czwartek, 14 lutego 2019

Sposób na motyle czyli wiersze mniejsze.

Sposób na poezję walentynkową

Mężczyzna w wieku 57 lat, powiedzmy w wieku średnim, szuka "sposobu na bezsenność". Ten sam mężczyzna 23 lata później poszukuje sposobu na motyle? Nie ćmy i nie mole, ale motyle, prawdopodobnie motyle grasujące w brzuchu. A więc wewnętrzna chemia, zwłaszcza gdy za oknem pojawiły się dzisiaj czerwone serduszka, poduszki takie same,i słodycze w tym kształcie.
Poeta cierpi z powodu bezsenności i poeta, który nie daje sobie rady z motylami w brzuchu. Jeden  i ten sam poeta z Doliny, wielki poeta czasu nie marnuje, mimo że to dopiero luty i do wiosny jeszcze trochę wtorków i sobót, dni wiele znaczące w życiu poety od czasów stanu wojennego.
Czytałem wiersze napisane wedle przybosiowskiej reguły oszczędności pióra. Czytałem odautorskie posłowie, skutecznie nawiązujące do sukcesów poety z Doliny, była też inna bezsenność innego poety, lecz w odróżnieniu, z innego świata bardziej antycznego. Ale nie o tym dzisiaj w dniu Walentego.
Walenty nie lubi poetów. Poeci nie znoszą tego imienia, nie znam poety o takim imieniu. Walenty kojarzy mi się z sielskością, ciężką robotą, chodzeniem po chatach za okowitą. Co innego Jerzy, jego wielkość artystyczna i militarna nie podlegają dyskusji. Jerzy nigdy się nie jerzy, może jeży na widok erotycznej postawy. Im starszy tym więcej w nim motyli, mnie w tym okresie zawsze dopada alergia, i nie wiem, co mi bardziej szkodzi, miłość czy myślenie o niej, bieganie z serduszkiem po galerii, wieczorem wtrząśnięcie tortowego serduszka, i igraszki w rozgrzanym do czerwoności pokoju.
Cztałem ostatnio “większe" wiersze, czytałem “animalie” wsiowe i skandynawskie, przewaliłem jak skiby gleby poezję nowomowy, zaszyłem się w liryce sylabotonicznej, na koniec wróciłem do poezji zaangażowanej i stwierdziłem, że postęp tak zapiedala, że poetycka nowomowa po kilku latach, nijak się ma do tego, co wokół zmieniło swoje oblicze. Zatem piszcie poeci do przodu, albo spalcie na popiół swoje dotychczasowe dzieła, jak to zrobił poeta z Ostrołęki, obecnie król radykalizmu lirycznego (moje określenie). Albo poeta z Doliny powracający bardzo skutecznie do MOTYLI. Bo te żyją krótko, lecz barwnie i z przytupem.

JBZ


niedziela, 20 stycznia 2019

Dialogi kontrolowane.









Nowy cykl spotkań z literaturą, w ciekawej oprawie organizacyjnej, adresowany do czytelników oraz poetów i prozaików. 
Co dwa miesiące nowy, żywy numer do obejrzenia, wysłuchania, i udziału w sporach o literaturę współczesną. Możliwość spotkania ciekawych autorów, recenzentów, wykładowców. Zapraszam w imieniu organizatorów. 

Jerzy Beniamin Zimny

niedziela, 6 stycznia 2019

Dziesiąta rocznica śmierci Wincentego Różańskiego






Dziesiątka Różańca
/.../ 

Śmierć jest jak cztery pory roku, cztery jej twarze. Zimowa śmierć jest biała jak ściana, przychodzi zwykle o zmroku, wtedy jest bardziej widoczna. Nie ma w ręku kosy ani innego ostrza. Jest kobietą odzianą w szaty i nigdy nie odsłania piersi. Karmi się widokiem poety. Nie wystarczy jej jego błękitna krew, pragnie czegoś więcej - umierania poezji pod jej wskazującym palcem. Wskazuje zawsze na skroń, tam, gdzie najmocniej pulsuje krew.
Są takie miejsca, gdzie powstają najpiękniejsze słowa liryczne, dotlenione rześkim powietrzem prosto z gór, jezior i lasów. Tam najcelniej trafia swoim ostrym palcem wskazującym. Wtedy dociera do wszystkich wiadomość piękniejsza od wszystkich śmierci, wieść o narodzinach wielkiego poety w męczarniach, we własnej krwi, w miłości nieśmiertelnej. Czego ona, biała pani, nigdy nie zrozumie. Nie przypuszcza nawet, że może być powodem narodzin wielkości artystycznej.   


   Przyszła do Witka styczniowego dnia. Nie mógł nic powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, bo głos swój oddał Bogu, na ziemi, w chwili, kiedy był mu ten głos najbardziej potrzebny. Poeta pisze dłonią, a skarży się ustami. Tego dnia poeta niczego nie wyraził, jego dusza przemówiła już po tamtej stronie. Po tej pozostały jedynie ślady jego krwi, na znak pojednania jego duszy z nami. Pojednania wiecznego. Wszystkich naszych pojednań  z nim, przez lata wspólnej wędrówki w wiecznym cieniu. Przyszła do Witka pani wszystkich cnót zrównania nas wszystkich w jedną wielką cnotę. Na podobieństwo naszego stwórcy, który zawsze jest z nami, niezależnie od naszych przekonań. 




Śmierć Wincentego Różańskiego zamknęła najpiękniejszy rozdział poznańskiej poezji. Ryzykowne to stwierdzenie, ale nie bezzasadne. Jeśli się dobrze przyjrzeć, nie było tak wyrazistego poety w Poznaniu od czasów drugiej wojny. Wojciech Bąk, Roman Brandstaetter, Andrzej Babiński, Stanisław Barańczak, Ryszard Krynicki, a nawet Edward Balcerzan – stanowili i stanowią odrębne rozdziały. Pewne rodzaje szkół poetyckich,  często nacechowanych klasyką. Natomiast Witek, samorodny lirycznie osobnik błyszczący słowem, jawi się czytelnikowi jak spadająca gwiazda, im bliżej ziemi, tym mocniej płonie. Poezja jego jest jak pochodnia, im dalej w mrok, tym bardziej jest widoczna. „Poeta prowincji”, może ktoś miał rację, ale prowincja jest bardziej czytelna od metropolii, gdzie widoczny jest tylko skrawek ulicy i mnogość życiorysów wmieszanych w anonimową społeczność. Z tego właśnie biorą się u Witka: lekkość fraz, rytm dnia, powolność nocy i bezgraniczna radość z narodzin: „kry płynęły na wznak, jakby się ktoś narodził, dziecko idące jak włócznia śpiewało”.
Każdemu poecie życzę takiej prowincjonalności.  


   Przed bramą Miłostowa rozmawiam ze Zbyszkiem Gordziejem, zdawaliśmy razem maturę w poznańskiej „czwórce”. Zbyszek jest synem znanej poznańskiej poetki Heleny Gordziej, odziedziczył po niej talent. Pełni obecnie funkcję prezesa w tutejszym oddziale ZLP. Nie widzieliśmy się całe lata, więc do rozmowy dłuższej dojść na cmentarzu nie mogło, ze względu na czas, który nas bardzo goni, odkąd jesteśmy coraz bardziej zaangażowani zawodowo. Wymieniamy tylko adresy, imiona i wiek swoich dzieci, mówimy o książkach, zerkając bez przerwy na zegarki. A więc do zobaczenia, do radośniejszych okoliczności, do naszej muzy, którą trzeba wiecznie obłaskawiać. Do snów o potędze naszej, do potocznego jutra, jeśli zechce nas znów zderzyć w innym miejscu. 

   Zbyszek odjechał do swoich podopiecznych w domu opieki  w Jarogniewicach, a Jurek Grupiński pociągnął mnie za rękaw:

   -  Jedziesz może przez Wildę? – zapytał ciszej niż mógł.
  -  Dla ciebie mogę jechać przez Chwaliszewo a nawet przez centrum i Wildę, tam gdzie nasze rzeczy jeszcze. /.../ 

(fragmenty powieści Róże z Montreux/  Książka ukaże się w lutym 2019.


czwartek, 20 grudnia 2018

Debiuty poetyckie w poznańskim oddziale ZLP



Dagmara Julita Zimna, absolwentka Wydziału Prawa i Administracji UAM w Poznaniu. Debiutowała w wieku 15 lat w piśmie literackim „Gazeta Młodych”. Dwa lata później tj. w 1988 r. wygrała XV Turnieju Wierszy o Poznaniu i Wielkopolsce. Później przyszedł sukces międzynarodowy – pierwsze miejsce w konkursie Jednego Wiersza na XI i XII Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim. W 1988 r. znalazła się w grupie kandydatów do debiutu w ramach projektu „Pokolenie, które wstępuje” pod redakcją Jerzego Leszina-Koperskiego. Z uwagi na młody wiek nie doszło do debiutu.. Tomik ten złożył się na arkusz poetycki, wydany w 1991 r. Publikowała w Almanachu Absolwentów IV LO w Poznaniu, w Almanachu Klubu Literackiego Pałacu Kultury w Poznaniu „Nie w moim imieniu”. Jej wiersze były publikowane w miesięczniku „Nurt” oraz w pismach regionalnych. W latach 1992-2017 nie uczestniczyła w życiu literackim. Niniejszy tom jest jej debiutem książkowym.
Pracuje nad kolejnym tomem wierszy, który ukaże się w przyszłym roku. Pisze poezję konfesyjną, poezję "pierwszego kontaktu", twierdzi, że doświadczenie jest najlepszą inspiracją. Mataforyka jaką tworzy, jest typowa dla  poetów należących do nurtu "życiopisania". Mieszka i pracuje w Poznaniu.  



Wojciech Przybylski, poeta anonimowy, pod każdym względem, dziesięć lat temu pojawił się na portalu Poezja Polska pod nickiem "KOT". Od początku publikował niezwykle dojrzałe wiersze. Trzy lata temu zaproponowałem mu debiut w naszej oficynie. Długo wahał się i dopiero latem tego roku zwrócił się do mnie o pomoc, bez wahania podjąłem się starań o jego rychły debiut. Zasługiwał na to jak mało kto. Przesłał mi czterdzieści wierszy, równych pod względem poziomu artystycznego, dopracowanych językowo bez istotnych błędów. Nigdy nie mieliśmy ze sobą kontaktu na żywo, co nie stanowi żadnej przeszkody teraz i w przyszłości. Wiem, że w przyszłym roku ma zamiar wydać kolejny tom, i  pragnie  zasilić nasze szeregi związkowe. Człowiek skromny, wątpiący w swój talent, ma ogromny dystans do tego co pisze. Nie bierze na serio moich pochwał, wszelkie moje propozycje promocji odrzuca, ponieważ jak twierdzi "pisze nie dla poklasku i sławy. Co nie umniejsza faktu, że jak dotąd jest to zdecydowanie jeden z najlepszych debiutów poetyckich w tym roku.
Pisze poezję najwyższych lotów, dopracował się odrębnej, własnej dykcji, jego rozważania dotyczą zagadnień egzystencji w świecie materii na styku ze światem duchowym. Małe prawdy składające się na prawdę absolutną, poprzez doświadczanie nie tylko własne, podmiot poety bytuje często w świadomości przedstawicieli wszystkich pokoleń, szuka uniwersalizmów, stara się być autentyczny w oczach czytelnika. Mieszka i pracuje w małej miejscowości w województwie łódzkim.

Jerzy Beniamin Zimny

poniedziałek, 26 listopada 2018

Poezja bez granic




Polanica Zdrój zawsze kojarzyła mi się z niedźwiedziem, rannym zwierzęciem, który odkrył leczniczą moc wód zdrojowych. To był mój pierwszy kontakt z tą miejscowością, kiedy rodzice wysłali mnie z siostrą do prewentorium. Dawno, dawno temu, nie powiem jak dawno bo niektórzy moi znajomi posądzą mnie o plagiat wizerunkowy jaki kreślę w sieci. Listopadowa aura postanowiła nas ulgowo potraktować, było słonecznie, ciepło w miarę, piwnie i solankowo, przede wszystkim pod olbrzymią presją poezji, wszelakiego gatunku, płci i profesji, nastrojowo i przaśnie, niekiedy obscenium królowało, zwłaszcza w Hyde Parku, który gościł w przepięknej kawiarni Bohema w budynku pijalni wód. Ale po kolei (kolej w tym też jest), hotel przyjazny wystrojem i obsługą jaką trudno w innych miejscach znaleźć, i sceneria polanickiej przyrody znana mi od lat, tym razem w zupełnie innym wystroju ulic, pawilonów i obiektów turystycznych. Nic dziwnego, tyle lat upłynęło od czasu, kiedy w parku grałem w szachy z przygodnym człowiekiem, nie pamiętam kto wtedy wygrał, ale wiem że w minionym tygodniu wygrała w Polanicy poezja. Wszystko zaczęło się w Teatrze Zdrojowym, gdzie festiwal otworzyła młodzież i dzieci z polanickich placówek edukacyjnych. Miejscowe władze z burmistrzem elektem, dyrektorzy szkół i przedszkoli, ludzie kultury powiatu i województwa. Takiego powitania nigdy nie doświadczyłem, trudno się dziwić ponieważ tegoroczny festiwal był jubileuszowym, ze smutnym podtekstem nieobecności jego inicjatora Andrzeja Bartyńskiego. Odszedł na wieczność w czerwcu tego roku, pozostawiając po sobie olbrzymi dorobek artystyczny, od poezji do muzyki, organizacyjne sukcesy i efekty pracy w wielu dziedzinach życia nie tylko kulturalnego. Wzruszający film o Bartyńskim stworzył Andrzej Walter, było w tym filmie wszystko, łącznie z muzyką i wokalem w wykonaniu nieodżałowanego poety porównywanego z Homerem. Był to moment zadumy i refleksji bardzo mocno wyartykułowany w programie uroczystości.   
Z okazji jubileuszu nagrodom i wyróżnień nie było końca, podziwiałem zaangażowanie miejscowych władz, zainteresowanie mieszkańców festiwalem, który śmiało można powiedzieć, że jest już wizytówką miasta, bardzo rozpoznawalną w  kraju i zagranicą.
Wypada mi pogratulować profesjonalizmu Kazimierzowi Burnatowi, za organizację tej arcyciekawej imprezy, podczas  której nie było czasu na złapanie oddechu - tyle się działo ciekawych rzeczy. Dziękuję za możliwość wystąpienia, przeżyłem trochę tremy ale i satysfakcji na koniec. Było to jedno z najważniejszych wydarzeń poetyckich w kraju w bieżącym roku.



                                                         z Kazimierzem Burnatem

Polanica, 15-17 listopada 2018
          

środa, 7 listopada 2018

Zimny na chłodno (1)



Strzyżenie owiec 


Zbliża się koniec roku, okres podsumowań, refleksji nad wszystkim, czego się dokonało, i nad tym, co umknęło mimo starań, wysiłków niekiedy ciężkiej pracy. Okres rozliczeń, za i przeciw, straty i zyski, ocena szans na przyszłość, rezygnacja lub wytężenie sił do dalszej pracy w określonym celu, który wieńczą odpowiednio dobrane środki. Nie ma gwarancji powodzenia, ale są równe szanse dla wszystkich niezależnie od wieku, pod warunkiem rozeznania poetyckiego pola, na którym bez przerwy coś się zmienia, na którym młodzi mają coraz więcej do powiedzenia, zwłaszcza w ostatnich dwóch latach, a już bieżący rok przyniósł powiew młodego, do tego stopnia, że starsi poeci, debiutujący w chwale tzw. późnego debiutu, powinni baczniej się przyjrzeć, co dzieje się z poetyckim językiem, który nie stoi w miejscu, dynamika jego rozwoju stawia przed nimi nowe wyzwania, inaczej muszą się liczyć z egzystowaniem na peryferiach poezji. 
   Tegoroczne debiuty Seweryna Górczaka, Kamila Brewińskiego, Macieja Taranka, Łukasza Kuźniara, Macieja Rasia i Szymona Domagały-Jakucia, nie przejdą bez echa, jest to uderzenie młota w ścianę, za którą egzystują wszyscy możni poetyckiego świata. Trudno jeszcze zawyrokować czy jest to nowa fala bis, czy forma protestu wobec marginalizacji pola egzystencji najmłodszego pokolenia? Jakuć i Górczak mówią o tym dobitnie bez ogródek, Brewiński i Taranek uciekają w taniec Chochoła, który kończy się upadkiem niezidentyfikowanej osobowości, każdy z nas jest tym Chochołem, czapka z głowy przed nimi, że w debiucie odważyli się na bardziej lub mniej jawny protest, kiedy inni, starsi z dorobkiem zapomnieli o świecie, w którym egzystują lub wegetują, lub idą w świat własnego wydumanego azylu. Niewątpliwie, każdy z wymienionych debiutantów pretenduje do wyróżnienia, na drodze stanąć im może jedynie wyrocznia nasiąknięta dyrektywami polityki takiej a nie innej. Nie łudźmy się, że coś się zmieniło, poeci na służbie byli i będą nadal, a także poeci zrzeszeni w związkach gdzie wyciąga się kasę na nagrody prestiżowe, tutaj działa mechanizm klanu, należysz będziesz miał, będziesz służył organizacji, pomyślimy o nagrodzeniu. "Strzyżeniem" jest także Nagroda Dyni, póki co, jest to niezła zabawa, ale także i protest wobec braku należytej oceny wartości. Myślę, że nagroda Dyni zafunkcjonuje w obszarach regionalnych, tutaj też nagradza się twórców z klucza, który znają jedynie wtajemniczeni. Niech sobie taki klucz funkcjonuje, byleby nie kompromitował organizacji i instytucji na rzecz których, kapituły konkursów podejmują decyzje. Temu zjawisku warto się przyjrzeć, zwłaszcza nagrodzonym książkom, jak się prezentują w konfrontacji z innym tytułami wydanymi w tym samym czasie w regionie. Miano książki lub debiutu roku nie może być deprecjonowane, a poeci zasługujący na uznanie – spychani w ten sposób na margines.

Jerzy Beniamin Zimny  (2013)




środa, 31 października 2018

Poetyckie znicze




Kożuch

/.../Zerwał się wiatr, zgasły znicze, pochyliła się tuja nad grobem, musiałem sięgnąć po zapałki, w alejkach zrobiło się pusto, chociaż zdawało mi się, że nikogo tam nie było. Z głową pełną zwątpienia wracałem do domu. Wracałem i wróciłem niezwłocznie w stylu ojca, kiedy jeszcze nie używał laski. Nie wiem, skąd ją zdobył, i w którym momencie zaczął jej używać. Dopiero teraz uzmysłowiłem sobie, że niewiele rzeczy pozostało po nim. Tylko te, które miał ze sobą w szpitalu: portfel, stary jak świat, kalendarzyk z notatkami, kilkanaście zdjęć, wyciągi bankowe i kwity emerytalne. To wszystko. Laska leży na regale w piwnicy z mocnym postanowieniem moim o jej przydatności, kiedy tylko zaniemogę. Mijają lata, a ja wciąż chodzę o własnych siłach, uwikłany w przeszłość do przesady, bo taka jest potrzeba, książka wprawdzie jest skończona, ale bez przerwy ją wzbogacam o zapomniane wydarzenia. Laska jest tego przykładem. I kożuch kupiony w Nowym Targu, podczas pobytu  w sanatorium, już nie pamiętam, kiedy to było. Kożuch oddałem bezdomnemu, tuż przed siarczystymi mrozami. Opatrzność jest nieobliczalna, oddana człowiekowi./.../

Narodziny poety

/...//Śmierć jest jak cztery pory roku, cztery jej twarze. Zimowa śmierć jest biała jak ściana, przychodzi zwykle o zmroku, wtedy jest mniej widoczna. Nie ma w ręku kosy ani innej ostrości. Jest kobietą w szatach i nigdy nie pokazuje piersi. Karmi się widokiem poety, nie wystarczy jej jego błękitna krew. Pragnie czegoś więcej, pragnie umierania poezji pod jej wskazującym palcem. Wskazuje zawsze na skroń, tam, gdzie najmocniej pulsuje krew. Są takie miejsca, gdzie powstają słowa liryczne, dotlenione rześkim powietrzem płynącym prosto z gór, jezior i ogrodów. Tam najcelniej uderza swoim ostrym palcem wskazującym. 
Wtedy dociera do nas wiadomość o narodzinach wielkiego poety. /.../



Ostatni z pierwszych

/.../ Śmierć Wincentego Różańskiego zamknęła najpiękniejszy rozdział powojennej poznańskiej poezji. Ryzykowne to stwierdzenie, ale nie bezzasadne. Jeśli się dobrze przyjrzeć, nie było tak wyrazistego poety w Poznaniu od czasów drugiej wojny. Wojciech Bąk, Roman Brandstaetter, Andrzej Babiński, Stanisław Barańczak, Ryszard Krynicki, Kazimiera Iłłakowiczówna, Krystyna Miłobędzka – stanowili i stanowią odrębne rozdziały. Pewne rodzaje szkół poetyckich, nacechowanych odmienną dykcją, natomiast Witek, samorodny lirycznie osobnik błyszczący słowem, jawi się czytelnikowi jak spadająca gwiazda, im bliżej ziemi, tym mocniej płonie. Poezja jego jest jak pochodnia, im dalej w mrok, tym bardziej jest widoczna. „Poeta prowincji”, może ktoś miał rację, ale prowincja jest bardziej czytelna od metropolii, gdzie widoczny jest tylko skrawek ulicy i mnogość życiorysów wmieszanych w anonimową społeczność.Z tego właśnie biorą się lekkość fraz, rytm dnia, powolność nocy i bezgraniczna radość z narodzin: „kra płynie na wznak jakby się ktoś narodził, dziecko idące jak włócznia śpiewało”. Każdemu poecie można życzyć takiej prowincjonalności. I zamieszkania w pogodzie na zawsze./.../


(Róże z Montreux)  fragmenty powieści która ukaże się w grudniu 2018 r                 Górczyn






środa, 10 października 2018

Dziewczyna ze snu




I tylko nasz wiatr 
codziennie tutaj przylatuje
i wraca uboższy o wilgoć
twoich ust.
Czuję ją o zachodzie słońca
pękają mi usta.

Poznań, 10.08.1970 r.



/.../ Przez otwarte okno dolatywało z daleka ujadanie psa, wilgotne ale niesamowicie duszne powietrze, nie pozwalało chłopcu zasnąć. Śniada twarz dziewczyny zstępowała powoli do snu i zaczęła niepodzielnie panować w królestwie Morfeusza. Dziewczyna uśmiecha się, jej długie krucze włosy ukrywają do połowy ten uśmiech, rozsuwa je delikatnie i odsłania szyję, na której lśnią krwiste korale. Otworzył szeroko oczy - dziewczyny nie było, zniknęła w jasnej smudze światła wdzierającego się do pokoju przez okno. Bielutka, przejrzysta firanka leciutko falowała, był pewien, że to Ona ją poruszyła opuszczając pokój, wcześniej - jego sen. 
Zamknął oczy - dziewczyna natychmiast powróciła. Taka sama jak wtedy w maleńkim pokoiku na poddaszu. Weszła cichutko i położyła swoją dłoń na jego ramieniu. Zwarci uściskiem trwali tak przez moment, dopóki on nie otworzył oczu. Zrobiło mu się żal, spojrzał na puste miejsce obok siebie, z trudem próbował zasnąć choć na krótką chwilę. W myślach liczył kilometry dzielące ich od siebie, liczył dni i tygodnie do następnego spotkania. Liczył uderzenia własnego serca, które biło dla niej/.../ 

(fragment opowiadania pt: Dziewczyna ze snu, lipiec 1970 r.)

niedziela, 7 października 2018

środa, 26 września 2018

Stworzył świat i siebie


Na pasie szybkiego ruchu




Osiemdziesiątka brzmi jak ograniczenie prędkości.  Ale Jerzy Grupiński nie zwalnia, naciska pedał do grobowej dechy i mknie dalej przez poznańskie wertepy poezji. Jest mu wierna jak kobieta, przydaje blasków i cieni, czasem bezwzględna zmusza jubilata do intymnych posług. Garbata i prosta kusi pagórkami, po których on uwielbia się wspinać. 

Od lata do lata przez wiosny i zimy, jesieniami trzeba wzlatać, kiedy wszystkich dopada nostalgia, kiedy wszystkim dokucza reumatyzm, On swoim łagodnym tonem łagodzi szorstkość klimatu panującego w środowisku wierszokletów. Wbija klinem swój entuzjazm, aby ci, co próbują wieszczować uwierzyli w swój talent wymagający szewskiego kopyta. Ale co tam, poezja jest do wszystkiego, więc trzeba z niej korzystać jak z miejskiej łaźni albo publicznych szaletów, które nie różnią się od salonów i innych przybytków mowy pisanej. 

Wspominki jak wypominki, dawne dzieje zamkowe i cichaczem profanowanie poznańskich świętości. Do roli świętego jest mu daleko, do czyśćcowego bliżej, ale w piekle jest mu najcieplej. Każdy z nas diabłem bywa i aniołem. Anielice topielice, studnie głębinowe, ileż to razy w nie wpadaliśmy, nieprawdaż? I uchodziło nam to na sucho, mimo że mokro było i ślisko jak w gołoledź.  Cmentarze, pogrzeby, stypy i wesela – tyle imprez z wódką i rozwódką. Piwniczanki, słodzianki, przylepki i wszystkodajki, to tytuły najwyższe, nie tam jakieś dyplomy i medale-krasnale, liczył się kontakt elektryczny, bo, z czego miało nam iskrzyć? 

Ciała niebieskie odziane kuso, papier czerpany językiem. Atrament czerwony, ślina bezbarwna – to wszystko zakwitło w wierszach pośród chwastów. A teraz? Współczesna garbarnia, nasze skóry niewarte wyprawki, nasze gnaty nie posłużą za granaty, nasze miłości, te w skrytości ducha inni powielą. Bez spirytusu, bez papieru i bez ducha, bo duch nasz odejdzie z nami, pozostawiając wyprostowany środkowy palec. 

Osiemdziesiątka, brzmi jak dwie czterdziestki w mini oprawie na trawie. Mogą być cztery dwudziestki w kożuchach na brzuchach do kolan odziane. Poezja lubi rozbierać i szperać w zakamarkach. Jak już czegoś szuka to znajduje w stanie ważkości i rozkładu, zależy czyje to jest ciało, albo czyja wysmukła szyja. Grzebanie w piórach przypomina iskanie puenty, choćby jej tam nie było i podmiot był urojony, więcej uroić już się nie da. My na szali śmierci już niczego się nie obawiamy. I niczego nie odmawiamy. 

Dziewiąta dekada dziewiąty pawilon pełen epitafiów i nekrologów. Imiona, nazwiska, pseudonimy, ksywki, – jeśli pamięć o kimś zapomniała, to przypomni poezja erozja przeciek niekontrolowany. Myślisz metaforą mówisz języczkiem uwagi. To potrwa jeszcze długo a potem razem wsiądziemy do tramwaju i pojedziemy do centrum, bo tylko w centrum jest uwaga, w środku miasta w jego wnętrznościach trawieni jesteśmy, niestrawni naszej epoce, odbijamy się czkawką poetyckiemu pokoleniu, które próbuje zasiedlić najwyższe poetyckie piętra. Nasz parter, nigdy niesprowadzeni do niego, a jednak na nim spoczniemy nim dojdziemy, dokądś tam. Amfiladowym traktem na końcu, którego nie ma drzwi, tylko przeźroczysta ściana. 

Wronki, 21.09.2018