piątek, 15 września 2017

Środowisko literackie, którego nie ma






Wybitny poznański poeta Jerzy Grupiński, od czasu do czasu zleca mi zadania domowe. Ostatnio musiałem pisać o poetach niedocenianych, wcześniej o pokoleniu, które nie wstąpiło, teraz dał mi na tapetę temat ,od którego można dostać zawału:  "Poznańskie środowisko literackie, którego nie ma". 
   Zakpił sobie, czy chce mnie ośmieszyć? Ani jedno ani drugie, raczej trzecie, z uwagi na jego zbliżającą się w przyszłym roku rocznicę urodzin, bardzo okrągłą.  Sprytnie sobie wykombinował, że w trakcie zbierania myśli dojdę do wniosku, że jest jedynym żyjącym w naszym gronie  poetą, mającym swoje korzenie literackie w pokoleniu "Współczesności" do czego nigdy się nie przyznawał. Ale teraz w obliczu spotkania z początkiem swojej dziewiątej dekady istnienia, wszystko ma gdzieś, i to, co o nim mówią i  piszą obecnie doskonale wie, że jest bardzo spóźnione, bo on już tak klasyczny jest, jak pomnik wieszcza z brązu.  Nikt i nic mu tej klasyczności nie odbierze. 
   Gadu, gadu czuję dym pachnący. Po kolejnym szperaniu w archiwach, znalazłem coś, co Grupińskiego zadowoli w kwestii :  "nikt już o nich nie pamięta". Tylko my, którzy  z nimi żyli i z nimi nie umarli?  Teraz jeszcze żyjąc, dajemy ich świadectwo tym, którzy nie mają pojęcia jak to kiedyś bywało,  ale żeby wiedzieć jak to jest teraz, muszą - "to teraz" - przekazać swoim następcom,  jeśli pragną być żywymi po swojej śmierci. 
   Taki morał, z którego wynika sztafeta pokoleń. Wynika, bo nie widzę aby nowe pokolenia chętnie odbierały pałeczkę od poprzedników. Może jestem ostatni taki, który wraca do poprzedników, i nie dlatego, że piłem z nimi wódkę, albo inne rzeczy niepospolite robiliśmy, lecz z powodu obowiązku jaki na mnie ciąży, dopóki jeszcze cokolwiek pamiętam. Może się niedługo zdarzyć, że nie będę pamiętał własnego adresu?
   Mariusz Rosiak, nie trafił do "Dzieci Norwida" bo był dzieckiem polskich abstrakcjonistów, mimo że poezja miała dla niego pierwszorzędne znaczenie. Oddał się sztuce ale romansował z liryką,  w okresie choroby przez ostatnie dwa lata pisał jak najęty. Tyle wiem od Marii Rokosz, znanej polskiej malarki, jego  żony, która wydała tom wspomnień o swoim mężu. 
   Wielki projekt realizowany przez Mariusza  w Świnoujściu nie został zrealizowany, śmierć przerwało bogate pasmo jego dokonań, zabrała poetę , którego Różański  porównywał z Andrzejem Bursą. Miał rację, chociaż nieobecni nie mają racji, i środowisko którego nie ma, i ludzie którzy się rozpierzchli z otoczenia artystów, wszystko jest inne, tylko poezja szlaja się po forach internetowych i błaga o chwilę uwagi. Kto tłusty rozgląda się za innym dobrami, kto chudy i zabiedzony marzy o poezji, na którą nie posiada grosza. Nie ma środowiska, nie ma poetów w jednym miejscu, są figury krążące po sieci jak orły i jest w tle poezja, już nie tak poszukiwana jak kiedyś poszukiwany był papier toaletowy, lecz jak wartościowy towar w ofercie bogatej w tandetę. 
   Mariusz śpi spokojnie, a Jurek Grupiński narzeka na swoje plecy, jego  nogi jeszcze pamiętają biegi po zdrowie, podczas protestów społecznych i w trakcie wędkarskich zmagań. 





JBZ,  9/2017


sobota, 9 września 2017

O dwóch takich, którzy zapamiętali słońce.


Poznań jest stolicą poetów niedocenianych, którzy wzięli na swoje barki niedogodności życia pojawiające się na pograniczu dwóch światów:  powinności natury egzystencjalnej i osobistych zainteresowań.

W prywatnym archiwum natknąłem się na kolejne "wspólne" zdjęcie dwóch poetów. To już trzecie takie zderzenie dwóch odmiennych osobowości  nie tylko poetyckich. Dwa przeciwległe bieguny o jakże różnym naładowaniu elektrycznym. Najpierw Grupiński i moja skromna osoba na łamach "Nadodrza" w 1976 roku. Teraz na łamach "Nurtu" sprzed ponad trzydziestu lat: Zbyszek Gordziej  i Piotr Bagiński.
   Co ich łączy ? Na pewno nie bujny zarost, z pewnością nie odpowiedzialność zawodowa, punktualność, czy skłonności do nadużywania używek. Zbyszek pod tym względem jest przeciwieństwem Piotra i te czynniki, dominują w ich poetyckich zapędach. Mają także przełożenie na ich dorobek twórczy: po stronie Piotra zero wydań, tylko pojedyncze publikacje i imponująca liczba wygranych konkursów poetyckich. Aktywa Zbyszka muszą budzić podziw. Więc dalej jest mi niezmierne trudno kontynuować swój monolog, z drugiej strony ciekawość, co z takiego porównania wyniknie, zachęca mnie do dalszych wynurzeń. Bo zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko, co popycha nas do przodu, jest efektem zderzania się przeciwieństw.

   Piotr urodził się w Koszalinie,  ale wiersze zaczął pisać w "Niszawie" (Stachurowej) pobierając nauki w Ciechocinku u miejscowego "Demona"  - Janusza Żernickiego - jednego z założycieli Orientacji-Hybrydy. Tak mówi o sobie i ja mu wierzę, chociaż nie muszę.  Wierzę też w jego skromny dorobek: jeden arkusz poetycki wydany w 'Pałacu", publikacje w almanachach młodej poezji wielkopolskiej, zwłaszcza jego uczestnictwo w gronie autorów zebranych pod jednym poznańskim dachem: "Którzy pamiętali słońce" Tutaj spotkał się ze mną tylko po to, aby zejść mi z oczu na długie lata.  Jak większość poetów znalazł sposób na zarobkowanie, łatwe zarobkowanie i do tego zgodne z poetyckim powołaniem. Jeden z tych, co tak kosił nagrody w latach 1985- 2010.  Ale nie zarobił na samochód, jak to uczyniła znana poetka z Turku, Ela Galoch. Ponieważ wszystko bez reszty przepuścił. Czego się nie wypiera i co kosztowało go wiele życiowych porażek. Obecnie się z tego pozbierał, ale już bez bujnej brody, przestał bujać w obłokach i stąpa twardo po matce ziemi i pragnie odrobić zaległości nie tylko twórcze.
 Mam do tego typa słabość, biorę do siebie wszystkie jego porażki, pojmuję czym jest w rodzinie alkohol, wiem że człowiek goły, prędzej czy później przyjdzie po rozum do głowy i zacznie  na nowo realizować wartości społecznie akceptowalne.

     Wystartował arkuszem pt. : Marzenie o gotyku" . Pragnął strzelistości, wysoko zajść, jak najwyżej. A nie osiągnął nawet baroku, zaledwie baraku z zaprzęgiem konnym na baloniastych oponach.  I wędrował po swoim małym świecie wiecznie nawalony, nadymany jak te balony, bezdrożami  z dala od ludzkich skupisk, mimo że sam kiedyś stał na czele dużej grupy o nazwie:  Koło Młodych.
   Piotr Bagiński mógł wybrzmieć jak Babiński. Zamiast tego "g" jak guzik, mógł przyjąć "b" jak "bagno i hymn"? Co mu z Babińskiego zostało, to niedługo się ujawni w poemacie, który powoli rodzi się przy "stoliku poetyckim" w każdy poniedziałek, ale już bez  Tomasza Rębacza. Obiło mi się o uszy, że "Kielnia Stirmera" znajdzie konkurencję w "Meloniku Resa Mentala"? Ważne, że Piotr myśli poważnie o swoim debiucie książkowym.

Zbigniew Gordziej. Więcej nie muszę dodawać. Do tego, co o nim wiem, a wiem dużo, nawet bardzo, dlatego nie będę taki wylewny jak przy Bagińskim. Zbyszek nie pije, nie pali, nie ćpa, na "nie" jeszcze wiele jest rzeczy u niego, ale na "tak", duże "tak", jest poezja traktowana przez niego jako dopełnienie tego, co robi każdego dnia. Poetyckie życiopisanie, w odwrotności tego, co robili przedstawiciele ukrytego nurtu o nazwie "życiopisanie". Gordziej nie zamierzał się wikłać w azyle przetrwania. Poetyckie, zabójcze konfabulacjami, pozerskie i doświadczane na własnej skórze. Zbyszek jest dla mnie jak anatom poezji, piórem niczym skalpelem dokonuje swoistej wiwisekcji. Tak, jak kiedyś w podobny sposób próbował dociekać jądra poezji, Mieczysław Kurpisz. Obaj poeci w jednej dla mnie roli  się znaleźli, czas jaki ich dzieli dodatnie podziałał na Zbyszka, wiem  że ambitnie myśli o swojej niedalekiej przyszłości. Ma jeszcze coś do wyjawienia kiedy zamknie rozdział pracy zawodowej i będzie miał więcej czasu dla twórczości literackiej.

Poznaliśmy się w "czwórce" pod koniec lat sześćdziesiątych. Ja młody bardzo i Zbyszek z nieco większym mlekiem pod nosem.  Ale rządziliśmy na każdej dużej przerwie, podrywając chłopaków do piłki siatkowej na szkolnym boisku. Zbyszek z fryzurą a la książę Pepi, ja z długimi włosami jak hipis, obaj w ekstrawaganckich strojach: róż i błękit. Stąd wziął się przydomek, z którym Zbyszek musiał przetrwać aż do matury. Nasz wspaniały dyrektor, pan Konrad Świtek nie dawał nam spokoju, tak mu bokobrody, czupryna i spodnie dzwoniaste przypadły do gustu, że każdą lekcję historii zaczynał od przeglądu naszych strojów?

Matura rozdzieliła nas na długie lata. Ale los zesłał mi jego mamę, Helenkę, "Matkę poetów": w poznańskim oddziale literatów. Za jej pośrednictwem słałem pozdrowienia Zbyszkowi do momentu, kiedy spotkaliśmy się ponownie w połowie miniinej dekady nowego wieku.
Zbyszek pisze poezję bezpośredniego kontaktu? "Jedynak" w takim określeniu - poezji wyciskającej soki z każdego zdarzenia, towarzyszącego poecie.  Nakaz chwili albo konieczność utrwalenie tego, co natychmiast przemija. Obcowanie ze śmiercią, towarzyszenie ludziom, którzy żyją już tylko chwilą. Jego "Prokop" żyje między nami, umiera wśród nas i błaga o pamięć, zawierającą jedynie cechy i elementy jego samotności u schyłku życia. Zbyszek w ten sposób nie może błądzić, otoczenie nie pozwala mu na to, jako poecie. Żadna poza ani próby artykułowania fikcji nie wchodzą w rachubę, kiedy przed oczami stoi świat wyrwany z kontekstu życia, w tej części, która jest nasycona smutkiem i  niedostatkiem bytu. To własnie  tutaj poeta składa swoją ikrę, z której wykluwa się wzorcowy bohater poezji, którą można nie tylko usłyszeć, można jej dotknąć i poczuć jej moc.
Dzisiaj "Prokop" a wcześniej żebrak, ludzie z marginesu bytu, obojętność poety mierzona wierszami, nieobojętnymi na krzywdę? Dystans do skracania, co Zbyszek robi od lat, stąd skłonności do wejścia w myślenie autsajdera, niegdyś człowieka sukcesu.
Zawodowe życie równoległe do osobistego, rodzinnego, w przypadku Zbyszka widoczna jest tutaj harmonia, a powinny być nieustanne kolizje. Tak jednak  nie jest, i do tego nigdy nie doszło, za co ojcu, mężowi i poecie chwała. Jest jeszcze w tym wszystkim Helenka, dla której syn i poeta zarazem, musi znaleźć poczesne miejsce obok Prokopa, i pozostałych bohaterów lirycznych, z którymi identyfikują się czytelnicy bez względu na wiek i  pochodzenie.












środa, 6 września 2017

Pokolenie, które nie wstąpiło


Nadejście poety








Jarosław Trześniewski-Kwiecień, poeta nie tylko z Mławy, jest widoczny wszędzie gdzie poezja "popasa", chociaż na chwilę, gdzie próbuje wieczorami panować przez kilka godzin, tam gdzie spotykają się poeci zrzeszeni w różnych grupach. Tam gdzie poezja kotwiczy, tam i On cumuje.

Zmuszony do napisania tego artykułu mejlem z kwietnia bieżącego roku długo zastanawiałem się nad casusem poety, który wybitnością swoją „błąka” się po małym świecie literackim i nie wie o tym, że jest wielkim poetą w małym wymiarze dokonań?

Otóż, wiele razy na szlaku, gdzie tylko słuchałem jego wierszy, zawsze to samo spostrzeżenie towarzyszyło i towarzyszy moim rozmyślaniom: dlaczego, dlaczego tak mało mam na biurku, na regale, jego cudownych wierszy pisanych pod wpływem intelektualnego uniesienia? Jawi mi się poeta z Mławy nie jak Feniks, ale jak Felix - szczęśliwe dziecko poezji. Felicita, śpiewam i nie mogę uronić ani jednej łzy, kiedy wzruszenie bierze górę nad opanowaniem. Dlaczego? Ciepły człowiek nigdy nie będzie egzystował z zimnym, dotykiem chłodu, powiewem opamiętania, mając na względzie zaszczyty jak szczyty najwyższe. Bo jest Trześniewski typem, może wzorem ogłady nie tylko językowym - swego czasu, także potrafi plastycznie obrazować sytuacje i zdarzenia, jakie miały miejsce przed laty.  Jest przy tym wytworny językowo, kiedy ciągnie frazy w nieskończoność, i zamknięcie jednej frazy jest jednocześnie otwarciem następnej, taki zabieg uniemożliwia czytelnikowi nabranie oddechu. Ale nie jest tak dobrze w całej rozciągłości, tylko w nielicznych tekstach pomieszczonych w tomie: „Sonaty i repertoria” cudownie współgra jego język z muzyką klasyczną. Miał okres poetyckiego szczytowania, kiedy buszował po rodzinnych archiwach, kiedy zauroczony mentalnością wybitnych polskich poetów, takich jak: Tkaczyszyn-Dycki, czy wspomniany przez Artura Nowaczewskiego, w artykule opublikowanym w „Toposie” - Czesław Miłosz - ideowi przywódcy poety z Mławy.
Ale nie na długo, bo oto Trześniewski postanowił napisać książkę poetycką, od początku do końca stanowiącą tematyczną całość.  Językowo całkowicie odmienną; jakby antypody swoich dotychczasowych dokonań. Co niejako potwierdza, sankcjonuje mój do niego zarzut, formułowany w przeszłości przy okazji naszych poetyckich spotkań. Na eksperymenty jest już za późno, zwłaszcza w sferze języka, podstawowego tworzywa poetyckiego.  To, że Andrzej Sosnowski cztery lata temu wydał w podobnym tonie, swoje „Sylwetki i cienie”, rzucając czytelnikowi nowe, bardzo trudne wyzwanie, nie oznacza, że należy pójść w jego ślady. Jest to, bowiem karkołomne zadanie, ponieważ można popaść w monotematyczność, co obecnie zarzucam poecie z Mławy, jeśli chodzi o „Nadejście”, książkę wydaną w ubiegłym roku przez Fundację Duży Format w Warszawie.

   Wracając do mejla z kwietnia, pragnę kolegę uspokoić, „Dzieci Norwida” powstały z materiałów publikowanych w latach 1976-1989, oraz z tekstów umieszczanych na blogu, szczególnie w dziennikach. Zrozumiałe, że nie pominąłem poetów młodszych, jak Gałkowska, Jopowicz, którego z pewnością pamiętasz, Fedorczyka i kilkoro innych. Nie mogłem o tobie zapomnieć, ale cokolwiek dobrego napisać, jakąś recenzje lub szkic, nie byłem w stanie z uwagi na brak materiałów źródłowych, o które przy każdej okazji prosiłem. Mławskie mury były na te prośby głuche. Tłumaczę to brakiem czasu, Twoją aktywnością medialną, pilnowaniem nie tylko własnych interesów. Portale społecznościowe absorbują bardziej aniżeli kobiety, których przy Tobie nie brakuje. Ale dajmy spokój otoczce, niech inni się nią zajmują, i wspólnie zastanówmy się nad tym, co dalej?

   Trześniewski fragmentaryczny, Trześniewski balansujący od ideału do mniej atrakcyjnego szczegółu, niezwykle wyrazisty i czuły do bólu, zawsze z dobrym słowem nawet w otoczeniu meneli. Też Trześniewski zupełnie niewidoczny, kiedy próbuje odejść, żeby "nadejść", z czymś innym i gdzie indziej? Jakże mi brakuje „czekoladek Mozarta” jakże tęsknię za językiem płynącym niczym sonaty. z góry lub pod górę. Z Wiednia, do Krems, albo na dworcu w Budapeszcie - podmiot poety z Mławy wyławia swoim czułym uchem szmery i tropy naddunajskie, Franciszka Liszta, żeby przenieść je do pięknych wierszy, z dykcją typową dla niego, rozpoznawalną, i tak układa wersy w strofy. aby brzmiały w odpowiednim zestawieniu, zupełnie jak wybrzmiewa muzyka genialnego kompozytora i skrzypka.

   Są poeci jednego lub kilku wierszy. Są poeci jednej książki.  Trześniewskiego cenię za sonaty, „Nadejście” przeszedłem obok, po przeczytaniu, bez emocji i koniecznego zachwytu. Nie jestem nieomylnym. nie mam prawa wydawać wyroków, jednak, jeśli czytam poezję, to do niej wracam albo odkładam do archiwum, jeśli jest tam jeszcze miejsce?

   Nie ma Trześniewskiego w „Dzieciach Norwida”, ale będzie w mojej najnowszej książce pt. „Róże z Montreux”. Bohater pozytywny, niezwykle witalny, chętnie wędrujący za czosnkiem niedźwiedzim, i zbierający polne kwiaty. namiętny palacz i zjadacz czekoladek, gustowny i charyzmatyczny facet. Gdyby zamiast papierosów z ustnikiem, rzucił się na fajkę i napełniał ją czerwoną amforą, Wtedy niejedna dama pióra częściej zaglądałaby do Mławy. I tam nie miałaby czasu na oglądanie mławskich pomników. Skoro jeden żywy promuje miasto najlepiej jak potrafi. Przedstawiciel „Pokolenia, które nie wstąpiło”, bo upadła sowremienna mu epoka.    

Kiedyś pisałem: Mława jest wieżna i murna, dookólna łąkami, na Mazowszu wybiórcza. Dzisiaj dodam: wybiórcza: Jarkowym pisaniem.    


   

środa, 23 sierpnia 2017

eleWator








































W najnowszym numerze pisma m.in. :


EugeniuszTkaczyszyn-Dycki.   -  "poniewczasie" Kalota Szymańska
Edward Bacerzan, "bez przesady"  - Domniemanie bezeceństwa
Karol Samsel, rozmawia z Markiem  Ruffem
Małgorzta Poludniak,   - "dlaczego nie jestem malarzem"
Iza Fietkiewicz Paszek,  - "poza mainstreamem"
Leszek Szaruga,  - Pro/ za i przeciw"
Sławomir Hornik,  - "Patrzę i piszę"
Ewa Sonnenberg, -  wiersze
Tomasz Bohajedyn,  - Belki z Birkenau
Jerzy Beniamin Zimny,  - "z Poznania" Poezja podmiejska
Alan Sasinowski,  - Sen o Warszawie
Jacek Wiaderny,  - Atlas duchów, Trzy głosy o latach 90.
Rafał Nawrocki,  - Snergologia, czyli obowiązek poznania.
Damian Romanik,  - Czy Matrix to plagiat Anioła smierci? Spojrzenie komparatysty.
Bogdan Rogatko,  - Niech diabli wezmą.
Ewa Elżbieta Nowakowska,  - Kiedyś tak będzie.





wtorek, 22 sierpnia 2017

Między nami grzesznikami

                                                                                                                                                                               


  NA ZŁOTE CZASY


złotym środkiem wydaje się być satyra. Poetka z Koszalina wyciąga z kosza jak znana skądinąd Alina , zamiast malin, swoje drapieżne bajki.  Nie ma w tym określeniu przesady, są za to przywołani przez poetkę Słowacki i Aleksander Dumas, i jakby z lamusa - sam Ignacy Krasicki, ale tylko w formie haseł, bo Stanisława Schreuder pragnie być osamotniona w wyrażaniu przywar współczesnego świata.

"Nie byłabym sobą" pisze poetka, gdybym obojętnie przechodziła obok ludzkich spraw, wymagających naprawy. Ludzkie namiętności, przywary, skłonności do zła, narcyzm, celebracja, próżność i megalomania - w nowym świetle , w nowym ubraniu - poetka przedstawia, z dystansu i z własną pokorą, aby i siebie nie wplątać w to, wszystko, chociaż nie można się ustrzec błędów, któż ich nie popełnia, nawet sam satyryk nie jest bez grzechu.

Miłość, zdrowie, powiązania rodzinne, stosunek kobiety do mężczyzny - wszystko to, w oprawie satyry, z przymrużeniem oka: "szampański zawrót trwa, nowa mowa bez i z pamięci. "Pytanie co ze słowem, które musi kręcić?"  Jak widać dostało się także literaturze, bo jeśli nie kręci jest niewiele warta?

Szlachetna satyra na szlachetne zdrowie: "Mijają wieki, człowiek kosmos podbija, a zdrowie ciągle szwankuje, jakby było niczyje?"  Jan z Czarnolasu poetce przyświecił,  szkoda tylko, że o tym nie wiedzą  ci, co przy naszym zdrowiu siedzą. 

Na koniec kobieta: "sukienka zestarzała się na dobre, wciąż czeka na wyjściowy wieczór". To  nie ja, to moje stroje nie nadążają za mną, ja wracam do piękna, do korzeni, gdzie wartość życia, radość dni. gdzie przyjaźń, miłość, ja i ty." Powiększać konto bankowe czy konto miłości" To już nie pytanie, to brzmi w ustach poetki jak rozkaz. 

Stanisława Schreuder  spróbowała satyry, i tę satyrę przerosła swoją wiedzą o człowieku i dojrzałością życiową. Trzeba na nasze życie spoglądać z boku, bo nasz społeczny profil jest bardzo niepokojący, satyra nigdy nie będzie antidotum, ale może podpowiadać jak nie postępować.  Na złote czasy mogłoby się zdawać niczego już nie potrzeba? A jednak, poetka udowodniła swoją postawą satyryka, że im złociej tym bardziej brud się przebija, tyle jest sumień ile kamieni na drodze. Trzeba je wiecznie nam zbierać. 

Gatunek bajki satyrycznej z dużą dozą poetyckiej oprawy, w klasyczny wiersz, znamionujący duże możliwości autorki.  Niech tak zostanie, bo to jest prawdziwe wyznanie,  bajko pisanie prawd ludzkich, w sposób dotąd niespotykany. Czytałem wiersz po wierszu i siebie widziałem, i moich bliskich i świat za oknem zwariowany to, co nas przerasta, to czego w nas za mało, mimo że w naszych rękach jest wszystko, co umożliwia kreowanie doskonałości i ideału. Że tak nie jest,  trzeba sięgnąć niekiedy do satyry, aby dojrzeć to, czego nie widać  w lustrze.  To nam uzmysławia Stanisława Schreuder.

Jerzy Beniamin Zimny





niedziela, 23 lipca 2017

Pisma literackie w altanie.




Na sobotnie popołudnie zafundowałem sobie przegląd prasy literackiej. Ogrodowa prasówka, coś w tym stylu. Wcześniej zapoznałem się z nowymi numerami,  "eleWatora" i "Toposu". W obu pismach zamieszczone są bardzo ciekawe artykuły, wśród nich,  w "eleWatorze", mój - dość obszerny szkic o "Poezji podmiejskiej". W Toposie natomiast, można znaleźć wiersz pt. Gromnica, dedykowany mojej skromnej osobie przez Jerzego Grupińskiego. Dzisiaj przewertowałem "Pegaz lubuski", "Gazetę Kulturalną" i czerwcowy numer "Akantu", w którym Grupiński opublikował recenzję mojej książki:  "Dzieci Norwida". 

Na sezon ogórkowy Andrzej Dębkowski wyszedł z równie ogórkowym tematem traktującym o doli artysty w kraju nad Wisłą i Odrą. Trudno nie pokusić się o komentarz, sam jestem podobnej proweniencji i mam podobne odczucia, z małą poprawką - dotycząca profesji każdego artysty. Tych, których spotykałem i spotykam, żyją z pracy zawodowej, artystami są na zasadzie talentu, i nie zadają pytania : "jak żyć" z tantiemów, nagród i honorariów. Zawsze tak było i tak będzie, tylko nieliczni czerpią dochody ze swojej twórczości, lub wytwarzanych dzieł. W tejże gazecie polecam esej pióra Andrzeja Waltera pt. "Zaginiony świat". Poeta i krytyk z Zabrza, podjął się ciekawej i udanej próby zdefiniowania sylwetki twórczej Marka Wawrzkiewicza, na tle politycznych i społecznych uwarunkowań, w jakich funkcjonowała powojenna literatura, ze szczególnym uwzględnieniem jego literackiej pozycji. Pozycji, która obecnie jest przedmiotem rozważań w nowych, obecnych warunkach, {takie spojrzenie po latach).  Trudno mi się nie zgodzić  z diagnozami Waltera, który zmierza do konkluzji, określenia tamtych czasów mianem "zaginionego świata"Jednak z drugiej strony, przedstawiciele tamtego świata jeszcze chodzą po tej ziemi. Inaczej wygląda obecnie ich kondycja moralna, w perspektywie lat? Moim zdaniem - wygląda korzystniej mimo wcześniejszych, niższych ocen. Polityczne uwarunkowania wpływające na ocenę postawy poety - są zmienne, tak jak zmienną jest polityka i świadomość społeczna. W tym punkcie zaczyna się moja polemika z Walterem, i jestem przekonany, że czas w przypadku Wawrzkiewicza, działa na Jego korzyść. Już nie te lata, i nie ta percepcja społeczna, wszyscy mają równe szanse w drodze na Parnas. A przeklęci, wyklęci - zawsze egzystowali w literaturze na lepszych, szczególnych prawach. Mimo, że w życiu prywatnym. najczęściej egzystowali na marginesie ( Rimbaud, Norwid, Babiński, Bursa, Rybowicz, Ratoń).

Wawrzkiewicz - niezwykle barwny poeta, ostatni z wielkich: (Gąsiorowski, Śliwonik, Grochowiak, Jerzyna, Waśkiewicz). Powtarzam to zawsze, że pomnik sławy lub niesławy, stawia poecie jego poezja, niekiedy po czasie, niekiedy przedwcześnie. W przypadku Wawrzkiewicza jeszcze wiele pojawi się ocen, albowiem życie poety nie idzie w parze z życiem jego dzieł literackich. Walter słynie z intuicji poznawczej, dlatego warto liczyć się z jego spostrzeżeniami. Mało jest dzisiaj tak szczerej i wyważonej postawy w ocenianiu innych. Taki kierunek prezentuje Andrzej Walter.

W "Gazecie Kulturalnej" bardzo ciekawe są stałe okienka znanych literatów: Józef Baran, Stefan Jurkowski, Leszek Żuliński, Maria Szyszkowska. No i niestrudzona krytyczka z miasta leżącego na szlaku piastowskich zamków, pani Anna Dominiak. Tym razem wzięła pod lupę tomik Kaliny Moskaluk, młodziutkiej Gorzowianki ( obecnie "branki" środowiska toruńskiego), nadziei małżeństwa Państwa Moskaluków i wszystkich gorzowian zainteresowanych poezją. Jest też trochę poezji różnych lotów, jest ciekawa recenzja Andrzeja Gnarowskiego książki naszego kolegi Krzysia Galasa. Bardzo ciekawy numer gazety wychodzącej w Zelowie, polecam lekturę tego pisma, nie tylko aktualnego numeru, bo Andrzej Dębkowski stale czyni wysiłki ukierunkowane na poziom artystyczny pisma. Wyrażam tym samym moje skromne uznanie.

W "Pegazie lubuskim" z przyjemnością odnotowałem jubileusz Władysława Łazuki. Poeta debiutował na łamach almanachu młodej poezji lubuskiej pt. "Moment wejścia" pod redakcją Andrzeja Waśkiewicza w 1976 r.  Z Gorzowa debiutowało wtedy więcej  poetów: Kazimierz Furman i Wincenty Zdzitowicki, oraz zapomniany dzisiaj Wojtek Sroczyński. Łazuka otrzymał medal "Gloria Artis" więc przyłączam się do gratulacji. Pismo literackie wydawane w Gorzowie skupia wokół siebie miejscowych literatów. Pod redakcją Ireneusza Schmidta robią moim zdaniem, kawał dobrej roboty nie tylko dla gorzowian. Pismo ma charakter otwarty,  dociera wszędzie tam, gdzie jest zainteresowanie życiem literackim. Zachęcam również do nowej książki Marka Lobo Wojciechowskiego, pt "Smuga cienia", wydanej przez poznańską oficynę WBPCAK Zamek. Poety, którego nie trzeba przedstawiać, należy obecnie do najciekawszych sylwetek poetyckich w kraju. Na koniec czarna karta poetyckich odejść. W marcu odszedł mój serdeczny przyjaciel, Janusz Koniusz. Byłem u Niego w listopadzie, rozmawiałem przez telefon w marcu, miałem cień nadziei na rychłe kolejne spotkanie. Niestety (naruszone czasem stemple kopalniane, nie utrzymały stropu życia, jak w Jego poezji, dało się odczuć nieuniknioną nicość), Alfred Siatecki wspomniał Janusza takim, jakim był przez ponad półwiecze, I takim odszedł i takim pozostanie w mojej i naszej pamięci. 


wtorek, 4 lipca 2017

VI Trzos króla Eryka dla Karola Graczyka




PROTOKÓŁ 

z posiedzenia Jury VI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego " O Trzos Króla Eryka" w Darłowie.
Jury w składzie:
Marta Podgórnik- przewodnIcząca
Elżbieta Tylenda - członek
Jerzy B. Zimny - członek
Arkadiusz Sip - sekretarz

po zapoznaniu się z 104 zestawami wierszy przyznało następujące nagrody:
Nagroda Główna - Karol Graczyk z Torunia -godło " betonowy gołąb"
I wyróżnienie - Magdalena Cybulska z Łodzi -godło "POLYGONUM'
II wyróżnienie - Paweł Podlipniak z Radomia -godło "czeski kosmonauta"
III wyróżnienie - Anita Katarzyna Wiśniewska z Warszawy -godło " Cystisus scoparius"

Nagroda Burmistrza Darłowa za wiersz o tematyce morskiej Krzysztof Rejmer z Warszawy -godło "Arbor inversa" tytuł wiersza: "Wyznania Humbaka”.


Ponadto wyróżniono następujące zestawy: Joanna Jakubowska z Dubieninek -godło "Ljubimyj Aktior", Artur Śliwiński z Warszawy - godło "Velvet" , Piotr Zemanek z Bielska-Białej -godło Prince Poetry", Marcin Jurzysta z Torunia -godło "DEXTER MORGAN”.
Ponadto do almanachu Jury proponuje jeszcze dwa wiersze: Lech Lament z Turku -godło “Bryza” wiersz “Latarnik" oraz Grażyna Tatarska z Pruszkowa -godło “Pan Tadzio” wiersz "Etiuda znad Bałtyku”.

Gala VI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego " O Trzos Króla Eryka” odbyła  się 27 maja w Zamku Książąt Pomorskich w Darłowie.


To już szóste wydanie konkursu poetyckiego o "Trzos króla Eryka",  i szósta odsłona dobrej poezji w Darłowie, z udziałem poetów z całego kraju.  Z końcem maja każdego roku, to urocze miasto otwiera swoje podwoje dla ludzi pióra.  Na Zamku Książąt Pomorskich tym razem w roli zwycięzcy pojawił się Karol Graczyk z Torunia w towarzystwie uroczej małżonki.  Przybył także Artur Burszta, szef Biura Literackiego,  oraz pozostali laureaci , ci którym nic nie stanęło na przeszkodzie aby dotrzeć do Darłowa. Z  różnych względów nie przybyli: Magdalena Cybulska, zdobywczyni drugiej nagrody oraz Paweł Podlipniak, trzeci w kolejności nagrodzonych.  Więc jak można się domyśleć, dla niektórych konkurs stanowi sposób na życie.  Bardzo często zdarza się, że laureat nie mógł przybyć, bo w tym samym okresie, odbiera bądź ma odebrać nagrodę w innym miejscu? Samo życie poetyckie - sposób na dodatkowy zarobek, przy okazji kolejny laur do biogramu.  Tyle wstępu do relacji.


Małżeństwo poetyckie Graczyków: Marta Kapelińska i Karol. On pochodzi z Gorzowa Wlkp, Ona z Konina. Poznali się w Toruniu i tam osiedlili, niedawno założyli rodzinę. Poetycką rodzinę? Karol pewnie będzie protestował, ponieważ uważa, że poezji nie wolno łączyć z życiem rodzinnym. Bo poezja to zainteresowanie, sposób na zagospodarowane wolnego czasu. Wreszcie możliwość podbudowania rodzinnego budżetu. Aktywność poetycka małżonków Graczyków jest imponująca, zwłaszcza ich sukcesy na terenie kraju. Karol, laureat "Lubuskiego Wawrzynu", Marta debiutująca w prestiżowej oficynie wydawniczej w Poznaniu. Tej samej, w której debiutował jeden z najlepszych obecnie poetów w województwie Zachodniopomorskim - Dominik Żyburtowicz - poeta z Koszalina, pochodzący z Drawska Pomorskiego. Związki znanych, młodych poetów są zadziwiające. Ich drogi krzyżują się na poetyckich szlakach, gdzie są takie magiczne miejsca jak Darłowo.  Dominik, Karol ,Marta, wcześniej obecny prezes oddziału słupskiego ZLP, Jerzy Fryckowski, i wielu innych znanych poetów,  gościli na zamku w Darłowie.  Pozostawili tutaj trwały swój ślad w postaci wierszy dedykowanych temu uroczemu miastu.

Konkurs darłowski ma jeszcze inny, szczególny wymiar. W Darłowie jak dotąd gościli wybitni polscy poeci, w osobach Andrzeja Sosnowskiego, Karola Maliszewskiego, Macieja Meleckiego. Jurorami byli  między innymi: Krzysztof Kuczkowski, Bogdan Zadura, Lech Jakób, czy obecnie Marta Podgórnik. Wielka poezja rozbrzmiewa na darłowskim zamku, tutaj rodzą się sympatie twórcze, zainteresowania poezją, jej szerokim spektrum. W czasie ostatniej edycji na zamku obecny był jak już wspomniałem, szef Biura Literackiego, Artur Burszta. W swoim wystąpieniu ocenił sytuację na rynku wydawnictw literackich. Zwłaszcza poezji. Od dawna wiadomo, że jest jak jest, bez szczególnych osiągnięć. Książka poetycka nie jest towarem deficytowym i nigdy nie będzie. W przeszłości z pewnymi wyjątkami, też nie była, ponieważ system dystrybucji obejmował obowiązkowo większość bibliotek w kraju.  Stąd znaczne nakłady wydawanych książek. Artur Burszta podkreślił  znaczenie dystrybucji książek, wymienił także nagrody medialne, których to znaczenie jest coraz mniejsze.  Nie mają już takiego wpływu  na preferencje czytelników.  Burszta zwrócił uwagę na zjawisko dyslokacji poezji z dużych miast do małych miejscowości. Niewątpliwie jest w tym spostrzeżeniu dużo prawdy, o czym sam się przekonałem w  ubiegłym roku, w którym to miałem dużo kontaktów z czytelnikami w małych miejscowościach. Jeśli przyjrzeć się geografii poezji pod kątem czytelnika, widać to bardzo wyraźnie, warto jeszcze dodać, że książki poetyckie kupują przede wszystkim ludzie młodzi.

Wieczorem w kafejce przy nabrzeżu portowym długo dyskutowaliśmy z  Arkadiuszem Sipem, dyrektorem Darłowskiego Ośrodka Kultury, na temat kultury na prowincji. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że w dużym mieście można żyć bardziej prowincjonalnie aniżeli w mały miasteczku.  W Darłowie nie brakuje ambitnych imprez kulturalnych.  Cyklicznych, lecz przede wszystkim liczy się to, co się robi na co dzień.  Dla mieszkańców, którzy mają różne zainteresowania, miasto musi wyjść ku temu naprzeciw.  Do późnych godzin, do chłodnej bryzy  wiejącej od morza, trwała nasza biesiada podbudowana pysznymi lodami i piwem.  Poeci recytowali swoje wiersze, ptaki przekrzykiwały spacerowiczów.  Szkoda tylko że tym razem zabrakło w Darłowie, inicjatorki tego pięknego konkursu, Elżbiety Tylendy.  Z powodu choroby nie mogła uczestniczyć w tej szczególnej imprezie. Byliśmy z nią myślami, jak zawsze w trudnych chwilach, które ostatnio przeplatają się z momentami dobrymi. W Darłowie zwłaszcza. Bo to jest miasto, które łączy ludzi wrażliwych na piękno i naturę, niezależnie od pory roku.

Poznań, 3 lipca 2017.


         od lewejj: Karol Graczyk, Marta Kapelińska, Katarzyna Wiśniewska, Bożena Zimny


                                     z prawej strony  dyrektor DOK w Darłowie, Arkadiusz Sip



                                                                   Karol Graczyk


                                         w Darłowie zawsze jest słońce i piękne Panie


reportaż z uroczystości na Zamku w Darłowie, pióra Leszka Walkiewicza.
https://www.darlowo.pl/pl/?page=wiadomosci&wiadomosc=6721



czwartek, 15 czerwca 2017

Relacje liryczne


                                                                                                                                                                                                          RELACJE Stanisława Chutkowskiego z poezją polską są więcej niż poprawne.  Poznański poeta, inżynier z wykształcenia zaczął pisać stosunkowo niedawno, po przejściu na emeryturę. Jak wielu innych rodaków, wpadł w wir lirycznego słowa, i w okresie pięciu lat wydał cztery tomy poezji.  Początkowo, traktowałem sympatycznego inżyniera z rezerwą. Lokując jego pisanie w umownym koszyku lirycznych owoców wątpliwej jakości i gatunku. Pojedyncze utwory, które czytałem nie trafiały do mnie, ale moje uwagi kierowane do autora - jak się później okazało, nie trafiły w próżnię. Ostatni tom poezji pt. "Relacje" przyprawił mnie o zakłopotanie - przystąpiłem do niego z dużą rezerwą, a tu olbrzymie zaskoczenie: jest poezja więcej niż poprawna, jest poeta w miarę ukształtowany, jest powód do dumy środowiska, w którym  "dorastał swoim słowem" i w końcu sam może mieć satysfakcję z ogromu pracy włożonej w warsztat poetycki. Własny, odrębny warsztat, trzeba to podkreślić. 

"Dzieci Dąbrówki" z ojcem Jerzym Grupińskim piszą swój odrębny rozdział poezji poznańskiej. Ile przez ten klub literacki przewinęło się nazwisk, wystarczy że wymienię Dariusza Sośnickiego, i Magdę Gałkowską, jeszcze wcześniej - rzesza znanych i uznanych obecnie polskich poetów. Teraz stara się dotrzymać im kroku Stanisław Chutkowski, poeta, politechnik, człowiek pogodnego usposobienia, niezwykle pracowity i szanowany w środowisku. 

W tomie "Relacje" znajduję kilkanaście wierszy wysokich lotów. Bynajmniej nie podniebnych, jak najbardziej przyziemnych, uzbrojonych w słowa potoczne ale po mistrzowsku zestawione w liryczną formę. Poeta ucieka od patosu, obce mu są zawiłe metafory, a jak już, to sytuacyjne metafory, ale nieoderwane od rzeczywistości. Poeta unika bieganiny po podwórkach przeszłości, Nie wraca tam po ograne już tropy, szuka własnych określeń dla rzeczy i przedmiotów prostych, w powszechnym użytkowaniu,. Wspina się na mural szukając tam strof miejskich, ulic i parków gdzie dojrzewają nowe miłości,. Ale miasto staje się coraz mniej liryczne, dlatego stara się je upiększyć swoją oryginalną wyobraźnią: : /.../ "z wiekiem / zostaje fanem tego miejsca / przyzwyczaja się / przeciera ścieżki innego krajobrazu".   

"Inny" krajobraz, w nim te same ścieżki, i na nich inni ludzie. Poezja jest mniej podatna na skutki czasu, może oszukiwać czas, może szybciej kroczyć, i ma zdolności powrotu na chwilę, na spotkanie z kimś kogo już nie ma, na ponowne zobrazowanie dzieciństwa, w sposób odrębny bardziej urzeczywistniony: /.../ " wróciły wspomnienia dziecka / które przy lampie naftowej / ożywiało królika / wyczarowanego z ręki". I na koniec chęć poszukiwania tego, co zatracone w przeszłości. Nie na próżno, lecz jak najbardziej skuteczne mimo zmian i podeszłego już wieku autora: "opuszczam siebie / przekornie /wychodzę z powłoki / i staję nago / tak - nago / jak mnie uformowano / pragnę zacząć od początku / niech wejdę / gdzie nie byłem / pójdę tam po inne".

Nie ma nic ważniejszego dla poety, powinności pięknej i zarazem trudnej do zrealizowania jak - pójść tam, gdzie się nie było,  pójść po inne z tamtego czasu, i skonfrontować z teraźniejszością. Dorobić się statusu poety odrębnego. Chutkowskiemu coraz bliżej do tego, ale musi przyhamować swoje pióro i bardziej przyjrzeć się tekstom, własnym tekstom, tym które wybijają się ponad przeciętność i porównać je z pozostałymi wybranymi do druku. Czy jest tego świadomy? Raczej nie, ponieważ w omawianym tomie obok znakomitych wierszy pomieścił zdecydowanie słabsze. Gdyby tego uniknął tom byłby zdecydowanie lepszy. Jednak z książki na książkę, z wiersza na wiersz - dostrzegam u niego ogromną progresję jakości. Jest na najlepszej drodze do sukcesu,  mimo zaawansowanego wieku i późnego debiutu. Poezja na szczęście uniezależniła się od wszelkich miar, wiek autora i moment debiutu o niczym nie świadczą. Można być starym będąc młodym i na odwrót. Czas i miejsce tworzenia nigdy nie są i nie będą do końca skorelowane. Na tym polega siła tej pięknej sztuki.

Relacje, Stanisław Chutkowski, Wydawnictwo Kontekst, Poznań, 2017.



czwartek, 8 czerwca 2017

CZYTNIK LITERACKI w ramach aktywizacji czytelnictwa, w czytelniach na terenie Poznania.


Spotkanie w Domu Dziennego Pobytu na Osiedlu Piastowskim w Poznaniu.


Trzecia moja wizyta i kolejne nabyte doświadczenie. Tym razem poznańskie "Rataje", i nie Osiedle Młodych ale Osiedle Piastowskie. Położone na drugim brzegu Warty gdzie zamieszkuje znaczna część poznaniaków. Osiedla ratajskie "giną" za kurtyną drzew, które kiedyś sadziliśmy w czynie społecznym. Dzisiaj nie bez trudu odnalazłem "deskę", przy której w dobudówce (niegdyś pawilon handlowy) mieści się obecnie Klub Seniora "Promień". Tutaj każdego dnia seniorzy mogą korzystać z pracowni i sal do różnych zajęć w ramach zadeklarowanych zainteresowań. A także spożyć posiłek. Miejsce jakże potrzebne, usytuowane w środku dużego osiedla na wysokiej skarpie, skąd rozciąga się piękny widok na rzekę. Spotkanie miało charakter informacyjny ponieważ w tak interdyscyplinarnym środowisku jeszcze nie byłem. Jak zawsze "historyczna" część spotkania, przeplatana fragmentami "Gromnicy" dotyczącymi wydarzeń jakie miały miejsce w Poznaniu. Oraz moimi refleksjami dotyczącymi znanych w przeszłości zasłużonych poznaniaków. Podczas spotkania nie mogło zabraknąć poezji (czytałem wiersze z "Rubinosy") a na koniec poprosiłem Seniorów, aby podzielili się ze mną swoimi spostrzeżeniami i pytaniami, jeśli mają jakieś uwagi? Uwagi dotyczące losów bohatera "Gromnicy",  ponieważ jak się okazuje, wielu czytelników z nim się utożsamia, i zdarzają się przypadki, że w przeszłości, niektórzy mieli kontakt z innymi ( w powieści jest ich bardzo dużo) bohaterami mojej powieści? Nic dziwnego, w Gromnicy starałem się o autentyzm w najwyższym stopniu. Dzisiaj na sali było kilka osób, którzy w przeszłości mieli takie kontakty. I to w latach sześćdziesiątych. Tego typu informacje wzbogacą fabułę mojej kolejnej książki, która w zamyśle ma być dalszą częścią "Gromnicy".  
Przyrzekłem sympatycznym paniom i panom, pojawić się tutaj jeszcze raz. Poprzednie spotkania z udziałem naszych literatów, seniorzy bardzo sobie cenią. Zrozumiałem, że nie może to być jednorazowa akcja, Seniorzy zasługują na częstszy kontakt z ludźmi kultury. A nawet kontakt warsztatowy. Czego dowodem są upominki jakie otrzymałem, w postaci rękodzieł artystycznych. Za które z całego serca dziękuję. 







Jak w każdym takim spotkaniu, obdarowałem Seniorów książkami. Przekazałem egzemplarz "Gromnicy" dla biblioteki. I złożyłem przyrzeczenie rychłego, ponownego przybycia. 



Spotkanie z mieszkańcami Domu Pomocy Społecznej przy ulicy Niedziałkowskiego w Poznaniu



  
Poznań, miasto naszych spełnień i miłości. Miasto gdzie pozostawiliśmy tyle dobrych uczynków, pracy i nauki dla dobra młodszych pokoleń. Miasto, które będzie naszym do końca.

Pod tym hasłem spędziłem kilka wzruszających chwil wśród Pań, mieszkanek dzielnicy Wildy.  Trudno przyjąć postawę stosowną do okoliczności. Trema, niepokój, pokonanie muru milczenia, potem przyjacielska pogawędka, a mimo to czuję nutkę nostalgii, niepokój o jutro i z pewnością - dozę nieufności. Staram się stworzyć ciepłą atmosferę, opowiadam o Poznaniu mojej młodości - dostrzegam radość w oczach pań, bo to jest także ich młodość. Ich tamten Poznań, i tamte nieistniejące już miejsca. Ale jest też w moim wyznaniu nowy Poznań. Literacki Poznań i liryczne miejsca, do których trzeba wracać, choćby pamięcią. 

Czas nagli, kolejne zajęcia wynikające z grafiku. Potem kolejny posiłek, kolejna porcja lekarstw. Spojrzenie w okno. Dzisiaj jest dzień pochmurny, od rana padało, chłodniej. Oby jak najmniej takich dni, oby jak najwięcej słońca w życiu  tych pań, które z żalem opuszczam. Pokora i szacunek nakazują mi tutaj powracać. Z dobrą nowiną, z uśmiechem na ustach. 




Spotkanie z mieszkańcami Domu Pomocy Społecznej przy ulicy Ugory w Poznaniu


W ramach terapii zajęciowej seniorzy recytowali teksty ludowe, oraz teksty piosenek. 




Największą radość seniorom sprawiły książki poetyckie, Rozdałem wszystkim bez wyjątku, nawet nieobecnym pensjonariuszom, którzy nie mogli uczestniczyć w spotkaniu. 

Moja obecność w dawnym Domu Weterana po blisko czterdziestu latach, utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie ma spraw ważniejszych od oczekiwań ludzi przebywających w domach opieki społecznej. Nie przypuszczałem, że takie kontakty są dla nich aż tak ważne. Z Domem Weterana łączy mnie stosunek szczególny, tutaj mieszkał i tutaj dokonał żywota brat mojej mamy, powstaniec wielkopolski, Uczestnik Bitwy Warszawskiej, wcześniej żołnierz gen. Hallera. Tutaj w latach siedemdziesiątych często bywałem. Tutaj Wujek otrzymał szlify podporucznika i krzyż powstańczy, na krótko przed śmiercią. Spoczywa na cmentarzu w Zbąszyniu. 

Przyrzekłem seniorom odwiedzać ich częściej, obiecałem też dostarczać im książki, Niestety  nie mogłem przekazać im powieści pt. "Gromnica", fragmenty której czytała moja żona, bo nakład został wyczerpany. Przekazałem tylko jeden archiwalny egzemplarz dla  biblioteki.

Foto Kamil Figas