teraz czas na Furmankę, mam nadzieję spotkać tam Karola w maseczce?

sierpień - wrzesień 2013










piątek, 23 sierpnia 2013

Poetyckie wędkowanie

                                                                      PAKAWIE  - wieś niedaleko Wronek położona na skraju Puszczy Noteckiej, między jeziorami: Dużym i Małym.  Nazwa wsi pochodzi z kilku źródeł, do dziś nie wiadomo od kiedy wzięła swój początek ponieważ najbardziej prawdopodobne wersje mają charakter domysłu, tchną legendą i obie są na równi prawdopodobne. Otóż jedno źródło głosi, że nazwa pochodzi od ostatniego właściciela wsi, Piotra Kawy. Czyli dobra ziemskie po Kawie. Drugie źródło ma związek z Napoleonem. Podobno tutaj przebywał kiedy szedł na Moskwę i napisał " po kawie" stąd Pakawie - nazwa nieco zmieniona przez akcent. Jedno i drugie źródło pochodzenia nazwy jest jak najbardziej na miejscu. W Pakawiu od pewnego czasu odbywa się Poetyckie wędkowanie. Inicjatorem spotkań jest poznański poeta Jerzy Grupiński. To jego strony, tutaj się urodził, zdobywał ostrogi nauki i pisał swoje wiersze. W Pakawiu osiadło się wielu znajomych poety, bo to miejsce magiczne, osobne, położone z dala od głównych traktów, aczkolwiek w bliskości Wronek i Szamotuł. Jeśli ktoś pragnie  spokoju i samotni, to tutaj ją znajdzie. Dwa zarybione jeziora, przepiękne sady z unikalnymi odmianami jabłoni jeszcze sprzed wojny, masa runa leśnego, i nieograniczony dostęp do wody i lasu. Puszcza Notecka w okolicy Pakawia jest rzadko odwiedzana przez grzybiarzy, natomiast baza noclegowa w dwóch tutejszych stanicach może śmiało konkurować ze standardem hotelowym. Ceny są bardziej przystępne aniżeli w innych miejscach.
Poetyckie wędkowanie to tylko pretekst do spotkań ludzi pióra, pretekst do dyskusji o sztuce i nie tylko, cykliczne spotkania mają na celu połączyć przyjemne z pożytecznym.  Wiosna i lato, terminy spotkań bardzo korzystne dla ciała i ducha. Grupiński twierdzi, że nic tak nie podtrzymuje na duchu jak przyroda. A i sił przysparza do działania niezależnie od stanu fizycznego, bo psychika podbudowana naturą jest najlepszym sojusznikiem ciała, obok dobrej literatury. Nie mówiąc o wędce, spławiku i efektach na haczyku. Wszystko jakby w jednej pigułce niedostępnej w aptekach.

                                                                   Jezioro Małe

w rozmowie z Janem Stryjewskim i Jerzym Grupińskim

zanim coś chwyci za przynętę





ryby nie biorą ale tematy wciągają 





raczej mizerne trofeum, wraca do wody



Jezioro Duże



bierze ale nie chce połknąć



wiekowy sad 


Ich Troje





do zobaczenia na wiosnę


piątek, 16 sierpnia 2013

Nowe wiersze






Czterdzieści


Miało być słonecznie a było deszczowo,szliśmy z miasta
do miasta, z nazwy do nazwy, we dwoje.Ty wyższy ja nieco
przy tuszy,szliśmy nie wiedząc,że zaraz otworzy się niebo.
Nasze z wierszy o piekle, nasze wymodlone i przepite,
zarazem w mękach nie naszych, w drgawkach konających
za winy i niewinność, w ustaniach bólu i grymasów na twarzy.
Szliśmy trasą wyznaczoną przez ciekawość oczu u uszu,
szliśmy wbrew i naprzeciw,wiedząc jedynie tyle,co widać.

Miało być jak w lesie a było jak na pustyni bez horyzontu.
Szliśmy w skupieniu wierząc własnym krokom, szliśmy
niewidoczni, bo nie było za nami śladów,tropy ludzkie
jedynie ich trupów,szliśmy bez życia a jednak ruchomi
poruszani przez siłę pochodzącą znikąd.Jakby miało to
świadczyć o istnieniu Jahwe, jakby nas prowadził i nie mówił
dokąd.Szliśmy służąc komuś i czemuś,bo ukazało się Jerycho.

17.11.2013




Niecała jaskrawość


Jak świat stary - nie spotkasz niedźwiedzia,
właśnie kładę się do zimowego snu,
ale pogadam z tobą dopóki drutów nie dopadnie szron
i nie odlecą wrony tworzące interwał,

cała gamę dur, dalekiego zasięgu z niezmiennym tematem;
był i jest. Wiosną może już go nie będzie
albo zimą zastygnie w pozycji wieszcza
przed tłumem niepokornych dusz.

Spotkałem upiora wszystkich cnót,
wisiał na drzewie genealogicznych i charczał.
Spotkam dwa upiory, walczące o miejsce przy mnie.
Trzech już nie spotkam w tym wcieleniu
chyba że wypijemy zdrowie tych, co przed nami
stroili instrumenty. Za granie, za  szarpanie strun
odpuść nam Chryste.
Ty nasz jedyny słuchaczu
świadku mokrych posiedzeń
a na koniec wieszań, zbaw.

Drani z jedną tylko duszą, co nie chciała nas.

01.09.2013


Modlitwa


Panie, który jesteś we mnie daj mi urlop
abym mógł naprawić płot,
daj mi spokój w niedzielę, uchroń mnie od
spragnionych kolegów, weź za mordę
wszystko, co ma odcień czerwony, pozwól
ufać instynktom. Bo jutro idę wzbudzić
radość osamotnionym, chcę prawdy
w kłamliwym, i zdrowia na choroby
które wymagają fortuny. Panie, który jesteś
we mnie stań na wysokości głowy
w usta włóż mi radość a do nóg sił daj
abym szedł ulicą nie schylając czoła
przed wiatrem, słońcem i czyjąś możnością
jego. Daj mi wiarę w siebie i nie wódź
na pokuszenie moich kobiet. Daj mi odpoczywanie
od cnót, trochę luzu w tłoku i gwiazdę
jakąś nazwij moim imieniem.  



 Wiatrem wszystko podszyte



Dochodzę do wniosku, że to wszystko jest diabła warte;
metafory, składnie, kolory i pułapki zastawiane na innych,
tak samo martwych pośród jeszcze większych trupów,
walczących między sobą o wyższe miejsce, ale umowne,

bo tylko to się liczy, co w rękach. Miał racje filozof mówiąc
o bycie, że kształtuje świadomość, nie miał racji poeta
pisząc o wzlotach nad wszystkim, latałem coraz wyżej
traciłem grunt pod stopą, dzisiaj idę na ryby, rąbie drwa

i latam nisko jak jaskółka a słów używam, jeżeli komuś
wskazać trzeba właściwą drogę. Czas najdroższym dobrem,
nad wszystkie filozofie, sposoby dochodzenia prawdy,
która jest oczywista jak memento mori. Piję w tej chwili

herbatę, wieczorem coś mocnego, a rankiem pójdę na ryby.  

20.08.2013



środa, 31 lipca 2013

Miejsce obecności - 2013

Ukazała się jubileuszowa Antologia Poetów i pisarzy Sopotu. Dwadzieścia lat temu z inicjatywy Teresy Ferenc powstał w Sopocie Klub Pisarzy, pierwotnie miała to być Izba pamięci, postanowiono jednak przyjąć nazwę: Miejsce Obecności, i odtąd co roku odbywa się tutaj konkurs poetycki o Złote Pióro Sopotu. Pierwszym prezesem Klubu Pisarzy został Zbigniew Jankowski. Działalność klubu jest bardzo różnorodna, odbywają się tutaj Benefisy, Pikniki Literackie, towarzyszy im coroczna edycja Antologii Sopockich Pisarzy "Miejsce Obecności" Jubileuszowa antologia jak poprzednie, wydana bardzo starannie, zawiera wiersze znanych poetów z Trójmiasta. Teresa Ferenc, Zbigniew Jankowski, Gabriela Szubstarska. Kazimierz Burnat, oraz wielu innych, z których warto wymienić Janinę Szołtysek z Mikołowa, Jarosława Trześniewskiego Kwietnia  z Mławy, Józefa Oborę z Puław, Daniela Bacę z Ostródy. Niewątpliwie jest to jedna z nielicznych Antologii wydawanych w kraju, posiadająca dłuższą historię, oraz określoną linię programową na bazie prężnie działającego klubu. Przy wydatnej pomocy  władz miasta Sopotu z Prezydentem na czele. Z przyjemnością odnotowuję kolejną jubileuszową edycję Antologii "Miejsce Obecności"


Gabriela Szubstarska

więź

nie mów tak lodowato
nie obwiniaj
ja też mam pamięć

całe lata nikt nie wiedział
jak mam na imię
do mnie należały znoszone sukienki
i żal za dobrym słowem
potrafiłam odgadywać światło ale
chorowałam na bezradność

wyobraźnia czyni cuda
żle jest wtedy gdy iluzja umiera
albo próbuje się myślom zasłonić oczy

lepiej nie mów nic
nie trzeba testów
i tak widać podobieństwo


Janina Szołtysek

w obiektywie rybiego oka

nie odjeżdżaj już więcej nie lubię odpływów
zabierają mi pewność daleko w głąb morza
wygładzają czoło zacierają ślady
nie dogonię resztek dryfujących myśli
moje włosy jeszcze mokre od kropli potu
okręcają się wokół palca ślubując czekanie
coraz dalej po horyzonty wybiegają wiotkie sploty
eliptyczne linie życia jak przeciągnięty żal

spóźniłam się o cały dobry czas
więc zapisz moje imię i zamilcz


Jarosław Trześniewski-Kwiecień

Czekoladki z Mozartem (Mozartkugeln 3)

na końcu świata Salzburg zaraz za autostradą
obóz cygański, stacja benzynowa Shella
zamarznięty Dunaj skrzypi grudniowy śnieg
psy ujadają bezgłośnie z daleka światła Krems

und Stein gdzie morelowe nalewki łączą
obce sobie miasta z bezimiennymi rzekami
nad Narwią Wkrą i Wartą - wspominać nie warto
gnostycznych marcepanów złoconych pudełek

z kokardką gdy wręczasz bezdomnym w dzień
nienarodzenia ze zgniecionym konterfektem
muzyka en face w przekrzywionej peruce
co dodaje smaku niechcący strzepując

cukier puder na waniliowy śnieg
w zapisie pod fugą sonatą kantatą
eheu!eheu! eheu!eheu!







czwartek, 25 lipca 2013

W zagrodzie poety





Stanisław Neumert     urodził się 5 maja 1939 r. w Gulczu. Studiował Polonistykę na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w    Poznaniu. Debiutował w roku 1960. Wydał: "Miejsce zmagań" (1964), "Imię" (1965), "Ujście" (1966),  "Źródła ziemi" (1972), "Ku wzgórzom światła" (1977), "Popychane wiatrem" (1980), "Pora Odlotów" (1989), "Koń śpiewa rozwianą grzywą" (1992), "Wszędzie jesteśmy w wierszach"   (1994),   "Chitynowy pył"  (2000).  W roku 1978  Stanisław Neumert został laureatem Nagrody im. Stanisława Piętaka. Publikował w piśmie literackim "Literaturzeitschrift-exempla-Europa-Osteuropa"
Almanachu "Stuttgarter Schriftztellertaus" (1983-2003). Jest autorem jedenastu książek, mieszka w Gulczu. 

Oto jest zysk z codziennych rozmów - krajobrazów ułożonych w sceny, dziejące się, podpatrzone mimochodem - niekiedy z pozycji człowieka wdeptanego w ziemię. Gotówka odłożona w przepaścistych sejfach pamięci, okup za życia - czy drobne wydawane z ulgą. mimo nad wyraz miarodajnych wypowiedzi nie wiemy dlaczego ta sucha masa liter (tak sucha, że słychać szelest skręcającego się "sz" na którejś ze stronic) zaczyna pod palcami twych oczu płodzić niezliczone ilości światów. Tak odmiennych i obcych sobie, okolnych granicami najeżonymi lufami karabinów i dział - gotowych walczyć z sobą na śmierć i życie. Tylko na szczęście ich płochliwe byty, tak odległe jedne od drugich, że nawet najodleglejsze grawitacje nie nakładają się rąbkiem. Stąd - pokój istnieje nadal, a stosy suchych liter, tyle razy zajmujące się płomieniem, dalej trwają zakartowane w stronicach tej książki. Dalej rozciągają się pola. Falują na zboczach wiatru złocistym ziarnem. Pisał we wstępie do swojej kolejnej książki  Stanisław Neumert. Czytając to dzisiaj mam wrażenie że jest to liryczne credo poety, w którym dominuje nieustanne zmaganie się ze słowem, mini-bytem,  bo przecież każde słowo coś wyraża,  a już najbardziej, to - poetyckie zaangażowane w służbę na wieki wieków, jak te falujące na wietrze złote ziarna.  O poezji Stanisława Neumerta pisano dużo i często, opinie, cezury odbiegały od siebie diametralnie, dość powiedzieć, że w pewnym momencie poeta został jakby zawieszony w próżni, albowiem krytyka nie znalazła dla niego miejsca wśród powszechnie definiowanych adresów przynależności w ramach pokolenia, nurtów czy odrębności nie budzącej sporów. Przytoczę kilka opinii znanych krytyków literackich:

W sielankowym, bukolicznym nawet krajobrazie dzieciństwa, poeta odnajduje potwierdzenie głosu własnego sumienia. Bowiem prawdziwe, mądre guślarstwo wymaga czegoś więcej niż prostackiego zaklinania pamięci, tęsknego przywoływania wspomnień z dzieciństwa lub sielskiej młodości. Autor Pory odlotów, raz jeszcze udowodnił, że jest guślarzem, który wie, gdzie szukać nowych gwiazd widnokręgów. A i z czysto literackiego punktu widzenia wierszom Stanisława Neumerta zarzucić nie można - najbłahszej ułomności.

Marek Obarski.  

W odróżnieniu od licznych poetów nurtu chłopskiego Stanisław Neumert nigdy nie zerwał, najbardziej bezpośrednich, więzi łączących go ze środowiskiem, z którego wyrósł. Pozostał na wsi, jest nowoczesnym rolnikiem - producentem. Jeśli jednak czytać uważnie jego wiersze, widać w nich ten sam dramat, co u jego " miejskich" (ale ze wsi się wywodzących) kolegów. Dramat odstępstwa i nietożsamości. Jest to w swej istocie dramat kulturowy. Paradoksalnie: ci, którzy najpełniej zdają się wyrazić świadomość swego środowiska, swej klasy, jednocześnie najbardziej dramatycznie odczuwają swą nietożsamość.  Albo raczej - równoczesne bytowanie w dwóch sferach kultury , w dwu odmiennych systemach wartości, rodzi cały system dramatycznych napięć. Tym silniejszych, im bardziej mocno odczuwają więź ze zbiorowością.

Andrzej K. Waśkiewicz

Czy - tak jak proza - istnieje poezja nurtu wiejskiego? Oczywiście cechy te mnożna przypisać wszelkiej poezji ludowej. Ale przecież Stanisław Neumert nie jest poetą ludowym. Więc? Pozostaje formuła autentyzmu lub, za czym coraz częściej opowiadam się, neoautentyzmu. Związki poety z jego podglebiem, z naturalistycznie przeżywanym otoczeniem i pejzażem, od których nie szuka się ucieczki, lecz w którym chce się odnaleźć wszelkie znaki własnej tożsamości, jedności ze światem, nie zawsze wszak ugodowej, niekiedy boleśnie pękającej, ale jednak przypisanych do wartości natury. I takiej formie poezja Neumerta odpowiada. Taką formułę realizuje. Ileż w tych wierszach świadomości integralnego połączenia z wiejskim pejzażem i losem, ileż zachwytu nad porządkiem Natury, a zarazem dręczącego doznawania go, i pytań zdradzających egzystencjalny niepokój. Poezja to nie jest próba buntu, ale też nie niesie prób łatwej komitywy ze światem - ona raczej obok niego, realnego i oczywistego, chce stać się alternatywnym obszarem rzeczywistości, chce poprzez wiersz wyłuskać bardziej prawdziwy, bo intelektualny, sposób istnienia w tym świecie.
I właśnie ów wiejski autentyzm Neumerta połączony z refleksyjnym i egzystencjalnym uniwersalizmem, może raczej zderzony z nim, wyłania jakby nową koncepcję liryki. W której poniekąd spełnia się postulat Rocha Sulimy dotyczący uniwersalizacji i dialogu kultur literatury wiejskiej. Literatura ta nie chce zaprzeczać samej sobie, nie wyrzeka się autentyzmu, lecz równocześnie zadowala się już samą etnografią swego świata. Tworzy wizerunek człowieka o ogólnoludzkich walorach, człowieka ontologicznie oderwanego od uwarunkowań wsi, choć społecznie z nią zrośniętego. I wizerunek ten powstaje także z języka wyzwolonego od instrumentalnych atrybutów ludowości. Powstaje w języku ogólnohumanistycznych wartości. W tej mierze poezja Stanisława Neumerta jest świeża, samodzielna i objawiająca nowe możliwości swego nurtu.

Leszek Żuliński

Z perspektywy czasu najbliższy prawdy o Neumercie jest Żuliński, przydzielający poecie wizytówkę neoautentyzmu. W istocie, wiele uniwersalizmów znajdujemy w liryce Neumerta, w której język jest wyzwolony od instrumentalnych atrybutów ludowości, co można zarzucić poetom w ostatnich latach, nowa fala autentyzmu nie jest w stanie wyzwolić się od wspomnianych atrybutów, albowiem nazbyt stara się o wykazanie tożsamości posługując się jedynie tropami zapominając o języku poszukującym nowych widnokręgów. Aż nadto widoczne jest u nich prostackie zaklinanie pamięci, tęskne przywoływanie wspomnień z przeszłości, sielskość i magia mająca spełniać funkcję tajemniczości, doskonałości utworu. U Neumerta nic z tych rzeczy.



Biesiada Literacka w Gulczu 

W minioną sobotę odbyła się Biesiada Literacka zorganizowana przez Klub Dąbrówka w Poznaniu i Centrum Kultury w Czarnkowie. Spotkaliśmy się w domu Stanisława Neumerta w Gulczu. Przy kawie gospodarz przedstawił pokrótce swoją twórczość, odpowiadał na pytania dotyczące współczesnego rolnictwa. Uczestnicy biesiady zaskoczeni byli historią rodu Neumertów. Gospodarstwo z pokolenia na pokolenie funkcjonuje nieprzerwanie od 1848 roku. Praktyki pracy organicznej zapoczątkowane przez wybitnych Wielkopolan, jak Hipolit Cegielski, ks. Wawrzyniak, Dezydery Chłapowski rodzina Neumertów kontynuuje do dziś. Chwała im za to, bo to co najbardziej cenne obok patriotyzmu - przywiązanie do ziemi, jest wzorem do naśladowania, wielkość i wartość człowieka przejawia się w tym co robi i co miłuje. Staszek znalazł godne miejsce dla poezji obok ciężkiej pracy wymagającej wielu wyrzeczeń, poezja zadość czyni wszystkiemu, prozaicznemu w czym wysiłek fizyczny jest podstawą sukcesu. Wieczna orka na ugorze.    



   
                                                     Staszek wita przybyłych gości



                                           Jerzy Grupiński zagaja na wstępie







Przyjazd do Gulcza 



                                                 wzruszona Anna Zalewska



                                               Powitanie myśliwskie w Goraju  



                                 Piknik w Ciszkowie na terenie zabytkowego spichlerza



Ballada Notecka



Jerzy i Kalina w tańcu ludowym




Pałac Hochbergów w Goraju, mieści się w nim Zespół Szkół Leśnych

Pożegnanie myśliwskie w Goraju



Miód, akacjowy, lipowy i rzepakowy dla zwycięzców Turnieju Jednego Wiersza


Trochę historii Pałacu w Goraju



                                             na dziedzińcu pałacowym


wieczór nad jeziorem w Lubaszu





                                                Turniej Jednego Wiersza





                                          Jerzy, najbardziej aktywny uczestnik biesiady

środa, 17 lipca 2013

Macieja Rasia aspiracje

Niewiele informacji można znaleźć w mediach o Macieju Rasiu.  Poeta z Krotoszyna, aktualnie studiujący lingwistykę mówi o sobie że: piszę powoli. Potwierdzeniem tego są wiersze pomieszczone w tomie: Pasmo, nagrodzonym w Strzelinie podczas kolejny edycji "Granitowej Strzały" Maciej Raś należy do tych poetów, którzy zaistnieli poprzez swoje wiersze. W istocie, nigdy przed tym nie słyszałem o Macieju, czytałem kilka jego wierszy i powiem, że zrobiły na mnie wrażenie, utkwiły w pamięci i dopiero sukces w Strzelinie jakby usankcjonował wszystkie dotychczasowe poczynania poety, jednocześnie sama poezja Macieja zaistniała bez względu na opinie, wyróżnienia.  Teraz czas  na wizerunek autora, lecz sądzę że nie marzy mu się afirmacja, wychodzi z założenia pierwszeństwa poezji w konfiguracji z autorem i wszelką percepcją. Czy Maciej Raś dostąpi zaszczytów innego Krotoszanina, Adama Wiedemanna? Nie mniej jednak wyczuwam prawdopodobieństwo sukcesów, skoro w debiucie Raś sygnalizuje sprawne posługiwanie się językiem jako tworzywem, potrafi panować nad nim, nadaje mu nowych odniesień a składnia budzi podziw. To jest już odrębna dykcja, to są udane próbny osobnej składni przy wykorzystaniu najlepszych cech poezji minionych dekad. Jeszcze wiele innych wartości dostrzegam, będą one przedmiotem dalszych ocen, czego jestem pewien, albowiem ekspansja Macieja Rasia dopiero się zaczęła.



Notatki z poriomanii (2)


tutejsze kobiety noszą białe uniformy,
wiążą nitki na zwłokę. Odpowiedzą
na jedną z anegdot, jeśli znajdą mowę.
Podobnie taki fragment wersu:
"może zabrakło języka" - od tego zaczął
- od fragmentu spisanego z listu.

Tutejsze kobiety wiążą białą nitkę,
numerują strony. Cokolwiek ruszysz:

stół, bambus na stole, bambus na każdym

stole. Dużo stołów wokół i dużo do dodania.
Na przykład czekolada lub osobliwe ślady.

Czekolada jest gorąca, ślady jeszcze świeże.
Kobiety są przy stołach, zmieniają znaczenie,

zdejmują uniformy i drą je na strzępy.
Chciałbym ci napisać jak to się broniłem.

Nie ma z czego spisać, więc przerywam nitkę.

(z tomu : Pasmo)



xxx

idziemy na junikowski cmentarz.
Zmaczasz chustkę wodą i pytasz,
czy ciekną po tobie zmarli.

Nie ciekną po tobie zmarli - mówię
Wciągam wodę na powierzchnię
aż do bólu w rękach: podlewam zmarłych,
podlewam zmarłych, żeby rośli

byli i uśmiechnięci. Szyszki
spadają nam na głowy.

Zmarli chowają się pod płotem,
równiutko, rocznikami.

Wietrzymy najmniejsze zmiany.
Schniemy w słońcu.
(...)

(z tomu: Pasmo)


Poruszająca to poezja, niezwykle bogata w znaczenia obrazowane językiem, poeta niby milczy, mówią za niego osoby bytujące na pograniczu rozumienia i patrzenia przez chory pryzmat. Raś wędruje z konieczności, z wewnętrznego przymusu ale nie daje poznać czytelnikowi trasy, kierunku w którym podążają bohaterowie liryczni, milczący: odpowiedzą jeśli znajdą język,  są przy stołach zmieniają znaczenie. To jest to novum, nowa funkcja czy nowe funkcje jakie narzuca językowi poeta, inne punkty odniesienia, słowa na służbie, z której nigdy do końca nie wiadomo co wyniknie? Na ile u Rasia jest to zamierzony zabieg- okaże się w przyszłości, z pewnością jednak, drzemie w nim pierwiastek liryczny, który póki co, nie da się zdefiniować. Polecam uwadze czytelników Pasmo Macieja Rasia.

Jerzy Beniamin Zimny






















  

piątek, 12 lipca 2013

Darłowo - 2013, impresje


Maraton Poetycki w Karczmie Rzymskiej

W spotkaniu brali udział znani poeci, krytycy, wydawca oraz początkujący wielbiciele muz Kaliope, Erato i Euterpe. W literackich potyczkach czytali swoje wiersze Beniamin Zimny- znany poznański poeta i krytyk literacki oraz Kazimierz Rink - poeta, krytyk, dziennikarz i animator kultury, zamieszkały w Tucholi. Potyczki poprowadziła Beata Patrycja Klary - poetka, publicystka, recenzentka literacka, animatorka kultury i autorka wielu książek oraz arkuszy poetyckich. Obaj twórcy reprezentują odmienne gatunki poezji. Pojedynek literacki został nierozstrzygnięty. Spotkanie z autorką książki „Rozmowa z piórami" poprowadziła Krystyna Mazur organizatorka w Szczecinku  ogólnopolskiego konkursu poetyckiego p.t. "Malowane Słowem". W turnieju jednego wiersza udział wzięło sześciu początkujących poetów.
Dzięki zjazdowi bliżej poznaliśmy wiersze warszawskiego poety, prozaika i wydawcy Rafała Czachorowskiego, który prezentował własne utwory.
Spotkanie poetów uświetnił muzyką gitarową i wokalem Janusz Waściński wraz z chórkiem dwóch  dziewczynek. W jego piosenkach z własnymi tekstami odnajdujemy dużo miłości  i szacunku do życia. Na miejscu można było nabyć książki, płyty i tomiki wierszy wielu poetów.
Organizatorem Zjazdu Poetów była: Elżbieta Tylenda, a wspomagali ją: Darłowski Ośrodek Kultury im. Leopolda Tyrmanda, Miejska Biblioteka Publiczna im. Agnieszki Osieckiej i Darek Kos.
Darłowski maraton Poetycki poprzedziło dzień wcześniej spotkanie poetów w letniej siedzibie państwa Tylendów w Krągu. Tam m.in. Elżbieta Tylenda promowała swoją najnowszą książkę p.t. „Dzień traszki".  Wieczór przy kominku poświęcono nieżyjącemu poecie Piotrowi Fedorczykowi. Spotkanie miało miejsce nad jeziorem, w cieniu Borejowego Lasu, przy lampce wina i muzyce Yula Rafelda. Prowadzili je poeci: Krystyna Mazur i Jerzy Beniamin Zimny.
O poetyckim Darłowie najlepiej świadczy wypowiedź znanego poznańskiego poety i krytyka Beniamina Zimnego, jaką zamieścił; na swoim blogu: „Darłowo od dwóch lat jest miastem poezji na skalę krajową. Nie ma w tym określeniu przesady, jeśli wziąć pod uwagę organizowany tam konkurs, na który słane są teksty liryczne z całego kraju. Organizacja, klimat imprez, miejsca spotkań- nie mają sobie równych w porównaniu z tym, co od lat obserwuję w innym miastach.  Konkurs darłowski jest młodą imprezą, ambicje organizatorów są duże, prestiż tego wymaga, zaistnienie w najwyższym wymiarze albowiem region nad Wieprzą ma bogate tradycje historyczne, zasoby kultury materialnej, zabytki z różnych okresów politycznych i sztuki budowlanej, no i ludzie, ludzie morza, z którego pokoleniami żyli tworząc nową tradycję mającą swój początek w osadnictwie po drugiej wojnie światowej. Staraniem miejscowych władz dzieje się w Darłowie bardzo dużo, bogaty kalendarz imprez, różnorodność tematyczna, znakomita baza i wspaniali ludzie- animatorzy kultury." (W tekście chodzi m.in. o ogólnopolski poetycki konkurs - "O Trzos Króla Eryka").

 Leszek Walkiewicz  (Echo Darłowa)


GALERIA










(...)
masz czas po którym na włosach jasno a potem zwyczajnie
już gra w zielone bo tak to działa
gdy ona staje chociaż obrazy kołyszą się w ramach
i skrzypią jeszcze rozbujane lampy czekasz spokojnie
na kolejne światło wrzucone przez okno
ze szczytu jabłoni przez tego anioła
co się tam rozsiadł i hałaśliwie razem kwitną (...)




(...)
błysk światła na krótkim ostrzu przez chwilę
z dala od sukienek dywanów i tła
na którym rzeczy zawsze czerwienieją

i to jest ten moment gdy można się unieść
odlecieć jak najdalej

(fragmenty poezji Elżbiety Tylendy z tomu, Dzień traszki )






   Jerzy Beniamin Zimny

   Darłowo

Darz łów, napełnij sieć w dar-morza.
Łowy wszędzie- na freskach, w oczach
modlącej się kobiety, pajęcze w piwnicy.

Prowadzi tu asfalt rozgrzany. Wprost
na nabrzeże, do spichrza,gospody.Śmieją
się organy, w piszczałkach Mozart. Bacha

rozpoznano w muszli parkowej. Darłowo
do rzeczy przez mury i ściany. Sklepienia
podobne do nieba. Ratusz oparty plecami

o świątynię Gryfitów. Czuję atmosferę 
zabawy. Jakby Krąg się tutaj zatoczył,
obdzielił borejami - park, rabatki i groby.

Wędrowna troć rozjaśnia Wieprzę, nocą.

    Potrząsanie trzosem króla Eryka
Darłowo, moje drugie miasto na nawietrznej.
Z solą dla smaku, winem z innej beczki
piwnic króla Eryka. Hansa, ale nie Rostock
i nie abdykacja królowej poezji. Wkrada
się niepokój o bursztyny Komandora, gdzie
ten największy tam miejscowa Safona otrzepuje
z niego piasek a Kolekcja zyskuje blasku
tak dalece, że pojawiają się w niej rybie oczka
z okresu odstępowania lodowca. Jestem ślepy
od jazdy przez Szczecinek, tyle tutaj lirycznej
jaskry, ale pędzę dalej niesiony
wiatrem z jezior, bez żagli, jakiegokolwiek
płótna, marzy mi się postój ale czas liczy
kilometry leżące na drodze, przydrożne krzewy
przezwajają pamięć, tylko barwy zimowe
próbują odwieść mnie od rzeczy. Jedziesz
i płacisz, Darłowo rekompensuje szczecineckie
mandaty. W karczmie, bibliotece, wszędzie cytaty
z historii, znajduję nowy sprzed roku - tych
którzy wskrzesili dla poezji Króla Eryka.
Poznań 12.07.2013