poniedziałek, 20 lutego 2012

Kulki rtęci na Gare Saint-Lazare



Tytuł artykułu naszedł mnie w nocy, za sprawą impresjonizmu, który jak cień kładzie się na poezji W. Roszkowskiego. Wymyślili kolory które nie istnieją, może jedynie jaskrawa jest czerwień ścian katedry, albo  nalot dmuchawców na Paryż, wtedy pachniesz tak, że nie można żyć. Celowo przytoczyłem dwa wersy innego Wojtka podobnie zainspirowanego sztuką farb, z tą różnicą, że Roszkowskiemu bliższy jest impresjonizm, Czerniawski gustował w surrealistach, zwłaszcza Bosch był aniołem jego inspiracji, Monet Roszkowskiego jest bardzo dzisiejszy, może dlatego jego bohater wymyślił kolory które nie istnieją. I w wolnych chwilach. kopiuje płótno mistrza

Co robią kulki rtęci na słynnym paryskim dworcu. Znalazły się tutaj przypadkiem, może to jedyne miejsce gdzie można zaistnieć nie będąc tutaj nigdy? Zawsze będziemy mieli swój Paryż. Bo tutaj można kraść turyńskie pocałunki, a dziewczyny noszą t-shirty z podobizną madonny,  natomiast  prawda dojrzewa w winie. Nie wykluczone, że w paryskich kafejkach podawanym. Jest jeszcze coś z Vermeera u Roszkowskiego, gra świateł którymi poeta posługuje się w taki sposób, jakby poszukiwał najistotniejszych cech w tym co widzi, to co chce podkreślić i to, co trzeba ukryć, przed okiem człowieka ponieważ może być źródłem fałszywego osądu. Jeden z brudnych aniołów wpełza mi pod stopy, kradnie palestynę, może za wcześnie, a może za późno na cokolwiek, na łatanie dziur w krzyżu, w dłoniach i zębach. ropne przetoki od kości, plamy- tak ma wyglądać chustka weroniki?  Tak, jak Vermeer posługiwał się światłem aby skrywać to co zamierzał, tak Roszkowski posługuje się językiem, oszczędną metaforą, używa tropów nie wprost, lecz buduje z nich obrazy nie przejaskrawione, językiem delikatnym czystym, pozbawianym patosu, moralitetu, swój podmiot ogranicza do roli narratora.


(........)


Dwie książki poetyckie, jedna sprzed 36 lat, druga świeżutka, pachnąca jeszcze farbą drukarską. Co je łączy? Sztuka obrazu, fascynacje odnoszone do stolicy artystycznego świata, Paryża? Nie sądzę. Ale inspiracje stamtąd, jak najbardziej, tyle że przemycone do naszej rzeczywistości w kraju nad Wisłą. Jest jeszcze jeden element tego porównania, bardziej istotny od przyczynku powstania tych książek. Otóż debiut Czerniawskiego wbił się jakby klinem w nurt Nowej fali, natomiast Roszkowski zadeklarował swoją odmienność  na dzień dzisiejszy. Trudno o jednoznaczną opinię, czy tak w istocie jest. Dlatego wstrzymam się do czasu, kiedy odwiedzę Dworzec Świętego Łazarza. 

Jerzy Beniamin Zimny


(fragment większej całości)



  



niedziela, 19 lutego 2012

Beata w Starym Kinie

Jakub był tak przejęty, że Magda wchodziła słowami jak sufler w teatrze dramatycznym. Kukor piwo popijał, Jantarek siedział cicho, w pobliżu Cicho, a w jej przebraniu- Dorota też popijała tyle, że nie piwo. Nie zaglądałem do szkła, ale mogę zaręczyć szlachetność pochodzenia trunku. Ciąg dalszy wielkiej poezji w Starym Kinie, życzę Magdzie i Jakubowi wytrwałości kukorowej, znaczy uniwersalnej na wszystkie pogody i zmory jestestwa, niezależnie od profesji i nastrojów społecznych. Beata przyjechała z Gorzowa, a to przecież poetyckie miasto, oj dzieje się tam dużo, oj mieszają miejscowi w krajowym garnuszku, a i animatorów i bossów sztuki u nich pod dostatek, Za sprawą Czesia Gandy mają się dobrze, coraz lepiej. Tyle mojego nakręcenia w temacie Beaty. Nowy tom wydany w zacnej Oficynie, jednej z najlepszej w kraju. Tak, Zeszyty Poetyckie liczą się. Debiuty tam wydane są bardzo ciekawe, ostatnio czytałem kilka, wymienię: Agnieszki Gałązka, Jakuba Sajkowskiego, no i pojawił się Kukorowski, postać bardzo kontrowersyjna, dla mnie przynajmniej, i tak go lubię jak i nie cierpię, chociaż pierwej, tośmy wiele układali dobrego. Niech Tagi popłyną w Polskę, a ja będę śledził poczynania moich dawnych znajomych, oj dawno to było. Krzysztof Szymoniak, genialny w swoich reportażach na łamach Nurtu. Nie zapomnę: Tak pięknie lato zaczęło się w Pyzdrach. albo słynne już podróże koleją roboczą na szlaku Poznań- Zbąszynek. Miły wieczór Beaty, i do zobaczenia w Polsce.

JBZ 

Srebrna gra

Wiersze Gabrieli Szubstarskiej próbują zatrzymać lirycznie przemijające- zbyt szybko i łatwo-chwile życia; ktoś w nich odchodzi, ktoś inny z nadzieją czeka, wczoraj na tym drzewie śpiewał ptak, a dzisiaj już go nie słychać, kiedyś przebiegała sarna.
Te wiersze są niczym muzyczne preludia- pomiędzy linijkami można usłyszeć tkliwe krople deszczu, a może łzy, których nie można powstrzymać, dalekie echa dziecięcej modlitwy, cierpienie płonącej gałązki, lub szept spadającej gwiazdy. I tyle w nich kolorów- tutaj uczucia i nastroje mają swoje barwy, jakby na odczarowanie smutku, albo jako magiczne zaklęcia.
Gabriela Szubstarska układa wiersze i ze smutku i lirycznej wrażliwości. Do jej liryki w Srebrnej grze chce się przytulić.
Pisze we wstępie do tomu Aleksander Jurewicz.
W istocie, poezja Szubstarskiej jest lekka jak piórko, barwna nastrojowa, oszczędna w doborze słów, jednocześnie przebogata w treść, obrazy a język- czysty jak kropla rosy porannej na liściu:


lubię las
tam biegnie srebrna
wylizywać rany
drzewa zacierają czerwony ślad


nie
to nie łzy to deszcz
po deszczu zostają niczyje kałuże
i echo dziecięcej modlitwy


ufam drewnianym kapliczkom
rekom składającym przy nich kwiaty
opowiedz im swój sen


O sobie poetka pisze tak:

nie potrafię mówić
cudzym głosem
lubię słowa 
które przylegają do ciała 
jak woda


biegnę od chwili do chwili
niczym szachowy konik
bez wędzidła


Jest to jak sądzę, poetyckie credo Szubstarskiej. Czytałem wszystkie tomy poetki, uderza w nich konsekwencja z jaką kreuje swój poznany świat, i to wszystko co istnieje a dostrzec nie można gołym okiem.

(fragmenty większej całości)

  

sobota, 18 lutego 2012

kolekcja bursztynowych traszek






Kolekcja, nie wierszy, ale kolekcja pomieszczona w wierszach- wszystkiego, co wydarzyło się w życiu poetki, godnego uwagi, ważnego i wartego lirycznego ujęcia, zapamiętania. Debiut- zdarzeń, obrazów, stanów i uniesień podmiotu, kreacji tam gdzie tego wymaga przesłanie a zawodzi pamięć. Obraz po obrazie jawi się w tych wierszach, tak rzeczywiście i klarownie jakby wszystko zdarzyło się wczoraj i jest dramatycznie prawdziwe. Poezja Elżbiety Tylendy jest wyrwana z życia, istotną rolę odgrywa tu czas, czas przeszły, jak najbardziej osobisty a także w wymiarze i ocenie społecznej. Podmiot liryczny, najczęściej narrator, imponuje językiem, bez zapędów w gąszcz pojęć, symboli i kodów, zachowując przy tym wszystkie cechy poezji. Wiele wierszy ma charakter dokumentu, swoistego raportu pisanego na gorąco, a także przywoływane są retrospekcje stanowiące podkład, tło do przekazu współczesnego, a także przeplatanie, nakładanie na siebie wątków z różnych okresów, aż do lat dzieciństwa. Dominuje jednak teraźniejszość, przy czym podmiot, deklaruje swój dystans do tego, o czym mówi, co obrazuje, opisuje z pietyzmem, nie szczędząc przy tym pięknego języka, zmierzając do uderzającej puenty, uniwersalnej w przesłaniu, nie rzadko ironicznej, ale pozbawionej banału.
Nie mam wątpliwości, że jest to debiut dojrzały, dojrzałej, ukształtowanej już poetki. Z czasem, przy wykorzystaniu „zbiornika czasu” jako podstawowego źródła inspiracji. Nie dostrzegam jednak elementów, archetypów lokalnych, środowiskowych, odwzorowania nurtów poetyckich, czy wzoru o charakterze podmiotu. Nie mogę też powiedzieć, że jest to debiut spóźniony mając na uwadze te same kryteria. A przecież poetka była świadkiem dokonań Nowej Fali, obcowała zapewne z poezją liderów Brulionu, nie pomijając współczesnej awangardy. Zatem mogę zasygnalizować czytelnikowi, w pewnym sensie, odrębność poetycką i udaną próbę jej realizacji, przynajmniej w wymiarze omawianej „Kolekcji”, a także wierszy rozproszonych, które czytałem tu i ówdzie.
Wiele miejsca podmiot poświęca tematowi przemijania, egzystencji w wymiarze rodziny, związku dwojga. Najczęściej spotykamy rozgoryczenie, bezradność, żal i smutek. U Tylendy jest inaczej, co najwyżej zatrzymanie w pół drogi, pół drogi obcowania ze sobą, i nie zawsze ciepłe przechodzi w zimne, i nie zawsze zanikają wspólne linie papilarne. Optymizm tchnie z tych wierszy, nadzieja, zawsze nadzieja, mimo jej widocznego braku. Kto szuka wsparcia, znajduje je, także w tej poezji kolekcjonującej najlepsze stany, obrazy i rekwizyty godnego życia, pozbawionego niekiedy szans na lepsze, i tak koniecznych wygód będących celem dążeń współczesnego, konsumpcyjnego świata.
Od tego jest poezja, nie rzadko jako zamiennik, ale nie surogat, z pewnością dodatkowa wartość, której warto się poddać dla zrównoważenia nadmiaru fizycznych potrzeb.
Przy lekturze tej książki czytelnik znajduje wiele odpowiedzi na odwieczne pytania dotyczące sensu życia jednostki w okazałym i bezwzględnym świecie zjawisk, stosunków międzyludzkich z różnych dziedzin. W szczególności, czas jest tutaj wyartykułowany najbardziej, i to w sposób odbiegający od stosowanych powszechnie miar. Autorka uzmysławia pojęcie przemijania przy pomocy miejsc i zdarzeń charakterystycznych dla każdego okresu życia podmiotu. Widzimy tutaj kolekcję obrazów, z obiektami istotnymi dla autorki, w wiernie oddanym klimacie, towarzyszącym temu wszystkiemu, a także wyartykułowany jest dotychczasowy rozrachunek, ale nie ten ostateczny. Mam nadzieję, że ten dojrzały debiut, nie będzie zamkniętą kolekcją i poetka pokusi się o jej kontynuację w następnych książkach.
Nie jest tajemnicą, że Kolekcja powinna ukazać się jako debiut wyłowiony na konkursie im. S. Różewicza w Radomsku w 2010 r. Spośród dwustu siedemdziesięciu autorów, jury wybrało do nagrody głównej wiersze E. Tylendy.  Stało się jednak inaczej, za sprawą wymogów regulaminu. Co nie umniejsza sukcesu poetki.

Drugie uderzenie przyjąłem w Dąbkach na przystanku autobusowym - czekaliśmy na pojazd widmo, może stamtąd albo znikąd, papieros smakował jak przekąska po wypiciu czegoś mocnego, czegoś czego nie było w zasięgu dłoni. Napisy na murze, jedyna sceneria do rozmowy o znikających punktach zaczepienia z życiem, życiem o którym się  pisze w wierszach, bo w zasięgu wzroku panuje niepodzielnie drapieżna rzeczywistość, z której trzeba odsiewać wszystko niepożądane, wątpliwych wartości. Dnia traszki nie było, był wieczór z zachodzącym słońcem, obskurny mur zdobił nasze sylwetki spowite dymem. Kuracjusze z politowaniem zerkali na nas; miałem wyrzuty sumienia, że narażam poetkę na uszczypliwe uwagi, żaden z obserwatorów nie miał pojęcia, że w tym momencie, w promieniach zachodzącego słońca zaczynają się wydłużać nasze cienie. Pomyślałem- jest dobrze, będzie jeszcze lepiej, przyroda dodaje nam wigoru, nawet nocami wędrują nasze myśli na południe, gdzie krzyżują się szlaki desperatów nam podobnym. Piękne to zatracenie, dopiero tutaj zrozumiałem jak ważne jest to, co człowiek robi w uniesieniu nie zważając na konsekwencje. W mojej głowie usadowiła się traszka, żółte plamki jej ubarwienia zlewały się z czerwienią, nie wiem dlaczego wszystko, co piękne natychmiast znika? może to kosmos lub wpływ kasztanowca pod którym zbyt często długie przebywanie... człowiek dorosły podobno się zmienia siedem razy w życiu...stoimy właśnie pod kasztanowcem w Dąbkach, jak na zawołanie wieczór skrywający naszą ułomność tutaj, chwila słabości( ale tylko chwila) bo za moment pochłonie nas osobisty mrok, przy lampce zaczniemy bilansować za i przeciw. Rankiem wyjdzie znów to, co nam najbardziej doskwiera i to, co cieszy, choć przez chwilę. Tak czy inaczej.. w każdym przypadku pozostaje niedopowiedziana reszta. Zdefiniować ją, to nasze zadanie na przyszłość.


piątek, 17 lutego 2012

Źródło i śmierć


KAROL SAMSEL

Źródło i śmierć.

Fenomenologia jako egzegeza literacka.

Wraz z erozją semantyk literackich, Finnegans Wake Jamesa Joyce’a i Kosmosem Witolda Gombrowicza, puls literatury się zatrzymał. Nie tylko czas w literaturze, lecz także kategorie czasowości: aktualność, wieczność, regres (upływ), persewerację (utrzymanie), zastąpiła idea czasu fantomowego. Podobnej desubstancjalizacji poddana została idei przestrzeni. Miejsce, czyli topos, zostało zlikwidowane, jego usunięcie zaś pociągnęło za sobą utratę umiejscowienia, tj. topiki, innymi słowy: śmierć tematu literackiego. Achronia, atopia i atemia wydają się zmierzać ku pełnej idealizacji pojęcia literackości – semioza, z której usunięto kontekst, musi w efekcie doprowadzić do redukcji do semu idealnego, tj. do milczenia. Tym przecież, tj. negacją odbytej wędrówki, byłoby w literaturze skrajne spełnienie ideału redditus ince ipsum.
O ile rzeczywiście doszłoby do tego, co określiłem śmiercią tematu literackiego, nie wskazywałoby to na nic innego poza doniosłym, fenomenologicznym błędem. Fenomenologia nie jest tanatologią, erozji – jakkolwiek rozumianej: semantycznej, epistemicznej bądź metafizycznej – nie sposób uznać za powrót ku źródłom. W zakończeniu Medytacji kartezjańskich Edmund Husserl stwierdza wręcz, że:

Konsekwentnie przeprowadzona fenomenologia konstruuje […] formy wszelkich dających się pomyśleć światów […]; dokonuje tego w sposób pierwotny, […] jest punktem wyjścia dla radykalnego ujaśnienia sensu i źródeł pojęć świata, przyrody, przestrzeni, czasu, istoty żywej, człowieka, duszy, ciała żywego, wspólnoty społecznej, kultury itd.

Warto pozostać przez chwilę przy tym zapewnieniu Husserla. W jego świetle bowiem fenomenologia nie wydaje się już negacją, lecz raczej – ideą pierwszej, do tego stopnia rozwiniętej, negatywnej egzegezy świata myśli. Zarówno źródło, jak i śmierć stają się w tym ujęciu przedmiotem tej samej redukcji doświadczenia transcendentalnego, tj. jak zapewne wskazałby sam Husserl: są przybliżeniami tego samego przedmiotu, połączonymi ze sobą przez abstrakcję transcendentalną nicią przewodnią. Trudno zapewne ostatecznie ocenić wytrzymałość tej nici, niemniej jednak o samym spojeniu nie sposób wątpić. Źródło i śmierć istnieją w sobie i według siebie, nie osuwają się w entropię i nie rodzą tego, co Edward Balcerzan określał mianem przeklętego olśnienia. Fenomenologia bowiem jest i ma pozostać pocieszającą wiedzą o przedmiocie.
Trudno badać poetów fenomenologicznej pociechy. Z jednej strony są oni przecież świadkami śmierci tematu literackiego, z drugiej jednak pozostają w zagadkowy, niemniej jednak transcendentalny sposób, wpisani w literackość. Jak się wydaje, dobrze opisują ich kategorie filozoficznego witalizmu: najwyraźniej można mówić o nich jako o poetach odnowionych, zregenerowanych i odświeżonych. Pojęcie odrodzenia dotyczy w tym wypadku zarówno odnowy semantycznej, jak i językowej tekstu. Co jednak wymaga podkreślenia: witalność nie dotyka świata przedstawionego ich wierszy. Poeci fenomenologicznej pociechy pozostają lub mogą pozostawać pesymistami, a wręcz uchodzić w oczach interpretatorów za „tanatologów”. Do grona piszących w ten sposób skłonny byłbym zaliczyć wielu – tego rodzaju egzegezy domagają się m. in. Dariusz Dziurzyński i jego Symultana oraz Rafał Kwiatkowski i Twarde O. Przedstawię jednak tylko dwóch: Jerzego Beniamina Zimnego, autora tomiku Dystans (2009) i Macieja Woźniaka, twórcę Ucieczki z Elei (2010).
Zarówno Zimny, jak i Woźniak są „tanatologami” – zaświadczywszy o achronii, atopii i atemii świata przedstawionego, dokonują jednak zwrotów w przeciwnych kierunkach. Zimny zmierza ku nowej fenomenologii i regeneruje literackość, ustanawiając ją przedmiotem namysłu poety, lub inaczej: czyniąc literackość ostatnim z wielkich tematów literackich, nie zaś – jak postępowano dotychczas: uznając ją za ramę lub model dzieła pisanego. Ze śmierci literackości rozumianej jako obramowanie utworu poetyckiego rodzi się w wierszach Zimnego literackość jako przedmiot, temat i kierunek egzegezy, tj. jako obiekt redukcji fenomenologicznej. Mówiąc w uproszczeniu – literackość jako ego mówiące wiersza:

Pomyśl pomyśl głęboko aż
do wnętrzności swoich może nawet
głębiej tak jak potrafisz i nic, że
na ciebie patrzą teraz te wewnętrzne oczy

Zachowaj […]
tę szatę sumienia z łatami i cerami
jedyne twoje odzienie, gdy tak otacza
cię pieśń wyjęta z czyjegoś gardła,
dobita za rozlegający się sens.

(J. B. Zimny, W polu widzenia)

Trudno rekonstruować abstrakcyjną sytuację z wiersza Zimnego. Ujmując finał utworu literalnie: rozlegający się sens przyczynia się do dobicia pieśni. Innymi słowy – sens pochłania literackość, a nasycanie znaczeń jest równoczesnym zanikaniem wartości literackiej. Nową literackością – w obliczu śmierci tematu literackiego – staje się triumfujący sens. Fenomenologia wyznacza twórczości nowy przedmiot, regeneruje i weryfikuje semantyki. W świetle tego ujęcia Dystans Zimnego ujawnia nowy wymiar – tomu opowiadającego o sensie panującym nad literackością. Jeśli w zbiorze autora Rubinosy tkwi jakiekolwiek pocieszenie, musi ono zawierać się w przekonaniu, że fenomenologia jest w stanie utrwalić żywioł literacki (choć utrwalając go i odnawiając, okalecza całość: dobija pieśń). Sens bowiem jest jednym z najważniejszych pojęć systemu fenomenologicznego Husserla, wiążącym się – jak zaświadcza autor Idei fenomenologii – z jasnością bycia danym:

Fundamentem tego wszystkiego jest uchwycenie sensu absolutnej prezentacji, absolutnej jasności bycia danym, wykluczającego wszelkie wątpienie, jednym słowem, uchwycenie sensu absolutnie oglądowej, samoobecnie uchwytującej oczywistości.

W wierszach Macieja Woźniaka ta sama husserlowska jasność traci siłę utrwalającą i obiera zgoła przeciwny kierunek. Zimny poprzez redukcję fenomenologiczną rzecz poetycką okaleczał, lecz utrzymywał w sobie, Woźniak postępuje przeciwnie: pozwala rzeczom umrzeć, wygasnąć – cierpliwie poddaje je stopniowej, naturalnej dekadencji. Redukcja jest drogą ku śmierci, nie oznacza to jednak, że staje się regresem ani uprzedmiotowieniem. To bowiem, co w Ucieczce z Elei zostało dane w sposób jasny, co – jak ująłby to Husserl – musi stać się przedmiotem czystego oglądu, przechodzi w martwe. Także z tego powodu Adam Wiedemann określa Ucieczkę z Elei „partyturą mrozu”. Śmierć literackości jest dla Woźniaka czymś inspirującym, a wręcz ekstatycznym i rozwiązującym języki: nosi znamiona Wittgensteinowskiego święta języka. Zimny pieśń dobijał, Woźniak uśmierca wszystko wokół niej, ale nie ją samą: „pieśń uchodzi cało” – usuniętą literackość zastępują w tomiku Woźniaka rozmaite stylizacje meliczne i foniczne: eufonie, pastisz toniczny, formy koncentryczne, anafory etc. W momencie wygasania i osiągania stanu śmierci (które odpowiadają w dziele Husserla drodze fenomenologicznej redukcji) rodzi się nowa pieśń literatury. Śpiewamy ją nad trumną – zdaje się zdradzać kunsztownie wypowiadający się głos Ucieczki:

Robi się rzeczy, żeby mogły zniknąć,
żeby zmizerniał czarny pugilares.
Romeo Alfa skrzypi kibitką

W przeciwną stronę skrzypi pozytron
Niż swoją astmą krztusi się zegarek.
Widzi się rzeczy, żeby mogły zniknąć.

(M. Woźniak, Vanishing joint)

Fenomenologia literacka nie jest w stanie ocalić semantyki poetyckiej przed dysseminacją. Co więcej, między tym, co Husserl nazywał ujaśnianiem horyzontu a śmiercią obrazu literackiego tkwi silny i relewantny związek. Blask odsłanianego źródła uśmierca wszystkie światy możliwe, w jasności początku można się spalić tak, jak w ogniu świecy. Tak ideę literackiego genesis (genesis, czyli apocalypsis) rozumie Zimny, gdy w finale Dystansu osiąga punkt Alef – odsłania źródło, a wraz z nim pianę treściwą na ustach i temat obryzgany krwią:

W wierszu upał. Rozbieram się do samego
wnętrza, do jelit. […] To już wtorek i jest
środek obłędu; połowa wiersza, który jeszcze
w konwulsjach. Piana treściwa na ustach, a
do słów, dużo jeszcze ciętych ran, scyzorykiem,
krawędzią stolika. […] Za nimi kolejny

temat obryzgany krwią.

(J. B. Zimny, Genezis dobra)
Literackość jest dla Zimnego hekatombą – wyłanianie się semantyk poetyckich w Dystansie wydaje się jednocześnie nieść za sobą siłę porodu i smutek poronienia. Nie ma różnicy między źródłem a śmiercią, narodzinami a rzezią niewiniątek. Fenomenologia rodzi się w krwi i zaczyna swoją wyprawę od rany – to zdaje się przyznawać podmiot liryczny Zimnego. Woźniak patrzy dalej. Jeśli przywołać metaforykę Urszuli Kozioł, ruch rzeczy jest dla autora Iluzjonu ruchem naziemnym, powierzchniowym, oscylującym, ruch słowa zaś – krążeniem podziemnym, nagrobnym, zapadającym się ku dnu. Litera rodzi się w uniwersum Woźniaka ze szczątku rzeczy, żywi się ich synergią, literatura zaś, jak się wydaje, jest postfenomenologiczną rozprawą ze światem. O ile dla Zimnego fenomenologicznym śladem przedmiotu, jakim byłaby literackość, mogła stać się w Dystansie krew, o tyle dla Woźniaka, tym samym okazywałby się nagrobek – zgodnie z mottem z Andrzeja Sosnowskiego do sonetu Menuet z podżegaczem, słowa są nagrobkiem dla rzeczy. Wiersz Woźniaka odwraca wzór kreacji i odsłania jej nicościujący charakter – co zgodne jest z tradycją sonetu metafizycznego, zapoczątkowaną przez Johna Donne’a i Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego. Oto w tradycyjne ujęcie fenomenologiczne Husserla wpisana zostaje nicość – creatio ex nihilo zmienia w Ucieczce z Elei zwrot, stając się biegiem w przeciwnym kierunku, ad nihilum:

Widzieć rzecz to próbować zdjąć ją z samej siebie.
Nazwać rzecz to próbować zmusić ją do płaczu.

[…] Poświeć wiaderkiem w studnię, światło zrobi aport.
Włóż kamień do wazonu, uśmiechnie się ziemia.
Wstaw róże, a ich pyszczki zaczynają iskać.

Ogień raptem się poczuł orkiestrą strażacką.
Dziewczyny w kusych ustach przychodzą na cmentarz.
Między nagrobki z wiatru, portale zmartwychwstań.

(M. Woźniak, Menuet z podżegaczem)

Nie sposób nie zakończyć swoistym zastrzeżeniem. Creatio ad nihilum wyklucza fenomenologię i oddala system Husserla od poezji współczesnej – w tym ujęciu „krwawiący” Zimny bliższy jest Medytacjom kartezjańskim niż „śpiewny” i „martwy” Woźniak. Już bowiem w pierwszej z medytacji, rozpatrując tzw. ego transcendentalne, filozof zastrzegał się:

Ta fenomenologiczna epoche, względnie, to wzięcie w nawias świata obiektywnego, nie konfrontują nas z nicością. Przeciwnie, tym, co na tej właśnie drodze staje się naszą własnością, albo wyraźniej, tym, co w ten sposób przypada mi w udziale, co przypada mi jako medytującemu filozofowi, jest moje czyste życie z jego wszystkimi czystymi przeżyciami i wszystkimi jego domniemanymi przedmiotami – wzięta w swym całokształcie dziedzina fenomenów w fenomenologicznym znaczeniu słowa. 

środa, 15 lutego 2012

Sorang


Kto mi podskoczy, kto głowę utnie.
Dzień zebrać się nie może, ulice
przykrótkie na maraton, w przecznicach
obozy tych, co wykwaterował trend,

może nie śmiertelny ale z zarazą.

Biegnie czyjś wzrok za reklamą na burcie
wozu. Ktoś szuka miejsca tam, gdzie był
na wierzchu. Pod ziemią inny, jeszcze
wczoraj szlifował chodniki. Kobieta
ostatni bukiet sprzedała pro forma.

Tu się zdarzę z włócznią i chlebem.

A wam nic do tego, szkoda słów, łzy
nie są na sprzedaż, serca nie pierniki
głowa nie dzwon. Dłonie zawsze będą
jak pieczęcie na murze odporne na ogień

15.02.2012.


poniedziałek, 13 lutego 2012

Gromnica (1)



(.....)

Zarobiliśmy wystarczająco dużo, aby zapomnieć o robocie, przynajmniej na jakiś czas. Lato było w pełni i nasze rodziny były nad morzem. Ja ze szwagrem jeszcze jesteśmy w domu, ale już myślami na piaszczystej plaży pod bezchmurnym niebem. Jeszcze tego dnia po nieprzespanej nocy spędzonej w podróży z Berlina, zapakowaliśmy, co niezbędne do samochodu i ruszyliśmy do Sarbinowa. Po drodze natknęliśmy się na burzę. Grzmiało okrutnie i błyskawice rozrywały się aż do nieboskłonu. To nad lasem to nad polami, do samych koron drzew, do samej ziemi. Miałem wrażenie końca świata, który za moment nastąpi, za tym wzniesieniem, pod które wspinamy się w podmuchach przeciwnego wiatru. Przerażający granat nieba przechodzący w czerń a z boku nieśmiałe ledwo widoczne sztyleciki promieni słonecznych wbijające się w ponurą masę nisko wiszących chmur, zwiastujące mimo moich podejrzeń, bliski koniec tej nawałnicy. Tuż przed Bobolicami zjechaliśmy w dół, pozostawiając za sobą prawdopodobną scenerię końca świata. Dzień powrócił tak nagle jak pojawiła się burza. Byliśmy już w Bobolicach, czyli w „Baezie” mówiąc językiem znanego skądinąd Grassa. Małe miasteczka mają bardzo często dużą historię, za sprawą wielkich nazwisk. Znam wiele takich miejsc i poznaję coraz to nowsze, i jeszcze poznam dużo więcej, z czasem, który okaże się łaskawszy dla takich jak ja.
Minęliśmy Bobolice i Daniel przerwał moje rozmyślanie nad historią małych miasteczek.
– Miałem wrażenie, że to koniec świata?
– Ty też? Zadziwiająca jednomyślność.
– Czy koniec świata może tak wyglądać?
– Niekoniecznie. Wizje końca są różne, może to być potop, trzęsienie ziemi albo wszechobecna pandemia. Zależy jak na to patrzeć.
– A ty, jaki koniec byś wolał?
– Widzę, że cię to męczy. Ale odpowiem. Chyba potop, bo ja lubię wodę.
– Pytam serio.
– Skoro tak, to powiem ci, że nie dla wszystkich ten koniec będzie jednaki. Czytałeś pismo święte?
– Kiedyś, dawno.
– Ten koniec zależy od naszej wiary. Kto wierzy, ten nie umrze nigdy?
– Tak się tylko mówi, ale prawdy nikt jak dotąd nie poznał.
– Wiara czyni cuda. Słyszałeś takie przysłowie?
– Wiara to pojęcie ogólne.
– Nie. To pojęcie uniwersalne. 

W Sarbinowie powitało nas zachodzące słońce. Mieszanina ozonu z jodem sprawiła, że obudziłem się dopiero przed południem następnego dnia.
Kto widział w sobotę dwóch barczystych siłaczy, osmalonych słońcem spacerujących po plaży, mógłby odnieść wrażenie, że znaleźli się tutaj przypadkiem. Tak to wyglądało. Tego dnia potrzebny nam był spokój. Jak nigdy dotąd. Morze dawało nam ten spokój mimo szumu fal i krzyku natrętnych mew. Szliśmy brzegiem w milczeniu tak daleko jak to było możliwe. Daniel co jakiś czas puszczał dziecięcym zwyczajem kaczki. Ja wypatrywałem bursztynu. I tak do samego obiadu przemierzyliśmy tyle piachu ile mieści się w naszej klepsydrze, wielkim naczyniu życia, które co jakiś czas odwraca niewidzialna ręka. 
Po kolacji poszliśmy na strzelnicę. Stała tu niedaleko taka buda objazdowa na kółkach. Właścicielka, pani w średnim wieku zachęcała nas do zabawy. Może panowie spróbują- skinęła na nas – może cos ustrzelicie?
– Ja to bym panią ustrzelił – odpowiedział jej Daniel.
– To, na co pan czeka?
– Pani da tę wiatrówkę – powiedziałem to, wyjmując z kieszeni pieniądze – na początek dwadzieścia strzałów.
Po paru strzałach zorientowałem się, że muszka jest nieco wykrzywiona w lewo. Brałem, więc poprawkę i bolce trafiały w sam środek tarczy. Zamówiłem jeszcze trzydzieści strzałów, ale ze śrutem i do ustawionych fantów.
Tak to już bywa, że jak coś się dzieje to zawsze zjawiają się ludzie. Jakby spod ziemi wyrastają i ciekawi wszystkiego, co może się jeszcze wydarzyć. Ustrzeliłem wszystko, co było do ustrzelenia. Zabawki i wiatraczki, czekoladki i cukierki a na koniec pięć butelek wina. Więcej wina nie było i więcej fantów też nie było. Właścicielka, dotąd wynudzona, wielce nagle się ożywiła i rzekła mi wprost do ucha:
- Zamykam interes. Dam panu jeszcze jedno wino i proszę, aby pan już u mnie nie strzelał, bo zbankrutuję przez pana. A swoją drogą, to z tej wiatrówki nikt jeszcze wina nie ustrzelił.
– Wiem, wiem, to specjalna wiatrówka. Ale dla mnie bez różnicy, w lewo czy w prawo, w górę czy w dół. Wystarczy mi parę strzałów i wiem, co jest grane. Powodzenia na resztę sezonu!
Co było robić z sześcioma butelkami wina? Poszliśmy na kwatery i trzeba było je opróżnić. Sami z Danielem, bo na sikaczy nikt za bardzo nie miał ochoty. Opróżniliśmy i potem do rana męczyła mnie siarka, i na drugi dzień też. I od tej siarki, co mi z ust parowała, zalatywała chyba cała okolica. Przynajmniej tam gdzie miałem czelność się pojawić. Daniel natomiast spał na dworze i siarka z niego ulotniła się jak poranna rosa na wydmach.

– Z tymi Seszelami to coś nie tak – Fredek drapie się po głowie i nie może zrozumieć, że inwestor wyrzucił stamtąd Amerykanów i zażyczył sobie Polaków. – Coś tu nie gra. My znaczy się lepsi od nich?
– To się często zdarza. Może tam więcej ręcznej roboty trzeba? – wyjaśniałem.
– A te Seszele to daleko? – zapytał Wiesiek.
– Poniżej równika na oceanie.
Propozycja była, jak to mówią, z górnej półki. Początkowo sądziłem, że to sen, ale z czasem, kiedy zacząłem studiować mapę i znalazłem w książkach co nieco o tym archipelagu, moje podniecenie spadało z każdym dniem. Im bliżej dnia wyjazdu, tym więcej miałem wątpliwości czy w ogóle tam lecieć. Lekarka z przychodni przemysłowej powiedziała krótko i przekonywująco:
– Pan tam jedzie do pracy a nie na wypoczynek. A to co innego. Tam klimat nie do pracy. Pieniądze pan zarobi, ale zdrowie straci. Wyjdzie na jedno?
Obiecano mi wylot z Londynu, co było jeszcze argumentem za, ale kiedy zmieniono na Moskwę, nie miałem wątpliwości. Wysłałem żonę do kombinatu, że ja zaniemogłem i nie ma mowy o wylocie, niech wyślą w moje miejsce kogo innego, i to wszystko, co żona miała im powiedzieć.
Wyszło na to, że Jarek poleciał sam i dopiero po miesiącu dolecieli inni, bo loty na Seszele, jak się okazało, są tylko dwa w miesiącu i do tego jest to jakaś republika te Seszele, i bez wizy do niej ani rusz.

(.......)

czwartek, 9 lutego 2012

RUBINOSA




I przyszedł listonosz i przyniósł ponaglenie.
I przyszła sąsiadka z płaczem.
I przyszedł inkasent przed wigilią,
Jak się ubiorę, to wyjdę.

Na miasto obwieszone żarówkami, do dzielnicy
najbardziej rozkopanej, do knajpy obskurnej
i usiądę na brudnym krześle przy stole
z pełną popielniczką, zamówię to samo.

A z bata leci równo pod trumnę.
To już szóste dachowanie w przytułku. 
I szósta dekada przesypywania piachu przez klepsydrę.
Macie spokój. Jak się ubiorę, to wyjdę.

A wtedy pogasną żarówki, ucieszą się
wykopy, odpocznie w knajpie krzesło.
Wszystko odpocznie, ziemia? ziemia jest święta.


Osobny jak świecznik




O poezji Andrzeja Babińskiego



Ta poezja niczego nie buduje. Nie ma w niej nawet symptomów degradacji czegokolwiek. Ta poezja niepokoi, niekiedy prowadzi na myślowe rozdroża i szokuje tam mimo wszystko optymizmem, rozwiewając tym samym klimat bezradności towarzyszący poecie. Lektura wierszy, w ujęciu chronologicznym daje pełny obraz odczuć i doznań poety. Ten zadziwiający rejestr w czasie a raczej historyczny zapis przekonuje autentyzmem, choć nie ma w nim miejsca na fakty.
Babińskiego nigdy nie interesowały fakty. Wkraczał o wiele dalej, poza relacje w sferę osobistych refleksji, prokurując w ten sposób dialog z czytelnikiem, zwodniczo odciągając od dialogu nad treścią i formą. I to mu się zawsze udawało, ponieważ sam wątpił w wartości współczesnej sztuki, zwłaszcza poezji:
„ czy jest jednak sztuka, z którą nie rozdzielałby mnie czas”
ale czyni to w sposób nieprzekonywujący:
„ w od pioruna jasności pozachodniej złożyć swój błysk podpisu”
by w końcu stwierdzić:
„ inaczej chodzą innym tempem zegary zjawisk artystycznych”
wracając tym samym do ponadczasowej miary wartościowania sztuki.
Prawie każdy wiersz Babińskiego jest zniczem- tropem, wyrazistym, więc przekonywującym, tropem z jednej skrajności w drugą. Popada autor w obsesję i wychodzi z niej lekko, bez uszczerbku, a nawet z cennym ładunkiem doświadczeń:
„ po utracie wszystkiego jednak można pisać własną ręką”
Bo konfrontacja poety z rzeczywistością- tak twierdzi- to jedno wielkie pasmo niepowodzeń:
„ co wywalczę to stracę”
Walka ta, to posłannictwo, które autor czuje i pragnie spełnić, lecz nie zawsze wystarcza mu sił:
„ samym wyzwaniem, wiem nie zwyciężę, przeciąży mnie Ziemi
jedno ramię”
pozostaje, więc:
„ rzutem karnym wobec tego świata”
jak sądzę nieskutecznym.
Poezja Andrzeja Babińskiego spełnia się sama w sobie. Poza nią istnieje jednak rzeczywistość, od której poeta nie potrafi uciec. Więc trwa, choć wie, że żadnej miary kanon, nie spełni jego przymiaru do zastanej rzeczywistości. Wraca, więc poeta- nie mając, dokąd pójść- w przeszłość prosząc:
„ nie wypędzaj mnie z ruin starożytnych, gdy znam wygnanie
z królestwa kwiatów i nic już nie ma. Zostanę przeklętym
Prometeuszem”
Ale ten „powrót”, to „wygnanie” intruza. Poeta nie wierzy w schronienie, bo spełniona przeszłość w jego przypadku, znaczy tyle, co w przewidywaniach niespełniona przyszłość. I dlatego w przeciwieństwie do innych nie próbuje nawet otoczyć się złudnym płaszczem własnego świata, aby w ten sposób przetrwać. Skazuje się świadomie na los Prometeusza i chce być od tego wszystkiego: „ osobny jak świecznik”. Wzruszające wyznanie, jak cięcie, które kończy rozgrywkę. Bo poezja Babińskiego to nieustanna rozgrywka o należny mu życiowy status, rozgrywka, w której podmiot z góry skazany jest na przegraną: „słów własnych słucham- bom jest bez echa”.
Podmiot liryczny usytuowany w ramach świata funkcjonuje w konwencji przewidywań, a nawet niczym nie popartych twierdzeń. Odkrywa wszelkie reguły gry, prawie mitycznej prowadzonej w relacji, on (odosobniony) – świat ( ludzkość). Relacja ta, to stosunek podmiotu do destrukcyjnej funkcji, jaką kreśli ludzkość wobec uprzedmiotowionego świata, i która jednoczenie jest jego nieuprzedmiotowioną siłą twórczego działania.
Podmiot czynności twórczych zdecydowanie dominuje tutaj nad podmiotem lirycznym. Odsyła nas bez kamuflażu w sferę prywaty tożsamą z rzeczywistą świadomością poety, która przekonuje swym indywidualizmem.
Kreowanie z pozycji trzeciego, ( bo nie podmiot kreuje świat, i nie jest też przezeń kreowany) jakby z dystansu dowodzi, że świadomość podmiotu tworzy jakiś nowy, trudny do zidentyfikowania obszar, stanowiący granicę między podmiotem i światem.
W obszarze tym, prawa rządzące obiektywną rzeczywistością tracą swój sens, ponieważ nic nie jest w stanie zmienić świadomości podmiotu ani ona sama nie może mieć wpływu na panującą rzeczywistość. Klimat bezsilności, bezradność, zwątpienie. Stąd ta granica (powłoka ochronna) tak mozolnie kreowana przez podmiot. Stąd ten optymizm:
„ zostanie po mnie twórcze serce ziemi, lecz czyste”
Stąd niemal prorocze wyznanie:
„ absurdem jest iść dalej niż Ziemia sięga, wiem, że można
ale zabraknie sprawdzalności czytelniczej”
które określa postawę poety nie tylko wobec materii, ale i wobec słowa. Jest to nic innego jak, całkowita negacja formulizmu pojęciowego pokutującego w poezji współczesnej poecie. Sądzę, że taka postawa jest nadal aktualna, bowiem obserwuję gremialny pochód w tym kierunku większości młodej awangardy obecnie. Nie sądzę, aby Babiński był pod wpływem maksym Okhamy, bliżej jestem twierdzenia, że sam próbował wdrażać model poezji bazującej na fizycznym doświadczeniu świata uduchowionego, dla którego materia jest jedynie egzystencją o destrukcyjnym znaczeniu. Pojęcie dobra jest pojęciem jedynie filozoficznym i w konsekwencji, nieosiągalnym, jeśli chodzi o bezpieczny byt, nie tylko poety.

Od śmierci poety minęło ponad ćwierć wieku, okres ten niewiele przyniósł informacji na temat jego życia, ocen jego twórczości, poza nielicznymi wzmiankami w opracowaniach krytycznych, wspomnieniach kolegów i znajomych. Nikt też, nie pokusił się o gruntowną ocenę jego poezji. W połowie lat osiemdziesiątych, sam poeta, wiedza o nim nie zawsze prawdziwa, i tragiczna, zagadkowa śmierć – wszystko urosło do mitu, który jakby zamknął usta na wiele lat tym, którzy mogli cokolwiek powiedzieć o wartościach jego pisania. Trzeba także wziąć pod uwagę fakt, że poeta był rzadko publikowany, za życia. Zmowa milczenia, zamykane przed nim drzwi redakcji literackich, pomijanie ze względów politycznych i manifestowana wręcz niechęć do niego, wielu decydentów. Wszystko to miało wpływ na percepcję czytelniczą, wiedzę o autorze, a także uniemożliwiało dotarcie do jego publikacji. Dość powiedzieć, że Babiński debiutował bardzo późno, w cyklu Generacje, arkuszem pt. „Z całej siły” wydanym w niewielkim nakładzie. Podobnie „Znicze”, formalny debiut poety- miał niewielki nakład, który bez problemu rozszedł się w poznańskich księgarniach.

Niewątpliwie, czas i okres pojawiania się Babińskiego jako poety nie były mu sprzyjające. Przypomnę, że był to schyłek Orientacji, koniec lat sześćdziesiątych i początek Nowej Fali. Poezję symbolu i kodu wyparła poezja deklaracji wprost. Babiński bardziej zbliżony do Orientacji, napiętnowany romantyzmem, egzystował poza nurtem awangardy, minionej i mu współczesnej. Nie okrzyknięto go osobnym zjawiskiem, poza nielicznymi głosami, bowiem tolerowanie jego poezji było wyłamaniem się z powszechnej cezury, obowiązującej w redakcjach poważanych pism literackich. Niewątpliwie, wywarło to dodatkowe piętno na jego kruchej przecież psychice, stąd frustracja, demonstrowanie niechęci do liderów, prowokowne skandale w salonach, klubach itp. Tłumaczono to stanem jego zdrowia, ale w mojej ocenie, był to sprzeciw, wyrażony przez człowieka, który mówił wprost i był szczery aż do bólu.

Wrażliwość jako choroba? Te pytanie zadawałem sobie w przeszłości i zadaję dzisiaj. Po części odpowiedź znajduję w poezji pisanej przez Babińskiego, i nie tylko. W mrocznych czasach PRL-u wygodnie było tłumaczyć jego zachowanie, pomijać jako poetę i człowieka. Sądzę, że dzisiaj poeta miałby należne mu miejsce obok najwybitniejszych nazwisk, jednakże czas wymazał to wszystko, co było na tamten okres wybitne, lecz niewygodne, a przywrócenie tych pogrzebanych wartości wymagać będzie jeszcze wielu lat, zanim idee romantyzmu, kreacja bohatera przegranego na pozór, osobowość odpychająca – będą tolerowane z punktu widzenia ich genezy i deklarowania wartości uniwersalnych.


Czy Babiński był romantykiem? Myślę, że tak, ale nie do końca, jego podmiot liryczny zdradza cechy bohatera romantycznego, lecz nie jest to bohater uwikłany społecznie, nie jest to rycerz ani, nie jest to cierpiący Werter, jest to Bard dotknięty nieprzystosowaniem do rzeczywistości panującej, buntownik bez
adresu, dla którego domem jest ziemia, miejsce tragicznego ładu i pośmiertnego odrodzenia w jakikolwiek sposób. Odpowiedź znajduje się w poezji, dla której samo życie to za mało. Poemat Nike, i kilka innych wierszy , skłania mnie do tezy gloryfikującej Babińskiego jako romantyka. Bo w istocie, przypisywano mu te cechy, tłumacząc jego „bezimienność” stopniem trudności w percepcji czytelniczej. Pisano, że jego poezja jest trudna, piekielnie trudna i że można ją zrozumieć dopiero po wniknięciu w jego świat, samoudręczenia. Rimbaudowskie piętno, którego ja nie dostrzegam, nawet dzisiaj po latach, śledząc poczynania obecnej awangardy, sięgającej po znamiona poezji kodu, symbolu, a także szeroko pojmowanego formulizmu.


Poeta tragicznego ładu, utalentowany, stłamszony przez własną niedoskonałość, gotujący się na śmierć, zmierzający ku niej świadomie. Tu i ówdzie czytam podobne wywody, zasłyszane, przeinaczane, deformowane na pożytek mitu, sensacji i poczytności periodyku, portalu internetowego. Mit Babińskiego oscyluje pomiędzy prawdą i nieprawdą. Prawdę znają nieliczni żyjący z poetów, z bezpośredniego kontaktu, nieprawdę głosili ci, którym było ona wygodna, w tamtych czasach. Dzisiaj jest ona najczęściej powtarzana, powielana, szczególnie w Internecie. Co ciekawe, wpisy te traktują wyłącznie o życiu poety, jego kontaktach z otoczeniem, ciekawostki i sensacje, są także próby charakterystyki jego osobowości nacechowane piętnem choroby i nieprzystosowania. Mało się mówi i pisze o jego poezji, wzmiankowanie jedynie i to nie zawsze trafne. W tym dramacie niezwykle ważny jest okres po ukazaniu się Zniczy, tj od 1977 r. do śmierci w 1984 r. Lata te nie są już tak dokładnie udokumentowane, a przecież wiadomo, że właśnie w tym okresie, poeta doświadczył najwięcej. Ma rację Dariusz Tomasz Lebioda, który swego czasu pisał: ….Babiński nie został zrozumiany, że nie zadano sobie trudu by wszechstronnie opisać ten fenomen artystyczny i kulturowy. I ścieżka nie prowadzi tutaj przez kozetki psychoanalityków, raczej potrzebne są rzetelne analizy krytycznoliterackie- jakby introwersje do jego świata, jakby sondy zapuszczane w jego nicość i nijakość.
Nasuwa się pytanie; dlaczego nie zadano sobie trudu rzetelnej oceny poezji Babińskiego. Czy tylko, dlatego że zaistniała na marginesie ówczesnej awangardy, czy była niewygodna, stała w sprzeczności z obowiązującą linią polityczną, uderzała, podważała wartości moralne socjalizmu? Możliwe, ale trzeba także brać pod uwagę uwarunkowania społeczne, początek kryzysu socjalizmu, okres stanu wojennego, apogeum cenzury i trudności z publikowaniem nowych książek. Tego poeta nie mógł przezwyciężyć, miał tylko poezję, i nie zawsze- papierosy i herbatę, reszta dóbr nie miała dla niego znaczenia.


W ocenie poezji Babińskiego warto pójść tropem zdefiniowanym przez S. Chwina. Dostrzega on znaczenie Nowej Prywatności w reakcji na uschematyczniający się obraz zbiorowości w literaturze Nowej Fali. Przejawem tej reakcji jest mit „samotnego wędrowcy” , „model życia na przekór”, a przede wszystkim- „mit wielkiej przygody psychicznej, traktowanie literatury jako niemal zastępczej formy życia”. Nie była to jednak tendencja nowa, przyznaje Chwin i wskazuje na bohaterów Stachury, a także poezję Babińskiego nie pozostającą w sprzeczności do prototypu bohatera Andermana. Według Chwina, był to ukryty nurt rozpoczynający się na początku lat sześćdziesiątych, do którego zalicza W. Różańskiego i późniejszego debiutanta, W. Czerniawskiego. Proces powstania tego nurtu, Chwin wyprowadza z „obiektywnych procesów kultury”.
Sądzę, że tropem S. Chwina warto pójść, bowiem jak dotąd nie doczekaliśmy się gruntownej oceny poezji wspomnianych: Różańskiego, Czerniawskiego i Babińskiego, zatem można zaryzykować stwierdzenie, że Chwin miał rację mówiąc o ukrytym nurcie, który nie został okrzyknięty mianem generacji, czy deklaracji grupy, lub pokolenia. Dlatego nadal pokutuje termin: „poetów pominiętych” niedocenianych, a nawet „przeklętych”, za swoją odrębność w aureoli mitu osadzoną. Mity mają to do siebie, że ich wartość, zasięg i percepcja czasem są większe od wartości stworzonego dzieła. Lepiej je pozostawić historii, tak długo aż staną się zrozumiałe, w interpretowanym po czasie dziele, za sprawą kolejnych pokoleń.


Jerzy Beniamin Zimny

poniedziałek, 6 lutego 2012

Samosiejki w Starym Kinie


Piątek, mroźno, miasto wyludnione, tylko samochody i tramwaje na ulicach, w centrum gdzie kręci się kultura tylko przed Empikiem niewielki ruch, mijam taras Arkadii i dalej w dół do Starego Kina już tylko kilka kroków. Na piętrze barek z dziewczyną, kilka stolików, przy nich piwosze w półmroku spędzają wieczór, nieco dalej sala, w niej to, z Samosiejkami zagości dzisiaj Teresa Radzewicz.
Tyle wstępu. Dorota Surdyk wita zebranych, Jakub Sajkowski czyta kilka wierszy W. Szymborskiej, na zmianę z Dorotą, potem Teresa czyta swoje, przerywane recenzjami uczniów z Gimnazjum w Miłosławiu. Bardzo ciekawe, zaskakujące prace.

Samosiejki, trzeci tom Teresy, wydany w Olkuszu, w kolejnej edycji laureatów, konkursu im. K. Ratonia. Nominowany do nagrody im. Kazaneckiego w Białymstoku, przypomnę, że obok tej nominacji o nagrodę ubiega się także W. Roszkowski, tomem: Krople rtęci, wydanym w Świdnicy. Kto wyjdzie zwycięsko z tej rywalizacji nie wiadomo, nie mniej jednak jest to sukces, niezależnie od werdyktu jaki zapadnie.Po lekturze "Sonii która zmienia imię", wcześniej" Lewej strony",  jestem przekonany do tej poezji, trudno mi ją umiejscowić w jakimkolwiek nurcie, może dlatego, że wypływa ona wprost ze  środowiska egzystencji poetki, tradycji regionu, bogactwa kulturowego. Także język lekki, swobodny, tchnie autentyzmem, wszystkie te walory czynią jej książki spójnymi, tematycznie. Z niecierpliwością będę czekał na kolejną książkę Teresy,po cichu liczę, że będzie to proza.