czwartek, 29 marca 2012

Gromnica (2)




(.....)

Na sali wygaszono światła. Wszystkie, bo inaczej się nie dało. Zrobiła się ciemnota, taka że nas za kurtyną w świetle stojącego żyrandola, widać było jak na dłoni. Wyraziście i to mocno, bo na sali ryk się zaczął. Chichot dziewcząt i wycie podpitych. Ten sam głos co przedtem zaczął wszystkich uciszać, groził wyrzuceniem z sali. Milicją jeżeli taka będzie potrzeba. Widownia falowała od śmiechu. Gdzie tu masz milicję – ktoś krzyczał – posterunkowy jest z nami, po służbie, daj spokój, Maciej, dużo to mamy do śmiechu? Tak wykrzykiwali jeden przez drugiego. Potem chórem wywołali artystów, a ten który uświadamiał Macieja, rozsunął kurtynę i powiadomił widownię, że dzisiaj będzie robił za konferansjera. Zapowiedział to, co wie i prosił o posłuch, bo to wystąpi młodzież ze szkoły i może im coś nie wyjdzie. Ale my tu są łaskawi i każdego przyjmiemy po naszemu, bez bicia, przynajmniej dzisiaj. A jak będzie dobrze, to nas nie wypuszczą aż do rana, bo to taki pierwszy przyjazd artystów do Górzyna. I taka okazja może im się już nie trafić. Grajcie – powiedział i zszedł na widownię.
Arek to już był całkiem wytrącony. Miał wystąpić pierwszy. Po nim ja. Obu nam teksty uleciały, a na widowni już tąpali w podłogę. Poziomka zbladła, nerwowo przerzucała teksty, a widownia nagliła. Wszyscy bezradnie patrzyli na mnie jakbym miał coś nagle sprawić, coś na poczekaniu, z czym można wyjść do ludzi i udawać, że to celowe. Stałem i dojrzewało we mnie to coś. Nie czułem tego, nie miałem przed oczami. Pustka i przerażenie. Nic. Zupełne zero. Powietrze. Z zerem wyszedłem. Ucichło. Coś zacząłem, ale tego już nie słyszałem. Rozlałem się jak woda z przewróconego wiadra.
– Widzita mnie? Widzita?
– Nie widzę. Patrzcie głośniej. To tak jak na zebraniu w gminie. Mówią, a nie widać potem tego co mówią. Liczą, a rachunki są wyższe. Jednemu policzyli nawet bociana na łące. Jego łąka, jego bocian.
– Mnie policzyli sarny. Pasły się w zbożu. Teraz mleka muszę odstawiać więcej – ktoś wtrącił się z sali.
Musiałem przerwać występ, bo chłopi brali wszystko do siebie. Mógł się z tego wiec zrobić bez niczyjej zgody. Widziałem jak Poziomka zbladła. Będzie niedobrze, pomyślałem, na sali jest z pewnością cenzor, a ja tu walę teksty wolne, poza scenariuszem. Wyhamowałem, poprosiłem o ciszę. Cisza nastała, ale tylko na moment. Jeden taki z końca sali wstał i zaczął wymachiwać kapeluszem. Trochę podpity był i prosto z roboty przyszedł, bo waciak miał na grzbiecie i na nogach gumiaki. Zaczął mi się przyglądać, świdrował oczami, przez mgiełkę zapewne, coraz bliżej podchodził, bliżej aż poczułem jego oddech. Spojrzał mi w oczy i z radością wypalił:
– Ludzie! Drwali nam tu przysłali. Ja tego znam – wskazał na mnie – on z lasu, a teraz artystę udaje. Zobaczymy, jaki z niego aktior?
Był to Waluś, bliski od kieliszka Weterana. Widywałem ich razem. Przesiadywali pod kapliczką Najjaśniejszej. Odprawiali egzorcyzmy, nawracali abstynentów, którym z nimi nie było po drodze, a właśnie tędy przechodzili koło kapliczki. Waluś nalewał do musztardówki i mówił, że od tego wszystkich diabłów poniesie, daleko aż zabłądzą i nigdy do nas nie wrócą. Niejeden przechodzący się napił i potem z diabłem szedł do chaty. Waluś mówił, że po jednym diabeł w kółko chodzi. Trzeba dwa przechylić, inaczej diabła się nie pozbędziesz.
Waluś usiadł w pierwszym rzędzie i powiedział, że będzie miał wszystko na oku. Aby przykrótko nie gadali i śpiewali z gardła, jak na pochodzie, bo tu na sali sami przodownicy pracy. Kołchoz płaci za występ i on Waluś nie odpuści społecznego grosza. Usiadł i po chwili zasnął.
Spektakl ruszył i do końca nikogo już z krzesła nie podniosło. Nawet wtedy, kiedy śpiewałem o biurokratach, a Arek udawał petenta. Ludziska słuchali. Nigdy dotąd coś podobnego w klubie, na wsi pegeerowskiej, takiego się nie działo. Miałem tego świadomość i starałem się tylko jak mogłem widownię rozśmieszać. Po występie owacji nie było końca. Podchodziła do nas młodzież. Pytali, skąd my i kto nas takich rzeczy uczy. Pytali, czy zostaniemy aktorami i czy szkoła, do której chodzimy, uczy tego wszystkiego. Arek odpowiadał za nas wszystkich. Nie byłem już przy tym, bo wyszedłem na dwór zaczerpnąć świeżego powietrza.
Poszedłem nad rzekę. Płynęła sporym zakolem tuż na skraju wsi. Piaszczysta droga, jedyna prowadząca przez wieś kończyła się w pobliżu wysokich dębów. Tam też znajdował się malowniczy drewniany most. Wąski, na szerokość konnego wozu, no może jeszcze trochę więcej, piękny mostek, taki jak z popularnej piosenki. No więc mostek i nic ponadto, na który teraz wchodzę i słyszę pracujące deski pod moim ciężarem. Luźne deski, wyrobione od kół, przypominają mi klawisze od fortepianu. Wydają dźwięki a ja je układam w melodię. Jeszcze nie wiem, że kiedyś tutaj wrócę. I nie wiem też, dlaczego przyszedłem na ten mostek. W noc i do tego bez towarzystwa. Przyszedłem wiedziony przyszłością, instynktem, który właśnie w tej chwili powiedział mi, że wrócę tutaj dokładnie za pięć lat. Myśli moje myśli jak nurt tej niespokojnej rzeki, w ciemności widzą wszystko, co oddalone, ale na razie tkwię w rzeczywistości i staram się postrzegać wszystko, drobiny i monumenty, ważne i mniej ważne. Bliskie i oddalone. Moje i obce.

(.....)


Jerzy Beniamin Zimny


środa, 28 marca 2012

Wiosna nie lubi poetów

Kiedy kwitną krokusy, pisać o nich jest nie na miejscu. Czytam z kwiatów wszystko, więc to wystarczy, inaczej z trawą, trzeba dodać jej barw zanim uczyni to słońce, pierwsze wiosenne deszcze, i rozrzucony nawóz. Podobno w pierwszym wcieleniu byłem ogrodnikiem? Czasami mam wrażenie dalekich podróży, tu i tam, kiedyś już byłem chociaż jestem pierwszy raz. Taki, pływający ogrodnik ze mnie, nie wiem tylko, na czym? Krypa, galera, szkuner, a może tratwa. Gdyby mieć pewność środka, można określić w przybliżeniu czas pierwszego wcielenia, podróże hiszpańskich odkrywców są mi najbliższe. Prawdopodobnie uczestniczyłem w wyprawie na Karaiby. Tak sądzę. Ale bardziej retoryczne pytanie zadają mi moje myśli, gdzie teraz jestem, co będę robił jutro, kto niebawem umrze , i choroby- litania ich zbliża się - niechybnie- jak mawiał Bruno a Jerzy tylko kiwał głową- co ma być to będzie. Co ma być? A może kto ma być, i przy czym zaangażowany? Poezja? A kimże ona jest? Kobietą, mężczyzną, a może niemowlęciem, które wiecznie kwili. Słyszę popłakiwanie za ścianą- przyszły poeta ma mokro w łóżeczku, albo starzec w konflikcie już z fizjologią. Wersy płyną strugą i niosą ze sobą wszystko. Wielki bagaż tropów historycznych, archetypy, obrazy minione, obrazy konstruowane wyobraźnią, czy zwykła prozaiczność faktów, stanów i uczuć, inspirowanych codziennością. O wiośnie poeci wyrażali się różnie: piękna wiosna. Ale i ból. Jeszcze jestem. Tyle pisania mojego gdy nie mam nic pod ręką na trwałą ondulację. Obracam Wiry- pisał Bruno czternastego kwietnia 1967 roku do Jerzego Sz. Moje wiosny co roku przynoszą mi kolejny krzyżyk, nazbierało się tych krzyżyków, od magicznej liczy czterdzieści cztery jestem już daleko, rozpoczynam grę w której pula jest warta wzięcia, niezależnie od kart w ręku. Grałeś kiedyś w kopa dzisiaj nie masz co jeść- mawiał mój ojciec- i jeszcze dla akcentu dorzucał, torbę i kij. Jak w kinie, bo teatr nie znosi popcornu i coli, siedzę dzisiaj naładowany chemią, słońce rozdaje ciepło mirabelce, brzoskwinie jeszcze nie wierzą i kurczowo zaciskają pąki, lada moment zaczną pękać jak skorupy i wyłoni się piękno aby dać zalążek pod owoc. Rzadko czytam wiersze w których zamiast kwiatów jest pomarszczona kora, albo uschnięte gałęzie, które rodziły w ubiegłym roku. Przycięte, wypuszczą dwa  razy więcej, aby owocu było na posmakowanie, na radość pracy, zadowolenie z tego co się jeszcze posiada. A posiada się coraz mniej, ubywa nawet szczęścia, chociaż los sprzyja, dziwne, prawda? Zauważyłem pewną prawidłowość polegającą na tzw. wysychaniu dóbr. Niewidzialna ręka dobrobytu jest nienasycona, sięga po obce z niebywałą pazernością, nawet wiersze, książki są już pod obserwacją, tylko patrzeć jak pisanie stanie się działalnością gospodarczą. Żartuję, ale czyż nie jest możliwy taki wariant? Wszystko jest możliwe, i wszystko jest poezją, nawet więcej niż wszystko, bo oto poezja wchłania wszelkiej maści wulgaryzmy, wyuzdany seks i skrajne stany nie rzadko graniczące ze zbrodnią. Fałsz, zakłamanie, prowokacje są na porządku dziennym. I gdzie ta gałązka jabłoni,  gdzie Jaśkolube, albo gdzie się podziała mityczna arka? Płyną wersy od diabła do diabła, przerywane od czasu do czasu pęknięciami, pojawiają się samosiejki, słowa spopielone, i te dające nowe brzmienia, całkiem strawne, ludzkie. Jeśli wierzyć wiośnie, dzisiaj- że nie lubi poetów, to ja wcale a wcale się jej nie dziwię. Wystarczy mi zajrzeć na fejsbuka, poczytać na portalach wiersze, i mam obraz wrażliwości piszących, wklejających fotki, reklamy, bzdety. Wyścig tandeciarzy trwa, a są wśród nich także poeci, których cenię, i coraz bardziej skłaniam się ku deprecjacji, bo to już zakrawa na wirtualny stragan, na którym poeta sprzedaje badziewie z importu, sądząc że to przynosi mu rozgłos. A w rzeczywistości- wkłada sobie na plecy kostium klauna, w momentach kiedy reklamuje kosmetyki, albo zachęca do grona zwolenników pewnego operatora komórkowego. Kicz tak pazerny, a w rezultacie talerz zupy, ugotowanej z torebki, bo to nowość i nie wymaga czasu przy kuchni: czas goni, znikają posty w szybkim tempie, załapać się i przyklepać choć na pięć minut swój wizerunek. Wiosna nie lubi poetów, a przecież kiedyś kochała, po temat szedł poeta jarem, doliną rzeczną, dzisiaj tam chodzą zwierzęta, a łąki kwitną tak samo, a inaczej w wierszach. Poeci wędrowali, kopali rowy, czyścili stawy w parkach. Nie było budowy bez wiersza, i picie piwa było bardziej wiosenne. Bruno od czasu do czasu spluwał, dzisiaj pluł by częściej. Rzeka ma najwięcej w sobie zapomnienia, las gubi słowa tu napoczęte, ten sam las opiewany z użyciem petardy i naczepy śmieci.

Nie wybrzydzam, każdy widok jest dobry, nawet ten z dziewczyną przy drodze, jeśli błądzi dam jej pewność siebie, bo jej usta kiedyś ktoś ozłoci, zabierze stąd na zamek z fosą, i służbą. Bo w poezji są takie obszary, w których kochanie jest spontaniczne. Wierzę wiośnie, która dołoży mi krzyżyk. Modlę się w intencji poezji aby nie musiała eksponować swoją wielkość drapaniem w kroczu. To miejsce intymne, bardziej aniżeli łóżko, krzaki gdzie można cnotę stracić. A także dać poezji  szansę kolejnych wnucząt. Zanim ogarną alfabet, zmiany zewnętrzne zweryfikują to wszystko, co skrzeczy, tumani, ogłupia, wypędza do diabła. Wiosna nigdy nie będzie trupem, ani damą upadłą. Dlatego dzisiaj nie lubi poetów.

Jerzy Beniamin Zimny        

poniedziałek, 26 marca 2012

Powróciły bociany,

  Poeta pracuje albo jest na zasiłku, pobiera socjal, zbiera złom, butelki, siedzi za biurkiem, i nie żyje z poezji, ma  dla niej litość- taka słabiutka w konfrontacji z egzystencją wymagającą środków na przeżycie. Poeta jest dzieckiem, dlatego nie porzuca poezji, od czasu do czasu gdzieś wyjeżdża, zmienia miejsce zamieszkania, partnera, wkurza się na wszystko, niekiedy postanawia umrzeć. Wtedy mówią, że wariat, albo krucha z niego była istota, taki nieprzystosowany, biedny był, bo to poeta, a bogatych poetów nie ma. 
  
  Jestem w drodze z Darłowa do Poznania, droga wiedzie pośród zdziczałych pól, gdzieniegdzie obsiane, tu i ówdzie siedliska, mniej i bardziej okazałe domy, większość jednak to bloki wiejskie, obecnie wspólnoty byłych pracowników gospodarstw rolnych państwa. W słońcu przyroda ma najwięcej do powiedzenia, poeta niezależnie od pogody,  uśmiecha się albo płacze. Niekiedy wkurwia na wszystko co pod ręką, złorzeczy przedmiotom, widokom, a najczęściej drodze, tej namacalnej i tej w przenośni. Gdyby mieć na uwadze drogę, jako poeta jeździłbym tylko odcinkiem Bobolice- Polanów.  Tam droga gładka jak stół, żadnych wgłębień, w lasach nie zauważyłem wysypisk śmieci, a przecież ludziom tutaj się nie przelewa. Czysta poezja- ta droga, umajona szpalerami wiekowych drzew, cały przekrój gatunków, z wiązami włącznie. Chce się pisać nawet podczas jazdy, zatrzymanie grozi długim pobytem, a to już poemat i całkiem blisko do prozy poetyckiej, obszernej jak zbiornik wodny w Żydowie. Czystej jak schnąca bielizna w ogrodzie, przy którym skromna chatka, a w niej pewnie młody poeta pisze swoje strofy oddalone od miasta, ale bliższe niebu  na którym, pojawiły się pojedyncze bociany. Tak, w piątek ;pod wieczór nisko krążyły, a w ich locie dostrzegłem radość, że nareszcie wypatrzyły swoje gniazda po długiej podróży. Chce się żyć, nawet za kierownicą, i takie widoki oglądać z zaskoczenia, bo to nic innego tylko prawdziwa poezja, podawana na tacy. Trzeba tylko po nią sięgnąć, jeśli nie teraz, to jutro, pojutrze, a nawet później, bo na nią nigdy nie jest za późno.

Kiedy robi się szaro, widoczność jest najgorsza, czyli nijakość znana poetom, ni to biel, ni to czerń, ni to słowo ni to bełkot wydostające się przez zaciśnięte usta. A trzeba jechać dalej, i potem jeszcze dalej w  mrok, coraz gęstszy. Ten mrok w pojedynku z księżycem jednak przegrywa. I znów jaśniej, ale już nie ta szarość,  i coraz ostrzejsze światła domostw, jakby w nich robiło się tłoczniej, i sprawy minionego dnia, szły w zapomnienie, albo uderzały w człowieka nawet we śnie. Do rana wszystko ucichnie, aby powstać z jeszcze większym ciężarem, bo to co minione, jeszcze nie zapomniane, i nowe pojawia się lecz nie zawsze z uśmiechem. Trzeba umieć równoważyć przeciwności, tak jak to robi przyroda i bociany, zawsze w tym samym kierunku, ten sam dach nad głową, pokoleniami. Wierne widokom, chociaż mogą wybierać, co rusz to lepsze miejsca. Jednak tego nie robią. 

Jerzy Beniamin Zimny




    

sobota, 24 marca 2012

Rubinosa w Darłowie




Komu mam dziękować za męczącą podróż z Poznania do Darłowa. Poezji? Ona podobno jest wszędzie, ale na dziurawej drodze, albo w wahadłowym ruchu co kilkanaście kilometrów, lub w paliwie za które trzeba płacić haracz, z pewnością  nie jest. Bo jeśli by była, szlag by ją trafił prędzej aniżeli mnie. Tyle żartem, a serio; podróż była męcząca i gdyby nie tropy poetyckie Wyrwy- Krzyżańskiego, oraz Jerzego Utkina- poetów pilskich, a także pamięć o  Tadeuszu Siejaku w okolicach Chodzieży- byłbym wysiadł w Ujściu i zajrzał do Katedry za namową ducha wojewody Opalińskiego oddać hołd Czarnieckiemu. Oddałem jednak hołd Tadeuszowi za  bogatą twórczość znaczoną znakomitymi wierszami i grafiką, jako że jest również artystą grafikiem i to w największym tego słowa znaczeniu. Oddałem także hołd Tadeuszowi Siejakowi, za jego powieści. Zwłaszcza: Oficer, Próba, Pustynia, które polecam czytelnikom, ponieważ są tego warte, a przecież minęło już prawie osiemnaście lat od śmierci pisarza. Przedwczesnej zresztą, przeżył zaledwie czterdzieści pięć lat. Chodzież wiele zawdzięcza Siejakowi, był wielkim społecznikiem, sam posadził tysiąc pięćset drzew i zaprojektował oczyszczalnię ścieków, doprowadzając projekt do realizacji. Szczecinek słynie z malowania słowem, ale dopadła mnie drzemka i otworzyłem oczy dopiero w Bobolicach, zaraz przyszedł mi na myśl Grass: wspominał o tym mieście, gdzieś to czytałem ale nie pamiętam gdzie. Stąd można skręcić na Polanów, ale tym razem pognało nas na Koszalin, miasto Czesława Kuriaty, autora osiemnastu  książek,  znanych w całej Europie. Niewątpliwie, Kuriata zainspirował mnie przed występem w Darłowie swoim poematem wydanym w 1965 roku pt: Powrót księcia Eryka. Wtajemniczeni wiedzą, że książę Eryk ostatnie lata swojego życia spędził bezpiecznie na zamku w Darłowie. Dzisiaj Zamek Książąt Pomorskich, jedno z symboli tego pięknego miasta, gdzie można spotkać wiele miejsc, w których zatrzymał się wiek piętnasty. Ale o tym może jeszcze kiedyś napiszę. 

Darłowo ma dwa klimaty, morski i poetycki. Ten drugi za sprawą Elżbiety Tylendy, która potrafiła zarazić nim miejscową ludność. Piszą tutaj ludzie niezależnie od wieku i profesji, jest liczne grono młodzieży, mają własny klub, prowadzą warsztaty,  organizowane są turnieje, nic dziwnego. skoro patronką miejscowej biblioteki jest Agnieszka Osiecka.  Tak było i na wieczorze Rubinosy, z pięknym podkładem piosenek Agnieszki w wykonaniu utalentowanej wokalistki z miejscowego liceum. Po raz  pierwszy miałem okazję słuchać swoich wierszy w wykonaniu lektorów; Dagmary i Waldemara. Bardzo wnikliwe pytania zadawane przez Elżbietę tyczące okresu zamierzchłego mojego pisania. Moich kontaktów, genezy powstania kilku wierszy, które są jak gdyby sztandarowe w mojej twórczości. Nie podzielam tej opinii, ale z powagą przyjmuję, podobnie uwagi padające z sali, a także projekcję niektórych wierszy z Dystansu, zdaniem jednej z czytelniczek, tomu z którym powinienem się liczyć, a miałem dotąd zbyt duży do niego dystans. 

Wieczór minął i zaczęły się nocne rozmowy poetów o poezji, przeplatane koniakiem i herbatą. Rankiem powitanie morza i spacer plażą. Waldemar wyłuskiwał bursztyny z porostów, my w tym czasie z Elżbietą kończyliśmy zaczęty, a nie skończony nocą dyskurs, Nikt nie przeciągnął liny na swoją stronę, przeciąganie kontynuowaliśmy po południu w Krągu, gdzie ostateczny remis, przypieczętowała nalewka z malin i wiśni, powtórzona nalewką z czarnego bzu, w posiadłości Joli i Jerzego- eremitów z wyboru, żyjących w Zielonej Dolinie otoczonej Borejowym Lasem, tak mocno zakorzenionym w Kolekcji Elżbiety.         
      



















niedziela, 18 marca 2012

Chcesz coś o sercu


Chcesz coś o sercu.
I to moim. 
Ano kopci się.  Jak ogarek
Cosik tam czasami zaboli
cosik tam czasami się rozjaśni
O kochaniu jednak nie mówi
może chciałoby 
może nie ma wzajemności
może nie potrafi
nie wiem.

pisał 7 września 1962 roku Bruno do Jurka. Dzisiaj byłem na spacerze z psem, odkryłem obóz dwóch bezdomnych, wygrzewali się w słońcu siedząc przed namiotem z czarnej folii. Niecka nieopodal dużego osiedla stała się domem, dla dwóch nieszczęśników. Wracając ze spaceru postanowiłem porozmawiać z nimi. Nie byli zażenowani, zaskoczyła mnie swoboda i pewność siebie panów odzianych w dresy ze zrzutu. Siedzieli na drewnianych skrzynkach, pili herbatę zaparzoną w słoikach po dżemie. A co chce pan wiedzieć, zapytał jeden z nich. W odpowiedzi rzuciłem bez namysłu pytanie; kim są. Nie o personalia mi chodzi, raczej interesuje mnie skąd trafiliście tutaj. Starszy po zastanowieniu odpowiedział- z Polski jesteśmy. z miasta, dużego, tak dużego, że nas w nim nie widać. Pośród tysięcy głów, dwie głowy to jakby nic. Ale radzimy sobie, niech pan spojrzy ile tu śmieci ludzie nocami wywożą. Gdzie śmieci tam zawsze znajdą się tacy jak my. Ze śmieci można zbudować sobie dach nad głową, coś na siebie włożyć, wrzucić do ognia na chłody, a nawet do zjedzenia coś znaleźć. Tak bywa w życiu, że to, co jednemu niepotrzebne, drugiemu się przyda. Zagadnąłem o miejskie noclegownie, drugi młodszy bez namysłu przejął pałeczkę- a co nam da jedna noc? Pobudka i trzeba opuścić lokal, do wieczora, a co robić za dnia. Łazić po mieście, za czym, na pośmiewisko ludzi wystawiać się, nie ma takiego miejsca gdzie można za dnia normalnie żyć. Bez celu przebywać gdziekolwiek. Tu mamy swój namiot, a to przecież dom. Opuszczając obóz nieszczęśników przypomniałem sobie zdanie Bruna o sercu: Ano kopci się. Jak ogarek. Czasami zaboli, czasami się rozjaśni, o kochaniu jednak nie mówi.  Analogia oczywista, pięćdziesiąt lat później, dwa serca nieznajomych kopcą jak ogarek, na śmietnisku gdzie niedaleko stąd szlak prowadzi na zachód, do wszystkich stolic zjednoczonej Europy.  Jeszcze kopcą ale mało kto dostrzega ten dym, cena bezwzględnego rynku sięga już spracowanych dłoni, nikomu nie potrzebnych, ze względu na wiek, na odporność psychiczną.  Jedynie co można ofiarować takim, to schronienie na noc. A serce, wielkie serce społeczne nie wszystkich jest w stanie przytulić. 

Jerzy Beniamin Zimny 

czwartek, 15 marca 2012

Komu potrzebny jest poeta

Poezja od dawna szuka dla siebie niszy rynkowej i nie znajduje. Dlaczego, czy istnieje taka nisza, i jakie są warunki i kryteria aby taka nisza zaistniała jeśli jej na razie nie ma. Czy poezja może być towarem czy tylko pokarmem dla ducha. Reklama, promocja, z najwyższej półki, znaczy- prestiżowe konkursy, nagrody o znaczeniu niemalże narodowym, czy "jakość" prezentowana przez poetę. Czy można postawić diagnozę tej "choroby rynkowej" poezji. Trudne pytanie, odpowiedź jeszcze trudniejsza. Jeśli dzisiaj nie ma problemu w przekazywaniu informacji, a kanały informacyjne są tak zróżnicowane i mają szeroki zasięg, czego nie było w przeszłości, to dlaczego jest tak małe zainteresowanie poezją. Kiedyś na wieczór autorski młodych poetów bez większego dorobku, przychodziło tyle osób, że spotkania odbywały się nawet w salach kinowych. A przecież na druk wiersza, czy bloku wierszy czekało się przynajmniej rok. Niewątpliwie, redakcje literackich pism były gęstym sitem przez które przebić się mogły jedynie jednostki. Konkursy poetyckie nie miały takiego  rozproszenia jak dzisiaj. I nie było tyle konkursów co dzisiaj. Wydanie arkusza poetyckiego, debiut w postaci książkowej, jakby z urzędu ustawiały autora w kolejce do następnej książki. Nie było też tylu piszących co dzisiaj. Jeśli wierzyć informacjom płynącym z zewnątrz, obecnie pisze cała Polska, dziesiątki tysięcy piszących z potrzeby serca i ducha, tak najczęściej określają siebie, a także wskazują na swoistą terapię jaką jest pisanie wierszy. Odrębny rozdział stanowią wieczorki poetyckie, jak Polska długa i szeroka, kafejki, puby, czytelnie, biblioteki a nawet parki miejskie i ulice służą do prezentacji autorów i poezji. Bywam tu i tam, i znajduję wspólny mianownik dla większości tych spotkań,  jest nim liczebnie bardzo małe zainteresowanie. Podobnie dystrybucja książek poetyckich, księgarnie odsądzane od czci i wiary tłumaczą się brakiem zainteresowania tym gatunkiem, autorzy mają wątpliwość, ale jak zajrzeć choćby do Empiku, co często robię, książki znanych poetów, leżą rok na półce i trafiają do zwrotów. Podobnie pisma literackie, których jest coraz mniej, a nakłady są symboliczne. A w przeszłości bywało tak, że na niektóre książki obowiązywała subskrypcja, inaczej nie zdobyłem twórczości zebranej Stachury, Wojaczka, Babińskiego, i wielu innych znanych poetów. Nakłady nie były tajemnicą, nie mówiąc o wznowieniach. W mojej ocenie, poeci tamtego okresu byli bliżej czytelnika, jego preferencji, potrzeb, a nie do końca można powiedzieć, że tylko poezja zaangażowana w tamtym okresie miała szczególne wzięcie. Cenzura dokładnie czyściła wszystko co miało znamiona odstępstwa od linii politycznej rządzących. Internet sprawił, że publikować może każdy, brakuje czasu aby ogarnąć wszystkie portale literackie, poezja publikowana jest wszędzie,  nawet na portalach społecznych, wszędzie gdzie tylko się da, wklejane są teksty o znamionach wiersza. Podobnie debiuty książkowe, nie ma możliwości monitoringu tego zjawiska, czytałem gdzieś, że w ubiegłym roku wydano ponad tysiąc książek debiutanckich, jest to szacunek, i nawet jeśli jest inaczej, zjawisko to staje się powszechnym. Dość powiedzieć, dla porównania, oceny zbliżonej do tej informacji- jeden z konkursów w mieście rangi gminy, przynosi pokłosie sześciu debiutów, wybranych z liczy dwucyfrowej uczestniczących autorów. Jest to tak samo budujące, co bulwersujące, i nie mogę nie przyznać   racji tym, którzy w tym zjawisku upatrują zmierzch kryteriów wartościowania poezji jako sztuki, w szerokim znaczeniu tych wszystkich, co uzurpują sobie prawo do takiej oceny, Komu potrzebny jest poeta? Pytanie naiwne, tak naiwne, że człowiek rozkłada ręce. Czym jest poezja? (w odpowiedzi pada to pytanie), czym jest? Towarem jak każdy inny niezbędny do życia, i czego oczekuje dzisiaj czytelnik? Czy w ogóle o czytelniku można dzisiaj mówić, że jest. Są na pewno piszący, coraz ich więcej, a będzie jeszcze więcej, wprost proporcjonalnie do przyrostu piszących spadać będzie popyt na poezję. Wszyscy chcą pisać, nikt nie chce kupować, a nawet czytać poezji po za tym, co pisze sam, A każdy pisze genialnie, krytycy jeśli są, to powinni służyć dobrym słowem.  Komu potrzebny jest poetą? Czytelnikowi, nie ma wątpliwości co do tego, ale kim jest ten czytelnik? Nie wiem czy badania marketingowe coś by dały, bo w przeszłości poezja tez miała charakter elitarny, ale ta elita była jakby liczniejsza, i na spotkania z poezją nie przychodzili wyłącznie poeci zaprzyjaźnieni i osoby znane autorowi. Drugie pytanie jakie się nasuwa, tyczy zawartości tej poezji, jak się ma do preferencji, potrzeb potencjalnego czytelnika. I czy takie potrzeby są zgłaszane. Mały sondaż jaki przeprowadziłem zamknął się stwierdzeniem, dość lakonicznym, ze poeci piszą wyłącznie dla siebie ponieważ przeciętny czytelnik pragnie odzwierciedlenia tego co widzi i czuje. Własnej tożsamości chce się dopatrzyć w tym co czyta. Inna sprawa to zrozumienie tego co pisze poeta. Zatem można dojść do rynkowego charakteru poezji, tak nie lubianego przez poetów. Osobny rozdział to konkursy poetyckie, najczęstszym pytaniem kierowanym do organizatorów, jest pytanie o skład jurorów. Wiem, że liczna grupa świetnych poetów nie uczestniczy w konkursach. Piszą swoją poezję, dlatego. Jest to temat rzeka, więc w tym miejscu nie będę się wywodził. Reklama, tu dzieje się dużo. Powszechna dostępność do internetu czyni ten kanał nadrzędnym, w stosunku do innych form propagowania sylwetek piszących. Niektórzy przechodzą samych siebie, to nic nie kosztuje, a może przynieść wymierne korzyści, albo zniechęcenie do sylwetki autora, w rezultacie ucierpieć może jego poezja. Bogu ducha winna? Stąd wynika, jak sądzę, kiepska frekwencja na wieczorkach tych autorów, co za dużo to nie zdrowo.Porzekadło ciągle aktualne.
Komu potrzebny jest poeta? Odsyłam po odpowiedź do samej poezji, ponieważ poezja jest potrzebna , a autor może zaistnieć jedynie przez nią. Wychodzenie  przed szereg, tak modne ostatnio powoduje, że przynajmniej ja, zatracam kontakt z autorem, nasycony jego wizerunkiem medialnym,  kreowanym od siebie  tak natrętnie, że nawet mucha unika ekranu komputera. A przecież nie tak dawno czytałem jego wiersze,   a teraz jak ćwierkają wróble, mogę je spotkać w formie ulotek zdobionych grafiką porno, lub w formie plakatów rozwieszanych na mieście w miejscach zwanych publicznymi. Koniec świata, jak mawiał wielki poznański poeta. Coraz więcej poezji i coraz mniej poetów.
Komu potrzebny jest poeta? Odnoszę wrażenie, że poeta potrzebny jest samemu sobie.

Jerzy Beniamin Zimny           . .         

środa, 14 marca 2012

Wiosna sędziwa

Nie ma już wiatru, deszcz wysechł, odparowało słońce
w wierszu poety kilku pokoleń.
Za długo siedzi między swymi,
za długo pije wódkę i herbaty nie słodzi.

W ogrodzie widują go skupionego tulipany.
W marzec co jeszcze nie ogrzał dłoni.
W południe jeszcze nie wysokie.
W godzinę kawy bez cukru;
minuta na zastanowienie, w jaki sposób śmierci dogodzić.

14.03.2012




 




 

niedziela, 11 marca 2012

Tryptyk Jerzego Szatkowskiego

Do wsi Zagubin, na Kujawy białe gdzie ziemia licha piachy niebywałe i Potęgowa- samotna jak palec. Cała Jaskrawość mi przyświeca, i ta wisienka- Ziemia co się kręci w kosmosie, przystępuję do ciebie, gałązko jabłoni, a ty ciągle krwawisz. 


Właśnie ukazał się najnowszy tom poezji Jerzego Szatkowskiego pt. Tryptyk, poświęcony w części Edwardowi Stachurze, z którym Szatkowski przemierzył kraj wzdłuż i wszerz, ku cudownym manowcom. Książka składa się z trzech rozdziałów: Motyle, Jaskółki, Tren dla Steda. Całość stanowi jakby pieśń pochwalną dedykowaną przyrodzie, miejscom wędrówek, i Stedowi. Jerzy Szatkowski, autor słynnej Triady, poematu poświęconego żonie Iwonie, jest poetą szczególnym, pisze poezję nasyconą neologizmami, językiem tak czystym, że można się w nim przejrzeć jak w źródlanej wodzie. W Tryptyku przekroczył magiczną granicę absolutnego piękna, chociaż nie tylko o pięknie pisze. Są tu teksty pisane prozą, wyjęte momenty pracy poety w ośrodku wychowawczym dla trudnej młodzieży, jest rozmowa ze Stedem- przywołane jej fragmenty z pamięci i pamiętników: Choćby:


Urocza Książniczka (bibliotekarka) zauważyła, że: Tak dużo przybywa wierszy (pospolite ruszenie słów) ale poezji, niestety coraz mniej, coraz mniej... Bo też jest wielu fałszywych poetów- powiedział Sted, a jakże przejść nieczule, obojętnie czy bezmyślnie, obok jakiegoś na pozór tylko przypadkowego, potocznego powiedzenia, zawołania, albo - zda się - ot, tak sobie, od niechcenia "rzuconych na wiatr słów" ( słynna Brunowa : :Biała lokomotywa" A, nie dalej jak wczoraj, Jurek, nasz przyjaciel Darek, który nie pisze wierszy i ja - siedzieliśmy w lesie nad piękną rzeczką Wirynką i, właśnie Darek pozdrowił przelatującego nie opodal motylka słowami, które (ośmielam się to powiedzieć) same w sobie są poezją czystej krwi. Proszę posłuchać: Kimkolwiek jesteś: brudnicą mniszką, kapturnicą dzwonkową, niedźwiedziówką nożówką, narożnicą zbrojówką- niech ci się darzy, motylku, wszystkim dziennym i nocnym braciom i siostrom twoim- jak chwila ulotnym. Wystarczy? 


Pospolite ruszenie słów, a co można powiedzieć dzisiaj. Ruszenie? Nie. Nawałnica, w której dostrzec poezję jest nie lada sztuką. Jeśli co dobre trzeba je tropić a jeszcze po drodze napotkać wiele kiepskich wizerunków, wystawionych przed szereg. Próbują błyszczeć przed oczami czytelnika, a rynek zalewają tomikami, tak obszernymi jak połacie piachów na Kujawach. Takich poetów jak Szatkowski już nie ma, a jeśli są, to podobnie jak on, oddają poezji wszystko co mają, i nie szukają rozgłosu. Jest to ich życie, a życia nie da się sprzedawać tylko dlatego, że trzeba zaistnieć w świadomości innych. Poezja toczy swój żywot niezależny. Stachura o tym wiedział i Szatkowski wie. Ilekroć jestem u Jerzego czuję się poetą, zauważyłem jednak przepaść, jaka nas dzieli  w życiu codziennym, nie zmienił się ani na jotę, nadal nie szuka poklasku i kontaktów ze światem wartościującym twórczość jakąkolwiek. Nie obawia się śmierci, tylko ludzi których zawiść nie ma granic, najdrobniejszy nawet szczegół jest przedmiotem zazdrości. Ale doświadczenia, czas miniony wypełniony przyjaźnią z wielkimi poezji i sztuki, są niezniszczalne. Dlatego i ja zazdroszczę Jurkowi, że nie ugiął przed dobrami wszelkimi i nadal jest tym kim był, jak mówi o sobie: tym co jeszcze powietrze gryzie:.    


o, ziemio! - matko bywszych ludzi-
nigdy ich więcej do życia nie budź)


mnie się nie marzą już żadne cuda
coraz to bliżej "niebieska tancbuda"


W Tryptyku, Szatkowski pomieścił także swoją prozę, krótkie formy ale bogate obrazowo. Zwróciłem uwagę na język, w Tryptyku jakby dał mu trochę swobody, nie zmusza czytelnika do wnikliwego myślenia, wyłuskiwania elementów neologicznych, chociaż daje się zauważyć to wszystko, co wcześniej jest zakodowane w jego twórczości, a teraz też widoczne, mimo swobody narracji, i nadużywania interpunkcji, którą Szatkowski operuje z premedytacją. I nie jest to interpunkcja spełniająca funkcje gramatyczne; słynne już u niego nawiasy zamknięte bez otwarcia, znaczą bezwzględny koniec tego co wynika z treści, A wynika coraz więcej, ponieważ poeta zaczął już okres podsumowań, o czym świadczy wydany wcześniej tom prozy pt. Tak nieprawdopodobne, że aż prawdziwe. Warto tu wspomnieć  o pewnej antologii: Nobliści bez Nobla, przymiarka do niej Szatkowskiego, nie byłaby na wyrost. Sama tylko Triada  jest arcydziełem na miarę minionego stulecia, a jego twórczość  przysporzy językoznawcom, wiele zajęcia na długie lata. 
Jeszcze nie wszystko ujrzało świat, jeszcze do powiedzenia wiele potoków, rzek, jezior okazałych. i mórz głębokich. Nad wodami owady i ptaki jeszcze nie nazwane. odmiany uczuć i stanów, wszystko w barwach zmieniających się w widzeniu poety. Coraz trudniej o czyste słowo, jeszcze trudniej dogodzić samemu sobie, czytając to co wyszło spod pióra. To są słowa Jerzego, a ja je w pełni podzielam.


Jerzy Szatkowski, Tryptyk, Biblioteka "Tematu" nr 47, Bydgoszcz 2011


Jerzy Beniamin Zimny
    













czwartek, 8 marca 2012

Rubinosa


Kilka monet Republiki Weimarskiej.
Obrączka próby sześćset. Banknoty, akcje
Singera. Dusza od żelazka.

W piwnicy jeszcze kufer. Unrugowa z rynkiem.
W podziurawionej przez korniki ramce
Schloss Stein, inkrustowany masą perłową.
Rhue Tag pod spodem na blaszce.
Inicjały mistrza szewskiego Siegfrida.

Kurzu nie wycieram, głaszczę tę siwą brodę
historyczny Eintopf z bakteryjną próbą.
Późny gotyk pod tynkiem Knaufa
na ścianie Alter Markt w Kargowej.

środa, 7 marca 2012

Wesołe miasteczko (1980-1988)



Jan Palony



proletariusz




Mleko białe, butelka brudna, moje dłonie
w kajdankach, 
kto mnie skuł 
serce, wątroba, artykuł w gazecie,
Poznań z którego piję mgły poranne.

Poezja o której nic nie wiem,
jest muzyką biegnąca z szańców.

Kamienie, znam ich przeszłość.
Gleba czuje moje nasienie.
Taka jędrna, otwarta i mokra.




wiadomość



Rano telefon z porodówki:
robolu jesteś ojcem, 
dostaniesz rodzinne. 

Po drodze bar Zagłoba. 
koledzy robią zrzutę 
na pieluchy z tetry.









Bez przysłony



Czytam nerkrologi w Głosie Wielkopolskim,
ostatnio kupiłem Bez Przysłony
pismo rozdawane w fabryce,
robotnicy piszą, a potem ich wieszają  
na murze o czwartej rano.

Na kolejną rocznicę odrodzenia ktoś mówi
że jedyne, co może dać ojczyźnie
to wiersze, pisane z potrzeby serca.

A to serce  ledwo dyszy. na nocnej zmianie.





Po nocnej zmianie



Mietek skrzypi po piwie
nie dostał premii, za co kupi
węgiel. Dziewczyna nie 
chce bez gumy, po nocnej zmianie
polska jest inna.

Sen w dzień to jałowy przebieg 
i jakby potrącenie z pensji.

Wieczorem wyjdę obejrzeć 
świt, kiedy zapalą neon na Arkadii. 



Syzyf u Augiasza na służbie

Nie wszędzie jest winda,
i bite trakty, czasem w błocie
po schodach taszczę 
kosze z butelkami, jakbym
urągał Syzyfowi i kpił z Augiasza;
za karę mi idzie.

Nie wszędzie są ludzie
i miejsca do zasiedlenia.
Bez trudu nie ma domu
i miłość sama niczego nie umości
Wczoraj widziałem kobietę
z płaczem, i mężczyznę widziałem
na moście. Oboje w dwóch 
różnych miejscach
to samo mieli gorzkiego na sercu..

Z mojego powodu tylko uciekają wróble. 




Widok z deski

Staruszka pamięta Piłsudskiego
a nie wie, że jest piątek, 
i wszyscy trzepią dywany
i myją okna. W niedzielę przyjmie
ciało boże, może ostatni raz.
Wyjrzy przez okno aby nie zapomniał
o niej świat. 





Pogrzeb mamy


Pochowałem mamę,  nic więcej 
się nie wydarzyło, aby mnie dobić.
I nikt mi nie podał ręki,
nie chciał iść za mną, bo iść za mną
trzeba bez słowa, i jeszcze 
innym zamykać usta, kiedy plują
na proletariat, który stworzyli sami.

Pochowałem mamę i przestałem
milczeć.  Jeśli co mam jeszcze do 
stracenia, to ten dzień zdobiony
spojrzeniami kamiennych twarzy. 

Będą kiedyś  rzucone na szaniec.





Łopata


Bez łopaty nie potrafię jeść chleba.
Brudna od gleby, od kopania grobów,
i fundamentów. Narzędzie wielkiej
budowy, trafia do poezji ze styliskiem.

Rdza pamięta błota Mogiły, szczerby
trasę Hetmańską. Trzonek służył 
dłoni, na nim pozostały odciski, linie
papilarne przodowników pracy. Jest
sierpień wyją syreny w fabryce łożysk.
tocznych. Zacierają się tryby socjalizmu.




Targi





Pewuka, Wieża Górnośląska. Tak, w Poznaniu
jest wieża z węgla, 
i ludzie ogrzewają się,
i dzieci rysują na murach- wolność-
węglem. 
                     Przed wojną był tu cmentarz 
Świętomarciński, gdzie są szczątki
Hipolita Cegielskiego, nikt nie wie.




Karuzela


Przyjechała karuzela na Dębiec,
będą krążyć mieszkańcy,
i muzyka będzie z blaszanych głośników.

Kupię ci pierścionek z oczkiem,
korale czerwone. 
Aż do nocy skrzypieć będą łańcuchy.

Potem już tylko brama piekieł
i sosnowe łóżko. O tym w wierszu
będę milczał, przyrzekam. Ale zaśpiewam
rankiem przy roznoszeniu mleka

i to mleko będzie słodsze. 





Zabawa w wojnę


Dzieci bawią się w wojnę
karabiny z drewna
granaty z puszek. W rozwalonym 
budynku są jeszcze kawałki murów,
schody do piwnicy, w pomieszczeniach
okienka strzelnicze. Nikt nie chce
umierać, wszyscy pragnąć żyć
dla kraju, dla tej ulicy na której 
życie zaczyna się od konnego wozu
z chlebem. O świcie kopyta 
zwiastują nowy dzień.
Po nich rusza muzyka i nadlatują
wróble, symbol wysypki
powojennego rocznika.



Dziewczyna


Moja dziewczyna będzie 
ale jeszcze mam dużo do zrobienia,
nie chcę aby kładła się spać
beze mnie, albo wysyłała paczki
na adres cyfrowy.

Kraj jest świetlicą
czytamy i pijemy kawę turek,
nikt o nic nie pyta,
bo odpowiedź jest brzytwą.
Czekamy świtu o nazwie jutrzenka
oby nie była ślepa jak jej matka-Aurora. 






Sen tropikalny



Miałem sen o Ameryce,
że leży sobie i pali cygaro kubańskie,
ja palę klubowe
z bożej łaski, a jedyny ocean
to emaliowana wanna.

Wyprawy dalekomorskie piórem
są niebezpieczne. Podobnie
jazda rowerem marki Mesko
ulicą Zwierzyniecką.
Małe zoo przyświeca dżungli
która za płotem 
jest w porze deszczu.

Zenitalne jedynie moje genitalia. 







Kwiecień, plecień



Imieniny patrona, pójdę świętować
grać w zielone. Będzie picie, będzie 
modlitwa za porzuconych, przepadłych.

Zamiar nie zawsze dociera 
chęci są lotne, i jeszcze w mgławicy
trzeba wybierać,  wszystko co chroni
przed upadkiem. Mój Poznań ma 
dyfteryt na wiosnę. Od pewnego czasu
zżerany przez mole muszę płukać
gardło. Świeże mięso na ulicy,
śpiewają sukienki o swoich ciałach
a ja głupszy ich wdziękiem, słyszę
tylko westchnienia kolan o czułą rękę.

Jakby w imię tego zesztywniał mi palec. 




1 maja


W maju zawsze pochód, 
festyn dookoła Areny, poeci 
pod parasolami, 
ludzie w kółko chodzą z balonami.

Upatrzyłem sobie dziewczynę,
pies ma ochotę na parówkę,
biedronka na sukienkę w kwiaty.

Rumieni się słońce 
bledną afisze pochwalające robotę,
trzeba to oblać, bo jak nie, to 
zjawią się mole gryzące
i Sahara się zjawi paląca
i dziewczyna nie puści oka
które potoczy się aleją, 
a ja za nim jak dziecko. 

    




Geografia


Ulica Głogowska w Poznaniu
prowadzi w kierunku Wrocławia
i Zielonej Góry, przez Stęszew,
Wolsztyn. Maluchem dwie godziny
do Bachusa, na Psie Pole, trzy.

Geografia roznosiciela mleka 
jest krucha. Mylą się kierunki
tylko piętra zawsze prowadzą do 
nieba, asfalt jest piekielny, 
rowy jak groby z krzyżami, co 
kilometr pali się znicz. Jadę zda się
alejką cmentarza, do Strykowa.






Szkolenie BHP



Piwo bez piany to poezja bez puenty
i dziewczyna bez korali.

Służę radą skacowanym poetom
lepiej pić pod akordeon
szybciej paruje denaturat.

Nie jest na kartki,

i miłości nie trzeba wycinać nożyczkami
i o chleb się modlić nocami,
(dziesiąty stopień zasilania żarówki)
trzeci stopień skażenia nerwów,
(wiersz bluźni na demokrację) wtedy.

I nie kłamie. A powietrze uchodzi z płuc
nasiąknięte opiłkami metalu. 

Bóg mi radzi zdjąć kajdany.
A ja pytam, które. Te z Wersalu?






Pytanie bez odpowiedzi


Trzeba się modlić.
Modlitwa to jutro, pojutrze i dalej
aż do krzywizny nieba.

O jeden cal zawsze jesteśmy tutaj,
mrugnięcie powieką
strzepanie popiołu z papierosa.

Mówią mi dotykaj, 
próbuj- wtedy będziesz naprawdę.
A co we śnie, pytam.
Dotykają mnie palce niewidoczne.
W przebudzeniu radość.
W uśmiechu kawałek słońca
płacz zawsze zlizuje gorycz.

Jeśli wątpliwe jest jutro
co zatem na spokój i trwałość.

Wiara odpowiadam- święty jej spokój.
   






Radość o północy (nie mylić z porankiem)




Pić bez zagrychy to kochać od góry
do talii. Wczoraj kochałem w tramwaju
aż do pętli. I jeszcze dalej,
na krześle przy kolacji i w wannie.

Kochałem jak głupi obraz w pamięci.
Wiersz od tego ma wypieki
kilka wersów się zbuntowało
jedna metafora zasłabła, a strofy 
skłócone jak sąsiadki z piętra
przez judasza obserwują klatkę
za każdą postacią jak roztwór obojętną.

Albo kwaśną z grymasem na półpiętrze.
Moja młodość wierci się w windzie.
A kiedy gaśnie światło jestem jak pędrak
poszukujący ofiary w rozkładzie. 








Wielki balon


Bruno mówi że przyjdzie straszyć
ja nie muszę i za żywota uciekają ode mnie
a co dopiero po śmierci. 

Podchodzę do stolika, facet kończy kotleta
w ubikacji ustępują mi miejsca
nawet we śnie jest luźno, puste pociągi
i magazyny spożywcze, na stawach 
rybnych hula wiatr, borsuki marzną
na skóry, na eksport. Uciekam stąd
aby przede mną nie uciekali.
Przestaję pić bo inni z suchot umierają.
I kochać się wstrzymuję na czas kiedy
inni zechcą umoczyć, choć na chwilę.

Inaczej pęknie ten balon dymany przez 
lata. A ja chcę jeszcze trochę polatać.







Sen 


Najkrótsza droga do nieba prowadzi
przez Mosinę. Wymyślam zakończenie
sztuki w dwóch odsłonach:
życie, robota. I epilog- sterta śmieci
(nie złomu Borowskiego)
czy innego żelastwa, które się wala po 
budowach. Albo zwykły tapczan
po umrzyku, krzesło bez jednej nogi.

Przedmioty użyteczne a jednak odłogi.

Tak i ja zbyteczny. Gdzieś wyląduję
pod niebem. I będzie mi do twarzy 
w tej scenerii. I śmierć nie będzie miała 
wiele do roboty. Ze mną. 





Linia numer dwa, szósta trzydzieści


Dziewczyna codziennie rano zmierza Kosynierską
w kierunku Głogowskiej. Z okna ją poznałem
dotknąłem w tramwaju niby przypadkiem.

Odtąd wstaję rano punktualnie,
dokładniej się golę, smaruje kremem usta
nie daj boże coś brudnego wypłynie
albo słowa się zbuntują i pomyjami chlusną.

Ale ja przecież nie Bursa ani inny buntownik.
Jak co piękne to chwalę
biorę za wzór i wrzucam do wiersza
Nawet po brudnej robocie, albo ciepłym
piwsku- potrafię się wyzwolić.

Kajdany to żadne, mimo że przyciasne.
Ale czując bliskość dziewczęcego ciała, 
modlę się o ciżbę, wieczne prasowanie.
a nawet tarlisko. I w nim umieranie. 






Wszystko 


Moje wszystko, tam za oknem.
Dziurawe, pełne rysów, pęknięć.
Moje pół pod stopami. Odrobina
powietrza wystarczy aby podnieść
kamień. Duży, ociekający krwią.

W ciszy rośnie dąb, a podczas
burzy poezja chwyta pioruny, deszcz
wsiąka w metafory. Nie pragnę 
niczego więcej. Może orlego pióra
na biurku przy atramencie. Albo

kropelki szczęścia kiedy piszę: nie mam,

Całość z kominów i piwnic. 
Tutaj będę szczytem, dla równin i dolin. 
Może poezja weźmie mnie za rękę, 
chłopca który chciał opisać na rzece 
przerębel. I utonął.





Ozon


Nocna burza trafi do wiersza rano
z bułką i mlekiem w ogrodowej altanie
do pracy nie pójdzie i na spacer z psem
zebrana ładunek po ładunku w głowie
będzie czynić spustoszenie nadal
aż pęknie jedna z żył i wycieknie z krwią
każde wyładowanie, błysk każdy
w wierszu nic nie ostanie tylko sierść.

   
  


Film niemy z muzycznym podkładem


Naucz mnie ostatniej gry, bez kart i kości
powiedz bez żalu dokąd mi iść
prawda nigdy nie była ze mną,
rośliny przedmioty użyteczne
są, ale nie ma powodu aby je brać pod
rozwagę, nowe treści bolą,
sny przychodzą nie chcą zagościć.

do wczoraj papier miał moją twarz
pojawiało się słońce jakby chciało
mieć wgląd do moich wnętrzności
do głowy nie zajrzy nawet martwy ptak
za oknem seans z dwojgiem młodych
ona z pamięci on z przyszłości.

















(publikacja za zgodą autora)




Jak Palony kochał Czeszki

Na Nakladni spokój już, tylko Beda i Jan wypisują miejscówki, nie zasną bez miejsca przeznaczeń, alkohol spręża płetwy, płyną, a dzień tuż, tuż. Kroki staruszki na piętrze jakby wolniejsze- pewnie już weszła na Bożi Dar. Pisał Jan Palony w przeddzień powrotu do domu, z budowy, na której pozostawił odcisk swojej pięści przy wejściu głównym do stacji kolejki linowej na Imperial w Karlovyh Varach. Pozostawił też kilka wybitych szyb w Brixie, wyszynku podłej klasy z piwem i parkami libereckimi na zakąskę. Konec sveta mówiła Jarka, kelnerka z doświadczeniem dla takich jak Jan, stawiała kreski, i grube też stawiała za każdą wybitą szybę, za każde przekleństwo nie w obcym języku powiedziane, ale po czesku. Jan znał kilka języków, dał temu dowód w Olimpii podczas dancigu, kiedy uświadamiał Bułgarów kim jest Żiwkow, natomiast Ruskich spowiadał za grzechy popełnione nad Wisłą, spór doprowadził do kilku butelek wódki, na zmianę stawianych, aż w końcu jeden z Czechów w roli rozjemcy, narysował na kontuarze baru, grubą krechę. Palony powiedział po francusku- merde, co ja przetłumaczyłem na ruski- że wsio w pariadkie. I tak spór przerodził się w drużbę przedstawicieli kilku narodów, tu w Wodach przy znacznym udziale Becherovki, umocowaną jak podmurówka na Imperialu. To była drużba- beton z żelazem bez podsypki i bez pomocy rusztowań., albowiem Palonemu gdy ktoś chciał szepnąć do ucha słówko, brał krzesło. Nie mam sobie nic do zarzucenia, jedynie worek cementu wyniesiony z budowy, nie jeden z resztą i nie ostatni- Palony był grzeczny jak anioł, w stosunku do kobiet nawet szarmancki, niezależnie po ilu piwach całował rączki, Mój świat jest brzydki dlatego muszę być ładny, i pisać muszę o nim, bo ucieka jak ekspress, a ja co rusz to w innym miejscu. Piszę na serwetkach, raz nawet na mankiecie białej koszuli, wers napisałem wesoły, kiedy płakała kobieta po rozstaniu z chłopem. Później mankiet odciąłem nożyczkami w ubikacji i wręczyłem kobiecie aby przywrócić jej uśmiech:

nie płacz kochanie
świat jest piękny i dla wszystkich
zrozum swoje łzy 
i nie roń nadaremnie
pójdziesz ponad żalem
i zmieni się wszystko
twoje usta znajdą usta
rozgrzane, jeśli nie sercem
to różaną wódką.


Powrót Palonego do domu poruszył pasażerów pociągu relacji Praga- Wrocław..Wracali całą brygadą, Bigiel Kurtkowy, od płytek. Kurtkowy dlatego, bo sypiał w kurtce, ilekroć wracał nawalony z Brixa: rano trzeba wstawać do pracy, więc po co się rozbierać. Drugim w szeregu był Hujaga, operator betoniarki, w cywilu właściciel kiosku z kwiatami przy cmentarzu, i kilku Goliatów, tak nazywano murarzy z Konina. Nie do zdarcia, nie do rozerwania, nawet kiedy jeden z nich urodził kilka kamieni po kuracji wodnej ze źródła numer sześćdziesiąt sześć. Nie wył, nie płakał, tylko rozbił lustro w toalecie. Więc cała brygada najpierw pożegnała Holki z pobliskiej szwalni, Palony pożegnał trzy blondyki, jedna rodem z Podjebrad, druga krajanka Rumcajsa, trzecia z Pilzna, gdzie Palony tańczył z nią na lodzie, i skończyło się to naruszeniem kilku zębów. Dziewczyny płakały a najbardziej blondynka z Podjebrad, żywiła bowiem nadzieję, że będzie miała z Palonym niemałe stadko.. Z Pragi ruszyli obładowani piwskiem i wódą, do Poznania daleko, a po drodze trzeba będzie częstować co niektórego. I rzeczywiście, w Hradcu wsiadło kilku mundurowych, po służbie wracali do domu, jednego kielonka Polakom nie mogli odmówić. Od słowa do słowa, od piwka do piwka, od piwka do wódki i zrobiło się sennie, tak sennie, że aż mroczno, i mundurowi obudzili się we Wrocławiu, a mieli wysiąść w Nachodzie. Jeden nawet zostawił raportówkę w przedziale i Palony musiał wyrzucił ją przez okno. Opisał później ten fragment w taki oto sposób:

Z Hradec do Wrocławia
jest trzy butelki wódki
i skrzynka piwa. Przegryzane
smutkiem, że to koniec Polki
w Czechach.  
                   Nasze wątroby 
są już wolne, serca wrócą 
do żon, wiersze nie puszczą
pary z bebechów. Jest gorzko
a z gorzkiego cukier, prosty
jak żelazna kolej. 


Wiersze Palonego ujrzą kiedyś światło dzienne, jakimś cudem się uchowały, szukałem ich wszędzie, nie bardzo wiedząc że je mam, kilka przeprowadzek, pomieszane kartony, i pamięć z której znikły. Warto czasem dokonywać inwentury, człowiek nie ma pojęcia co posiada, a jak sięgnąć głębiej, znajdzie sie i to, czego nie było. A wierszy Palonego jak sądziłem, nie było. A są.

Jerzy Beniamin Zimny
   











piątek, 2 marca 2012

Każdy może być poetą

Powiedział kiedyś Jan Palony, drwal z zawodu, kamieniarz z powołania. I stawiał nagrobki z lastryka, czasem trafił się granit strzegomski, albo sjenit, czarny jak jego wąsy, na których osiadał pył po szlifowaniu na sucho obelisków. Palony wiele widział, jeszcze więcej słyszał, ale milczek z niego był, dopiero po kilku kieliszkach wyjeżdżał ze swoją wątrobą do wszystkich. A miał na niej wiele życiowych złogów. Trzy miłości wybrakowane, kilka szram na ciele, dwa uszyte welony i jedna zapowiedź w parafii gdzieś na zachodnim krańcu Polski. Palony szył swoje życie grubym ściegiem. Każdy może być poetą; mawiał, najczęściej na cmentarzu, bo to miejsce najbardziej liryczne, ptaków tu więcej, i wdów okazałych, kwiaty więdną wolniej bo służą zmarłym. Palony służył kobietom przynosząc w wiaderkach wodę, czasem grabkami nagrobek obskoczył, był przy tym szarmancki choć w kombinezonie, z dziurami na kolanach. To od wiecznych modłów za dusze zmarłych. A wdowy zawsze wypytywało o niego. Panie gdzie ten z wąsami? Czy jutro będzie, przyjdę z jabłecznikiem, bo lubi. I takie to było Palone w pracy, także w tramwaju na pętli Junikowskiej, aż do Bałtyku, na którego miejscu teraz Sheraton się rozpłaszczył i takich jak Jan posyła do diabła. Pisał swoje wiersze na wietrze, ustami, roznosiły się po alejkach cmentarnych, w słoneczne dni więcej ich było, podczas deszczu Palony milczał, albo powtarzał kilka wersów, które znaliśmy już na pamięć:  

Kiedy się obudzisz
zapal giewonta i idź na całość 
świat ma cztery strony
ulica jeden kierunek
zawsze do gardła 
nigdy z powrotem, chyba
że za tobą idzie dama. 


Razu pewnego Palony zniknął na jakiś czas, ludzie cmentarza mówili, że jest na saksach, podobno w Czechach. Różne wieści krążyły, nawet ktoś pochował Jana, inny wysłał do stolicy na budowę metra, a on więzienie centralne budował w Wiedniu, i stację kolejki w Karlovych Varach. Byliśmy tam razem, ale na Seszele  poleciałem sam, i miał mi za złe, że nie dałem mu cynka. Pewnego dnia pojawił się w czerwonych szelkach, do siekiery i młotka dorzuciłem certyfikat maklera giełdowego. Ale nocami roznoszę mleko po blokach, nie mogę pozostawić dobrych ludzi na łasce losu. Napisałem kilka wierszy, na papierze, długopisem, to jest koniec świata i mojego gardłowania. Na cmentarz wrócę, ale nie sam, wyniosą mnie na ramionach, w upalny dzień koledzy:


a kiedy umrę
włóżcie mi do trumny siekierę
wrzućcie mi giewonty i plecak
i tego motyla, któregom przyszpilił
nocą, kiedy pukali do drzwi
wojenni, we śnie krążył
a oni go spłoszyli 
byłem tym motylem w ciężarówce
skuty jak kamień 
ofiarny.


Każdy może być poetą, Palonego spotkała zasłużona kara,  nadział się wreszcie na widelec pewnej, młodej wdowy i wyszło mu to dobrze na wątrobę. Przestał pić, przestał budować, o roznoszeniu mleka zapomniał, wierszy nie pisze, tylko...maluje pejzaże w ogrodzie, u jego boku wnuczęta, lepią z plasteliny dziadka do orzechów, bo Palony ma jeszcze wszystkie zęby. Laska z nim chodzi od czasu słynnego skoku z pociągu relacji Głogusz- Kije, kilka śrub i jeden przegub zabierze ze sobą do trumny. Przynajmniej zainteresują się mną złomiarze, bo to elementy szlachetne, niklowane. Żona dużo młodsza podaje kawę, pijemy w cieniu altany, Jan żartuje jak zwykle, moja kobita, to całkiem Malajka, jeszcze nie posiwiała, na dole, też. Obrazy Palonego przypominają mi Majorkę, tyle że palmy z Seszeli są endemiczne a ich owoce  skuteczniejsze od Viagry. Palony ma czwórkę dzieci, machnięte po czterdziestce. Każdy może być poetą w swoim zawodzie. Czyż nie?

Jerzy Beniamin Zimny