wtorek, 25 czerwca 2013

Monidło







Domokrążca z dużą czarną teczką, skórzaną pewnego dnia zawitał do Mamy, to była niespodzianka jak się później okazało. W dniu moich urodzin, otrzymałem prezent w postaci monidła, wykonane z fotografii którą wysłałem Mamie w dowód, że mam się dobrze i mimo młodego wieku (najmłodszy w batalionie)  radzę sobie w sposób zdumiewający. Monidło latami przeleżało w różnych szafach, kilka przeprowadzek, nigdy na widoku ze względu na obciach ( opinia mojej żony) i żadne to dzieło sztuki, ale po latach znalazło swoje miejsce na ścianie przypominając, że był ze mnie kiedyś całkiem urodziwy facet, uprawiający gimnastykę akrobatyczną, skoki do wody, pływanie i strzelectwo. Wspominać o tym żadna frajda w sytuacji kiedy mogę tylko pomarzyć o jakimkolwiek wyczynie wymagającym sprawności. Jedyne co potrafię obecnie, to harować za dwóch przy pracy fizycznej. Efekty przynoszą nie mniejszą satysfakcję aniżeli skok z wieży do basenu, zejście poniżej dziewięciu minut na trzy kilometry, albo piąte miejsce w kraju w biegu na orientację. Każdemu młodzianowi życzę takich osiągnięć, widząc wokół totalny marazm wśród młodzieży, skrzywione kręgosłupy, brak wytrzymałości i niechęć do wysiłku fizycznego.  Do każdej pracy można się przyzwyczaić,  nie ma większej satysfakcji jak widok tego co się wykonało, nawet jeśli jest to pomalowany parkan, skute zmurszałe tynki i nowa elewacja albo kwitnące kwiaty w korytku na balkonie,. Nic nie dzieje się samoczynnie, i nic nie wpada do rąk  przypadkiem. Przekazuję te spostrzeżenia młodym  a oni widzę, kompletnie nie czują zagadnienia. Mój przyjaciel w okresie swoich najlepszych lat zawodowych każdy zarobiony pieniądz lokował w materiały budowlane, postawił wiele obiektów. Dzisiaj otoczony wnukami spokojnie przeżywa swoją starość. Trzeba mieć dużo w głowie aby rękoma kształtować swoje. Tak, w głowie, aby bez zażenowania zakładać kombinezon. Kto nie weźmie łopaty do ręki, kto nie pozna pracy fizycznej ten nie będzie wybitnym w swojej dziedzinie zawodowej, jak mawiał mój ojciec: do pracy trzeba się przytulić jak do kobiety, wtedy są efekty. Czytałem kiedyś książkę pt "Pamiętnik finansisty" nazwiska autora nie pamiętam, to co wyczytałem w tej książce zaowocowało później w moim traktowaniu pracy. Autor pisze: najlepszą inwestycją jest pokrywanie kosztów edukacji młodego utalentowanego człowieka, konstruktor, muzyk, artysta, literat itd. Odnosi się to do wszystkich, w skali pojedynczego finansowania a przede wszystkim - w skali kraju.  Autor Pamiętnika mówi : jeśli nie wiesz co robić to buduj, buduj, buduj.

Klasyczne monidło poszło w zapomnienie, ale nie do końca, bo pojawiła się nowa forma produkcji fotek, wizerunku upiększanego,  w cyfrze, wygładzanie lica, kształtów, profilu a nawet odmładzanie twarzy i figury. Nie wiadomo w imię czego?  Dla zabawy, podbudowania samopoczucia? Jak to mówią wyżej głowy nie podskoczysz, niczego nie cofniesz, nie zmienisz, bo nie da się udobruchać bezwzględnej natury. Z mniejszym lub większym skutkiem człowieka odziera ze złudzeń.  

Bohater opowiadania Jana Himilsbacha bezsprzecznie jest prekursorem akwizycji. Umiejętności perswazji można się od niego uczyć, tym większy mój podziw dla autora Monidła. Nowelę filmową powinno się włączyć do szkoleń w zakresie marketingu. Wszystko zaczęło się od szklanki wody, potem w miarę rozwoju sytuacji "ofiara" konsekwentnie popadała w sidła akwizytora, skończyło się na miesięcznej wypłacie, i jeszcze na honorarium dla "ofiary" w okolicznościach zagrożenia kontraktu. Finał szczęśliwy dla wszystkich: syn ofiary na monidle "dostał" nowe, bardziej bujne włosy, dodano mu kilka lat z czego najbardziej zadowolona była matka, największe zagrożenie kontraktu. Akwizytor stał się przyjacielem domu? Kocham stare monidła, bardziej od tych współczesnych bo są mniej kłamliwe i można je powiesić na ścianie. Samo życie, zwariowane.

Jerzy Beniamin Zimny






Gromnica (8)














Mój pierwszy Sylwester zapowiadał się tajemniczo. Miasto tonęło w świetle kolorowych żarówek. Na Marcinie było ich najwięcej. Poszliśmy z Mietkiem do „Gwarnej”, bo tam teraz była nasza meta. W takiej scenerii wypić kawę to prawdziwa rozkosz a jeszcze przy tej kawie pogadać i pomarzyć. I gadaliśmy dużo jak to koledzy i piliśmy kawę jakby wyborna była. Ale kawa jak kawa. Czarna i z posmakiem goryczki z ręki kelnerki podana na stół. Mietek mówi, że to od kelnerki zależy jak smakuje kawa. Jak ci poda jakaś flądra, to nie dopijesz do końca? Ja jestem innego zdania i zaczynam się z nim przekomarzać. Ty nic tylko o kobietach. Taka, owaka. Zawsze znajdujesz jakiś feler i zawsze ci nie pasuje do czegoś tam? Nieładnie Mieciu. Nieładnie. A on na to:
– A poszedłbyś z taką do łóżka?
– Z jaką, znaczy się?
– Przeciętną, bez wizerunku?
– To zależy – odpowiedziałem wymijająco.
Mietek ciągnął dalej ten temat aż do następnej kawy i nie zamierzał kończyć. Ja wtrącam inny temat, a on dalej drąży to samo i tak do trzeciej kawy aż wreszcie ustał, bo mu fantazji zabrakło.
– Jak będziesz tak przebierał, to nie wybierzesz nigdy – zaśmiałem się.
– Owoce też trzeba przebierać, inaczej się nie da.
Takie gadanie przychodziło nam z nudów. Zawsze, kiedy nic się nie działo. Co innego w szkole. Tam atrakcji nie trzeba było szukać. Pchały się same na widok i niekiedy do śmiechu nam było, aż do zrywania boków i chowania się po kątach, aby nie urazić, kogo i nie wyjść samemu na durnia. Mietek mówił:
–Patrz? Ta, co stoi oparta o poręcz? Widzi mi się, że ma się ku tobie.
Zwykle wybierał dziewczyny słusznej postury albo z dziwaczną fryzurą i takie z daleka, dojezdne i przejęte nauką. Bawiły go moje reakcje, a ja dawałem się sprowokować, ale nie miałem mu za złe, że tak mną pomiata. Odwzajemniałem się przy byle okazji, robiłem to podstępnie i z takim skutkiem, że zdarzały się nieprzyjemne sytuacje i już wkrótce krążyła o nas opinia, że w szkole nie ma większych kpiarzy od nas. 

 Sylwester odbył się w sali sportowej.  Poszliśmy całą paką. Oprócz Marka, alians Widok była z nami Danka ze swoim chłopakiem, od pędzla i plakatów, z przystojnością jak na Dankę dużą.  Poszliśmy, więc do sali sportowej potańczyć i Nowy Rok powitać. Ja na takim balu jeszcze nie byłem i wcale się z tym nie kryję, i docinki Widoka mam gdzieś. A on udaje, że na większych balach bywał a na tym to ustawi się z boku, bo z boku najlepiej widać, kto komu do kieliszka zagląda a kto zagląda gdzie indziej, kiedy mu widelec pod stół upada. Takie to żarty trzymały się Widoka, gdy wchodziliśmy do sali, przez wielkie drzwi z pałatką zawieszoną na pręcie stalowym, co to miała ziąb z dworu zatrzymywać. Wchodziliśmy pojedynczo a Widok trzymał tę pałatkę i każdemu wigoru dodawał pogwizdując jakąś ludowa piosenkę. A kiedy byliśmy już w sali, wybrał dla nas stolik, w sam raz na nasze tyłki i nie za blisko orkiestry.
– Panie po środku a panowie na wylocie – żartobliwie powiedział.
– Nie na wylocie tylko bliżej bufetu – sprostowałem.
Ten od pędzla i plakatów, Danusiny przystojniak postanowił się odezwać.
– Rozejrzyjcie się, samotni panowie, za samotnymi paniami.
– Ja tam się nie będę rozglądał – odpowiedziałem – A ty, Widok, widzisz coś?
– Widzę bufetową, ale nie mam kasy?
– Jak się uśmiechniesz to poleje  na krechę – zażartował ten od pędzla i plakatów.
Orkiestra zagrała pierwszy kawałek i co niektórzy poszli w tany. Ja zacząłem przyglądać się muzykantom i wsłuchiwać się w to, co każdy z nich wyprawiał na swoim instrumencie. Dobrze grali może za dobrze jak na tę budę, ale nie dziwota – muzykowi czas i miejsce zawsze przystoi, jak dobrze gra to nawet podnosi atrakcję lokalu. Ja pamiętam jak pod dworcem grałem, a ludzi było tam więcej niż w niejednej filharmonii. Nie powiem abym był lepszy od tych, co po szkołach. Nie, nie o to chodzi. Gra to gra. Każdy, kto gra jest kimś, nawet na wiejskim weselu i w jednej tonacji zasuwa, ten ktoś, i w jednym tempie, jeżeli dobrze to robi innym nic do tego. Jak nie chcą, to niech nie tańczą.
Widok wygrał sowieckiego szampana. Konkurs czy zgadywanka był, kiedy ja wyszedłem nieco się przewietrzyć. Wróciłem, a on z tym szampanem biega po sali. Nie wiem, czemu biega, więc podchodzę i pytam:
– Korkociągu szukasz?
– Nie korkociągu tylko tej, z którą tańczyłem. Razem wygraliśmy, więc musi napić się ze mną!
– Może ona też korkociągu szuka? Innego niż myślisz? – zażartowałem.
– Że też o tym nie pomyślałem? Poczekaj tutaj, ja jeszcze pobiegam.
Widok dziewczyny nie znalazł, ale odkrył coś za olbrzymią kotarą, która oddzielała salę od zaplecza. Przybiegł zdyszany i zgania nas z krzeseł nadal wymachując zdobycznym szampanem:
– Tam są przyrządy – wskazał na kotarę.
– Przyrządy? Do czego? – zapytałem - A gdzie dziewczyna?
– Dziewczyny nie ma, ale są przyrządy, gimnastyczne!
– Gimnastyki ci się zachciało? – wykrzyknął ten od pędzla i od plakatów – na balu jesteś!
Za przepierzeniem poustawiano sprzęt zgarnięty z sali. Materace tam były, dużo materaców i sztanga do podnoszenia ciężarów. Widok fiknął parę koziołków i nas do tego namawiał, potem wystawił na materac sztangę i sprawdził swoje możliwości. Potem ja dobrałem się do sztangi z większym ciężarem, i tak po kolei podnosiliśmy. Było przy tym sporo hałasu. Ktoś rozsunął kotarę, a mężczyźni na dopingu, po kilku głębszych pozostawiali swoje partnerki solo i szturmem ruszyli do sztangi. Jeden przez drugiego aż się zrobił taki harmider, że orkiestra przestała grać, bo zupełnie nie było jej słychać. I zawody trwały aż do rana. Świtało już kiedy rekordzista, gruby facet z czwartym kółkiem olimpijskim, podnosił ciężar wieczoru, jak to okrzyknięto. Facet podniósł i zgarnął całą pulę: skrzynkę wódki i jeszcze jakieś drobiazgi. Ja w tym czasie swoim mętnym wzrokiem penetrowałem salę i widziało mi się, że właściwie jest po balu, bo nie dostrzegłem muzyków ani ich instrumentów, a przy stolikach większość kobiet ucięła sobie drzemkę. Danusia też kimała na dobre, a ten jej od pędzla i od plakatów próbował przywrócić sobie równowagę przy pomocy ściany, a potem za krzesło się złapał. Krzesło nie ściana, więc w jednej komitywie znaleźli się na sprawiedliwej podłodze. I tam pozostali. U stóp Danusi.
Dopiero po balu kiedy wracaliśmy do domu Widok mi zdradził, że bez mojej wiedzy zapisał mnie na wczasy.
– Byłem w kadrach – mówi – i usłyszałem na boku, że mają dwa skierowania na wczasy zakładowe. Nie ma chętnych, ktoś tak mówił do kadrowej, a ja na to, że może się znajdą. Kadrowa powiedziała, że czemu nie, przynajmniej nie przepadną skierowania. Zapisałem się więc, a na te drugie miejsce zapisałem ciebie.
– Dobrze zrobiłeś. Ja na to jak na lato. Pierwszy w życiu Sylwester i pierwsze wczasy! Tyle dobrego na raz. Nie wiem tylko, czy dostanę urlop. Dopiero pół roku minęło jak z wami pracuję.
– Pomyślałem i o tym – rzekł z zadowoleniem – kadrowa kazała tylko napisać podanie o urlop i uzasadnić, że chodzi o wykorzystanie miejsca, które jest wolne.
– Gdzieś się tego nauczył? – wyraziłem swój podziw.

– Już mnie tak nie wychwalaj, sam miałem jechać na te wczasy? Pomyślałem, że z tobą  będzie ciekawiej Ot i wszystko!

środa, 5 czerwca 2013

Dzień traszki

parę słów prawdy o kobiecie zanim się rozkręci
i zamąci w głowach sensem aberracji
bezsensem zmienności stanów posiadania
których analizy nigdy nie ukończy pełniąc nocne dyżury
dzierga na zamówienie skrzydła kruchym figurkom

aż w licznych pęknięciach rozsunie się ściana
ukazując strefy oznaczone w kadrach stanami skupienia
pomiędzy "było" "nie było" a "będzie"
zawsze jakieś "teraz" i jeśli powiem że to tylko słowa
rzucone przypadkiem na Kominiarskiej kobieta usłyszy
wczesne ostrzeganie i sięgnie po katalog
części zamiennych

w wyznaczonym terminie ostatniego podejścia
ogarnie ze szczytu całą swoją przestrzeń
po napięty horyzont zanim myślą podróżną
przemieści się w rejon objęty umową
jeszcze zagra na liściu
                                                                 jeszcze zagra w zielone

Francuscy symboliści powtarzali: "Sztuka jest odtworzeniem nieskończonego poprzez skończone" i dodawali że 'nieokreślone" jest w sztuce cenniejsze niż "dokładnie" Podobnie Elżbieta Tylenda w zbiorze "Dzień traszki" podsuwa nam obrazy i symbole jako prześwity ku czystej egzystencji. I tak, wesołe miasteczko- symbolizuje toczące się koło losu, widok za oknem - jest wglądem za kulisy świata ludzkiego, a gra - oddaje skrót relacji pomiędzy ludźmi, także kontaktów językowych, mownych. 
W tym względzie nie jest to poezja łatwa, wymaga od czytelnika umiejętności zgłębienia treści przy wrażliwym posługiwaniu się wyobraźnią (....)

(fragment posłowia Jana Zdzisława Brudnickiego)



:../ chciałbyś zatrzymać to czego nie da się pochwycić które- jakim było-  nie jest pozostanie "teraz".../ 





piątek, 31 maja 2013

Poetyckie Darłowo



Zamek Książąt Pomorskich Darłowo, 25.05.2013

Finał II edycji Konkursu poetyckiego o Trzos Króla Eryka



Darłowo jest dla mnie miejscem szczególnym. Tutaj po raz pierwszy w życiu ujrzałem Bałtyk, doświadczyłem natury morza z wszystkimi jej konsekwencjami- smak soli, niebezpieczne prądy. Wytrawny maratończyk jeziorny zapuściłem się daleko od brzegu z pobliskich Dąbek. Za sprawą owych prądów znalazłem się po kilku godzinach na wysokości  Darłowa. Wielkie moje zdziwienie na brzegu gdy usłyszałem z ust spacerującej kobiety, że jestem w Darłowie, a Dąbki, panie, to kilka kilometrów stąd na zachód. Drałowałem deptakiem  resztkami sił  nie mając pojęcia, że otarłem się o śmierć. Młodość i miłość zaślepiają młodego człowieka, i to zaślepienie w moim przypadku trwa do dziś ilekroć tutaj bywam. Trwa trans symbiozy z morzem, albowiem poezja dorzuca swoje emocje, które przekładają się na uległość wobec wielkiej wody.  Na uległość poezji utożsamianej z plażą, która nikogo nie wyróżnia, dla każdego jest wyzwaniem, bo jak inaczej znaleźć się w kąpielówkach otoczony parawanem albo wprost na tyłku piaszczyć swoje delikatne ciało dla zasady? Demokracja? Nie, raczej wtopienie się w ludzkość szukającą kawałka magicznego gruntu, każdy niezależnie od profesji i powagi  stanu wstępuje tutaj do szeregu, świadomie bez marudzenia, że brudno, że głośno.  

Darłowo od dwóch lat jest miastem poezji na skalę krajową. Nie ma w tym określeniu przesady jeśli wziąć pod uwagę  organizowany tam konkurs, na który słane są teksty liryczne z całego kraju. Organizacja, klimat imprez, miejsca spotkań- nie mają sobie równych w porównaniu z tym, co od lat obserwuję w innym miastach.  Konkurs darłowski jest młodą imprezą, ambicje organizatorów są duże, prestiż tego wymaga, zaistnienie w najwyższym wymiarze albowiem region nad Wieprzą ma bogate tradycje historyczne, zasoby kultury materialnej, zabytki z różnych okresów politycznych i sztuki budowlanej, no i ludzie, ludzie morza z którego pokoleniami żyli tworząc nową tradycję mającą swój początek w osadnictwie po drugiej wojnie światowej. Staraniem miejscowych władz dzieje się w Darłowie bardzo dużo, bogaty kalendarz imprez, różnorodność tematyczna, znakomita baza i wspaniali ludzie- animatorzy kultury, 

Trzy dni w Darłowie wypełnione pracą i atrakcjami. Spotkanie z Andrzejem Sosnowskim, finał konkursu poetyckiego, dyskusje podczas wieczornej gali i pobyt w urokliwej herbaciarni przy świecach. Jerzy Fryckowski "zanudzał" anegdotkami, dziewczęta dobierały odpowiednie gatunki herbaty a panowie, każdy przy swoim ulubionym piwie dorzucał ciekawostki z lirycznej mapy osobistych wędrówek. Nazajutrz nikt nie myślał o rozkładzie jazdy: jakoś dojadę do Wilna,  Częstochowa musi mieć jakieś połączenie z Koszalina, Szczecinek po drodze a Poznań nie ucieknie. Jeszcze czeka na nas morze - Klaudia Gruszka nawet  nie myśli o trudach podróży jaka ją czeka, pragnie zobaczyć morze i zamoczyć stopy w słonej wodzie. A nam w głowach Dąbki z jarem, w którym stały autobusy przerobione na domki letniskowe. To było dawno, dzisiaj stoją tam obiekty sanatoryjne bo trzeba wiedzieć że Dąbki od niedawna uzdrowiskiem stoją. Czas płaci, czas traci - za głosem ojca  chodzimy po plaży szukając tropów sprzed czterdziestu kilku lat. Znajduję je w pamięci, tylko tam i może jeszcze w wierszach  pisanych pod presją młodości. Kilka dni tutaj, dobrze nam zrobi- mówię do żony - nie spuszczając oczu z zachodzącego słońca.  Gdyby tak pójść tą świetlistą ścieżką aż do linii horyzontu? Marzenia moje graniczą z iluzją, mistyczne to wszystko co minęło bezpowrotnie. Tylko poezja jest zdolna do wszystkiego. Władna bardziej aniżeli największe insygnia i korony.

Jerzy Beniamin Zimny





Andrzej Sosnowski  i Elżbieta Tylenda








                                                Jerzy Fryckowski i Krystyna Mazur







                                                             Jerzy Fryckowski



                                                               Krystyna Mazur










środa, 22 maja 2013

Dusze jednodniowe


Szczęśliwy Dante

Karol Samsel należy do nielicznego grona najmłodszych poetów, którzy akcentują swoją odmienność, osobność, we wszystkich walorach poezji, jako sztuki. Jest jednak jedynym poetą, który świadomie i udanie próbuje połączyć klasykę ( to, czego dokonały poprzednie pokolenia literackie) z językiem nowoczesnym, tzw. metajęzykiem.  Nie kryje się z tym, podkreśla, że świadomie dokonał tego wyboru, konsekwentnie kroczy własną ścieżką i nazywa to wędrówką w ciemnościach. Oczywiście jest to credo ujęte metaforycznie, pod którym kryje się świat ciężki, ciemny, ale realny. Świat tylko na pozór herbertowski, albowiem Samsel sprzeniewierzył się Herbertowi i wybrał drogę norwidowskiego snu. To, co zrozumiałe nie interesuje Samsela, bardziej świat rozumiejący i niezrozumiały, ale podobnie jak Herbert rozumie realność tego świata, jego wewnętrzny dramat, podobnie jak realista Kotarbiński, a przed nim, Zola, Balzac i Flaubert. Stąd droga realizmu rozumiana, jako droga „ciemności i ciężaru” jest najbliższa Samselowi. W ten sposób deklaruje swój światopogląd oparty na gnozie. Nie uważa siebie za poetę katolickiego w rozumieniu katolicyzmu w pisarstwie, jaki prezentował Jerzy Zawieyski i Roman Brandstaetter. Dlatego, co jest zrozumiałe wolno mu spoglądać pękniętym okiem na Lourdes, Medjugorie, śmierć Marty Robin i Całun Turyński.  Związany naukowo z Uniwersytetem Warszawskim ze znakomitymi skutkami potrafi łączyć zdobycze nauki, zwłaszcza filozofii i socjologii z najwybitniejszym dorobkiem światowej literatury. W swoich wypowiedziach bardzo często podkreśla traktowanie przez siebie książki, jako, artefakt. A więc nieufność zmuszająca do rozważań nad prawdą, procesem jej dochodzenia, który nie ma końca. Ten wywód jak można sądzić, jest podwaliną jego bogatej twórczości. Jakby na potwierdzenie w duszach jednodniowych czytamy: nie było nam dane wierzyć równaniu lśniącemu jak luidor. lgnęliśmy ku światłu prochowni, latarniom nad Auschwitz, szkłom impresjonistów. mówili dobrotliwie. rozkładali stelaż nawet na wilgotnej klepce warsztatu. śpiewali kantyczkę: Sauckel i Hess, Koch i Mengele. jak odejść, gdy ktoś inkantuje elegię i wprowadza ją w tunel, w którym ziarno głosu karmi ziarno ptaka? nie sposób odjąć dłoni rozwieranej przez pierścień. zawrócić samolotu nad wioską. Bo też dusze jednodniowe są próbą odpowiedzi na pytanie zadawane przez najwybitniejsze umysły epoki, dlaczego ludzkość tak łatwo jest podatna na idee jej niesłużące, na fetysze świecące podawane w zamian zamiast prawdy, wreszcie wykorzystywanie laickiego światopoglądu w walce z odmiennym pojmowaniem świata. Jest tu także ocena transformacji języka zmierzającego w kierunku marginalizacji uczuć, piękna, zatracania istoty elegii. Samsel w swoich poprzednich książkach udanie polemizował z Norwidem, Miłoszem, Herbertem, próbował jakby znaleźć klucz do wspólnego domu, w którym mogłaby egzystować różnorodność tych trzech wielkich postaci świata literatury. Najnowszy tom: Dusze jednodniowe jest propozycją, jakiej dotąd w powojennej poezji nie było. Tom ten jest podsumowaniem rozważań poety, jakie miały miejsce w Dormitoriach i w Abiectum Altissimum- tomach wydanych wcześniej i tak przychylnie przyjętych przez krytykę. Zwraca się uwagę na współczesne trendy poezji, w których dominuje ekstrawagancja, nonszalancki język, utwory często pozbawione są treści. Samsel udanie próbuje przełamać te stereotypy (już powszechnie panujące) przy tym mówi o sobie, że nie jest bynajmniej znakiem czasu, nie zamierza usadowić się w centrum jakichkolwiek rozważań, mimo takich deklaracji, jest jednym z niewielu przedstawicieli młodego pokolenia poezji polskiej, którzy starają się wnieść wiele nowych wartości do tego gatunku literatury. Dlatego w pełni świadom jego dokonań,  posiadanej wiedzy (filolog, filozof, związany z Uniwersytetem Warszawskim, badacz poezji Norwida, krytyk literacki, historyk literatury)   konsekwencji, z jaką wnika w zagadnienia i problemy współczesnej poezji (nie tylko poezji), rekomenduję tom Dusze jednodniowe, czytelnikom.
Jerzy Beniamin Zimny  

niedziela, 12 maja 2013

Poetycki połów








Jurek Grupiński wyciągnął szczupaka.
Bez puenty z masą ości i paszczą
w której zmieściła się głowa lalki
porcelanowej z czasów pozytywizmu.

Jurek pozytywnym jest nad wodą, kiedy
zwija kołowrotek z napiętą żyłką,
na haczyku złoty środek poezji
potem na rożnie brązowieje, aż popada

w czarną rozpacz wszystkich przodków
piszących z wolnej ręki. Poemat Rodos
jest niespokojny ale po kilku amforach
wina trudno się dziwić Jurkowi.

Sypiał wtedy pod gołym niebem,
spadały z niego oliwki, cykady
stadami mąciły wątki. O żegludze,
nawigacji gwiezdnej poety z Wildy

mówiono długo, i pewnie jeszcze dłużej
pisano, gdyby nie szczupak w piątek.

07.05.2013

poniedziałek, 6 maja 2013

Ogródek Poetycki Marii Magdaleny Pocgaj






W trzecią niedzielę kwietnia po raz czwarty spotkaliśmy się w Ogródku Poetyckim. Za każdym razem daje nam to możliwość poznawania różnorakich nowinek z kalendarza przyrody, odmienności światów poetyckich zapraszanych twórców, a także zasłuchania się w coraz to inne brzmienie muzyki, wykonywanej w miarę możliwości na różnych instrumentach. Coraz więcej też osób zagląda do „Ogródka”, jako że kultura odbierana „na żywo” dystansuje w sposób oczywisty wegetowanie przed domowym telewizorem. I tym razem Agata Ożarowska – Nowicka zaproponowała konkurs z odsłuchu, polegający na rozpoznaniu głosów słowika rdzawego i szarego, bowiem tylko te dwa gatunki występują na obszarze naszego kraju. Poznaliśmy też istotne różnice w ich brzmieniu, a także przyjrzeliśmy się bliżej tym romantycznym piewcom przestworzy, ukazanym na barwnych ilustracjach. Tym samym mogliśmy nabrać pewności, że długo oczekiwana wiosna tuż tuż. W części poetyckiej wystąpił Zbigniew Gordziej, poeta i prozaik, pełniący w latach 2007 – 2010 funkcję prezesa Poznańskiego Oddziału ZLP. Ale zaprezentował się nam nie tylko jako autor wielu książek poetyckich i opowiadań,  na co dzień bowiem  obcuje z cierpieniem innych, będąc nie tylko dyrektorem Domu Pomocy Społecznej w Jarogniewicach, ale terapeutą, opiekunem i przyjacielem przebywających tam pensjonariuszy. To także zagorzały miłośnik gór i pasjonat medycyny. Te trzy płaszczyzny wzajemnie się dopełniają, znajdując odzwierciedlenie w Jego twórczości. W swoim słowie przytaczał niejednokrotnie refleksje i przemyślenia wybitnych chirurgów i kardiochirurgów; godne zapamiętania jest zwłaszcza to, że odczytywanie zdjęć rentgenowskich może mieć dla lekarza wymiar  szczególnej, osobistej modlitwy.  Zbigniew Gordziej dzielił się też wrażeniami z samotnych wypraw w Tatry, nie zawsze obfitujących w zaplanowane zdobywanie szczytów, ale w pokonywanie samego siebie, co często bywa wyczynem dalece trudniejszym. Ze swadą wypowiadał się też na temat sensu pisania poezji, jej percepcji, czasem i przeceniania własnych twórczych możliwości, wreszcie - nie zawsze rzetelnego i uczciwego stanowiska krytyków i recenzentów. W czytaniu wierszy autora wzięła też udział pisząca te słowa. Obecny na spotkaniu ceniony krytyk literacki i poeta, Jerzy Beniamin Zimny, w ślad za nieżyjącymi już, wybitnymi poetami, Wincentym Różańskim, Andrzejem Babińskim, „kolekcjonującymi” cudze metafory, przyznał, że z dzisiejszego spotkania do jego własnej kolekcji pięknych, poetyckich zapożyczeń trafi określenie z książki Zbigniewa Gordzieja: „spojrzeć w niebieskie podniebienie ziemi”. Pochodzi ono z pozycji „Piórem po żebrach anatomii”, mianowanej Najlepszą Poetycką Książką Roku na XXXV Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim. Cóż, aby całość ogródkowego spotkania wybrzmiała harmonijnie, musiał dojść do głosu instrument nietuzinkowy, z niebanalną muzyką, wymagającą głębszej niż zazwyczaj koncentracji. Wysłuchaliśmy dwóch utworów na saksofon solo, w wykonaniu uczennicy Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia im. Jadwigi Kaliszewskiej, Faustyny Szudry. Młoda muzyczka przywiozła z sobą dwa saksofony: sopranowy i barytonowy. Towarzyszący jej Dyrektor Zespołu Szkół Muzycznych, Wojciech Michalski z pewnością miał powody do satysfakcji, gdyż gra na tym instrumencie wymaga szczególnych umiejętności, talentu i siły, zwłaszcza jeśli grającą jest kobieta. I choć linia melodyczna prezentowanych utworów nie należała do tzw. łatwych i przyjemnych, znakomicie korelowała z usłyszanymi wcześniej poetyckimi frazami. Trzeci utwór, na saksofonie barytonowym, Faustyna Szudra zagrała na wyraźne życzenie obecnych. Reasumując, przy natężeniu takich wrażeń, budziła się z uśpienia nie tylko przyroda, ale i nasza wrażliwość, świadomość własnej wartości, a może i gotowość do osobistych zmagań, pokonywania trudności, stawania się lepszymi dla drugich. A wszystko to zaczęło się od zwyczajnego posłuchania pieśni słowika…

Maria Magdalena Pocgaj

niedziela, 14 kwietnia 2013

Z dziennika (15)

Wszystko po staremu. Kolega towarzyszy mi w Starym Browarze, spotkaliśmy się po trzydziestu latach, nie powiem, że się nie zmienił on też nie powiedział - stary tyle lat stoisz w miejscu- nic a nic do przodu? Nie  powiedzieliśmy sobie nawzajem komplementu za to dałem się namówić na kawę. Jak już to trochę posiedzieć przy tematach obcych.  Z tego trochę zrobiło się więcej, prawie trzy godziny,  gdyby nie zapadający mrok pewnie spotkanie trwałoby dłużej. Jest regułą, co zauważyłem dopiero teraz, że im człowiek dłużej kogoś nie widzi, tym mniej ma do powiedzenia, tylko wspomnienia, coś najbardziej istotnego i na tym kończy się repertuar poddawany do rozmów.
Stary Browar to miasteczko w mieście. Położony na rozległej skarpie składa się z kilku poziomów, jest tutaj wszystko, łącznie z galeriami sztuki, dolne wejścia usytuowane są na popularnym deptaku Półwiejska. Kiedyś przebiegała tu linia tramwajowa łącząca centrum miasta z Dębcem. Tramwaje obwieszone ludźmi jak kiści winogron, w godzinach szczytu jazda na stopniach była czymś normalnym, w pewnym stopniu wyczynem w momentach kiedy przy torach parkowały ciężarówki dostawcze. Nie jednemu trafiło się stracić kurtkę. Lub co gorszego. Dzisiaj ulica jest deptakiem handlowym, mało kto pamięta że miała patrona w osobie Dzierżyńskiego. Idziemy deptakiem w kierunku Kupca Poznańskiego. Usytuowany na niewielkim placu w samym centrum miasta jeszcze do niedawna budził emocje wśród poznaniaków. Z tego miejsca rozchodziły się linie tramwajowe we wszystkie kierunki, prawie każdy z mieszkańców przynajmniej raz dziennie tutaj przebywał. Pamiętam skwer , ubikacje publiczne, kawiarnię Santos, ulicę Podgórną, która prowadziła do Bazaru i Biblioteki Raczyńskich. Pomnik Hiegei, został przeniesiony w inne miejsce, podobnie pomnik Mickiewicza. Wiele zmian, nie zawsze korzystnych dla otoczenia. Najgorsze jest to, że starsi mieszkańcy idąc przez centrum mają w oczach obiekty których już nie ma, nie mogą przyzwyczaić się do tych, które się pojawiły w ostatnich latach. Gorzej kiedy człowiek rzadko wypuszcza się do niektórych miejsc, wtedy miewa odczucie że zabłądził, albo wybrał niewłaściwy kierunek jazdy. Cóż wszystko galopuje naprzód, nie tak jak to było w przeszłości.

Kawiarnia Santos kojarzy mi się z najlepszym, najbardziej popularnym miejscem spotkań. Taki punkt zborny, dostępny niezależnie od pory dnia, grafiku zajęć i godzin pracy. Do tego w zasięgu ręki, jako że centralnie położony, niemalże geometryczne centrum miasta. Być może dlatego stoi tutaj pomnik Starego Marycha, chociaż postać ta bardziej kojarzy mi się z Łazarzem. Chyba postanowiono usytuować pośmiertnie jego postument bliżej artystów, zwłaszcza poetów. W Santosie pamiętam, dyskutowałem z kolegami o poezji obcej. Niewiele materiałów docierało do nas zza żelaznej kurtyny. Mimo to, o Eliocie, O 'Harze, a nawet o Donaldzie Finkelu wiedzieliśmy dużo. Donald Finkel  pisał tzw. wolny wiersz, łączył w jeden utwór różne wątki i tematy. Korzystał z cudzych tekstów, wtrącał do swoich utworów cytaty m.in. z Camusa, Franza Kafki. A także cytaty prasowe. Był to tak zwany brikolaż, poeta znany był także jako rzeźbiarz, często wykorzystywał przedmioty znalezione na ulicy lub pochodzące z wysypisk śmieci. Słynna jest jego teza stawiająca poezję przed autorem, uważał że pisanie poezji to powołanie, negował wszelką abstrakcję, rzeczywistość miała dla niego wymiar wszystkiego co można dotknąć, przeczytać, doświadczyć, stąd jego dzieła są materialne, a w poezji przywoływał to wszystko obce,  co w jego przekonaniu było prawdą.  Poezja mówi sama za siebie, autor na drugim planie do tego z powołaniem? Mało jest dzisiaj poetów pokroju Finkela. Panuje celebrycja, marketing pod każdą postacią, częstotliwość pokazywania się w mediach wirtualnych, osluchanie i opatrzenie z nazwiskiem i wizerunkiem własnym. Nie rzadko z pogranicza  etyki, brak barier natury moralnej, wreszcie dowolność i dostępność kanałów, przy zanikaniu dotychczasowych form i metod komunikacji bezpośredniej. Brikolaż Finkela pojawia się od czasu do czasu w twórczości artystycznej. Nie wiem czy zamierzony, lecz z pewnością ciekawy to warsztat nawet dzisiaj.

Wiosna dotarła pełzając, bociany doświadczyły srogiej zimy, flora jeszcze śpi, w połowie kwietnia jeszcze nie zdejmuję kurtki, zacznę swoją fizyczną wegetację wraz z drzewami. Póki co dużo czytam. Ostatnio postarałem się o "Dowód" Ebena Aleksandra. Wcześniej czytałem "Potęgę podświadomości" obie pozycje bardzo ciekawe. Polecam.  Można poddawać w wątpliwość cokolwiek, ale zanim do negacji człowiek dochodzi musi poznać temat, doświadczyć na swój sposób, pewność niewiele różni się od negacji, negacja idzie często w parze z brakiem tolerancji.  Stary Browar powstał najpierw w czyjejś świadomości, bez świadomości nie ma materii. Bez materii świadomość jest pozbawiona bodźców, wychodzi na poezję i pozostałe sztuki, bez sztuki nie ma egzystencji, jest tylko fizjologia.









piątek, 22 marca 2013

z dziennika (14)

Nigdy nie byłem w Hajnówce. A pragnę tam być z racji poetyckiej weny, która od dawna podróżuje po miasteczkach i mam problem natury wiarygodności. Kłamać, wymyślać nastrój i materię typową dla miejsca, czytam wiersze poetów stamtąd i mam wrażenie, że przebywają w innym miejscu, wrażenie ma charakter subiektywny a powinno mieć odwzorowanie, przynajmniej zahaczać o cechy autonomiczne, typowe lub historyczne jeśli czegoś już nie ma.

Jeśli Bóg da, pojadę do Hajnówki, przez Tykocin, Ełk i przez pewną wieś, nazwy nie pamiętam ale tam mieszka Reteska,  dziewczyna pachnąca ziołami i co rusz ze swojego balkonu pokazuje naturę która ściele się w jej wierszach.  Wcześniej w Tykocinie odwiedzę poetę, który onegdaj był w Paryżu i rozsypał kulki rtęci na dworcu kolejowym, dworzec legenda więc te kulki znalazły się nie przez przypadek.  W Tykocinie krzyżują się drogi poezji, jedna prowadzi do Mławy druga do Ełku. Nie sposób podążyć obiema, młodość jest wymagająca a wiek średni bardziej elastycznie przyjmuje natręta. Jestem z kapelusza, tak mówią ponieważ wpadam ni stąd ni zowąd. Podobno tak jest wygodnie, zaskoczyć a potem pastwić się nad potencjalną ofiarą. W granicach rozsądku. Da Bóg zawitam na Podlasie przez Mazowsze latem, w korzystnym okresie wegetacji ziół i kwiatów, dawno nie widziałem malw za płotem, żurawie przy studni też są mi bliskie, no i piaszczyste drogi w pola prowadzące. Na Warmii bywam bardzo często, ale nie miałem przyjemności poznać pewnego dostojnego miłośnika kolei żelaznych. Facet robi dobrą robotę i chwała mu za to, przy tym sam lubi podróżować, ale czasy nie są sprzyjające kolejowym trampom.  Clochard ale nie buntownik, odbieram faceta ciepło chociaż nie miałem przyjemności poznać, rzadka to sympatia, intuicja podpowiada mi, że mam rację.

W minionym roku, o którym chcę jak najszybciej zapomnieć, podróżowałem z przymusu. Wiele ograniczeń formalnych i wiele wydarzeń sprzysięgło się przeciwko mnie. Jakoś przeżyłem ale nie bez szwanku, chwała jednak temu na wysokościach, że trzymam się prosto i snuję plany na ten rok. Bardzo ambitne -  mierząc siły na zamiary- powinno ich wystarczyć niezależnie od sprzyjającej pogody, bo ta potrafi człowieka zniechęcić do wszystkiego. Prognozują suche i ciepłe lato, a to wskazuje mi kierunek północny jeśli chodzi o wojaże, Południe za daleko, kiedyś często tam jeździłem, z biegiem lat coraz mniej, a ostatnio tylko okolicznościowo. Każdy ma swoje ścieżki po których chadza nawet bez celu, i ja mam takie, nowych nie przecieram bo za późno, zachód i północ bo tam jest przestrzeń, najwięcej jezior i lasów. Podlasie kusi naturą i folklorem, dlatego w tym roku mam zamiar tam się udać.

W Auchan festiwal ryb, piorunująca zachęta do odwiedzin marketu, ryby trzeba spożywać ze względów zdrowotnych ale zdrowie jak wiadomo, kosztuje, kosztują więc i ryby i to bardzo. Ryba lepsza ryba gorsza nie ma gorszej już od dorsza- porzekadło z przeszłości zyskało inne znaczenie, gorsze należy zastąpić zwrotem- droższe.  Tak, człowieka już nie stać na dorsza,  a co powiedzieć o doradzie hodowanej w Turcji? Pułap cenowy bije sandacz i węgorz, a przecież jeszcze niedawno rzucaliśmy się śledziami, dosłownie i w przenośni. Czas wrócić do wędki, nie dla relaksu jak to kiedyś bywało, lecz ze względów ekonomicznych, ryby trzeba jeść, im człowiek starszy tym więcej powinien rozglądać się za rybim mięsem.


No i pognało mnie do Poema Cafe, w sobotę, posłuchać poezji  Jerzego Hajdugi i Jarosława Trześniewskiego. Znam pisanie obu Panów na tyle wyczerpująco, że spodziewałem się czegoś nowego, najnowszych tekstów, choćby z ostatnich miesięcy, jako że poprzednie książki znacznie odbiegają od tego co obecnie piszą. Rozumiem, że prezentacja adresowana jest do czytelników, kontakt z autorem jest bardzo ważny, ale na sali zasiada zawsze liczne grono poetów, a ci jak wiadomo śledzą szczegółowo twórczość kolegów. Prezentowanie poezji z tomiku wydanego dwa, trzy lata temu jest przysłowiową musztardą po obiedzie. To zastrzeżenie kieruję do Trześniewskiego, bo Hajduga prezentował swój najnowszy tomik: Powieki wieków, nominowany do Lubuskiego Wawrzynu 2012.  Jarosław Trześniewski w minionym roku poczynił bardzo widoczną woltę w kierunku języka jako podstawowego tworzywa. Przy zachowaniu tematyki i obszarów penetracji. Operuje znacznie dłuższą frazą, nie unika przerzutni i w niektórych tekstach ociera się o geniusz składniowy. Wpadłem w tę właśnie percepcję kilka miesięcy temu dlatego w sobotę czułem niedosyt.  Szkoda, że autor nie pokazał swojej obecnej twarzy, cóż moja wina, że tak wnikliwie  śledzę dokonania znacznego grona poetów, i moja wina, że wcześniej nie informowałem autora o swoich spostrzeżeniach.
Popołudnie spędzone w Poema Cafe wprowadziło mnie w optymistyczny nastrój. Spotkanie świetnie zorganizowane, publiczność dopisała (zabrakło krzeseł) wśród publiki dostrzegłem znajome twarze, pofatygowała się nawet Magda Gałkowska. Nie dlatego że spotkanie prowadził Kuba Sajkowski,  magnesem byli panowie którzy na co dzień zakładają robocze uniformy, przydające powagi zawodom, które wykonują. Kapłan  i Sędzia. A nam zebranym przyszło z pokorą wysłuchiwać oratorki z najwyższej półki. Z reporterskiego obowiązku dodam obecność Tadeusza Stirmera z małżonką, poznańskiego poety o którym jest coraz głośniej. Była Łucja Dudzińska ( z obowiązku), no i Anna Blaschke z Krakowa. Na sali obecna była także Renata Mszyca-Radna, prowadząca portal Poeci po godzinach. Onegdaj, inspiratorka zlotów Posmykowców, w których miałem przyjemność uczestniczyć. W sumie, bardzo udana impreza.

Jerzy Beniamin Zimny

poniedziałek, 4 marca 2013

Taczka poetów

Młotek Janka Palonego, gradzina i dłuta w komplecie. Taczka, raczej nie, kojarzy się z wywożeniem gnoju, obornika jak kto woli, albo kontrowersyjnych postaci dyrektorów. Nie wiem dlaczego Tomanek posłużył się takim właśnie środkiem lokomocji? Czyżby nawiązanie do tradycji? Tradycja rzecz święta, należy ją kultywować aby młode pokolenie wiedziało, co z czym się jada. Jak już jest mowa o tradycji, wspomnę jeszcze styropian, może bardziej wymownie jest na nim usiąść w centrum miasta, po turecku i czytać ludziom klasykę. Przypomną sobie czasy kiedy wystawali w kolejkach po dzieła Stachury, handlowali subskrypcją z niemałym przebiciem. I się poetom żyło, wolniutko z górki jakby nie patrzeć z każdej strony spływała gotówka nie mówiąc o innych dobrach dzisiaj poszukiwanych mimo dostatku wszystkiego. Poeta postrzega i chce być postrzegany, jeśli ten proces przebiega bez zakłóceń, jest dobrze. Jeśli nie, potrzebny jest wstrząs, z grubej rury w samo centrum tak aby z tego wynikła jakaś fala sejsmiczna, sięgająca dalej niż epicentrum miasta czy miasteczka, Kraj jest duży, poetów moc, zrobiło się ciasno, tak ciasno że już łokcie nie pomogą, bicie głowa w mur nie przynosi rezultatów, trzeba się zdobyć na coś spektakularnego, tak aby niektórym w pięty poszło, bo poecie coś się należy, nie ochłap i nie uwaga  społeczności lokalnej, a do tego oprócz talentu potrzebne są pieniądze. 

Źródła finansowania, zagadnienie biznesu i nie tylko. Fundusze celowe, sposób i metody podziału mają swoje obwarowania, jeśli komuś się wydaje, że można wydawać pieniądze podług woli i potrzeb, jest w błędzie. Dowolnie dysponować można własnymi pieniędzmi, pieniądz społeczny wymaga kontroli, podatnikowi nie wszystko jedno na co wydawane są jego pieniądze. I w tym momencie pojawia się konflikt interesów,  fundujący działa w tym przypadku w interesie społecznym, beneficjent widzi wyłącznie interes własny.  Niezależnie od tego jaki posiada status prawny. Działalność fundacji wszelkich stowarzyszeń oparta jest na prawie, nic nie dzieje się według uznania lub widzimisię ponieważ równolegle obowiązuje prawo podatkowe, dotyczące wszystkich bez wyjątku.  Zagadnienia korzyści majątkowych, darowizn, czy dochodów osoby fizycznej wynikających z finansowania książki są przedmiotem zainteresowania fiskusa. Dlatego nie budzi wątpliwości pogląd, że bardziej celowe jest przeznaczanie takich środków na imprezy o charakterze masowym, tak zwane imprezy otwarte.  Korzyści z tego płynące obejmują szersze grono konsumentów kultury. I tym kierują się samorządy przy podziale środków na cele kultury lokalnej i nie tylko.

Co powinien poeta, a czego nie powinien robić? Według Gałkowskiej (pisała na swoim blogu) nie powinien nikogo naśladować, nawet wzorować się na kimś, nie powinien pić przed występem, w wywiadach powinien mówić o swojej poezji w sposób nie budzący kontrowersji, w szczególności mówić do rzeczy. Gałkowska wymienia także kilka stereotypów poety, od rozchełstania, do ogłady zwracając uwagę na defekty i felery zarówno osobowości jak i fizjonomii?  Poeta to też człowiek, ma swoje wady i zalety, swoje słabostki, ukryte defekty, czasem choroby. Poeta jest bogaty, biedny i ubożuchny materialnie, ale zawsze jest jego poezja, i to poezja mówi, nie jej twórca, nawet kiedy przyjdzie mu coś publicznie burknąć, po trzeźwemu lub na kacu, w depresji lub w euforii. Przypinanie komuś łatek zawsze jest nie na miejscu. Chyba że mamy do czynienia z chwytami poniżej pasa, ugrać coś na kimś dla siebie, nie w interesie społeczności środowiska. Oburzenie czy potępienie, w myśl zasady: to ja zwracam uwagę, jestem oburzony, czy coś w tym rodzaju. A jeśli do tego dorzuca się insynuacje, próby zdyskredytowania czyjejś poezji przy okazji zaistniałego incydentu, to należy poddać w wątpliwość taką opinię. Do dziś mam w pamięci sylwetki wielkich poetów, jeden w kożuchu stróża spacerujący po komnatach zamku, wskakujący na scenę z papierosem i wkładający ten papieros do kieszeni. Dym płonącej marynarki, czy ostre polemiki podczas imprez najwyższej rangi, prowadzące do skandalu Niewielu znam poetów bez skazy moralnej. Dlatego nigdy nie będę potępiał w czambuł człowieka za to, że mówi nie tak jak powinien kiedy mówi o sobie, że jeszcze nie wytrzeźwiał, albo plącze mu się język. Jak to mówią, kto bez winy może pierwszy podnieść kamień. jak dotąd takiego człowieka jeszcze nie spotkałem. Taczka poetycka, do wywożenia tych, którzy nie szanują innych, jakiś przełom  musi nastąpić, inaczej powybijamy się nawzajem.  

Jerzy Beniamin Zimny